Czarny pryzmatTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Sytuacja przedstawiała się paskudnie. List – wiadomość, że ma syna – nie był zapieczętowany. Gavin dałby sobie rękę uciąć, że ludzie Bieli czytali całą jego korespondencję. Jednakże Karris śmiała się, po tym jak dała mu list, więc ona go nie czytała. Wobec tego nie wiedziała. Na razie. Poszła jednak złożyć raport Bieli. Która już oczekiwała Gavina.

Poruszył ramionami i rozciągnął szyję, przechylając głowę, tak że strzeliły mu wszystkie kręgi, po czym ruszył przed siebie. Czarnogwardziści szli za nim, dostosowując krok. Każdy niósł muszkiet z zamkiem kołowym i miał jatagan albo inną broń białą. Gavin wspiął się po schodach na otwarty taras na dachu Chromerii. Jak zawsze, najpierw zauważył Karris. Była niska i miała z natury krągłą figurę, teraz wyrzeźbioną w zbyt twarde płaszczyzny i żylastą po latach mozolnego treningu. Włosy miała długie, proste i dzisiaj w kolorze platynowy blond. Wczoraj były różowe. Gavinowi podobał się ten blond. Zwykle oznaczał, że Karris jest w dobrym nastroju. Zmiany koloru jej włosów nie były magiczne. Po prostu lubiła często go zmieniać. Albo uznała, że tak bardzo się wyróżnia, że równie dobrze może przestać próbować wtopić się w tłum.

Jak inni Czarnogwardziści chroniący Biel, Karris miała na sobie piękne czarne spodnie i bluzkę, skrojone z myślą o walce i bez ozdób, nie licząc złotego haftu na ramieniu i przy szyi, który oznaczał jej rangę. Nosiła wąski, czarny jatagan – broń o lekko wykrzywionym do przodu, jednosiecznym na prawie całej długości ostrzu – a zamiast tarczy obity metalem kij do parowania ciosów ze sztyletem umieszczonym prostopadle w połowie długości. I jak wszyscy w Czarnej Gwardii, przeszła wyczerpujący trening w posługiwaniu się obiema tymi rzeczami oraz wieloma innymi rodzajami broni. Za to, w przeciwieństwie do reszty, nie miała skóry tak czarnej jak Paryjczycy albo Ilytanie.

Najwyraźniej jej myśli też nie były czarne. Usta leciutko krzywiła w szelmowskim uśmieszku. Gavin uniósł brew, udając, że jest nieco poirytowany jej wcześniejszym figlem z zaciemnieniem w pokoju, i stanął przed Bielą.

Orea Pullawr była pomarszczoną, starą kobietą, która ładowała coraz więcej i więcej rzeczy do fotela na kółkach, w którym siedziała. Czarna Gwardia dbała, żeby na każdej zmianie był obecny przynajmniej jeden krzepki mężczyzna, na wypadek gdyby trzeba było ją znieść po schodach albo wnieść. Jednakże pomimo fizycznego zniedołężnienia od ponad dziesięciu lat Orea Pullawr nie musiała opędzać się od rywali ubiegających się o jej białą szatę. Większość ludzi nie pamiętała nawet jej prawdziwego imienia. Ona po prostu była Bielą.

– Gotowy? – spytała.

Nawet po tylu latach nadal nie potrafiła pogodzić się z faktem, że to nie było dla niego trudne.

– Poradzę sobie.

– Zawsze sobie radzisz – odparła.

Oczy miała czyste i szare, nie licząc dwóch szerokich barwnych łuków otaczających tęczówki, niebieskiego na górze i zielonego na dole. Biel była niebiesko-zieloną dichromatką, ale barwne łuki wypłukały się, poszarzały już, ponieważ od dawna nie krzesała. Każdy z nich był tak gruby, jak to tylko możliwe, sięgając od źrenicy aż do samego brzegu tęczówki. Jeśli kiedykolwiek jeszcze spróbowałaby krzesać, jej halo pękłoby – kolor wylałby się na białka oczu, i to byłby jej koniec. Dlatego nie nosiła barwnych okularów. W przeciwieństwie do innych emerytowanych krzesicieli, nie siliła się na zachowanie pozorów i nie zakładała niepotrzebnych okularów, żeby przypominać wszystkim wokół, kim kiedyś była. Orea Pullawr była Bielą, i to wystarczało.

