Miłość i zdrada

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie wiem. – Amelia dotknęła jego czoła. – Co gorsza, wdała się infekcja, bo rana nie została odpowiednio opatrzona. Doktor Eakins nie był dobrej myśli. Poślę Billy’ego na dół, żeby przyniósł trochę morskiej wody.

– Niech przyniesie całe wiadro – powiedziała Julianne. – Posiedzę przy nim.

– Kiedy Lucas tu przyjdzie, będzie mógł go odwrócić – dodała Amelia i wybiegła.

Julianne z wahaniem popatrzyła na obcego, ale zaraz wzięła się w garść. Ten biedak umierał i potrzebował jej pomocy. Postawiła dzbanek na stoliku i ostrożnie usiadła. Jego pierś nie poruszała się. Przyłożyła policzek do jego ust i dopiero po chwili wyczuła leciutki oddech. Bogu dzięki, żył.

– Pour la victoire.

Wyprostowała się gwałtownie i utkwiła spojrzenie w jego twarzy. Oczy miał wciąż zamknięte, ale powiedział coś z akcentem rodowitego Francuza. Była pewna, że powiedział “Za zwycięstwo”. Był to okrzyk powszechnie wznoszony przez francuskich rewolucjonistów, ale ten człowiek wyglądał na arystokratę. Spojrzała na jego dłonie. Arystokraci mieli dłonie miękkie i gładkie jak dzieci. On jednak miał poranione kostki i palce pokryte stwardnieniami.

Przygryzła usta. Nie czuła się swobodnie, siedząc przy nim, zapewne ze względu na jego nagość. Wzięła głęboki oddech i zapytała:

– Monsieur? Êtes-vous français?

Nie poruszył się, ale od progu dobiegł ją głos Lucasa.

– Czy on jest przytomny?

– Nie, ale mówił coś przez sen. Po francusku.

– On nie śpi, tylko jest nieprzytomny. Podobno ma gorączkę.

Julianne po chwili wahania oparła dłoń na czole gościa.

– Jest bardzo rozpalony.

– Czy możesz się nim zająć?

– Oczywiście. Owiniemy go w mokre prześcieradła. Czy Jack nie wyjaśnił, kim jest ten człowiek? Czy to Francuz?

– Jack nie wie, kim on jest – stwierdził Lucas stanowczo. – Chciałbym tu zostać, ale jutro muszę wracać do Londynu.

– Czy coś się stało?

– Mam na oku nowy kontrakt na naszą rudę żelaza, ale nie jestem pewny, czy mogę zostawić go z tobą i z Amelią.

– Chyba nie sądzisz, że on może być dla nas niebezpieczny – zdumiała się.

– Sam nie wiem, co myśleć.

Skinęła głową i znów spojrzała na obcego. Ta rozmowa wydawała jej się dziwna. Julianne odniosła wrażenie, że brat wie, kim jest ich gość, ale woli tego nie ujawniać. Odwróciła głowę w stronę drzwi, jednak Lucas już zniknął. Nie miał powodu, by zatajać przed nią jakiekolwiek informacje. Musiało jej się tylko wydawać.

Znów spojrzała na twarz obcego i odsunęła kosmyk gęstych włosów z jego czoła. Naraz rzucił się na łóżku tak gwałtownie, że jego ramię uderzyło ją w udo, i wykrzyknął:

– Ou est-elle? Qui est responsible? Qu’est il arrivé? - Gdzie ona jest? Kto to zrobił?

Znów się rzucił, jeszcze mocniej, i Julianne zaczęła się obawiać, że zrobi sobie krzywdę. Usiadła na łóżku na wysokości jego bioder i pogładziła go po rozpalonym ramieniu.

– Monsieur, je m’appele Julianne. Il faut que vous reposiez maintenant.

Oddychał ciężko, ale już się nie ruszał. Wydawał się jeszcze gorętszy. Po chwili znów zaczął coś mówić. Przez chwilę wydawało jej się, że mówi do niej, ale słowa wybiegały z jego ust z taką gwałtownością i desperacją, że musiało to być majaczenie.

– Proszę – powiedziała cicho po francusku. – Ma pan gorączkę. Proszę spróbować zasnąć.

– Non! Nous ne pouvons pas nous retirer! – Trudno było zrozumieć te urywane, gwałtowne słowa. Powiedział: “Nie możemy się teraz cofnąć”. Nie miała żadnych wątpliwości, że to Francuz. Żaden Anglik nie umiałby mówić z tak doskonałym akcentem ani nie używałby obcego języka w gorączce.

Pochyliła się nad nim, próbując zrozumieć, co mówi. Znów rzucił się na łóżku i przewrócił na plecy, przez cały czas krzycząc i przeklinając.

