Czarny pryzmatTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 10

Kip obudził się, czując zapach pomarańczy i dymu. Nadal było gorąco; wieczorne słońce sączyło się między liśćmi, żeby połaskotać go w twarz. Jakimś cudem dotarł do jednego z pomarańczowych gajów, zanim padł. Popatrzył w dół na długie, idealne rzędy żołnierzy, zanim wstał. Nadal kręciło mu się w głowie, ale zapach dymu oderwał jego myśli od własnej osoby.

Kiedy doszedł do skraju gaju, smród przybrał na sile i powietrze zgęstniało. Kip dostrzegł w oddali rozbłyski światła. Wyszedł z zagajnika i zobaczył słońce zachodzące za rezydencją alkadesy, najwyższym budynkiem w Rektonie. Kiedy patrzył, piękna, głęboka czerwień słońca zamieniła się w coś mroczniejszego, bardziej gniewnego. I wtedy znowu zobaczył światło – ogień. Gęsty dym buchnął nagle w niebo i jak na sygnał zakłębił się nad kilkunastoma innymi miejscami w mieście. W kilka chwil dym rozkwitł szalejącymi płomieniami wznoszącymi się wysoko ponad dachami.

Kip usłyszał krzyki. W pomarańczowym gaju leżał zniszczony, stary posąg. Ludzie z miasteczka nazywali go Połamanym Człowiekiem. Większość posągu rozpadła się w ciągu wieków, które upłynęły, odkąd się przewrócił, ale głowa w znacznej mierze się zachowała. Ktoś dawno temu wyciął schodki w odłamanej szyi. Głowa była wystarczająco wysoka, żeby dało się z niej oglądać wschód słońca ponad drzewkami pomarańczowymi. To było ulubione miejsce schadzek. Kip wspiął się po schodkach.

Miasteczko płonęło. Setki żołnierzy piechoty otoczyły je rozległym, luźnym kręgiem. Kiedy ogień wypłoszył kilku mieszkańców z kryjówek, Kip zobaczył, że jeźdźcy króla Garadula szykują lance. To była stara panna Delclara i jej sześciu synów, pracujących w kamieniołomach. Najstarszy – Micael – niósł matkę przerzuconą przez ramię. Krzyczał coś na braci, ale Kip nie słyszał, co takiego. Bracia biegli w stronę rzeki, najwyraźniej mając nadzieję, że tam będą bezpieczni.

Nie mieli szans.

Jeźdźcy opuścili lance, osiągając pełen galop w odległości może trzydziestu kroków od uciekającej rodziny.

– Teraz! – krzyknął Micael.

Kip usłyszał to z miejsca, w którym stał.

Pięciu braci padło na ziemię. Zalo zareagował za wolno. Lanca przebiła mu się przez plecy i chłopak wyciągnął się na ziemi jak długi. Dwaj inni nadziali się na lance, kiedy żołnierze szybko zmienili kąt ustawienia broni i trafili, chociaż Delclarowie padli płasko na ziemię. Jeździec ścigający Micaela też obniżył lancę, ale nie trafił. Uderzył w ziemię i lanca w niej ugrzęzła.

Jeździec nie wypuścił jej na czas i wysadził się z siodła siłą własnego rozpędu.

Micael podbiegł do żołnierza i zabrał mu vechevoral. Okrutnym ciosem niemal odciął mężczyźnie głowę mimo kilku warstw kolczugi.

Jednakże inni jeźdźcy już ściągnęli wodze i po kilku sekundach las błyszczącej stali zasłonił Kipowi Micaela, jego brata i matkę.

Kipowi zrobiło się niedobrze. Na jakiś sygnał, którego ani nie usłyszał, ani nie zauważył, jeźdźcy uformowali szyk i odjechali galopem w stronę następnych ofiar w oddali. Kip cieszył się tylko, że tamte znajdowały się na tyle daleko, że ich nie rozpoznał.

Wokół reszty miasta piechota powoli zacieśniała krąg.

Matka! Kip patrzył przez kilka minut na płonące miasto i o niczym nie pomyślał. A przecież jego matka tam była. Musiał do niej dotrzeć.

Jak miał się dostać do miasta? Nawet gdyby ominął żołnierzy i ogień, czy matka jeszcze żyła? Poza tym ludzie króla widzieli, w jakim kierunku uciekł. Pomyślą, że „krzesiciel”, którego widzieli wcześniej, to jedyne zagrożenie w okolicy. Z pewnością będą go wyglądać. Może już nawet ktoś na niego polował.

A wobec tego siedzenie w najwyżej położnym punkcie gaju pomarańczowego nie było najmądrzejszym pomysłem.

Jak na sygnał Kip usłyszał trzask łamanej gałązki. To mogła być łania. W końcu zbliżał się już wieczór. W zagajniku kręciło się mnóstwo łani po...