Gavin wszedł na podwyższenie. Ponad nim na łukowatych trajektoriach, żeby jego położenie można było regulować stosownie do pory dnia, miesiąca czy roku, wisiał wielki, szlifowany kryształ. Gavin go nie potrzebował. Nigdy go nie potrzebował, ale najwyraźniej wszyscy lepiej się czuli, myśląc, że potrzebuje oparcia, żeby poradzić sobie z taką ilością światła. Nigdy też nie miał choroby świetlnej. Życie nie było sprawiedliwe.

– Jakieś specjalne życzenia? – spytał.

Sposób, w jakim Pryzmat wyczuwał zaburzenia równowagi w magii świata, nadal stanowił tajemnicę. Spowity w religijne banialuki – jakoby Pryzmat był połączony bezpośrednio z Orholamem i w związku z tym ze wszystkimi satrapiami – ten temat w ogóle nie był badany, zanim Gavin został Pryzmatem. Nawet Biel była niemal przerażona, kiedy o to zapytała, a Gavin w życiu nie spotkał bardziej zuchwałej kobiety.

Co prawda, nie poczynili większych postępów w badaniach, ale dawno temu zawarł z Bielą umowę: ona będzie go uważnie studiowała, on będzie współpracował, a w zamian za to pozwoli mu podróżować bez Czarnej Gwardii depczącej mu po piętach na każdym kroku. Zwykle ten układ się sprawdzał. Czasem jednak Gavin nie był w stanie się powstrzymać i drażnił się z Bielą, ponieważ najwyraźniej niczego się nie dowiedzieli w ciągu szesnastu lat, odkąd został Pryzmatem. Oczywiście, ilekroć posunął się za daleko, ściągała go na dach i mówiła, że naprawdę musi zbadać sposób, w jaki światło wędruje przez jego skórę. I wtedy musiał szukać zaburzeń równowagi. Na świeżym powietrzu. Zimą. Nago.

Żadna frajda. Gavin jak to Gavin, szybko nauczył się, gdzie leży granica, której lepiej nie przekraczać. Cesarz Siedmiu Satrapii, dobre sobie.

– Chciałabym, żebyś wreszcie pozwolił Czarnej Gwardii wypełniać jej obowiązki, Lordzie Pryzmacie.

– Pytałem o badanie równowagi.

– Czarnogwardziści trenują całe życie, żeby nam służyć. Ryzykują własne życie. A ty znikasz, co tydzień. Zgodziliśmy się, że możesz bez nich podróżować, ale tylko w nagłych wypadkach.

Służyć nam? Rzeczywistość była trochę bardziej złożona.

– Lubię niebezpieczne życie – odparł Gavin.

Ciągle spierali się z tego powodu. Bez wątpienia Biel uznała, że jeśli nie urządzi przedstawienia na dachu, to Gavin wywalczy sobie jeszcze więcej wolności. I bez wątpienia miała rację. Gavin spojrzał na Biel beznamiętnie. Biel odwzajemniła spojrzenie. Czarnogwardziści stali bardzo, bardzo cichutko.

Czy tak byś sobie z nimi poradził, bracie? Czy po prostu zmusiłbyś ich do uległości urokiem osobistym? W moim życiu wszystko sprowadza się do walki o władzę.

– Dzisiaj nie mam specjalnych życzeń – odpowiedziała Biel.

Gavin rozpoczął.