– Oni nie mogą się cofnąć. Nie mogą wrócić! – Czyżby mówił o jakiejś bitwie? – Tak wielu zginęło, ale musieli utrzymać pozycję. Nie, nie! – wykrzyczał. – Nie poddawajcie się! Trzymajcie pozycję! W imię wolności!

Julianne zacisnęła palce na jego gorącym ramieniu i do oczu napłynęły jej łzy. Czyżby to był oficer francuskiej armii?

Pour la liberté! – wykrzyknął. – Dalej, dalej! Rzeka pełna krwi. Zbyt wielu zginęło. Ksiądz nie żyje. Musieli się cofnąć. Cały dzień na próżno! – zaszlochał. Julianne nie miała pojęcia, co zrobić. Jeszcze nigdy nie widziała płaczącego mężczyzny.

– Ma pan gorączkę, monsieur – powiedziała znowu. – Ale jest pan tu bezpieczny.

Leżał, ciężko dysząc, policzki miał mokre od łez, na pierś wystąpiły mu kropelki potu.

– Bardzo mi przykro z powodu tego, co pan musiał wycierpieć, ale nie jesteśmy już na polu bitwy. Jest pan w moim domu w Wielkiej Brytanii. Będzie pan tu bezpieczny, nawet jeśli jest pan jakobinem. Obiecuję, że ukryję pana i ochronię.

Zdawało się, że się rozluźnił i chyba zapadł w sen. Odetchnęła głęboko, wstrząśnięta do głębi serca. Teraz już była pewna, że to oficer armii francuskiej. Może nawet był arystokratą. Niektórzy francuscy arystokraci popierali sprawę rewolucji i Republikę. Przeżył okropną klęskę, wielu jego ludzi zginęło. Serce jej się ściskało na myśl o tym, ale jak Jack go znalazł? Jack nie wspierał rewolucji, choć trudno było go nazwać brytyjskim patriotą. Powiedział jej kiedyś, że wojna bardzo mu odpowiada, bo przemyt przynosi teraz jeszcze większe zyski niż przed rewolucją.

Jej podopieczny był coraz bardziej rozpalony. Znów pogładziła go po czole i poczuła złość. Gdzie się podziała Amelia? Gdzie była woda morska?

– Jest pan rozpalony, monsieur. Proszę się nie ruszać.

Trzeba było zbić gorączkę. Znów zwilżyła płótna. Przetarła mu szyję i ramiona, a potem pochyliła się, by namoczyć następny kompres.

– W każdym razie teraz ma pan odpoczywać – powiedziała cicho i zdała sobie sprawę, że przeszła na angielski. Powtórzyła te same słowa po francusku i rozłożyła kompres na jego piersi. Naraz gwałtownie pochwycił ją za rękę. Z okrzykiem podniosła wzrok na jego twarz i napotkała spojrzenie zielonych oczu, w których błyszczała wściekłość.

– Êtes vous reveillé – szepnęła ze strachem. – Obudził się pan?

Nie puścił jej dłoni, ale uścisk jego palców zelżał, a spojrzenie złagodniało.

– Nadine? – szepnął ochryple.

Kim była Nadine? Z pewnością musiała być jego ukochaną albo żoną.

– Monsieur, został pan ranny w bitwie. Mam na imię Julianne i jestem tu, żeby panu pomóc.

Spojrzał na nią nieprzytomnie, a potem nagle, nie puszczając jej dłoni, drugą ręką sięgnął do jej ramienia.

– Nadine – powtórzył. Mocna dłoń przesunęła się po jej ramieniu i spoczęła na karku. Zanim Julianne zdążyła zaprotestować albo zapytać, co właściwie robi, przyciągnął do siebie jej twarz. Wstrząśnięta, uświadomiła sobie, że on zamierza ją pocałować. Uśmiech miał uwodzicielski, pewny siebie i obiecujący, a potem jego usta dotknęły jej ust. Julianne z oburzenia wstrzymała oddech, ale nie próbowała się od niego odsunąć. Znieruchomiała w napięciu, ogarnięta dziwnym pożądaniem.

Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że przestał ją całować, i odetchnęła, owiewając oddechem jego nieruchome usta. W żyłach miała płynny ogień. Zauważyła, że on znów stracił przytomność. Był w gorączce i majaczył, nie miał pojęcia, co robi, ale pocałował ją i wzbudził w niej nieznane dotychczas uczucia. Oficer armii francuskiej, bohater rewolucji. Spojrzała na niego.

– Kimkolwiek jesteś, nie pozwolę, żebyś umarł – obiecała.

