Czarny pryzmatTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

To już brzmiało wystarczająco zawile.

– Ale w czasie wojny...?

– Zostałem wyznaczony na promachosa. To oznacza władzę absolutną na czas wojny. Wszyscy się wtedy denerwują, a nuż promachos uzna, że „wojna” potrwa wiecznie.

– Ale ty oddałeś władzę? – Kip zdał sobie sprawę, że to głupie pytanie.

Gavin się uśmiechnął.

– I cud nad cudem, nie zamordowano mnie. Czarna Gwardia nie tylko chroni Pryzmatów. Chroni też przed nami świat.

Orholamie. Świat Gavina robił wrażenie o wiele bardziej niebezpiecznego niż ten, który Kip właśnie opuścił.

– Więc nauczysz mnie krzesać? – spytał.

To było najlepsze w tych wszystkich światach. Mógłby się nauczyć tego, czego musiał, nie zostając samemu na dziwnej wyspie. A kto lepiej nauczy go krzesać jak nie sam Pryzmat?

– Oczywiście. Ale najpierw musimy coś zrobić.

Kip spojrzał tęsknie na pęto kiełbasy, którą Gavin nadal trzymał.

– Na przykład, zjeść coś jeszcze?

Rozdział 26

Zanim minęło południe następnego dnia, Kip gorzko pożałował swoich żartów z łodzi. Lecieli ponad falami z zawrotną prędkością. Gavin zabudował łódź, mrucząc coś na temat kobiety i jej pomysłów, więc teraz mimo pędu mogli rozmawiać.

– Zatem posłużyłeś się zielenią – powiedział Gavin, jakby to było dla niego całkiem normalne, że pochyla się mocno, z całkiem czerwoną skórą, unieruchomionymi nogami i napiętymi mięśniami, trzyma w rękach dwa półprzezroczyste, niebieskie słupki i poci się obficie. – To dobry kolor. Wszyscy potrzebują zielonych krzesicieli.

– Myślę, że potrafię też widzieć ciepło. A mistrz Danavis powiedział, że jestem superchromatą.

– Co?

– Mistrz Danavis był farbiarzem w naszym miasteczku. Czasem mu pomagałem. Miał kłopot z dopasowaniem czerwieni tak dobrze, żeby to odpowiadało mężowi alkadesy.

– Corvan Danavis? Corvan Danavis mieszkał w Rektonie?

– T-tak.

– Smukły, około czterdziestki, z wąsami ozdobionymi paciorkami, paroma piegami i rudawymi włosami?

– Bez wąsów, ale poza tym tak.

Gavin zaklął cicho.

– Znałeś naszego farbiarza? – zapytał z niedowierzaniem Kip.

– Można tak powiedzieć. Walczył przeciwko mnie w czasie wojny. Bardziej ciekawi mnie to widzenie ciepła. Opowiedz mi, co robisz.

– Mistrz Danavis nauczył mnie patrzeć kątem oka. Czasem, kiedy tak robię, ludzie jaśnieją, zwłaszcza ich odsłonięta skóra, pachy i... no wiadomo.

– Krocze?

– Właśnie. – Kip odchrząknął.

– A niech mnie. – Gavin się zaśmiał.

– Co? Co to znaczy?

– Przekonamy się później.

– Później? To znaczy, za rok albo dwa? Dlaczego wszyscy dorośli rozmawiają ze mną jak z głupim?

– W porządku. O ile nie okażesz się prawdziwym dziwadłem, to najpewniej jesteś nieciągłym dichromatą.

Kip zamrugał zaskoczony. Nie jakim czym?

– Powiedziałem, że nie jestem głupi; bycie ignorantem to co innego.

– A ja miałem na myśli później tego samego dnia.

– Och.

– Istnieją dwa specjalne przypadki odnośnie do krzesania... No dobrze, jest mnóstwo specjalnych przypadków. Niech to Orholam trzaśnie, nigdy nie próbowałem uczyć podstaw. Zastanawiałeś się czasem, czy nie jesteś jedyną prawdziwą osobą na świecie, a wszystko i wszyscy poza tobą to tylko wytwory twojej wyobraźni?