Niecałe trzydzieści kroków od niego ktoś zaklął.

Gadająca łania?

Kip padł na brzuch. Nie mógł oddychać. Nie mógł się ruszyć. Zabiją go. Jak zabili Delclarów. Micael Delclara był duży. Rosły jak dąb. A zabili go.

Rusz się, Kip, po prostu się rusz. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe. Cały się trząsł. Oddychał płyciutko i zdecydowanie zbyt szybko. Spokojnie, Kip. Oddychaj. Odetchnął głęboko i oderwał wzrok od drżących rąk.

Niedaleko stąd znajdowała się jaskinia. Kip znalazł tam raz matkę, kiedy zniknęła na trzy dni. Od dawna krążyły pogłoski o jaskiniach przemytników w okolicy i za każdym razem, kiedy matce kończyły się pieniądze i mgiełka, szła szukać tych pieczar. W końcu jej się poszczęściło i jakieś dwa lata temu znalazła tyle narkotyku, że nie wróciła do domu. Kiedy Kip ją znalazł, nie jadła od wielu dni. Prawie umarła. Podsłuchał wtedy, jak ktoś powiedział, że przez wzgląd na syna lepiej byłoby, gdyby umarła.

Kip zszedł na ziemię i zaczął biec, starając się, żeby ruiny oddzielały go od człowieka, którego usłyszał. Poruszał się mniej więcej tak szybko jak Sanson, gdyby Sanson biegł, niosąc na plecach drugiego Sansona. Kip biegł więc, starając się być cicho, zygzakiem między prostymi rzędami drzew. I wtedy usłyszał dźwięk, który go zmroził aż do szpiku kości: szczekanie psów.

Napędzany strachem Kip puścił się cwałem. Ignorował ogień w nogach, kłucie w płucach. Już skręcał w stronę rzeki; jaskinia znajdowała się na jej brzegu. Usłyszał żołnierza wykrzykującego przekleństwa, jakieś dwieście kroków za sobą, może mniej.

– Trzymaj psy na smyczy! Chcesz znaleźć krzesiciela, kiedy jeszcze jest światło?

Z każdą minutą robiło się coraz ciemniej. Zatem to dlatego nadal żył. Ponieważ ciemność tłumiła wszystkie kolory i krzesiciele nie byli nawet w części tak potężni nocą jak za dnia. A z powodu dymu i nadciągającego wału czarnych chmur niebo ciemniało szybciej niż zwykle. Gdyby żołnierze spuścili psy, już by go wytropili. Ponieważ nadciągał mrok, w każdej chwili mogą uznać, że czas spuścić psy ze smyczy.

Nagle Kip znalazł się na brzegu. Przydepnął sobie nogawkę spodni i omal się nie przewrócił – w ostatniej chwili podparł się jedną ręką. Zatrzymał się. Jaskinia znajdowała się w górze rzeki, kawałek od miasta, nie więcej jak dwieście kroków. Wziął dwa kamienie, które dobrze leżały mu w dłoniach. Mając jaskinię, która będzie go osłaniała z boków i od tyłu, mógłby... Co mógłby? Umrzeć powoli?

Spojrzał na kamienie w dłoniach. Kamienie. Przeciwko żołnierzom i bojowym psom. Ależ z niego głupiec. Wariat. Spojrzał znowu na kamienie, a potem rzucił jeden na drugi brzeg, w dół rzeki. Drugi rzucił jeszcze dalej. Potem złapał dwa następne, potarł je o ciało i rzucił tak daleko, jak zdołał. Ostatni wpadł z trzaskiem w gałęzie wierzby. Kiepski rzut.

Nie czas zadręczać się własną nieudolnością. Trop Kipa już prowadził w górę rzeki – w kierunku, w którym Kip musiał się udać. Pozostawała mu tylko nadzieja. To była żałosna próba, ale nie miał innego wyjścia. Szedł dalej w górę rzeki, starając się udawać, że nie słyszy coraz bliższego ujadania psów. Potem wszedł do rzeki, uważając, żeby ubraniem nie otrzeć się o suche skały. Wszedł do rzeki przy zakolu, więc za chwilę zniknie za zakrętem.

– Puścić psy! – wykrzyknął znajomy już głos.

Kip znalazł się naprzeciwko wejścia do jaskini. Było niewidoczne z rzeki, zasłonięte przez głazy, które spadły przed pieczarą, ale kiedy tylko wyjdzie z rzeki, zostawi trop wyczuwalny dla psów i mokre ślady doskonale widoczne dla żołnierzy. Nie mógł wyjść z wody. Jeszcze nie. Spojrzał w górę na czarne chmury.

Nie siedźcie tak! Dajcie trochę deszczu!

– W czym kłopot? Co z nimi? – zapytał ostro żołnierz.

– To psy bojowe, panie, nie tropiciele. Nie wiem nawet, czy tropią krzesiciela.