On jednak leżał zupełnie nieruchomo, jakby już był martwy.

Rozdział drugi

Tłum wrzeszczał z wściekłości i wymachiwał pięściami. Wiedział, że musi uciekać. Biegł, ale kamienie bruku czerwieniały pod jego stopami. Nie rozumiał dlaczego, aż w końcu uświadomił sobie, że biegnie w rzece krwi.

Wykrzyknął, gdy na jego oczach znikały kolejne budynki. Rzeka krwi wypełniła się krzyczącymi, umierającymi ludzi. Ogarnęły go panika i strach.

Wiedział, że musi się obudzić.

Pod palcami nie czuł ziemi ani krwi, tylko bawełniane płótno. Walczył z tą rzeką krwi i zobaczył uśmiechniętą Nadine. Oczy jej błyszczały, a nad jej ramieniem wisiał księżyc w pełni. Pocałował ją, ale coś się nie zgadzało, bo przecież Nadine nie żyła.

Nadine nie żyła, a on leżał w łóżku. Gdzie?

Bezgranicznie wyczerpany Dominic uświadomił sobie, że to był tylko sen. Wracały do niego splątane wspomnienia i strach. Próbował zwalczyć narastającą panikę. Musiał pomyśleć jasno. To była kwestia życia i śmierci.

Francja nie już dla niego bezpieczna. Ktoś znał jego prawdziwą tożsamość.

Przypomniał sobie zasadzkę w pobliżu mieszkania Michela i znów zastygł z przerażenia. Naraz wróciły do niego wspomnienia ostatniego półtora roku. Wyjechał do Francji, żeby odnaleźć matkę i narzeczoną i przywieźć je do domu, do Anglii. Nie znalazł Nadine, ale znalazł matkę. Ukrywała się nad piekarnią w Paryżu. Jej miasteczko zostało zniszczone. Odwiózł ją bezpiecznie do Hawru na statek zmierzający do Wielkiej Brytanii, a potem wrócił do Paryża z nadzieją, że znajdzie Nadine.

Pierwotnie nie miał zamiaru pozostawać dłużej we Francji i zbierać informacji dla ojczyzny. Choć jego matka, Catherine Fortescue, była Francuzką, jego ojcem był lord Bedford, i Dominic Paget czuł się Anglikiem do szpiku kości. Urodził się w rodzinnym gnieździe w Bedford. Jako jedynak został wykształcony w Eton i Oksfordzie. Po śmierci Williama Pageta odziedziczył po nim tytuł i posiadłości. Choć kilka razy w roku zasiadał w Izbie Lordów i czuł, że ma zobowiązania wobec kraju, musiał również dbać o interesy Bedford, a polityka nigdy szczególnie go nie interesowała. Kilka lat wcześniej odrzucił propozycję objęcia stanowiska w ministerstwie.

 

Nie udało mu się odkryć, co się stało z Nadine. Po raz ostatni widziano ją podczas zamieszek, w których zniszczony został dom jego matki. Catherine obawiała się, że dziewczyna mogła zostać stratowana przez tłum. Dominic wrócił do Wielkiej Brytanii. Poruszony francuską rewolucją, spotkał się z kilkoma lordami, w tym z Edmundem Burke’em, który miał rozległe koneksje polityczne. Informacje, które Dominicowi udało się zgromadzić podczas pobytu we Francji, były tak niepokojące, że Burke przedstawił go premierowi Pittowi, ale to Sebastian Warlock przekonał go, by znów udał się do Francji. Tym razem w jednym tylko celu: miał zostać szpiegiem.

Nie wiedział, kto odkrył prawdziwą tożsamość Jeana-Jacquesa Carre’a – tak bowiem brzmiało nazwisko, które przyjął. Mógł to być każdy w Paryżu albo nawet kret umieszczony w oddziałach Michela. W każdym razie ktoś się dowiedział, że Carre nie jest właścicielem drukarni ani jakobinem, tylko Anglikiem i agentem wywiadu.

A teraz był przerażająco słaby i zupełnie bezbronny. Przy każdym oddechu jego plecy przeszywał ból. Czy był wśród swoich, czy wśród wrogów? Czy nadal przebywał we Francji? Bardzo ostrożnie otworzył oczy i zerknął spod rzęs, uważając, żeby nie zmienić rytmu oddechu i nie poruszyć żadnym mięśniem. Czuł, że nie jest sam.

