Czarny pryzmat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 21

Bez mała lecieli w dół rzeki. Kip nigdy w życiu nie podróżował tak szybko. Pryzmat nie odzywał się ani słowem, zatopiony we własnych, mrocznych myślach. Przez większość popołudnia Gavin Guile pracował przy tym, co łódka miała zamiast wioseł – przez chwilę wyglądało to prawie jak drabina, potem jak miech w kuźni, później znowu jak wiosła, a potem jak taśma na obracających się rolkach. Gavin pracował, aż padał z wyczerpania, mięśnie mu dygotały i pot zalewał cienką koszulę. Wtedy chwilę krzesał, wiosła przybierały nowy kształt, przy którym większość jego zmęczonych mięśni mogła odpocząć, i dalej wiosłował.

Kiedy Kip odzyskał w końcu głos, powiedział:

– Proszę pana... ehm... on zabrał moją szkatułkę?

Nie zamierzał pytać o Karris Białodąb ani o to, co Gavin powiedział. Nie teraz. Nigdy.

Gavin spojrzał z zaciśniętymi ustami. Kip natychmiast pożałował, że się odezwał.

– W przeciwnym wypadku straciłbyś życie.

Kip chwilę milczał, zanim powiedział:

– Dziękuję, proszę pana. Za uratowanie mnie.

To wydawało się rozsądniejszym wyborem niż powiedzenie: „Ale to było moje! To była ostatnia rzecz, jedyna rzecz, jaką matka kiedykolwiek mi dała!”.

– Proszę bardzo – odpowiedział Gavin. Zerknął na rzekę, myślami będąc wyraźnie gdzie indziej.

– Ten człowiek... To on jest odpowiedzialny za śmierć mojej matki, prawda? – spytał Kip.

– Tak.

– Myślałem, że pan zabije go tam na miejscu. Ale pan tego nie zrobił.

Gavin zerknął na niego badawczo. Odpowiedział chłodno:

– Nie chciałem, żeby ceną za zabicie winnego była śmierć niewinnego.

– Ci ludzie nie byli niewinni! Zamordowali wszystkich, których znałem!

Łzy popłynęły po twarzy Kipa. Był umęczony, wyżęty, wyczerpany.

– Mówiłem o tobie.

To zamknęło Kipowi usta, ale emocje nadal się w nim kotłowały. Jego obecność powstrzymała Gavina przed zabiciem króla Garadula. Nie znał słów, które wyraziłyby związane z tym uczucia. Znowu zawiódł matkę. Własną niekompetencją udaremnił upragnioną przez nią zemstę.

Postaram się, matko. Klnę się na duszę. Zabiję go, przysięgam.

Minęli kilka wiosek i kilkadziesiąt łodzi. Karmiona dopływami rzeka stała się szersza. Gavin jednak zatrzymał się tylko raz, żeby kupić pieczonego kurczaka, chleb i wino. Rzucił jedzenie Kipowi.

– Jedz.

I znowu popłynęli. Gavin nie jadł. Nie odzywał się ani nie zwalniał, kiedy mijali rybaków zaskoczonych ich widokiem.

Dopiero kiedy słońca zaszło, a Gavin po raz ostatni przekształcił wiosła, Kip zaryzykował i odezwał się znowu:

– Czy mogę... jakoś pomóc, proszę pana?

Pryzmat oszacował go spojrzeniem, jakby nawet nie pomyślał o tym, że chłopak mógłby się przydać. Kiedy jednak odezwał się, powiedział:

– Naprawdę doceniam propozycję. Masz, stań tutaj i po prostu chodź. – Gavin nie szedł, ale biegł. – Możesz też pomóc sobie tymi ręcznymi wiosłami, jeśli chcesz. Steruj, opuszczając rękę z wiosłem po stronie, w którą chcesz skręcić. Wiosło na bakburcie przy skręcie na bakburtę, ze sterburty na sterburtę, jasne?

– Bakburta jest po lewej?

– Teraz masz ją po prawej.

Kip wytrzeszczył oczy.

– Bakburta jest po prawej?

– Gdy siedzisz dziobem do rufy.