Kip brnął w górę rzeki kolejne kilkaset kroków, gdzie zakole przechodziło w kolejny prosty odcinek, a do wody obsunęło się drzewo rosnące na brzegu. Nic to nie pomoże na trop, jaki zostawiał, ale przynajmniej ukryje wodę, która z niego kapała. Wspiął się na brzeg i zamarł. Jeśli ruszy w dół rzeki, zbliży się do ścigających go ludzi. Jednakże fakt, że żołnierz wspomniał o innych tropach, obudził krztynę desperackiej nadziei w sercu Kipa. Inne tropy mogły oznaczać inne świeże ślady. I gdyby nie psy, jaskinia mogła być najbezpieczniejszym miejscem do przenocowania.

Przełykając ślinę, bo serce już podeszło mu do gardła, skręcił w dół rzeki w stronę jaskini. Miał wrażenie, że poczuł coś zimnego na skórze. Deszcz? Spojrzał na czarne chmury i stwierdził, że musiało mu się wydawać. Doszedł do miejsca przed wejściem do groty.

Dwóch żołnierzy stało niemal dokładnie nad nim. Dwaj inni znajdowali się na drugim brzegu. Po każdej stronie rzeki kręcił się jeden pies bojowy, każdy spokojnie sięgający Kipowi łbem do ramienia. Oba nosiły skórzane, nabijane ćwiekami uprzęże jak ladry dla koni, tyle że bez siodła. Kip padł na ziemię.

– Panie, czy mogę? – odezwał się jeden z mężczyzn. Najwyraźniej otrzymał pozwolenie, bo powiedział: – Krzesiciel pobiegł prosto do rzeki, a potem zawrócił w górę rzeki, zanim wszedł do wody? Wie, że go ścigamy. Myślę, że zawrócił jeszcze raz i poszedł w dół rzeki.

– Kiedy my byliśmy tuż za nim? – powątpiewał dowódca.

– Musiał usłyszeć psy.

I wtedy Kip uprzytomnił sobie coś jeszcze: psy czują też zapach w powietrzu, nie tylko na ziemi. Gardło mu się ścisnęło. Nawet o tym nie pomyślał. Wiało z południowego zachodu. Ścieżka poprowadziła go na wschód, a kiedy rzeka zakręciła – na północ, w idealnym kierunku. Gdyby poszedł w dół rzeki, w stronę miasta, psy natychmiast by go zwęszyły. Skoro dowódca o tym pomyślał, to z pewnością zdawał sobie sprawę i z tego.

– Nadciąga deszcz. To może być nasza jedyna szansa... Załatwmy to szybko.

 

Gwizdnął i gestem kazał ludziom na drugim brzegu ruszyć w dół rzeki. Natychmiast pobiegli.

Serce Kipa znowu zabiło mocniej. Ześlizgnął się w dół brzegu między dwa głazy, gdzie kryło się wąskie przejście. Wydawało się, że ciągnie się na cztery kroki i zaraz się urywa, ale Kip wiedział, że tylko ostro zakręca. Nigdy w życiu nie odkryłby tego przejścia za pierwszym razem, gdyby nie gryzący, mdląco słodki odór mgiełki wylatujący tamtędy. Orholam jeden wie, jakim cudem odkryła to miejsce jego matka.

Nawet teraz, gdy wiedział, że jaskinia się tam znajduje, Kip z trudem znalazł odwagę, żeby tamtędy przejść. Poza tym, coś mu tu nie pasowało. Nie było tak ciemno, jak powinno. Na dworze zapadła już noc, a Kip zasłaniał przejście, więc w pieczarze musiał siedzieć ktoś z latarnią.

Kip stał nieruchomo, dopóki nie usłyszał, że psy bojowe zaszczekały innym tonem. Znalazły kamienie, które przerzucił przez rzekę. To oznaczało, że niedługo żołnierze odkryją jego podstęp. Ciemność i ciasnota były wręcz duszące. Musiał w końcu coś zrobić.

Przecisnął się przez zakręt i wszedł do otwartej przestrzeni jaskini przemytników. W słabym świetle latarni siedziały dwie osoby: Sanson i matka Kipa. Cali byli we krwi.

Rozdział 11

Kip nie potrafił powstrzymać krzyku. Matka siedziała pod ścianą jaskini, a jej kiedyś niebieska sukienka zafarbowała na czarno i czerwono od zaschłej i świeżej krwi. Jej ciemne włosy były splątane i ciemniejsze niż zwykle, zlepione krwią w strąki. Prawa część twarzy wyglądała nieskazitelnie, idealnie. Cała krew płynęła z lewej strony głowy, spływała po włosach jak po knocie i rozkwitała plamą na sukience. Sanson siedział obok niej z zamkniętymi oczami, odchyloną głową, w ubraniu niemal tak samo zakrwawionym.