Był w niewielkiej sypialni. Dostrzegał szafę i okno. Po chwili wyczuł ostry zapach w powietrzu: pachniało solą. Był zatem na wybrzeżu, ale na jakim? Rozpaczliwie próbował przywołać wszystkie strzępki wspomnień. Czy tylko mu się to śniło, czy rzeczywiście wieziono go gdzieś długo na wozie, przeważnie nocą? Przypominał sobie kołysanie statku, skrzyp masztów, szelest płótna żaglowego i potworne cierpienie. Co się z nim działo po tym, jak został postrzelony? Naraz z lawiny wspomnień wyłonił się obraz kobiety o tycjanowskich włosach, która myła go i zajmowała się nim.

A potem stanęła nad nim prawdziwa kobieta. Miała tycjanowskie włosy i bladą twarz.

– Monsieur? – zapytała cicho.

Dominic przypomniał sobie jej głos. To ona pochylała się nad nim wcześniej. To nie był sen. Nie wiedział jednak, czy ta kobieta nie należy do jego wrogów. Kim była i dlaczego pielęgnowała go w chorobie? Czy była przyjaciółką Michela? Jak to się stało, że trafił pod jej opiekę? Przez chwilę zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby udawać, że wciąż jest nieprzytomny. W końcu kobieta wyjdzie z pokoju, a on będzie mógł się zastanowić nad sytuacją. Powinien przeszukać pokój i cały dom, by się dowiedzieć, gdzie się znajduje. Potrzebował też broni.

Z drugiej strony kobieta na pewno nie była tu sama. Gdy wyjdzie, przyśle kogoś innego, być może mężczyznę.

Otworzył powieki i spojrzał w jej oczy. Siedziała na krześle tuż przy łóżku, na kolanach miała podkładkę do pisania, w ręku pióro.

Monsieur, vous êtes reveillé? – zapytała.

Nie miał zamiaru jej odpowiadać, jeszcze nie. Szybko rozejrzał się dokoła. Nie znał tego miejsca. Pokój był skromny i prosto umeblowany. Trudno było powiedzieć, czy jest to dom mieszczanina, czy arystokraty, ale jeśli mieszkał tu arystokrata, to z pewnością zubożały. Łóżko było proste i wąskie, przez pojedyncze okno do środka wpadało dzienne światło. Było blade i słabe, zupełnie inne niż jaskrawe letnie słońce w dolinie Loary.

Jak się tu dostał? Czy wóz i statek to był sen, czy jawa? Niech to diabli, nie pamiętał nic od chwili, gdy postrzelono go w alejce w Nantes. Był pewien tylko tego, że jest na wybrzeżu. Mógł to być Hawr albo Brest, ale nie miał pewności. Równie dobrze mogło to być Dover albo Plymouth. Nawet jeśli był w Anglii, musiał strzec swojej tożsamości. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że jest brytyjskim agentem.

Ta dziewczyna odezwała się do niego po francusku. Znów coś powiedziała. Znieruchomiał i skupił się.

– Czy pan się obudził? – powtórzyła. Policzki miała zarumienione, w oczach pytanie. Mówiła po francusku, ale z akcentem. Z pewnością była Angielką. Powinno mu to przynieść ulgę, ale zaniepokoiła go myśl, że odezwała się do niego po francusku. Może była po części Francuzką, tak jak on, albo z jakiegoś powodu zakładała, że on jest Francuzem? Czy znała prawdę? Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć coś więcej! Dlaczego, do diabła, pod prześcieradłem był zupełnie nagi?

Naraz podniosła się. Zatrzymał na niej spojrzenie, gdy szła przez pokój. Figurę miała ładną, ale to nie miało znaczenia. Mogła być przyjacielem albo wrogiem, a on zamierzał zrobić, co konieczne, aby przetrwać. Nie mógł wykluczyć, że będzie musiał ją uwieść.

Odłożyła tabliczkę i pergamin na stół i wsunęła pióro do kałamarza, a potem zanurzyła w misce z wodą kawałek płótna. Zatarte wspomnienie, które wciąż napływało do jego głowy, stało się wyraźniejsze. Przypomniał sobie, jak ta kobieta pochylała się nad nim i przecierała mokrym płótnem jego twarz. Chciał ją wtedy pocałować, był jednak pewien, że tego nie zrobił.

Wróciła. Twarz miała bladą, ale policzki zaróżowione. Przypatrywał jej się uważnie, czując poruszenie. We Francji każdego dnia stawiał czoła śmierci i zatracił wszelkie zasady moralne, które wpojono mu w młodości. Przez jego łóżko przewinęło się mnóstwo Francuzek. Niektóre były ładne, inne nie, czasami nie znał nawet ich imion albo nie potrafił ich sobie przypomnieć. Życie było zbyt krótkie, a moralność nie miała żadnego zastosowania w czasie wojny i rewolucji. Przez cały czas nie odstępowały go obrazy rozwścieczonego tłumu, ulic spływających krwią, krwawej rzeki w Saumur. Widział zgilotynowaną rodzinę, twarz księdza, który zmarł w jego ramionach. Seks był tylko rozrywką, ucieczką, a jedyną pewną rzeczą w życiu była śmierć. Jutro mógł zginąć z ręki zamachowca, rozwścieczony tłum mógł wyciągnąć go z tego domu i ukamienować na śmierć albo mógł zostać skuty łańcuchami i poprowadzony na gilotynę.