Panika musiała wyraźnie malować się na twarzy Kipa, bo Gavin się zaśmiał.

– Nieważne. Po prostu idź, aż za bardzo się zmęczysz albo trafimy na bystrza lub bandytów. Odpocznę chwilę.

Gavin usiadł na miejscu Kipa i urwał sobie kawałek z resztek kurczaka i chleba. Patrzył, jak Kip się trudzi, żeby rozpędzić łódź do względnie przyzwoitej szybkości. Zakręcił raz, może dwa razy – w gruncie rzeczy było to całkiem proste – i spojrzał na Gavina, czy go pochwali, ale Pryzmat już spał.

Księżyc w kwadrze wisiał dokładnie nad nimi, kiedy noc zapadła, a Kip zaczął chodzić. Łódka, nawet napędzana tylko przez Kipa, nadal płynęła szybko. Gavin zwęził kadłub jeszcze bardziej, kiedy Karris wyskoczyła, więc łódź bardziej unosiła się nad wodą niż przez nią brnęła. Przez pierwsze kilka minut Kipa zżerał niepokój. Przy każdym zakolu był pewien, że trafią na bandytów, a Pryzmat się nie obudzi. Wkrótce jednak wpadł w rytm wiosłowania, fal i nocy.

Sowa pohukiwała w oddali, małe nietoperze krążyły i nurkowały w powietrzu, zjadając insekty, które latały wysoko nad wodą, a z kolei pstrągi wyskakiwały, żeby pożreć te latające nisko. Łódź przestraszyła czaplę, która odleciała w noc na wielkich, niebieskich skrzydłach.

Stopniowo spokój nocy przeniknął Kipa. Powierzchnia rzeki stała się gładka jak zwierciadło i błyszczały w niej gwiazdy. Zobaczył kaczki zbite w gromadkę na brzegu, z głowami pochowanymi pod skrzydła. A potem przyjrzał się znowu mężczyźnie, który rzekomo miał być jego ojcem.

Gavin Guile był muskularnym mężczyzną, równie szerokim w ramionach i smukłym, jak Kip był gruby. Chłopak szukał jakiegokolwiek podobieństwa, jakiejś wskazówki, że to może być prawda. Gavin miał jasną skórę. Wyglądał na potomka Ruthgarczyków, którzy mieli zielone albo piwne oczy, ciemne włosy i oliwkową cerę, oraz mieszkańców Krwawej Puszczy z ich chabrowymi oczami, płomiennorudymi włosami i śmiertelnie bladą skórą. Gavin miał włosy w kolorze wypolerowanej miedzi, a oczy, rzecz jasna, takie jak każdy Pryzmat. Kiedy krzesał, przybierały kolor, jakiego akurat używał, i mógł to zmienić w jednej chwili. Kiedy nie krzesał, jego oczy migotały, jakby same były pryzmatami, przy każdym drgnieniu tęczówki rozbłyskiwały kaskadą nowych kolorów. Kip nigdy w życiu nie widział równie niepokojących oczu. To były oczy, przez które satrapowie wiercili się niespokojnie, a królowe mdlały. Oczy Wybrańca Orholama.

Kip miał zwyczajne, niebieskie oczy, z których nie miał żadnego pożytku. Tylko zdradzały, że jest mieszańcem. Może w rodzinie był ktoś z Krwawej Puszczy. Jak większość ludzi, Tyrejczycy mieli ciemne oczy. Kip miał ciemne tyrejskie włosy, ale mocno skręcone jak u Paryjczyków albo Ilytan, a nie proste lub kędzierzawe. Dość, żeby zrobić z niego dziwadło, ale nie dość, żeby uczynić go synem tego mężczyzny. Oczywiście, jego matka też nie wyglądała jak Tyrejka, co dodatkowo komplikowało sytuację. Skórę miała ciemniejszą od nich obu, skręcone włosy i piwne oczy. Kip próbował sobie wyobrazić, jak mogłoby wyglądać dziecko jego matki i tego mężczyzny, ale nic mu z tego nie wyszło. Zmieszaj ileś kundli i kto wie, co ci z tego wyjdzie? Może dostrzegłby jakieś podobieństwo, gdyby nie był taki gruby. Może to był po prostu okrutny żart. Kłamstwo.