Pryzmat zasadniczo potrafił dokonać dwóch rzeczy, których nie umiał nikt inny. Po pierwsze mógł rozszczepić światło na składowe kolory bez żadnej pomocy. Zwykły czerwony krzesiciel potrafił krzesać tylko w obrębie czerwonego widma, jedni szerszego, inni węższego. Żeby krzesać, musieli widzieć czerwień – czerwoną skałę, krew, zachód słońca, pustynię, cokolwiek. Albo też – jak odkryli krzesiciele dawno temu – mogli założyć czerwone okulary, które filtrowały białe słoneczne światło, przepuszczając samą czerwień. To dawało mniejszą moc, ale było lepsze niż nieustanne uzależnienie od otoczenia.

Te same ograniczenia dotyczyły każdego krzesiciela – monochromaci mogli krzesać tylko jeden kolor, dichromaci dwa. Zwykle były to kolory graniczące ze sobą, jak czerwień i oranż albo żółć i zieleń. Polichromaci – którzy panowali nad trzema lub więcej kolorami – zdarzali się najrzadziej, ale nawet oni musieli krzesać z barw, które widzieli. Tylko Pryzmat nie potrzebował okularów. Tylko Gavin potrafił rozszczepiać światło w sobie.

To było wygodne dla Gavina, ale w niczym nie pomagało innym. W przeciwieństwie do właśnie tego, co robił teraz – gdy stał na szczycie Chromerii w świetle, które wlewało mu się przez oczy i wypełniało skórę każdym kolorem widma, wsączając się wszystkimi porami, bo wtedy wyczuwał zaburzenia równowagi na całym świecie.

– Na południowym wschodzie, jak poprzednio – powiedział Gavin. – Głęboko w Tyrei, prawdopodobnie w Kelfingu, ktoś posługuje się podczerwienią. Mnóstwem podczerwieni.

Żar i ogień zwykle oznaczyły magię bojową. Od tego zaczynali niepotrafiący krzesać watażkowie i satrapowie, kiedy chcieli zabijać. Żadnej subtelności. Zużycie takiej ilości podczerwieni w Tyrei oznaczało dwie rzeczy: albo trwała tam cicha wojna, albo nowy satrapa Rask Garadul założył własną szkołę przygotowującą bojowych krzesicieli. Nie uraduje to jego sąsiadów. Ruthgarski gubernator, który okupował dawną stolicę Tyrei, Garriston, z pewnością nie ucieszy się z tej nowiny.

Poza nadużyciem podczerwieni, wykorzystano więcej czerwonej magii niż błękitnej, od ostatniego razu, kiedy Gavin badał równowagę, i więcej zielonej niż pomarańczowej. Pierwotnie system sam się regulował. Jeśli czerwoni krzesiciele na świecie zużyli zbyt wiele czerwieni, krzesanie stawało się dla nich coraz trudniejsze, a jednocześnie łatwiejsze dla niebieskich. Zapieczętowany czerwony luksyn szybciej się rozpadał, a niebieski stawał się trwalszy. Na tym poziomie to była tylko niedogodność, drobne utrapienie.

Legendy opowiadały o erze przed Lucidoniusem, który przyniósł ze sobą prawdziwą wiarę w Orholama, kiedy centra magiczne były rozrzucone po całym świecie: zielone w obecnym Ruthgarze, czerwone w Atashu i tak dalej, a wszyscy czcili pogańskich bogów i tkwili w przesądach i ignorancji. Pewien watażka wybił niemal wszystkich niebieskich krzesicieli. W ciągu kilku miesięcy – jak powiadano – Morze Lazurowe zamieniło się w krew, a w wodach umarło całe życie. Rybacy nad wszystkim brzegami morza przymierali głodem. Nieliczni niebiescy krzesiciele, którzy przetrwali, heroicznie próbowali samodzielnie przywrócić równowagę, wykorzystując tyle niebieskiej magii, że przypłacili to życiem. Morza się oczyściły, a czerwoni krzesiciele powrócili do krzesania. Tym razem jednak zabrakło niebieskich krzesicieli. Cały czerwony luksyn rozpadł się, wody mórz znowu zamieniły się w krew, zapanowały głód i zaraza.