Uśmiechnęła się lekko i przyłożyła chłodny kompres do jego czoła. Pochwycił ją za rękę.

– Qui êtes vous? – Kim pani jest? Wcześniej mówiła do niego po francusku, więc on również zwrócił się do niej w tym języku.

– Monsieur, pan jest przytomny! Tak się cieszę!

– Kim pani jest? Gdzie jestem?

– Jestem Julianne Greystone. Opiekuję się panem. Jest pan w domu mojej rodziny i jest pan tu bezpieczny.

Patrzył na nią, nadal czujny. Skoro zapewniała, że jest bezpieczny, musiała coś o nim wiedzieć. Może uważała go za Francuza, któremu grozi niebezpieczeństwo ze strony Brytyjczyków? Czy ten dom znajdował się w Anglii, czy we Francji? Dlaczego wciąż mówiła do niego po francusku?

Oblizała wyschnięte usta i szepnęła:

– Czy czuje się pan już lepiej? Gorączka zaczęła spadać, ale wciąż jest pan bardzo blady.

– Nie czuję się dobrze, mademoiselle. Bolą mnie plecy.

– Dostał pan postrzał w plecy, monsieur. Bardzo poważny – powiedziała łagodnie. – Był pan bardzo chory. Obawialiśmy się o pańskie życie.

– My?

– Moja siostra, bracia i ja.

A zatem w domu byli mężczyźni.

– Czy cała pani rodzina opiekowała się mną?

– Moich braci teraz nie ma. Przeważnie ja przy panu siedziałam, chociaż moja siostra Amelia również pomagała, gdy nie musiała być przy mamie.

Był sam z trzema kobietami. Poczuł ulgę. Na pewno znajdzie jakąś broń, a trzy kobiety nie zdołają go powstrzymać.

– W takim razie wygląda na to, mademoiselle, że jestem pani dłużnikiem.

Zarumieniła się i wstała.

– Nonsens, monsieur.

– Czy pani się mnie boi, mademoiselle? – zapytał łagodnie.

– Nie, oczywiście, że nie.

– To dobrze. Przecież nie ma się czego bać. – Uśmiechnął się powoli.

– Ma pan za sobą bardzo ciężkie przejścia. Cieszę się, że już czuje się pan lepiej.

Jak dużo ta kobieta wiedziała?

– To prawda – rzekł spokojnie. Miał nadzieję, że ona będzie mówić dalej, że wyjaśni, w jaki sposób dostał się do tego domu i co się zdarzyło po Nantes. Zamilkła, ale nie odrywała od niego spojrzenia. Zrozumiał, że ona nic mu nie powie. Będzie musiał wszystko z niej wyciągnąć.

– Przepraszam, że panią speszyłem. Z pewnością jest tu jakaś służba, która może pani pomóc?

– Nie mamy służby. Jest tylko chłopiec stajenny, który przychodzi na kilka godzin dziennie.

Poczuł jeszcze większą ulgę, ale nie wyzbył się ostrożności.

– Patrzy pan na mnie – zauważyła.

Zerknął na jej dłonie zaciśnięte na muślinowej spódnicy. Nie było na nich obrączki ani pierścionka z brylantem. Właściwie żadnego pierścionka.

– Ocaliła mi pani życie, więc jestem pani ciekaw.

Skrzyżowała ramiona na piersiach.

– Był pan w potrzebie. Jak mogłam panu nie pomóc? Nie wiem jeszcze jak pan się nazywa – dodała.

Kłamstwa przychodziły mu równie naturalnie, jak oddychanie.

– Charles Maurice. Do śmierci będę pani dłużnikiem.

W końcu uśmiechnęła się do niego.

– Nic mi pan nie jest winien – rzekła stanowczo. – Na pewno jest pan głodny. Zaraz wrócę.

Gdy kroki w holu ucichły, usiadł i odrzucił prześcieradła. Próbował się podnieść, ale ból przeszył jego plecy i pokój zawirował mu w oczach. Oparł się jednak pokusie, by znów opaść na poduszki. Przez długą chwilę siedział nieruchomo, walcząc z bólem. W końcu podniósł się bardzo ostrożnie i zupełnie wyczerpany, oparł się o ścianę. Po chwili dokuśtykał do szafy. Ku jego zdumieniu, była pusta. Gdzie się podziało jego ubranie?