Pryzmat. Sam Pryzmat? Jak taki człowiek mógł być ojcem Kipa? Powiedział, że nie wiedział wcześniej o jego istnieniu. Jak to możliwe?

Odpowiedź wydawała się dość oczywista. To się wydarzyło w czasie wojny. Wojska Gavina napotkały siły Dazena niedaleko Rektonu. Kiedy przechodził przez miasto, Gavin spotkał Linę. On był Pryzmatem zmierzającym być może ku własnej śmierci. Ona była młodą, śliczną dziewczyną, której miasto zniszczono. Weszła do jego łoża. Potem on ruszył, by zabić brata – być może już następnego dnia – a po wojnie, zajęty odbudową, uśmierzaniem resztek buntu, odbudowywaniem sojuszów i zaprowadzaniem pokoju pewnie nigdy więcej o niej nie pomyślał. A nawet jeśli pamiętał, Tyrea nie była wtedy najbardziej przyjaznym miejscem dla Pryzmata. Sprzymierzyła się z Dazenem, złym bratem, i w efekcie potraktowano ją bardzo okrutnie.

A może Gavin zgwałcił Linę? To jednak nie miało sensu. Dlaczego gwałciciel miałby przyznać się do Kipa? Zwłaszcza że wyraźnie sporo go to kosztowało.

Kip wyobrażał sobie swoją matkę, ciężarną, niezamężną, porzuconą wśród ruin Rektonu. Oczywiście, że chciała uciec. Kip był jej jedyną nadzieją. Co mogła zrobić? Udać się samotnie do Garristonu, skąd zwycięzcy zarządzali Tyreą? Aż za dobrze potrafił to sobie wyobrazić. Jego matka przedstawia się jakiemuś gubernatorowi i żąda spotkania z Gavinem Guile, ponieważ nosi jego bękarta. Miałaby szczęście, gdyby dotarła z tą historyjką aż do gubernatora. Zatem odprawiono ją, a jej marzenia o czymkolwiek dobrym czy łatwym w życiu legły w gruzach.

Za każdym razem, gdy spoglądała na Kipa, nie widziała swoich błędów, ale „zdradę” Gavina i własne rozczarowanie. Kip był jej zniszczonym marzeniem.

Po półgodzinie Kip się zmęczył. Ręce go paliły. Pomyślał o tym, że Gavin biegł tak godzinami. Zawstydził się na myśl, że miałby tak szybko obudzić Pryzmata. Zawsze szybko się męczył, ale gdy udawało mu się jakoś przetrwać początkowe zmęczenie, okazywało się, że ma sporą wytrzymałość.

Nie zamierzał budzić Pryzmata. W ogóle. Niech odpocznie. Zasłużył chociaż na tyle wdzięczności. Kip będzie wiosłował, aż Gavin sam się obudzi. Nawet jeśli miałoby go to zabić. Przysiągł to sobie.

Ta przysięga poprawiła mu samopoczucie. Niewiele znaczył. Był niczym. Mógł jednak dać Pryzmatowi dobrze przespaną noc. Mógł coś zrobić. Na coś się przydać – odrobinę, ale i tak bardziej niż w całym dotychczasowym życiu.

Wiosłował dalej. Pryzmat go dzisiaj uratował. Sam Pryzmat! Gavin pognębił dziś króla Garadula. Zabił ze dwudziestu, jak nie więcej, jego Lustrzanych Gwardzistów... i odszedł jakby nigdy nic. Kip pewnie pogorszył sytuację, próbując zaatakować króla. Jak mógł być takim głupkiem? Myślał, że dopadnie króla w obecności tych wszystkich krzesicieli? Głupiec!

Mimo chłodu nocy szybko zlał go pot. Pośpieszny chód stał się mozolnym marszem, ale nawet gdy maszerował, łódka przemieszczała się z prędkością cwałującego konia.