Na dźwięk okrzyku Kipa, matka zamrugała i otworzyła oczy. Miała straszliwe wgniecenie w głowie. Niech Orholam okaże miłosierdzie. Miała roztrzaskaną czaszkę. Lina patrzyła w jego stronę przez kilka chwil, zanim go dostrzegła. Jej oczy stanowiły straszliwy widok – lewa źrenica była rozszerzona, a prawa maleńka jak punkcik. Białka w obu były przekrwione.

– Kip – powiedziała. – Nigdy nie myślałam, że tak się ucieszę na twój widok.

– Ja ciebie też kocham, matko – powiedział, siląc się na dowcip.

– Moja wina.

Zamrugała i zamknęła oczy.

Kipowi ścisnęło się serce. Umarła? Przed dzisiejszym dniem nigdy nie widział niczyjej śmierci. Na Orholama, to jego matka! Spojrzał na Sansona, który mimo krwi na ubraniu wyglądał na całego i zdrowego.

– Próbowałem, Kip. Alkadesa nie chciała słuchać. Powiedziałem jej...

– Nawet własna rodzina mu nie uwierzyła – powiedziała matka Kipa, nadal nie otwierając oczu. – Nawet kiedy żołnierze stratowali jego matkę i przecięli na pół brata, Adan Marta stała i upierała się, że nasz satrapa nie zrobiłby czegoś takiego własnym ludziom. Tylko Sanson uciekł. Kto by pomyślał, że to on okaże się najmądrzejszy z rodziny?

– Matko! Dość! – Głos Kipa zabrzmiał niemal dziecinnie.

– Ale wróciłeś, prawda, Sansonie? Próbowałeś mnie uratować, nie to co mój własny syn. Szkoda, że nie spróbował mi pomóc, bo wtedy może miałabym szansę.

Jej słowa poruszył w nim jakąś głęboką studnię wściekłości. Silnej i nieokiełznanej. Odepchnął furię i powstrzymał łzy.

– Matko. Przestań. Umierasz.

– Sanson mówi, że teraz jesteś krzesicielem. Zabawne – rzuciła z goryczą. – Przez całe życie byłeś rozczarowaniem i uczysz się krzesać dopiero dzisiaj. Za późno dla nas wszystkich. – Odetchnęła z trudem, otworzyła oczy i spojrzała na Kipa, chociaż potrzebowała chwili, żeby skupić wzrok. – Zabij go, Kip. Zabij tego łajdaka.

Podniosła z ziemi wąską, filigranowo zdobioną szkatułkę z drzewa różanego, długą jak przedramię Kipa. Widział ją pierwszy raz.

Wziął szkatułkę i otworzył. W środku leżał dwusieczny sztylet z dziwnego tworzywa, bielutkiego jak kość słoniowa i z czarną smużką opadającą spiralnie od rękojeści do czubka. Nie miał żadnych ozdób poza siedmioma brylantami osadzonymi w samym ostrzu. Kip nigdy nie widział czegoś piękniejszego, ale miał w nosie ten sztylet. Choć nie miał pojęcia, ile jest warte ostrze, to już sama skrzyneczka wystarczyłaby, żeby zapłacić za miesięczny zapas mgiełki dla matki.

– Matko, co to jest?

– A ja myślałam, że to Sanson jest tępy – odparła, kpiąca, surowa, umierająca i zlękniona. – Wbij mu to w jego gnijące serce. Niech łajdak cierpi. Niech za to zapłaci.

– Matko, co ty mówisz? – zapytał zrozpaczony Kip.

Ja mam zabić króla Garadula?

Roześmiała się, a ruch sprawił, że świeża struga krwi polała jej się z głowy.

– Jesteś głupim, naprawdę głupim chłopakiem. Może jednak tępe ostrze trafi tam, gdzie ostrego by nie dopuszczono.

Lina oddychała z coraz większym trudem. Kiedy głowa opadła jej na pierś, Kip pomyślał, że umarła, ale znowu otworzyła oczy, rzucając mu tylko jedno trzeźwe, wściekłe spojrzenie. Wbiła Kipowi boleśnie paznokcie w rękę.

– Jedź! Pojedź uczyć się na krzesiciela, jedź do... – Szukała słowa „Chromerii”, ale nie mogła go odnaleźć. Zorientowała się. Wyglądała na wściekłą z tego powodu i przestraszoną. To był dowód na to, że naprawdę umiera. – Naucz się, czego trzeba, ale nie zapomnij mnie. Nie zapomnij o tym. Nie słuchaj go, rozumiesz? To kłamca. Nie zawiedziesz mnie tym razem. Nauczysz się, a potem go zabijesz, słyszysz?

– Tak, matko.

Mówiła tak, jakby znała króla Garadula. Skąd mogła go znać?