Znów podszedł do okna, przewracając po drodze krzesło. Przytrzymując się parapetu, spojrzał na nagie klify i rozciągający się za nimi ocean. Sądząc po stalowoszarym kolorze, był to Atlantyk. Na horyzoncie majaczyła samotna wieża. To nie był Brest. Krajobraz przypominał Kornwalię, miejsce znane z jakobińskich sympatii.

Wciąż przytrzymując się parapetu, odwrócił się plecami do okna. Przed sobą zobaczył niewielki stolik, na którym leżała podkładka do pisania i kałamarz. Podszedł bliżej i znów zaklął, gdy zachwiał się na nogach. Pomyślał, że przez najbliższych kilka dni nie uda mu się nigdzie uciec ani nawet uwieść tej dziewczyny.

Spojrzał na pergamin. To był list. Pisała po francusku. Przeczytał pierwszą linijkę i włosy zjeżyły mu się na karku.

Drodzy przyjaciele,

piszę do was, by świętować razem z wami ostatnie zwycięstwa w Zgromadzeniu Narodowym, a szczególnie triumf, jakim było ustanowienie nowej Konstytucji, która przyznaje prawo głosu każdemu obywatelowi.

Była przeklętą jakobinką. Była wrogiem. Słowa rozmazywały mu się w oczach, ale udało mu się przeczytać kilka następnych linijek.

Nasze Stowarzyszenie ma nadzieję, że nadejdą kolejne zwycięstwa. Chcielibyśmy zapytać, w jaki sposób możemy wesprzeć sprawę równości i wolności we Francji, a także na całym kontynencie.

Słowa znów zaczęły rozmazywać mu się w oczach. Patrzył na pergamin niewidzącym wzrokiem. Jakobinka. Czyżby bawiła się z nim w kotka i myszkę? We Francji wszyscy szpiegowali sąsiadów, wypatrując buntowników i zdrajców. Może w Wielkiej Brytanii było teraz tak samo? Musiał się pilnować, by nie zauważyła, że jest Anglikiem. Czy wiedziała, że właśnie przybył z Francji? Niech to diabli, potrzebował informacji!

Był spocony i brakowało mu tchu. Zbyt późno zauważył, że podłoga pod jego stopami zaczyna się kołysać. Z przekleństwem wypuścił pergamin z ręki. Przed oczami zalegał mu mrok. Nie, nie wolno mu było teraz zasłabnąć. Ostatkiem sił próbował nie stracić przytomności, osunął się jednak na podłogę i usłyszał pośpieszne kroki.

– Monsieur!

Zacisnął pięści, odetchnął głęboko, otworzył oczy i napotkał jej zmartwione spojrzenie. Był zbyt słaby, by się teraz obronić, ona również musiała zdawać sobie z tego sprawę, ale nie zobaczył w jej dłoniach śmiercionośnego narzędzia. Zacisnęła palce na jego ramionach.

– Monsieur, czy pan zasłabł? – Głos miała ochrypły. Dominic uświadomił sobie, że jest zupełnie nagi.

– Upadłem, mademoiselle – skłamał gładko. Udało mu się podnieść rękę i dotknąć jej policzka. – Znów mnie pani ocaliła.

Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, po czym dziewczyna zerwała się, odwracając zaczerwienioną twarz. Był pewny, że jeszcze nigdy nie widziała nagiego mężczyzny. Dobrze, pomyślał, tym łatwiej będzie nią manipulować.

– Najmocniej przepraszam – rzekł, podnosząc się z podłogi. – Nie mogłem znaleźć ubrania.

– Zostało zabrane do prania.

– Czy to pani mnie rozebrała?

– Nie, mój brat. Musieliśmy pana schłodzić morską wodą, żeby zbić gorączkę.

 

Usiadł na łóżku, ignorując ból. Już dawno opanował sztukę zachowywania kamiennej twarzy niezależnie od okoliczności.

– Muszę pani jeszcze raz podziękować.

– Dotarł pan do nas tylko w bryczesach i butach. Spodnie jeszcze nie wyschły, bo przez cały czas padał deszcz, ale mogę panu przynieść spodnie mojego brata Lucasa.

– Byłbym wdzięczny również za koszulę – uśmiechnął się. – Bardzo mi przykro, jeśli uraziłem pani wrażliwość.

– Co pan próbował zrobić? Dlaczego wstał pan z łóżka bez mojej pomocy?

Jego spojrzenie zatrzymało się na liście, który leżał na podłodze za jej plecami.