I tak to szło. Niemal w każdym pokoleniu ogromne klęski żywiołowe wybijały tysiące ludzi, którzy wierzyli, że w jakiś sposób obrazili swych kapryśnych bogów.

 

Pryzmaci temu zapobiegali. Gavin wyczuwał, że równowaga została zakłócona na długo przed pierwszymi namacalnymi skutkami, i naprawiał szkody, krzesząc dopełniający kolor. Kiedy Pryzmaci zawodzili, a dochodziło do tego nieuchronnie po siedmiu, czternastu albo dwudziestu jeden latach, Chromeria musiała zapobiegać katastrofom w bardziej brutalny sposób – oprócz tego, że na całym świecie gaszono pożogi (wojenne i te zwykłe), rozsyłano pisma, na przykład nalegające, by niebiescy nie krzesali bez wyraźnej potrzeby, a czerwoni krzesali jak najwięcej. Ponieważ każdy mógł wykrzesać tylko skończoną ilość koloru w ciągu życia, oznaczało to przyśpieszanie śmierci czerwonych i powstrzymywanie niebieskich od wszelkiej pożytecznej działalności we wszystkich satrapiach. W takich czasach Chromeria szukała następcy Pryzmata z wielkim zapałem. A Orholam nieodłącznie przysyłał nowego Pryzmata w każdym pokoleniu, a przynajmniej tak głosiły nauki.

Z wyjątkiem pokolenia Gavina, kiedy w swej niezgłębionej mądrości Orholam zesłał dwóch – i rozdarł świat na dwoje.

Gavin zakręcił się powoli, rozkładając ręce szerzej i wypuszczając strumienie nadfioletu – równoważąc podczerwień, czerwień, żeby zrównoważyć błękit i wreszcie oranż dla zrównoważenia zieleni. Kiedy świat znowu wyglądał jak należy, Gavin się zatrzymał.

Odwrócił się i uśmiechnął do Bieli. Jak zwykle, nie sposób było cokolwiek wyczytać z jej twarzy. Jej Czarnogwardziści – każdy z nich był krzesicielem i wobec tego rozumiał, jaką mocą żonglował przed chwilą Gavin – robili wrażenie równie zblazowanych. A może już przywykli? W końcu był Pryzmatem. To do niego należało dokonywanie niemożliwego. Ich zadaniem było chronienie Bieli, nawet przed nim, gdyby do tego doszło.

Gavin był Pryzmatem i wobec tego rzekomo cesarzem Siedmiu Satrapii. W rzeczywistości jego obowiązki miały głównie naturę religijną. Pryzmaci, którzy okazywali się czymś więcej niż tylko figurantami, szybko zostawali zmuszeni do przejścia na emeryturę. Często w sposób nieodwołalny. Czarnogwardziści zginęliby, broniąc Pryzmata przed każdą inną osobą, Biel jednak była głową Chromerii. W razie potrzeby stanęliby po jej stronie, a nie jego. Wiedzieli, że wtedy zapewne by zginęli, ale do tego właśnie ich szkolono. Nawet Karris.

Gavin zastanawiał się czasem, czy gdyby do tego doszło, Karris spróbowałaby go zabić jako ostatnia, czy jako pierwsza?

– Karris? – odezwała się Biel. – Czeka na ciebie statek płynący do Tyrei. Weź to. Przeczytaj po postawieniu żagli. Przez resztę drogi wiosłuj, kiedy będziesz mogła. Zależy nam na czasie.

Wręczyła Karris złożony list. Nawet nie wyglądał na zapieczętowany. Albo Biel ufała Karris, że nie otworzy go przed wypłynięciem na morze, albo wiedziała, że przeczyta go natychmiast niezależnie od zabezpieczeń. Gavin myślał, że dobrze zna Karris, ale nie wiedział, jak się zachowa.