– Kip, jeśli kiedykolwiek mnie kochałeś, pomścij mnie. Przysięgnij na swoją bezwartościową duszę. Obiecaj mi to albo przysięgam na Orholama, że będę cię nawiedzać. Nie pozwolę...

Kip spojrzał na Sansona, który w milczeniu odpowiedział mu przerażonym spojrzeniem. Lina wbiła paznokcie głębiej, a jej widzące oko wręcz płonęło, domagając się uwagi, obietnicy.

– Przysięgam cię pomścić, matko, przysięgam na własną duszę.

Coś jakby spokój wypłynęło powoli na jej twarz, łagodząc twarde rysy. Potem zaśmiała się cicho, z zadowoleniem i pewnym okrucieństwem – aż nagle śmiech się urwał. Jej ręka zsunęła się z przedramienia Kipa, zostawiając krwawe ślady.

– Nie zawiodę cię, matko, pojadę prosto do...

Umarła. Kip gapił się na nią beznamiętnie, w niewytłumaczalny sposób odrętwiały. Zamknął jej okropne przekrwione oczy.

– Nic ci nie jest? – spytał.

– Hę? – zdziwił się Sanson. – Mnie?

Kip popatrzył na niego.

– Nie, geniuszu, rozmawiam z martwą.

To było okrutne i bezmyślne.

Sansonowi napłynęły do oczu łzy.

– Przepraszam, Kip. Próbowałem ją wyprowadzić. Było już za późno.

Był o krok od załamania nerwowego. Kip zachował się jak głupek.

– Nie, Sanson, nie, to ja przepraszam. Nie mów tak. To nie twoja wina. Posłuchaj mnie. Musimy teraz działać, a nie rozmyślać. Grozi nam niebezpieczeństwo. Nic ci nie jest?

Sanson powstrzymał łzy i uniósł podbródek. Spojrzał Kipowi w oczy.

– Nic. Cała ta krew... Nie, nic mi nie jest.

– Zatem musimy natychmiast ruszać, dopóki jest ciemno i pada. Mają psy. Mogą nas wytropić. To nasza jedyna szansa.

– Ale, Kip, dokąd pójdziemy?

Dziwne. Tak po prostu Kip został przywódcą. To dlatego, że odnalazł w sobie nowe pokłady siły, czy też Sanson był tak słaby? Nie, nawet tak nie myśl, Kip. On ci ufa. Czy to nie wystarczy?

A jeśli nie jestem wart zaufania?

– Zostanę krzesicielem – powiedział. – Chyba. Więc musimy dotrzeć do morza. W Garristonie znajdziemy pewnie statek płynący do Chromerii.

Sanson wytrzeszczył oczy, z pewnością myśląc o przysiędze, którą wymusiła na Kipie matka, ale tylko zapytał:

– A jak dostaniemy się do Garristonu?

– Najpierw spłyniemy rzeką.

Kip zdał sobie sprawę, że zgubił sakiewkę od mistrza Danavisa. Nie wiedział kiedy. Zatem, nawet jeśli spłyną rzeką, nie będą w stanie opłacić rejsu do Chromerii.

– Kip, żołnierze otoczyli miasto wielkim kołem. Jeśli nadal tam są, będziemy musieli dwa razy przeciąć ich linie. A miasto nadal płonie. Dostęp do rzeki może być zablokowany.

Sanson miał rację i z jakiegoś powodu to sprawiło, że Kip nagle się wściekł. Zapanował nad sobą. To nie była wina Sansona. Nagle oczy go zapiekły. Sytuacja była beznadziejna. Zamrugał gwałtownie.

– Wiem, że to głupie – nie potrafił spojrzeć przyjacielowi w oczy – ale nie mam innego pomysłu. A ty?

Sanson milczał przez dłuższą chwilę.

– Widziałem trochę suchych gałęzi na brzegu, które mogłyby się przydać – powiedział w końcu i Kip wiedział, że w ten sposób daje mu do zrozumienia, że mu ufa.

– No to chodźmy – odparł Kip.

– A chcesz... no, nie wiem, pożegnać się? – Sanson skinął głową w stronę Liny.

Kip przełknął ślinę, ściskając szkatułkę ze sztyletem tak mocno, że pobielały mu kostki. I co miał powiedzieć? „Przepraszam, że cię zawiodłem, rozczarowałem”? „Że cię kochałem, nawet jeśli ty mnie nie kochałaś”?

– Nie – odparł. – Chodźmy.

Rozdział 12

Chłopcy wypełzli z jaskini. Kip pierwszy. Najwyraźniej taka była cena bycia przywódcą. Kip bawił się pod tymi samymi gwiazdami nad rzeką dziesiątki razy, ale tej nocy wyczuwało się chłód w zimnym powietrzu. Wiatr zmienił kierunek i teraz zapach delikatnej mżawki zwilżającej ziemię mieszał się z dymem palonego drewna i słabą, świeżą wonią pomarańczy dojrzewających na drzewach. Do tej pory zawsze cieszył go ten aromat. Tej nocy był słaby, ulotny i równie kruchy jak szanse Kipa.