Kip się zarumienił. W domu próbował nawet przestać sobie wyobrażać Rama, mając nadzieję, że wtedy chłopak po prostu przestanie istnieć.

– Chyba tak.

– No jasne, to jeden z pierwszych flirtów infantylnego umysłu z egoizmem. Bez obrazy.

– Nie ma sprawy.

I tak nie mam pojęcia, co właśnie powiedziałeś.

– To pociągająca idea, ponieważ uzasadnia twoją ważność, pozwala ci robić, co tylko zechcesz, i nie można udowodnić jej fałszywości. Nauka krzesania napotyka podobne kłopoty. Założę więc, że akceptujesz fakt istnienia innych ludzi.

– Pewnie. Nie ciągnie mnie uczenie samego siebie – odparł Kip i wyszczerzył zęby.

Gavin zerknął na horyzont, mrużąc oczy. Sklecił dwie soczewki rozsunięte na długość ręki i zamocował je na luksynowym baldachimie, żeby móc rozglądać się po morzu. Musiał coś zauważyć, bo skręcił ślizgaczem w lewo... znaczy na bakburtę! Ostro na bakburtę.

Kiedy się odwrócił, najwyraźniej przegapił dowcipną uwagę Kipa.

– Przy czym to byliśmy? A, tak. Kłopot z nauką krzesania polega na tym, że kolor istnieje niezależnie od nas, ale poznajemy go tylko poprzez nasze doświadczenie. Nie wiemy dlaczego, ale niektórzy mężczyźni, subchromaci, nie potrafią odróżniać czerwieni od zieleni. Inni nie odróżniają niebieskiego i żółtego. Oczywiście, kiedy mówisz człowiekowi, że nie widzi koloru, którego nigdy nie widział, może ci nie uwierzyć. Każdy, kto mu mówi, że czerwony i zielony różnią się od siebie, może po prostu stroić sobie z niego okrutne żarty. Może nie uwierzyć albo może zaakceptować istnienie czegoś, czego nigdy nie widział. To ma swoje teologiczne konsekwencje, ale to ci daruję. Upraszczając sprawę, skoro istnieją niepełnosprawni chromatycznie ludzie – nawiasem mówiąc, są to prawie zawsze mężczyźni – to dlaczego mieliby nie istnieć ludzie wybitnie wrażliwi na kolory, superchromaci? Okazuje się, że istnieją. Ale to są prawie zawsze kobiety. Więcej, niemal połowa kobiet potrafi różnicować kolory na najwyższym poziomie. W przypadku mężczyzn zdarza się to tylko jednemu na dziesięć tysięcy.

– Chwileczkę, więc mężczyźni są poszkodowani pod każdym względem? Częściej zdarzają się ślepi na kolory i rzadziej naprawdę dobrzy w ich widzeniu? To niesprawiedliwe.

– Ale za to możemy podnosić ciężkie przedmioty.

– I sikać na stojąco, tak – burknął Kip.

– To bardzo przydatna umiejętność w pobliżu jadowitego sumaka. Byłem raz na pewnej misji z Karris... – Gavin gwizdnął.

– Nie może być – przeraził się Kip.

– Myślałeś, że wściekła się na mnie wtedy na rzece? Nie wiadomo dlaczego za sumak też miała pretensje do mnie. – Gavin wyszczerzył zęby. – No dobrze, a wracając do tematu: większość z nas widzi normalny zakres kolorów. Hm, palnąłem tautologię.

– Co?

– Za daleko odszedłbym od tematu. To, że widzisz dany kolor, nie znaczy, że możesz go krzesać. Jeśli jednak go nie widzisz, będziesz go kiepsko krzesał. Dlatego mężczyźni nie są tak precyzyjni w krzesaniu określonych kolorów jak kobiety superchromatki, które stanowią połowę kobiet. Siła woli pozwala poprawić większość tych błędów, ale lepiej, jeśli w ogóle ich nie ma. Jest to szczególnie istotne, kiedy próbujesz zbudować budowlę z luksynu, która się nie zawali.