– Kiedy upadłem, przewróciłem krzesło i uderzyłem w stół. Bardzo przepraszam. Mam nadzieję, że nie połamałem krzesła.

Zręcznie podniosła list i położyła obok kałamarza, a potem ustawiła krzesło.

– Chciałem otworzyć okno, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza – dodał.

Podeszła do okna i otworzyła je. Do pokoju wpadło chłodne atlantyckie powietrze. Dominic przyglądał się jej uważnie. Naraz odwróciła się i napotkała jego wzrok.

– Przepraszam – powiedziała z lekkim uśmiechem. – Pewnie uważa pan, że jestem bardzo głupia. Nie spodziewałam się, że znajdę pana na podłodze.

Potrafiła kłamać, ale nie tak dobrze jak on.

– Nie myślę, że jest pani głupia – odrzekł. – Myślę, że jest pani bardzo piękna.

Znieruchomiała. Dominic spuścił wzrok i zapadło milczenie.

– Julianne, wydajesz się czymś zmartwiona – zauważyła Amelia.

Stały na progu gościnnego pokoju. Na stoliku obok łóżka stała nietknięta taca z kolacją. Julianne rozpaliła w kominku.

– Przespał już ponad dobę.

– Dochodzi do siebie po okropnej ranie – powiedziała Amelia cicho. – Zachowujesz się jak kwoka.

Julianne drgnęła. Amelia miała rację, zanadto się martwiła o tego nieznajomego.

– Nonsens. Chyba każdy by się o niego martwił na moim miejscu.

– Julianne, co prawda ja z nim nie rozmawiałam, ale nie jestem ślepa. Nawet kiedy śpi, jest bardzo atrakcyjnym mężczyzną.

– Naprawdę? Nie zauważyłam.

Amelia wybuchnęła rzadkim u niej śmiechem.

– Och, proszę cię. Zauważyłam, że nie potrafisz oderwać od niego oczu. Całe szczęście, że przez cały czas śpi i nie zauważył tego, ale cieszę się, bo już myślałam, że mężczyźni w ogóle cię nie interesują.

– Przyganiał kocioł garnkowi – odrzekła Julianne szybko.

– Nie zawsze byłam odporna na urok przystojnych mężczyzn – odrzekła Amelia cicho i jej siostra natychmiast pożałowała swoich słów. Miała zaledwie dwanaście lat, gdy Amelia zakochała się w najmłodszym synu lorda St. Justa. Przypominała sobie ich krótkie, namiętne zaloty. Simon Granville był śmiały i olśniewający, sądziła wtedy, że Amelię spotkało wielkie szczęście. A potem nadeszła wiadomość o śmierci jego brata. Wezwano go do Londynu. Julianne sądziła, że jej siostra nie powinna płakać, bo St. Just ją kocha i na pewno wróci, okazała się jednak głupia i naiwna. Nie wrócił i Amelia przez wiele tygodni płakała każdego wieczoru. Simon nie napisał do niej, a dwa lata później ożenił się z córką wicehrabiego. W ciągu ostatnich dziewięciu lat ani razu nie odwiedził swojej rodowej posiadłości.

Julianne wiedziała, że Amelia nigdy o nim nie zapomniała. Rok po wyjeździe St. Justa odrzuciła dwie bardzo dobre oferty małżeństwa – od młodego, zamożnego prawnika i od przystojnego oficera królewskiej marynarki. Potem nie miała już żadnych propozycji.

– Mam dwadzieścia pięć lat i nie jestem pięknością – stwierdziła teraz Amelia rzeczowo. – Mój posag jest bardzo niewielki i muszę opiekować się mamą. Jeśli nie zwracam uwagi na mężczyzn, robię to z własnego wyboru.

– Jesteś bardzo atrakcyjna, po prostu starasz się nie rzucać w oczy. – Julianne zawahała się. – Może któregoś dnia poznasz kogoś, przy kim serce zabije ci szybciej.

– Mam nadzieję, że nie.

Julianne wiedziała, że lepiej będzie porzucić ten drażliwy temat.

– No dobrze, nie jestem ślepa. I owszem, monsieur Maurice jest dość przystojny, a gdy odzyskał przytomność, okazał się również czarujący. – Był także bardzo elokwentny, co wskazywało na wykształcenie i być może dobre pochodzenie.

– Widzę, że udało mu się podbić twoje serce.

Julianne wiedziała, że siostra się z nią drażni, ale nie zdobyła się na uśmiech. Przez cały dzień myślała o tajemniczym gościu i teraz uznała, że powinna podzielić się swoimi przypuszczeniami z siostrą.

– Jest coś, o czym chyba powinnaś wiedzieć – powiedziała z wahaniem.