Karris wzięła list i ukłoniła się nisko przed Bielą, nie zerkając nawet na Gavina. Potem odwróciła się i odeszła. Gavin wbrew sobie zerknął za nią – smukła, pełna wdzięku, silna – ale nie przyglądał się zbyt długo. Biel i tak to zauważy, ale gdyby zaczął się gapić, pewnie by to skomentowała.

Machnęła ręką, kiedy Karris zniknęła na schodach, a reszta Czarnej Gwardii odsunęła się poza zasięg słuchu.

– Zatem, Gavinie – powiedziała, krzyżując ręce. – Syn. Wyjaśnij to.

Rozdział 6

Zielony Most znajdował się około pięciu mil w górę rzeki. Ciało Kipa domagało się, żeby przestał biec, ale za każdym razem gdy zwalniał, wyobrażał sobie żołnierzy nachodzących z drugiego brzegu rzeki. Musiał dotrzeć na miejsce przed nimi.

Jakieś dwanaście koszmarów o zniewoleniu i śmierci później dotarł do mostu. Isabel, Ramir i Sanson opierali się wygodnie o przęsło i wędkowali. Isabel opatuliła się z powodu chłodu, patrząc, jak Sanson próbuje wyciągnąć pstrąga tęczowego, a Ram mówi mu, co robi źle. Wszyscy spojrzeli na Kipa, który zgiął się wpół zadyszany. Nigdzie nie było śladu żołnierzy.

– Musicie się zbierać – wysapał. – Żołnierze nadchodzą.

– Och, nie, nie! Tylko nie żołnierze! – Ram odegrał panikę.

Sanson zerwał się na równe nogi, myśląc, że Ram mówi serio. Miał wystające zęby i był łatwowiernym, dobrodusznym chłopakiem, który zawsze jako ostatni chwytał żart, chociaż najczęściej to on był jego tematem.

– Spokojnie, Sanson. Tylko żartowałem – powiedział mu Ramir, trochę za mocno szturchając go w ramię.

Kiedy za pierwszym razem usłyszeli o przymusowym werbunku do wojska, potrzebowali jakiejś sekundy, żeby uznać, że jeśli ktoś z nich zostanie siłą wcielony do służby u króla Garadula, to właśnie Ram. Miał szesnaście lat, ale wyglądał doroślej od reszty i jako jedyny chociaż trochę przypominał żołnierza.

– Ale nie ja – powiedział Kip, nadal pochylony z rękami na kolanach i zadyszany.

Sanson, nadal niepewny, powiedział:

– Mama powiedziała, że alkadesa strasznie się pokłóciła z człowiekiem od króla. Powiedziała, że alkadesa kazała mu wsadzić sobie rozkaz w ucho.

– Jak znam alkadesę, to nie powiedziała, że w ucho – wtrąciła Isa.

Wyszczerzyła szelmowsko zęby, a Sanson i Ram wybuchnęli śmiechem. Oni po prostu nie rozumieli.

Kip zauważył, że Isa spojrzała na Rama – zerknęła tylko, mając nadzieję, że dostrzeże aprobatę. Kiedy ją zobaczyła, Kip zauważył, że pokraśniała z zadowolenia, i aż go zemdliło. Znowu.

– Co jest grane, Kip? – spytała.

Miała wielkie piwne oczy, pełne usta, krągłe kształty i nieskazitelną skórę. Nie sposób było rozmawiać z nią i nie być świadomym jej urody. Była ładniejsza nawet od Liv i bardziej od niej była... w Rektonie.

Kip szukał właściwych słów. Ludzie idą nas zabić, a ja się martwię dziewczyną, która nawet mnie nie lubi.

Od Zielonego Mostu do najbliższego gaju pomarańczowego było jakieś trzysta, czterysta kroków. I teren był niemal całkowicie odsłonięty.

– Żołnierze... – zaczął Kip, ale Ram wszedł mu w słowo.

– Jeśli mnie zwerbują, to zgłoszę się na ochotnika na krzesiciela bojowego – powiedział. – To niebezpieczne, wiem, ale jeśli mam tu zostawić wszystko, co kocham, to zamierzam przynamniej zrobić użytek ze swojego życia. – Spojrzał w dal, w swoją wspaniałą przyszłość.