– To z luksynu wznosi się całe budynki?!

Gavin udał, że go nie słyszy.

– Mówię ci o tym wszystkim, żeby wyjaśnić specjalne przypadki, od których zacząłem, a mianowicie podczerwień i nadfiolet. Jeśli widzisz ciepło, istnieje spore prawdopodobieństwo, że możesz je krzesać.

– To znaczy, że mogę rozpalić ogień, o tak? Ziuu? – Kip zakreślił szeroki łuk ręką.

– Tylko jeśli powiesz przy tym „ziuu”. – Gavin się zaśmiał.

Kip znowu się zaczerwienił. Nie czuł się przy Pryzmacie głupi, tylko niemądry. Ten mężczyzna potrafił być naprawdę przerażający, tak jak czasem mistrz Danavis, ale żaden z nich nie robił wrażenia podłego. Ani złego.

– A to byłoby bardzo dziwne – ciągnął Gavin – ponieważ krzesałeś zieleń. – Zastanowił się, jakby próbował wymyślić, jak mu coś wyjaśnić. – Widziałeś kiedyś tęczę?

– Tę co? – Kip wytrzeszczył oczy.

– To było pytanie retoryczne, mądralo. Porządek kolorów jest taki: nadfioletowy, niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy, czerwony i podczerwony. Zwykle dichromaci obejmują szerszą część łuku. Krzeszą nadfioletowy i niebieski, niebieski i zielony albo zielony i żółty. A polichromaci, o wiele rzadsi, mogą krzesać zielony, żółty i pomarańczowy. Krzesiciele krzeszący kolory, które ze sobą nie graniczą, zdarzają się bardzo rzadko. Karris należy do takich. Krzesze zieleń, nie potrafi krzesać żółci i oranżu, ale potem krzesze większość czerwieni aż do podczerwieni.

– Czyli jest polichromatką.

– Prawie. Nie potrafi krzesać trwałej podczerwieni, którą nazywa się ogniowym kryształem. Ogniowe kryształy i tak nie są zbyt trwałe, ponieważ wchodzą w reakcję z powietrzem, ale mniejsza z tym. Rzecz w tym, że ta odrobina dzieli ją od bycia polichromatką i tylko to się liczy.

– Założę się, że jest z tego powodu bardzo szczęśliwa.

– Korzyść z tego taka, że nie pozwolono by jej wstąpić do Czarnej Gwardii, gdyby była polichromatką. Polichromaci są zbyt cenni. A presja, by urodziła dziecko, tylko by się zwiększyła. Niemniej takie przypadki zdarzają się rzadko i nazywa się je nieciągłymi dichromatami. Nieciągłymi, ponieważ kolory nie sąsiadują ze sobą w widmie. Dichromaci, ponieważ chodzi o dwie barwy. Rozumiesz? Wszystko w krzesaniu jest logiczne. Tyle że nie całkiem. Na przykład, widzenie podczerwieni to widzenie ciepła, więc widzenie nadfioletu powinno być widzeniem zimna, racja?

– Racja.

– A tak nie jest.

– Och. To chyba ma sens.

Tyle że nie miało.

– Mam okropną chęć zmierzwić ci włosy – powiedział Gavin.

– Więc jak to będzie? – burknął Kip.

– Jest pewna mała wyspa, którą wykorzystujemy jako stanowisko artyleryjskie. Łączy się z Chromerią tunelem. To tak wielki sekret, że jeśli zdradzisz go komukolwiek, Chromeria będzie cię ścigać, aż cię zabije. – Gavin powiedział to wesoło, ale Kip nie wątpił w jego szczerość.

– To dlaczego mi to mówisz? Mogę się niechcący wygadać.