Dotarli do rzeki, nie natykając się na żołnierzy. Spływali już wcześniej rzeką; czasem całą czwórką łapali kilka pniaków, żeby lepiej trzymać się na wodzie, ale zwykle po prostu kładli się na plecach i pozwalali, żeby prąd ich zniósł. Zawsze jednak czekali aż do późnej jesieni, kiedy stan rzeki był najniższy. A nawet wtedy wszyscy byli posiniaczeni i podrapani od skał, których nie byli w stanie ominąć. Teraz był środek lata i chociaż rzeka była płytsza niż wiosną, nadal poziom wody był wysoki, a prąd rwący. To oznaczało, że zdołają przepłynąć nad skałami, które jesienią by ich podrapały, ale za to na skały, których nie zdołają ominąć, wpadną o wiele szybciej.

Sanson poszedł po kije, które wcześniej zauważył, podczas gdy Kip czekał niespokojnie, wpatrując się w dół rzeki i starając się wypatrzyć ewentualnych żołnierzy. Chmury nad miasteczkiem żarzyły się pomarańczowo, oświetlone płomieniami poniżej. Sanson wrócił z paroma gałęziami, ale nie było ich dość, żeby wystarczyło dla obu. Chłopcy popatrzyli po sobie.

– Ty je weź – szepnął Kip. – Pływam lepiej od ciebie.

– Co robimy, jeśli nas zobaczą? – spytał Sanson.

Na myśl o tym Kip prawie stracił odwagę. Co mogli zrobić? Uciec? Odpłynąć? Nawet gdyby dotarli do brzegu, dokąd by poszli? Miasteczko płonęło, a wokół ciągnęły się tylko pola. Mężczyźni konno, z psami na dokładkę, błyskawicznie znaleźliby Kipa i Sansona.

– Udajemy martwych – odpowiedział.

W końcu sporo ciał powinno wylądować w wodzie. Właściwie to nie była prawda – tak daleko w górze rzeki byliby jedynymi ciałami w rzece. Jeśli któryś z żołnierzy zda sobie z tego sprawę, to chłopcy szybko staną się prawdziwymi trupami.

Woda była zimna nawet tak daleko od gór, ale nie lodowata. Kip usiadł w niej i prąd zaczął go popychać w stronę miasteczka. Sanson poszedł za jego przykładem. Wypływali zza pierwszego zakrętu i zbliżali się do miejsca, w którym Kip pierwszy raz zszedł do rzeki, kiedy Kip uprzytomnił sobie niedoskonałość planu.

Udawanie martwych oznaczało, że na najbardziej niebezpiecznym odcinku rzeki, w miejscu gdzie obaj z Sansonem najchętniej wypatrywaliby żołnierzy i nasłuchiwali, czy nie zostali zauważeni, musieli mieć uszy zanurzone w wodzie i wzrok wbity w chmury na niebie. Jeśli zostaną zauważeni, plan Kipa gwarantował, że nie zorientują się, dopóki nie będzie za późno.

Powinni wyjść z wody. Nie mógł tego zrobić. Zerknął do tyłu. Sanson już leżał płasko na plecach, płynął z uszami pod wodą i rozluźnionymi kończynami. Woda poniosła go bliżej drugiego brzegu rzeki, a prąd sprawił, że jego lżejsze ciało zrównało się z Kipem. Kipowi serce waliło młotem. Gdyby teraz wyszedł z wody, Sanson się by nie zorientował. Kip nie mógł złapać przyjaciela, nie robiąc przy tym tyle hałasu, że usłyszałby ich każdy w promieniu kilkuset kroków.

Ktoś odezwał się w mroku na brzegu:

 

– Tak, Wasza Wysokość. Myślimy, że krzesiciel wspiął się na drzewo. Psy tropiły go aż do tamtego miejsca i straciły ślad.

Kip najpierw zobaczył pochodnię. Ktoś podchodził do brzegu rzeki, raptem pięć kroków poniżej jego. Pierwsza myśl – żeby uciekać co sił w nogach – doprowadziłaby do jego śmierci. Machnął ręką raz, drugi, wiosłując w dół rzeki, a potem wyciągnął się na plecach. Zimna woda zatkała mu uszy, tłumiąc wszystkie dźwięki z wyjątkiem rozpaczliwego dudnienia pulsu.