Kip miał ochotę go strzelić w ten przystojny, heroiczny dziób.

– Może uciekniecie sobie z Sansonem? – zaproponował. – No wiecie, schowacie się przed wielkim, złym wojskiem. Chcemy się z Isą pożegnać.

– A dlaczego nie możecie pożegnać się przy nas? – zdziwił się Sanson.

Isa się zaczerwieniła.

Oczy Rama rozbłysły.

– Mówię serio, nie bądźcie palantami, co? – powiedział, udając, że żartuje.

– Ram, posłuchaj – spróbował jeszcze raz Kip. – Wojsko idzie zrobić z nas przykład. Musimy uciekać. Teraz. Natychmiast. Mistrz Danavis powiedział, że zajmą most.

Zielony Most tak naprawdę był pamiątką po ostatniej armii, która tędy przeszła. Był cały z zielonego luksynu – najtrwalszego rodzaju luksynu, który zapieczętowany rozpadał się najwolniej. Mówiono, że kiedy Gavin Guile poprowadził tędy wojsko, żeby zmiażdżyć siły swego złego brata, Dazena Guile, to on właśnie, Pryzmat osobiście, wykrzesał ten most. Sam jeden. W kilka sekund. Armia przeszła, nawet nie zwalniając, chociaż żołnierze zdążyli okraść miasto z wszystkich zapasów i całego żywego inwentarza. Wszyscy mężczyźni z miasteczka zostali przymusowo wcieleni do służby po jednej albo drugiej stronie.

To dlatego dorastali bez ojców. Nikt w Rektonie nie powinien lekceważyć żadnego przechodzącego w pobliżu wojska. Nawet dzieci.

– Wyświadcz mi pewną przysługę, Pulpecie. Odwdzięczę się – powiedział Ram.

– Jeśli odejdziesz z wojskiem, to nie będzie cię tutaj, żeby mi się odwdzięczyć– odgryzł się Kip.

Miał ochotę zabić Rama, kiedy nazywał go Pulpetem.

Ram wykrzywił się paskudnie. Już parę razy się bili i Ram zawsze wygrywał. Ale nigdy nie było łatwo. Kip potrafił dużo znieść i czasem wariował. Obaj to wiedzieli.

– Więc po prostu zrób coś dla mnie, dobra?

– Musimy uciekać! – Kip prawie krzyknął.

Nie wiedział, dlaczego się dziwił. Nie bez powodu przezywano Ramira baranem[*]. Gdy raz obrał sobie cel, to parł prosto do niego, taranując wszystko po drodze i nigdy nie zbaczając nawet na cal w lewo czy prawo. Dzisiaj jego celem było odebranie Isabel dziewictwa. Tak po prostu. Żadne wojsko najeźdźców nie mogło powstrzymać tego durnego barana.

– W porządku. Chodź, Isa, pójdziemy do pomarańczowego zagajnika – powiedział Ram. – I nie sądzę, żebym ci to zapomniał, Kip.

Ram wziął ją za rękę i pociągnął na ścieżkę. Poszła za nim, ale się odwróciła, patrząc przez ramię na Kipa, jakby się spodziewała, że coś zrobi.

Co on mógł zrobić? Przynajmniej poszli we właściwym kierunku. Gdyby podszedł do Rama i uderzył go pięścią w twarz, tamten zlałby go na kwaśne jabłko, a co gorsza, obaj zostaliby na odsłoniętym terenie. Gdyby Kip poszedł za nimi, Ram mógłby uznać to za prowokację do bójki, nawet jeśli Kip nie miał takiego zamiaru, i efekt końcowy byłby taki sam.

Isabel nadal na niego patrzyła. Była tak piękna, że to aż bolało.

Kip mógł zostać. Nic nie zrobić. Schować się pod mostem.

Nie!