Kip był tak skupiony na tym, żeby się nie zatrzymać, że znalazł się na wysokości obozu, zanim to zauważył. Kilkunastu mężczyzn hulało wokół ogniska, pijąc i śmiejąc się, podczas gdy jeden z nich brzdąkał na straszliwie rozstrojonej lutni. Kip dalej maszerował, a jego mózg powoli ogarniał, co ten widok może oznaczać. Wszyscy mężczyźni byli uzbrojeni, łącznie z tym, który wyglądał, jakby stał na warcie – ten trzymał napiętą kuszę opartą w gotowości o ramię.

 

Kip pomyślał, żeby szeptem obudzić Gavina. Znajdowali się jednak tak blisko, że każdy dźwięk wystarczająco głośny, żeby obudzić Pryzmata, byłby dostatecznie głośny, by ponieść się po rzece do kusznika, który stał na obrzeżach światła z ogniska, przodem do rzeki, ale z głową obróconą do towarzyszy.

Łódka płynęła po wodzie z ledwie cichutkim szmerem. Z pewnością nie dało się tego usłyszeć przy wesołym strzelaniu płomieni w ognisku. Bandyci częściowo zagrodzili rzekę skałami zwalonymi po obu stronach. Na szczycie stosów położyli deskę, tworzącą pomost nad wąskim gardłem. Każda łódź, która spróbowałyby przepłynąć, znalazłaby się w zasięgu włóczni.

Kip mógłby wyplątać się z wioseł i dotknąć Gavina – ale co poradziłby Pryzmat? Trwała noc. Nie miał za wiele światła do wykorzystania. Może gdyby Kip obudził go wcześniej. Teraz już było za późno. Kip tylko naraziłby ich obu na śmierć. Musiał zmieścić się w szczelinie i nie tracić nadziei.

Wycelował łodzią w wąskie gardło i powstrzymał krzyk, kiedy w ostatniej chwili światło księżyca na wodzie ujawniło ostatnią pułapkę bandytów: grubą, zaostrzoną tyczkę wbitą w dno rzeki i wystającą na długość kilku kciuków nad wodę. Każdy, kto spróbowałby zmieścić się w gardle, nadziałby się i skończył z dziurą w kadłubie.

Luksynowy kadłub łodzi ledwie otarł się o tyczkę i prześlizgnął się dalej.

Kip zerknął na kusznika, kiedy łódź przemykała się między zębami pułapki. Mężczyzna był ledwie kilka lat starszy od Kipa. Śmiał się, szczęśliwy, z ręką wyciągniętą do jednego z towarzyszy, prosząc o bukłak wina.

A potem Kip go minął. Kusznik odwrócił się, kręcąc głową, i nagle zamarł na widok chłopaka. W ciemnościach półprzezroczysty luksyn musiał być niemal niewidzialny dla wartownika, który w dodatku przed chwilą patrzył w stronę ognia. Widział przebiegającego obok niego grubego chłopaka – przebiegającego po powierzchni rzeki. Niemożliwe.

Kip uśmiechnął się i pomachał do niego.

Wartownik podniósł rękę i odmachał. Zamarł. Spojrzał na towarzyszy przy ogniu. Już otworzył usta, żeby krzyknąć na alarm, ale nie wydobył z siebie głosu. Odwrócił się do rzeki i rozejrzał za Kipem.

Kip nadal znajdował się w zasięgu strzału z kuszy. Wiedział o tym, ale nie przyśpieszył, chociaż – w tej chwili – znalazłby do tego dość energii. Wszystko mogło spłoszyć wartownika.

Mężczyzna gapił się w ciemność, na znikającego ducha. I nie odezwał się nawet słowem. Skonsternowany potarł czoło i odwrócił się do przyjaciół. Wtedy Kip zaczął biec, niezbyt długo, ale po minucie łódka znajdował się już setki kroków w dole rzeki. Kip powrócił do spokojnego kroku. Uśmiechnął się. Chociaż był głupi, udało mu się bez budzenia Pryzmata.