– Bo już podzieliłem się sekretem, który uważam za ważniejszy: wiesz o istnieniu ślizgacza. Jeśli zdradzisz ten sekret naszym wrogom, Chromeria może niczego nie zrobić. Gdybyś jednak zdradził nas celowo, powiedziałbyś im także o tunelu ewakuacyjnym. Zatem teraz, jeśli zdradzisz mnie, zdradzisz też całą Chromerię. A wtedy będą cię ścigać i zabiją cię.

 

Kipa przeszedł dreszcz. Ten człowiek był ciepły, ujmujący. Kip nie wątpił, że Gavin go lubi, ale w kręgach Pryzmata można kogoś lubić i nadal musieć go zabić. Naturalność, z jaką Gavin przygotował się na możliwość zdrady ze strony Kipa, mówiła, że zdradzono go już wcześniej i wtedy dał się zaskoczyć. Gavin nie należał do ludzi, którzy musieli dwa razy uczyć się trudnej lekcji.

– Zacumuję przy tej wysepce i wsadzę cię na łódź płynącą na główną wyspę. Poślę z tobą Czarnogwardzistę, żeby zabrał cię do Młocarni. Za kilka dni, kiedy uznam, że już czas, wyjedziesz ze mną i wtedy zacznę cię uczyć krzesania.

Kip jednak ledwie zwrócił uwagę na ostatnie słowa.

– Do Młocarni?!

Rozdział 27

Karris spadła tylko kilka stóp i uderzyła w coś miękkiego. Jej lewa noga zapadła się aż po kolano, podczas gdy reszta ciała spadała głębiej do piwnicy. Coś klejącego nadal trzymało ją za nogę, więc zawisła do góry nogami i całym ciałem uderzyła w bok czegoś, co wyglądało jak wielkie czerwone jajo – cieniutka skorupka na maziowatym wnętrzu. Uderzyła w jajo, strzaskała je i wymazała się czerwonym luksynem. A potem impet upadku wyrwał ją z kleistej mazi i Karris uderzyła o kamienną posadzkę.

Zgodnie z tym, czego ją nauczono, obróciła się tak, żeby upaść na prawą rękę – uderzenie ręką o podłogę bolało, jak zawsze, ale dzięki temu uchroniła wrażliwsze części ciała i była w stanie do pewnego stopnia pokierować upadkiem. Przeturlała się, zamiast walnąć w podłogę głową.

W jednej chwili zerwała się na równe nogi i wyciągnęła z plecaka jatagan o wąskiej rękojeści. W pomieszczeniu nie było światła, poza tym, które wlewało się przez dziurę wybitą przez Karris w suficie. Odłamki drewna nadal spadały do środka. Wielkie czerwone jajo rozbłysło w nagłym świetle. Dym, wzburzony upadkiem Karris, uniósł się w snopie światła otaczającym jajo. Całe pomieszczenie mające może dwadzieścia kroków na trzydzieści, cuchnęło dymem i przypalonym czerwonym luksynem, co było dziwne, ponieważ czerwony luksyn spalał się zwykle idealnie. A skoro już o tym mowa, każda powierzchnia oświetlona słabym światłem wyglądała jak poczerniały luksyn.

Jednakże najbardziej uwagę Karris przyciągało wielkie jajo. Miało co najmniej cztery stopy wysokości i było przypieczone na czarno z wyjątkiem miejsca, w którym je stłukła. Czerwony luksyn wyciekł z czegoś, co przypominało smołę. Kilka rur odchodziło od jaja we wszystkie strony i znikało w suficie, który również poczerniał. Przypalone ciała kilkunastu żołnierzy króla Garadula leżały w pomieszczeniu.

– Co jest, u diabła? – mruknęła Karris.

Uniosła miecz, żeby roztrzaskać jajo.

Eksplodowało, zanim zdążyła je tknąć. Wielki fragment przedniej części poleciał prosto na nią. Poczerniała skorupa roztrzaskała się na jej lewej ręce, którą w ostatniej chwili zdążyła podnieść, na piersi, brzuchu i nogach. Była właśnie w pół kroku, więc straciła równowagę. Zatoczyła się i bardziej wyczuła niż zobaczyła postać wyskakującą z jaja do tyłu, podczas gdy na niej roztrzaskiwała się skorupa.