Zaklął. Isa zerknęła za siebie, kiedy wyszedł z cienia Zielonego Mostu. Jej oczy się rozszerzyły i wydawało mu się, że cień uśmiechu musnął jej usta. Szczerze się cieszyła, widząc, że Kip ściga ją i zachowa się jak mężczyzna, czy też była to podła radość, że będą o nią walczyć? Wtedy jej wzrok powędrował w górę i na lewo, na przeciwległy brzeg rzeki. Zdziwiła się.

Powyżej rozległ się okrzyk mężczyzny, ale z powodu syku rzeki Kip nie zrozumiał ani słowa. Ram potknął się, dochodząc na szczyt nadrzecznej skarpy. Nie podparł się, ale padł na kolana, zachwiał się i poleciał do tyłu.

Dopiero kiedy bezwładne ciało Rama przetoczyło się, Kip zobaczył strzałę wystającą z jego pleców.

Isa też ją zauważyła. Spojrzała na kogoś, kto stał na drugim brzegu, zerknęła na Kipa, a potem czmychnęła w przeciwną stronę.

– Zabić ją – rozkazał mężczyzna głośnym, czystym głosem, stojąc na moście dokładnie nad Kipem. Powiedział to beznamiętnie.

Bezradnemu Kipowi zbierało się na wymioty. Zmarnował za dużo czasu. Umysł nie chciał przyjąć tego, co widziały oczy. Isa biegła brzegiem rzeki. Szybko. Zawsze była szybka, ale nie miała się gdzie schować przed strzałą, która już nadlatywała – Kip to wiedział. Serce waliło mu młotem w piersi, krew ryczała w uszach i nagle puls przyśpieszył dwukrotnie, trzykrotnie.

Dostrzegł kątem oka ledwie cień – strzała. Rękę Kipa przeszył ból, jakby sam został postrzelony. Rozbłysk błękitu, prawie niewidoczny, cieniutki jak trzcinka, śmignął od niego w powietrze.

Strzała wpadła w wodę, dobre piętnaście kroków od Isy. Łucznik zaklął. Kip spojrzał na swoje ręce. Trzęsły się... i były niebieskie. Tak boleśnie modre jak niebo. Tak się zdziwił, że na chwilę zamarł.

Spojrzał znowu na Isę, która teraz znajdowała się ponad sto kroków dalej. Ponownie zamigotał cień, kiedy kolejna strzała przesunęła się ze skraju jego pola widzenia w samo centrum i trafiła w plecy Isy. Dziewczyna poleciała twarzą na ostre kamienie na brzegu, ale kiedy Kip patrzył, podniosła się na czworaka i powoli, ze strzałą wystającą z krzyża, z rękami i twarzą we krwi. Prawie udało jej się wstać, kiedy w plecy wbiła jej się następna strzała. Isa padła twarzą w płytką wodę przy brzegu i już się nie poruszyła.

Kip stał ogłupiały, nie dowierzając własnym oczom. Widział tylko miejsce, gdzie szkarłat życia, kłębiąc się, wypływał z pleców Isy do czystych wód rzeki.

Tętent kopyt zadudnił na moście nad nimi. Kip zastanawiał się gorączkowo.

– Panie, ludzie są gotowi – odezwał się mężczyzna powyżej. – Ale... panie, to nasze własne miasto.

Kip zerknął w górę. Zielony luksyn mostu nad nim był półprzezroczysty i widział poprzez niego cienie mężczyzn – co oznaczało, że jeśli on albo Sanson się poruszą, żołnierze prawdopodobnie ich dostrzegą.

Cisza, a potem ten sam oficer, który rozkazał zabić Isę, odezwał się chłodno:

– Więc mamy pozwolić poddanym, by sami wybierali, kiedy słuchać króla? A może wypełnianie moich rozkazów też nie powinno być obowiązkowe?

– Nie, panie. Po prostu...

– To wszystko?

 

– Tak, panie.

– Więc spalić miasto. Zabić wszystkich.

* Ram (ang.) – baran, tryk (przyp. tłum.)