Nie wiedział, jak długo szedł. Starał się mieć brzeg na oku, ale zmęczenie przeniknęło go aż do szpiku kości. Mijał mniejsze obozowiska – nie wiedział, bandytów czy podróżnych. Jednakże za każdym razem zwalniał do ślimaczego tempa, dopóki nie zobaczył, że wszyscy ludzie w obozie śpią. Wykorzystał nawet raz trik z patrzeniem bez skupiania wzroku i dostrzegał ciała kilku więcej śpiących mężczyzn, niż kiedy patrzył normalnie, ale ani razu nie wypatrzył następnego strażnika.

Miał wrażenie, że minęło tysiąc lat, zanim niebo się rozjaśniło. Paliły go mięśnie nóg. Bolały płuca i ręce, ale nie chciał przestać. Nawet gdy ledwie maszerował, łódka poruszała się dwa razy szybciej od zwykłej.

Wreszcie słońce dotknęło gór. Jak zawsze, światło dzienne nadeszło o wiele wcześniej, zanim jeszcze słońce wspięło się nad grzbietami gór Karsos, aby obwieścić swoje pojawienie. A Pryzmat nadal się nie budził. Kip nie przestanie iść. Nie teraz. Szedł całą noc. Z pewnością Pryzmat obudzi się za chwilę i zobaczy, czego Kip dokonał. Będzie pod wrażeniem. Inaczej spojrzy na Kipa, który przestanie być ciężarem, wstydem, bękartem, do którego można się po cichu przyznać, a potem go unikać.

Kiedy Pryzmat się poruszył, Kipowi zabiło mocniej serce. Gavin jednak tylko ułożył się na nowo, a jego oddech znowu się uspokoił. Kipa ogarnęła rozpacz. Spojrzał na wschodzące słońce. Będzie musiał czekać, aż słońce zaświeci Pryzmatowi prosto w twarz? To potrwa jeszcze najmarniej godzinę. Kip przełknął ślinę. Język miał gruby i suchy, ostry jak pilnik. Ile czasu upłynęło od chwili, gdy coś pił? Miał rzekę pod nogami, a umierał z pragnienia.

Musiał się napić. Nie, to coś więcej niż tylko pragnienie – jeśli się nie napije, zaraz zemdleje. Bukłak Pryzmata leżał niecały krok od niego. Kip się zatrzymał. Nogi mu dygotały. Stopy mu zdrętwiały, a teraz zaczęły boleć, bo krew napłynęła do nich z powrotem. Wyplątał się z mechanizmu wioseł i zrobił krok po bukłak.

A przynajmniej spróbował. Odrętwiałe stopy zaplątały mu się i poleciał do przodu. W ostatniej chwili zdążył się obrócić, żeby nie wylądować prosto na Pryzmacie. Ramieniem walnął w burtę i nagle wszystko, co było w łódce dobre, obróciło się przeciwko niemu. Niewielkie zanurzenie, dzięki któremu prześlizgnęli się nad pułapką bandytów, oznaczało małą stabilność. Fakt, że gładki kadłub rozszerzał się jak misa, pozwalał im prześlizgnąć się ponad skałami, oznaczał też, że nagłe przemieszczenie ciężaru miało katastrofalne skutki.

W jednej chwili Kip gapił się na rzekę z odległości kilku kciuków. W następnej cała łódka się obróciła. Kip poleciał głową naprzód. I mimo wody zamykającej mu się wokół uszu, miotania się jego własnych, głupich, niezgrabnych kończyn i huku, z jakim łódka uderzyła o wodę, jakimś cudem miał pewność, że usłyszał okrzyk zaskoczenia.

Rzeka była ciepła. Kip był tak przerażony, że postanowił po prostu umrzeć i mieć to już za sobą. Właśnie wrzucił Pryzmata do rzeki. Orholamie!

Och, teraz będzie naprawdę pod wrażeniem, Kip.

W płucach zaczęło go palić i pomysł, żeby cichą śmiercią usunąć jedną żałosną plamę z dzieła stworzenia, stracił na atrakcyjności. Kip zamachał słabo rękami. Nogi uznały, że nadszedł najlepszy moment na skurcz i obie czym prędzej zrealizowały swój zamiar. A potem lewa ręka. Rzucał się w wodzie jak połamany ptak, złapał jeden łyk powietrza i znowu wpadł pod wodę. Jakaś jego część wiedziała, że mógłby po prostu unosić się na wodzie – raptem wczoraj spłynął rzeką wiele mil – ale ogarnęła go panika. Szarpał się, złapał powietrze w niewłaściwym momencie i zachłysnął się wodą.