Amelia wpatrzyła się w nią.

– I chyba nie będzie mi się podobać.

– Raczej nie. Monsieur Charles Maurice jest Francuzem, ale nie emigrantem.

– Co właściwie chcesz powiedzieć? Z pewnością to jakiś przemytnik, tak jak Jack.

Julianne przesunęła językiem po ustach.

– Amelio, to oficer armii francuskiej. Przeżył okropne bitwy i stracił większość swoich ludzi.

– Jak doszłaś do takiego wniosku? Powiedział ci o tym?

– Majaczył w gorączce.

– Muszę zawiadomić władze.

– Niczego takiego nie zrobisz. – Julianne pochwyciła siostrę za rękę i stanęła przed nią. – Amelio, on jest bohaterem, w dodatku poważnie chorym.

– Tylko ty mogłaś coś takiego pomyśleć! – wykrzyknęła Amelia. – Wydaje mi się, że jego obecność tutaj jest wbrew prawu. Muszę powiedzieć Lucasowi.

– Proszę, nie. On jest chory i nie zrobi nam nic złego. Pozwól mu tu wrócić do zdrowia, a potem niech wyjedzie, dokąd zechce.

Amelia patrzyła na nią ponuro.

– Ktoś się dowie – powiedziała w końcu.

– Powiem o nim Tomowi. On nam pomoże zachować tajemnicę.

– Myślałam, że Tom się do ciebie zaleca – stwierdziła Amelia z niezadowoleniem.

Julianne uśmiechnęła się. Zmiana tematu oznaczała, że udało jej się wygrać tę sprzeczkę.

– Tom i ja rozmawiamy tylko o polityce. Mamy takie same poglądy, ale to jeszcze nie są zaloty.

– Jest tobą zauroczony. Zapewne nie spodoba mu się twój gość.

Julianne obejrzała się w stronę sypialni i pobladła. Charles patrzył na nie z dziwnym, ostrożnym wyrazem twarzy. Widząc, że go zauważyła, uśmiechnął się i zaczął się podnosić. Prześcieradło opadło mu do pasa, odkrywając muskularną pierś. Julianne nie poruszyła się. Czuła, że on patrzy na nią jak na wroga, któremu nie można ufać.

Amelia wbiegła do pokoju, Julianne poszła za nią. Ale nawet jeśli Charles usłyszał ich rozmowę, nie dał tego po sobie poznać. Podciągnął prześcieradło wyżej i gdy Amelia podeszła do stołu, by zabrać tacę, spojrzał na nią z ciepło.

– Przypuszczam, że to pani siostra?

Zanim Julianne zdążyła odpowiedzieć, Amelia obróciła się do niego. Mówiła doskonale po francusku, a także po hiszpańsku, niemiecku i portugalsku.

– Dobry wieczór, monsieur Maurice. Mam nadzieję, że czuje się pan lepiej. Jestem Amelia Greystone.

– Miło mi panią poznać, panno Greystone. Jestem niezmiernie zobowiązany obu paniom za gościnność i opiekę.

– Nie ma za co. Rzeczywiście jest pan tak elokwentny, jak twierdziła moja siostra. Czy mówi pan po angielsku?

– Owszem – odrzekł z mocnym akcentem. Spojrzał na Julianne i jego uśmiech przybladł. – Co jeszcze o mnie mówiła? – zapytał Amelię.

– Może sam pan powinien ją o to zapytać. Proszę mi wybaczyć. – Spojrzała na zegarek. – Muszę podać mamie kolację. Zobaczymy się później – dodała i wyszła.

– Ona mnie nie lubi – powiedział Charles po francusku.

– Amelia zawsze jest bardzo poważna i rozsądna.

Vraiment? Nie zauważyłem – powiedział żartobliwie.

– Widzę, że jest pan w dobrym nastroju.

– A dlaczego miałoby być inaczej? Przespałem kilka godzin, a teraz towarzyszy mi piękna kobieta, mój osobisty anioł miłosierdzia.

– Przespał pan ponad dobę i najwyraźniej czuje się pan lepiej – powiedziała, skrywając zażenowanie.

Szeroko otworzył oczy.

– Jaki mamy dzisiaj dzień?

– Dziesiąty lipca. Czy to ważne?

– Zupełnie straciłem poczucie czasu. Od jak dawna tu jestem?

– Od ośmiu dni. Czy to pana niepokoi?

– Po prostu jestem zdziwiony.

– Czy jest pan głodny?

– Jak wilk.

– Czy potrzebuje pan pomocy?

– Nie jest pani jeszcze znudzona opieką nade mną?

– Naturalnie, że nie.