Zamiast próbować złapać równowagę, wykorzystała energię upadku i rzuciła się naprzód. Przekoziołkowała, chowając jatagan tak, żeby się na niego nie nadziać, i zaatakowała. Nie wahała się. Dowódca Żelazna Pięść wbił jej tę lekcję do głowy raz na całe lata: kiedy ktoś atakuje, natychmiast kontratakuj. Szybkość kontruderzenia to często jedyna przewagą, jaką masz. Zwłaszcza gdy jesteś drobną osobą. Zwłaszcza gdy jesteś kobietą. Zwłaszcza gdy nie założyłaś okularów, a drugi krzesiciel wprost przeciwnie.

Napastnik cofnął się aż pod ścianę. Stał z żywymi kłębami czerwonego luksynu podobnymi do wielkich węzłów wokół rąk. Karris znała tę sztuczkę. Jeżeli wiesz, co robisz, możesz utrzymać nadmiar otwartego luksynu na zewnątrz ciała. Węzły otwartego luksynu można uformować, w co się zechce, a łapiąc go w ręce, można nim cisnąć w dowolny sposób. Postawa mężczyzny zdradzała, że też jest wyszkolonym wojownikiem. Stał lewym bokiem do Karris, z uniesioną, lekko ugiętą lewą ręką – w gotowości do ataku, z prawą podniesioną wyżej i odchyloną do tyłu, i z prawym kolanem mocno ugiętym, utrzymującym większość ciężaru. Nawet przy szybkości Karris w krzesaniu i ilości czerwonego luksynu, który odbijał czerwone światło do jej oczu, nadal potrzebowała czasu, by przygotować atak, więc miał nad nią przewagę. Mogła mieć tylko nadzieję, że uda jej się skrócić dystans, zanim mężczyzna ją zabije.

Strzepnął gwałtownie lewą ręką, przesuwając ją nisko od prawej strony do lewej. Czerwony luksyn chwycił się podłogi, żeby spowolnić Karris. Spodziewała się tego i rwanym krokiem przeskoczyła nad lepkimi łatami. Jego prawa ręką wystrzeliła do przodu w trzech szarpnięciach. Trzy kule – każda wielkości pięści – śmignęły salwą od prawej do lewej. Karris zrobiła unik przed pierwszą i drugą, ale trzecia ją trafiła, kiedy przeskakiwała nad kolejną lepką kałużą. Kula uderzyła ją mocno w żebra po lewej stronie i się rozbryznęła. Karris przeturlała się, piruetem skróciła dystans i cięła jataganem.

Czerwony krzesiciel powstrzymał jej opadający miecz kolejnymi warstwami czerwonego luksynu. Podtrzymywany luksyn, nawet czerwony, mógł zyskać pewną sztywność dzięki sile woli krzesiciela, a jeszcze więcej dzięki przeplataniu, jednak czerwony luksyn nie był w stanie zatrzymać stali. To jakby chcieć powstrzymać miecz za pomocą wody.

To jednak nie był jedynie kawałek podtrzymywanego czerwonego luksynu. Nie przypominało to uderzenia mieczem w nieruchomą wodę. To było jak stanie pod tamą po otwarciu śluz. To tylko woda, ale jej prędkość i objętość mogła zwalić człowieka z nóg. Podobnie uderzający w nią czerwony luksyn najpierw trochę ją spowolnił, potem jeszcze bardziej i w końcu całkiem ją zatrzymał.

Twarz czerwonego krzesiciela pobladła, kiedy wypłynął z niej luksyn. Potem jego szyja i pierś powróciły do naturalnego odcienia, podczas gdy luksyn wylewał się dalej. Później umięśnione ramiona. Luksyn znikał z całego jego ciała. Oboje w tej samej chwili zdali sobie sprawę, że kończy mu się luksyn.