Brzeg w tym miejscu wznosił się na półtora kroku, wystarczająco wysoko, żeby, nawet leżąc na plecach, Kip widział mężczyznę. Chłopak znajdował się ze dwa kroki od niego, a pochodnia, którą trzymał mężczyzna, oświetlała władczą twarz migoczącym pomarańczowym światłem. Mimo ciepłego światła było w tej twarzy coś przenikliwie zimnego, lodowaty uśmieszek czający się w kącikach ust. Król – bo zobaczywszy go, Kip nie wątpił nawet przez pół sekundy, że to sam król Garadul – nie skończył jeszcze trzydziestu lat, ale już w połowie wyłysiał, a resztę włosów sczesał na ramiona. Miał wyrazisty nos nad wąską, nieskazitelnie utrzymaną bródką i krzaczaste, czarne brwi. Patrzył w górę rzeki; w świetle pochodni była widoczna żyłka na jego czole. Spoglądał na przeciwny brzeg, na który wyszedł wcześniej Kip. Jego wściekłe pytanie zabrzmiało ledwie jak pomruk, przebijając się przez wodę otulającą uszy Kipa.

A potem król się odwrócił – akurat kiedy Kip go mijał. A potem obrócił się w lewo, w stronę chłopca. Kip nie poruszył nawet jednym mięśniem, ale nie dlatego, że był taki sprytny. Poczuł ciepło rozpływające się w zimnej wodzie między jego nogami.

Tylko pochodnia znajdująca się dokładnie między królem i Kipem uratowała chłopców. Władca spojrzał dokładnie w ich kierunku, ale oczy oślepione przez światło niczego nie dostrzegły w ciemnościach. Odwrócił się, zaklął i zniknął.

Kip spływał w dół rzeki głową naprzód, prawie nie wierząc, że żyje. Woda wokół niego była zimna, gwiazdy wyglądały jak punkciki, dziurki w opończy Orholama. Kip nigdy wcześniej nie zdawał sobie sprawy, jakie są piękne. Każda miała swój kolor, własny odcień; olśniewające rubiny, zadziwiające szafiry, a gdzieniegdzie nawet ulotne szmaragdy. Przez odcinek wynoszący jakieś dwadzieścia kroków Kip spływał w całkowitym spokoju, urzeczony pięknem.

A potem uderzył o skałę. Najpierw stopą, przez co obrócił się i zaczął płynąć bokiem. O kolejny głaz, prawie cały pod wodą, zaczepił koszulą i obrócił się twarzą do dołu. Gwałtownie złapał powietrze, zaczął młócić rękami i zamarł ze strachu, kiedy wysunął głowę nad wodę i zdał sobie sprawę, ile narobił hałasu.

Kawałek dalej Sanson podniósł głowę z wody i patrzył na Kipa z przerażeniem. Jak mógł tak hałasować? Zawstydzony Kip odwrócił wzrok. Spływali w ciszy przez długą minutę, gapiąc się w ciemność, czekając, czy pojawi się jakiś żołnierz. Robili co w ich mocy, żeby omijać skały, płynąc nogami do przodu, rękami zataczając malutkie kółeczka, żeby utrzymać się na wodzie. Na szczęście, nikt się nie zjawił.

Płynęli tak blisko siebie, jak zdołali, chociaż Kip wiedział, że to niemądre. Dwa ciała spływające osobno mogły ujść uwagi, ale dwa płynące obok siebie? Mimo to, nie odsunął się. Cisza zapadła nad chłopcami, kiedy zbliżali się coraz bardziej i bardziej do mostu, gdzie tego ranka zginęli ich przyjaciele. Wydawało się, że upłynęły wieki.

I wtedy Kip zobaczył ją na brzegu. Żołnierze, którzy zamordowali Isę, wyciągnęli strzały z jej ciała. Obrócili ją, ale jej nie przenieśli. Leżała na plecach z otwartymi oczami, z głową obróconą w stronę Kipa i ciemnymi włosami falującymi w wodzie. Jedna ręka leżała nad głową, sztywno jak ścięte drzewo. Wewnętrzna strona ramienia i twarz Isy były straszliwie fioletowe od krwi.

Kip oparł stopy na śliskich kamieniach dna rzecznego, gotów do niej podejść. Już miał wstać, kiedy powstrzymał go szósty zmysł. Zawahał się i, nadal leżąc w wodzie, rozejrzał się w miarę możliwości.

Tam! Było widać tylko głowę stojącego na moście żołnierza, który pełnił tam wartę. A jednak nie byli tacy głupi. Uznali, że kimkolwiek był krzesiciel, na którego wcześniej wpadli, miał dość przyzwoitości, żeby wrócić i pochować przyjaciół.

Prąd niósł Kipa w dół rzeki. Brak decyzji był decyzją.

Bo co mógł zrobić? Stawić czoło żołnierzom? Skoro stał tam jeden, to mogło być ich i dziesięciu, a nawet stu. Kip nie był wojownikiem, tylko dzieckiem. Grubym i słabym. Możliwe, że nawet jeden żołnierz to dla niego o jednego za dużo.