Głowa go bolała. Na Orholama, zupełnie jakby ktoś wyrywał mu wszystkie włosy.

Splunął i zacharczał. Był w powietrzu! Słodkim, cudnym powietrzu! Ktoś złapał go za włosy i wyciągnął z wody. Zakaszlał jeszcze dwa razy i wreszcie otworzył oczy.

Pryzmat mrugał do niego. Nie, nie mrugał. Próbował się pozbyć wody, którą Kip wypluł mu prosto w twarz.

Dajcie mi umrzeć.

Gavin wciągnął Kipa do łódki, teraz już szerszej, ze stępką, i o wiele stabilniejszej niż wcześniej. Kip zwiesił głowę i rozcierał ręce i nogi aż wreszcie mógł nimi ruszyć. Pryzmat stał nad nim. Kip przełknął ślinę, krzywiąc się, a potem przygotował się na gniew Gavina. Spojrzał na niego zakłopotany.

– Uwielbiam kąpiel o poranku – powiedział Gavin. – To naprawdę orzeźwiające.

I mrugnął porozumiewawczo.

Rozdział 22

Dazen Guile obudził się powoli, a jego zmysły zaatakowała ogłupiająca niebieska nijakość jego więzienia. Trzy uderzenia, trzy syknięcia i jego śniadanie wylądowało na podłodze lochu. Ignorując chłód w członkach, sztywność i ból ciała po spaniu na niebieskim luksynie pod jedynie cienkim kocem, usiadł i skrzyżował ręce.

Martwy człowiek gwizdał fałszywie, siedząc pod przeciwległą ścianą i kołysząc głową do nieistniejącego rytmu.

Szaleństwo błękitu było szaleństwem uporządkowanym. Giist zrozumiałby każdy niuans więzienia Gavina. Jednakże za każdym razem, kiedy Dazen pogrążał się w szaleństwie, bał się, że już nigdy z niego nie wyjdzie. Ostatnio próbował tego wiele lat temu. Od tamtego czasu wykrzesał mnóstwo niebieskiego. Zagłębienie się ponownie w błękit mogło oznaczać samozniszczenie.

– Dazenie – powiedział martwy człowiek. – Dziś rano jesteś Dazenem, prawda? – To była ulubiona sztuczka martwego mężczyzny: udawanie, że to Dazen jest tym szalonym. – Chyba nie myślisz o tym, żeby stać się giistem, prawda?

Nienawidził brata za to, że mu to robi, zmusza go do takiego wyboru. Jednakże w jego nienawiści nie było pasji. To był zwykły fakt, nagi jak jego członki, obrane z tajemnicy.

Dość tego. Lepsza jest niepamięć wybrana z własnej woli niż wieczna tortura narzucona przez brata.

Dazen wykrzesał niebieski, jakby brał głęboki wdech. Jego palce przybrały tę znienawidzoną barwę, jego ręce, ramiona. Niebieski kolor rozlał mu się na pierś jak lodowaty rak i go schłodził. Nienawiść sama w sobie stała się osobliwością, tajemnicą, czymś tak irracjonalnym i potężnym, że nie dało się tego zliczyć ani zrozumieć, można było co najwyżej określić w pewnym przybliżeniu. Błękit zalał jego całe ciało.

– Kiepski pomysł – powiedział martwy człowiek. – Nie sądzę, żebyś tym razem z tego wyszedł.

Nieżywy zaczął żonglować małymi niebieskimi kulkami z luksynu. Teraz radził sobie już z pięcioma. Kiedy Dazen zobaczył go po raz pierwszy, nie umiał żonglować nawet trzema.

Gdy pasja nie mąciła jego osądu, potrafił docenić celę. Jego brat był znakomity. Co powiedział po uwięzieniu? „Stworzyłem ten loch w miesiąc, ty będziesz miał tyle czasu na ucieczkę z niego, ile będziesz potrzebował. Uznaj to za próbę”. Za każdym razem, kiedy się poddawał, powracał do tych słów. Brat przyznał się w nich do niedoskonałości. Z celi można było uciec. Istniał słaby punkt, trzeba było tylko go znaleźć.