Karris podjęła atak w tej samej chwili, co on. Zamarkowała cios w jego prawy bok, spodziewając się, że znowu napotka czerwony luksyn, i wymierzyła śmiercionośny cios. Jej miecz uderzył z brzękiem w coś twardego, chociaż nie dostrzegła żadnego ostrza. Nie mógł go wyciągnąć, tak żeby Karris tego nie zauważyła, nawet w takich ciemnościach.

Bez wahania uniosła jatagan i wymierzyła potężny cios w głowę krzesiciela. Ostrze uderzyło z brzękiem i zatrzymało się, kiedy mężczyzna uniósł ręce złożone w kształt litery „V”.

Odepchnął ją mocno i od razu natarł, nie pozwalając na zwiększenie dystansu. Snop światła przecinający mrok oświetlił jego ręce i to, co w nich trzymał, i w tej samej chwili mężczyzna krzyknął:

– Dość! Niech cię diabli, zatrzymaj się na sekundę.

Krzesiciel trzymał w obu rękach skrzyżowane pistolety; między ich lufami ugrzęzła klinga jataganu. Prawy pistolet celował w prawe oko Karris, a lewy w lewe. Oczywiście Karris miała jeszcze inne noże i bich’hwę, ale zanim cokolwiek by wyjęła, krzesiciel pociągnąłby za spust.

Pistolety, które gapiły się na nią, były projektu ilytańskiego. Ilytanie wyrzekli się magii, co zwykle oznaczało, że wytwarzane przez nich przedmioty codziennego użytku były najwyższej jakości. Jednakże używanie pistoletów nadal stanowiło spore ryzyko. Ten krzesiciel miał pistolety z zamkiem kołowym. Nie wymagały utrzymania płomienia na loncie, ale iskra z krzemienia nie zapalała prochu w jednym przypadku na cztery.

Niestety, oba pistolety miały podwójne lufy i wszystkie cztery kurki były odwiedzione. Karris próbowała oszacować swoje szanse – to było jeden do szesnastu czy jeden do dwustu pięćdziesięciu sześciu, że wszystkie cztery strzały okażą się nieudane? Ogarnęła ją rozpacz. Nie zamierzała ryzykować, nawet jeśli prawdopodobieństwo wynosiło jeden do szesnastu.

Zatem... negocjacje.

– Co krzeszesz? – dopytywał się nerwowo mężczyzna.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz...

– Pytam, co krzeszesz?! – krzyknął.

Odepchnął na bok jatagan i przyłożył jeden pistolet bezpośrednio do jej czoła. Było za ciemno, żeby widział tęczówki Karris, ale wkrótce i tak by się zorientował, więc odpowiedziała:

– Zieleń. Zieleń i czerwień.

– No to krzesz drabinę i wynoś się stąd. Natychmiast!

W innej sytuacji Karris pewnie zirytowałby fakt, że tak szybko go posłuchała, ale miała okulary na nosie w tej samej chwili, w której odwróciła się od światła. Wszystko w komnacie było pokryte czerwonym luksynem – otwartym albo poczerniałym, przypalonym i zamkniętym. Wreszcie wypatrzyła wysoko w świątyni dźwigar z drzewa żelaznego, który odbijał wystarczająco czyste białe światło, by udało jej się wykrzesać dobrą, solidną zieleń.

Jej ciało napełniało się już zielenią, kiedy pojęła, dlaczego krzesiciel tak ją popędzał. Komnata była wypełniona czerwonym luksynem. Zbyt długo kojarzyła te fakty. Do pomieszczenia prowadziły dwa wejścia, a martwi żołnierze byli przypaleni, a nie upieczeni – czerwony luksyn zachował się, pokrywając wszystko, zamiast spłonąć jak należy.

Pokój był pełen czerwonego luksynu, nowego i starego. Znajdowali się w beczce z prochem.

Płonąca ławka przewróciła się, strzelając tlącymi się i płonącymi odłamkami w kierunku dziury. Jedna drzazga zakołysała się na brzegu, obiecując śmierć.