Kip odwrócił się od trupa Isy i znowu wyciągnął się na wodzie. Nie chciał jej zapamiętać w ten sposób. Gardło mu się zacisnęło tak mocno, że prawie zaczął się dusić. Tylko strach przed żołnierzem na moście powstrzymał go od płaczu, kiedy przepływał pod Zielonym Mostem.

Nawet nie pomyślał o sztylecie w ozdobnej szkatułce przywiązanej do jego pleców, dopóki nie spłynęli daleko w dół rzeki. Mógł spróbować. Mógł chociaż wyjść z wody i spojrzeć. Isa zasługiwała na więcej.

Wkrótce zdryfowali do miasta, gdzie rzeka wpływała w węższy, głębszy kanał, ograniczony z dwóch stron wielkimi głazami i przecinany co rusz mocnymi drewnianymi mostami.

Część miasta nadal płonęła, chociaż Kip nie wiedział, czy dlatego, że była zbudowana z mniej łatwopalnych materiałów, czy dlatego, że ogień rozprzestrzeniał się w pewnych kwartałach wolniej i dopiero teraz docierał do niektórych budynków. Wkrótce napotkali pierwszego trupa. Konia. Nadal zaprzęgnięty do wozu pełnego późnych pomarańczy, wylądował jak w potrzasku w dzielnicy, która teraz tylko się tliła. Przerażona ogniem klacz skoczyła do rzeki. Za nią poleciał wóz i albo przygniótł, albo pociągnął zwierzę na dno. Pomarańcze rozsypały się na wszystkie strony.

Kip pomyślał, że to pewnie koń i wóz rodziny Sendina. Sanson, który nigdy nie był specjalnie sentymentalny, złapał kilka pomarańczy z połamanego wozu i wsadził je do kieszeni.

Pewnie miał rację. Kip nie jadł cały dzień i dopiero teraz zauważył, że umiera z głodu. Chociaż miał wrażenie, że zbiera mu się na wymioty, sięgnął w stronę na wpół zatopionego konia i też złapał kilka pomarańczy.

Zbliżali się do targu na wodzie i zaczynało się robić coraz goręcej. Kip słyszał dziwne wrzaski. Nad nimi nadal płonął ogień. Targ na wodzie był małym, okrągłym jeziorkiem, które regularnie dragowano, żeby utrzymać stałą głębokość. Mówiono, że kiedyś i rzeka, i miasto były znacznie większe. Rzeka podobno była żeglowna od okolic pod wodospadami aż do Morza Lazurowego, a potem od Rektonu aż do gór, i niosła ze sobą kupców ze wszystkich Siedmiu Satrapii, spragnionych słynnych tyrejskich pomarańczy i innych cytrusów. Teraz tylko najmniejsze płaskodenne łódki mogły spłynąć Umbrą, a liczni rabusie, z radością pozbawiający kupców ciężaru wszystkiego, co miało jakąś wartość, przekonali farmerów, że lepiej wysyłać pomarańcze wolniejszymi, ciężkozbrojnymi i przynoszącymi o wiele mniejsze zyski karawanami. Nawet najmniejsze i najtwardsze pomarańcze o najgrubszej skórce wysyłane lądową karawaną gniły na długo przed dotarciem na odległe dwory, gdzie arystokraci i satrapowie zapłaciliby fortunę za takie przysmaki. I dlatego niemal co roku jakiś młody farmer próbował spławić owoce rzeką. Paru docierało aż do Garristonu i wracało do domu z fortuną – o ile udało im się uniknąć grabieży w drodze powrotnej.

Jednakże handel, z myślą o którym stworzono targ na wodzie, zamarł w znaczniej mierze dawno temu. Ludzie z miasteczka dbali o niego z dumy i dla własnego użytku. Wszystkie drogi łączyły się z wodnym targiem, wszystkie magazyny stały wokół niego, więc utrzymywano barki i pływano w kółko po jeziorze w każdy dzień targowy zgodnie z zasadami i etykietą, której nikt z zewnątrz nie miał najmniejszej nadziei pojąć. Pośrodku wodnego targu znajdowała się wyspa połączona z północnym brzegiem zwodzonym mostem.

Kiedy wyspa pojawiła się w ich polu widzenia, Kip zorientował się, skąd dobiegały wrzaski. Most spuszczono i wyspę wypełniały setki zwierząt uwięzionych przez ogień zamykający się wokół. Nawet most uginający się pod ciężarem dziesiątek koni, owiec, świni i groteskowego kobierca szczurów, dymił już na jednym końcu. Przewracając oczami ze strachu, koń pociągowy ceglarza był gotów w każdej chwili skoczyć, chociaż nie sposób powiedzieć, w którym kierunku. Zwierzęta wypełniły wyspę po brzegi. Upchnięte ciasno zajmowały całą wysepkę i most.