– Piekliszcze nie jest słabym punktem – powiedział martwy człowiek. – Nie mówiłem ci już tego? Brat za bardzo cię szanuje. Piekliszcze nie sięga w głąb tylko na kilka kciuków, ale na dwa kroki.

Dazen przelotnie uświadomił sobie obecność ludzkiej emocji, wychwyconej ledwie na progu percepcji. Poczucie straty, wściekłość na myśl o tym, jak wcierał szczyny i olej całymi latami, latami upadku, i wszystko na nic. Jego brat nie zamierzał go upokarzać. Nie w taki sposób. Tyle wysiłku i wszystko na nic. Obracał te uczucia w dłoniach jak dziwny kamień, a potem odrzucił je na bok. Tylko zamazywały obraz.

Coś znajdowało się tuż pod jego nosem, a on tego nie dostrzegał. To musiało być coś oczywistego, co po prostu wymagało, żeby spojrzał na problem pod nowym kątem. Jego brat był świetny w tego typu myśleniu.

– Może jedyne pytanie polega na tym, czy zamierzasz to zrobić na sposób Gavina, czy na sposób Dazena? – spytał martwy człowiek i posłał mu pełen wyższości, kpiący uśmieszek.

Dazen chciał roztrzaskać mu twarz, kiedy uśmiechał się w ten sposób.

Może jednak martwy człowiek miał rację. To była pułapka: próbować uciec na sposób Gavina. Jeśli będzie naśladował brata, tylko bardziej się pogrąży.

Położył napełnione luksynem dłonie na podłodze, czując zarys całej struktury. Cela była oczywiście zapieczętowana, utwardzona i strzeżona przed zwykłym magicznym majstrowaniem, ale jak już wcześniej zauważył, wydawała się inna w południowej części. Oczywiście nie miał pewności, że to jest południowa strona, po prostu uznał, że obszar, który wydawał mu się inny, będzie dla niego południem, jego magnetytem. Tam właśnie stawał brat, kiedy przychodził go odwiedzić. Dawno już tego nie robił, ale tam, za tymi ścianami z niebieskiego luksynu, znajdowało się miejsce, do którego Gavin mógł przyjść, kiedy chciał sprawdzić, co z bratem, upewnić się, że nadal jest więźniem, nadal jest bezpiecznie odcięty od świata, nadal cierpi tak bardzo, jak Gavin miał na to nadzieję.

To będzie słaby punkt. Luksyn w tamtym miejscu musiał być cieńszy, prostszy, żeby Gavin mógł go tak przekształcić, aby przez niego widzieć. Oczywiście będzie zabezpieczony, ale brat nie mógł pomyśleć o wszystkim. Miał na to tylko miesiąc.

Niestety, każda próba Dazena z ogniem kończyła się porażką. Czerwony luksyn był łatwopalny. Pomyślał, że jeśli się porani, uda mu się wykrzesać czerwony luksyn. Udało mu się. Odrobinę. To jednak na nic się nie zdawało, dopóki nie mógł go rozpalić. Ogień dałby mu światło o pełnym spektrum, z którym mógłby pracować i byłby w stanie się wydostać. Ale nie miał z czego zrobić iskry. Próba z wydobyciem ciepła z własnego ciała prawie się powiodła, a przynajmniej tak myślał. I ostatnim razem niemal się zabił, bo za bardzo wychłodził ciało.

 

To było po prostu niemożliwe. Umrze tutaj. Nie mógł nic zrobić.

Wykrzesał dwuręczny młot i z wrzaskiem uderzył nim w ścianę. Oczywiście, młot się roztrzaskał. Nie zostawił przy tym nawet zadrapania.

Dazen potarł twarz. Nie, rozpacz była wrogiem. Musiał oszczędzać siły. Jutro znowu pogłębi nieckę. Może jutro to będzie ten dzień.

Wiedział, że nie, ale i tak trzymał się tego kłamstwa.

A w ścianie chichotał martwy człowiek.