Karris pobiegła przed siebie, rzucając pod nogi wystarczająco grubą warstwę zielonego luksynu, żeby na niej stanąć. Wykrzesała coś, co okazało się niewiarygodnie wąskimi schodami, o stopniach szerokich na jej dwie stopy i mocnych na tyle, żeby utrzymać jej ciężar, o ile skupi na tym siłę woli. Musiały jednak wytrzymać tylko dwie sekundy – dopóki po nich wbiegała. I tyle wytrzymały. Jeden sus, drugi, trzeci – wbiegała rącza jak łania – skok i wylądowała na podłodze kościoła. Poczuła, że deski się ugięły, gotowe zapaść się do pomieszczenia pod spodem, więc przeturlała się znowu i biegła dalej ku otwartym drzwiom. Taka ilość czerwonego luksynu w piwnicy oznaczała, że cały kościół może...

Bum!

Wybuch sprawił, że podłoga podskoczyła pod stopami Karris. Właśnie odbijała się stopą, robiąc krok, więc podłoga wyrzuciła ją w powietrze jak sprężyna. Szeroko otwarte drzwi kościoła otworzyły się jeszcze szerzej, kiedy Karris wyleciał w powietrze i śmignęła do przodu. Przez chwilę myślała, że uda jej się wylecieć przez drzwi i bezpiecznie wyląduje na zewnątrz, ale wybuch uniósł ją wysoko – za wysoko. Zamajaczyła jej framuga z żelaznego drzewa nad drzwiami. Karris uderzyła w drewno górną połową ciała i przeleciała przez nie – spalona, osłabiona belka pękła niemal natychmiast, ale wystarczył ułamek sekundy, żeby Karris obróciła się w locie niebezpiecznie do góry nogami i przekoziołkowała tak szybko, że nie wiedziała nawet ile razy.

A zaraz potem sunęła poślizgiem po bruku i żwirze, nie bardzo wiedząc, czy na chwilę straciła przytomność ani jak to się właściwie stało, że znalazła się na ziemi.

Odwróciła się, ignorując protest podnoszący się w zdecydowanie zbyt wielu częściach ciała i spojrzała w stronę zgruchotanych drzwi kościoła.

Ogromny szkarłatny wąż, cały w płomieniach, wysunął łeb na zewnątrz. Nie, nie wąż – płonąca tuba z czystego czerwonego luksynu, szerokości męskich ramion. A potem wąż zwymiotował i zanim płomienie zdążyły pożreć łatwopalny luksyn, krzesiciel wystrzelił z kościoła, z dala od ognia i luksynu.

Wylądował niedaleko Karris i o niebo zgrabniej. Przeturlał się, żeby wytracić prędkość i wstał. Rozejrzał się na wszystkie strony po ulicach i dopiero gdy nikogo nie zobaczył, trochę się rozluźnił. Wtedy Karris dostrzegła przenikające go do szpiku kości znużenie. Po wykrzesaniu takiej ilości magii, jaką właśnie widziała, wyglądał równie źle, jak ona się czuła – był śmiertelnie blady i chwiał się na nogach.

– Chodź – powiedział. – Myślę, że żołnierze Garadula już odeszli, a jeśli nie, to po twoim wyczynie zaraz się tu zjawią. Musimy iść.

Karris wstała, zachwiała się i upadłaby, gdyby jej nie złapał.

– Kim jesteś?

– Jestem Corvan Danavis – odpowiedział krzesiciel. – A jeśli mnie pamięć nie myli, ty jesteś Karris Białodąb, zgadza się?

– Danavis? – zapytała. Orholamie, ależ była obolała. – Należałeś do obozu Dazena. Buntownik. Sama dam sobie radę, dziękuję.

 

Odtrąciła jego dłoń, przechyliła się niebezpiecznie na jedną stronę, potem na drugą i w końcu padła. Patrzył ze skrzyżowanymi rękami, ale jej nie złapał. Uderzyła ramieniem w ziemię i świat zawirował jej przed oczami.

Zobaczyła zbliżające się buty Corvana. Pewnie zostawi ją tutaj na pastwę żołnierzy. Zasłużyła sobie na to. Głupia, uparta dziewucha.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?