Stalowe SerceTekst

Z serii: Mściciele #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Brandon Sanderson

Stalowe Serce


ISBN: 978-83-7785-783-0

TYTUŁ ORYGINAŁU: Steelheart



Text copyright © 2013 by Dragonsteel Entertainment, LLC

All rights reserved

Copyright © 2015 for the Polish translation by

Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań

PROJEKT OKŁADKI: Tobiasz Zysk


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Prolog

CZĘŚĆ I

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

CZĘŚĆ II

14

15

16

17

18

19

20

21

22

CZĘŚĆ III

23

24

25

26

27

28

29

30

CZĘŚĆ IV

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

Epilog

Podziękowania

Dla Dallina Sandersona, za to, że każdego

dnia zwalcza zło swoim uśmiechem.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Widziałem, jak Stalowe Serce krwawił.

Było to dziesięć lat temu; miałem wtedy osiem lat. Mój ojciec i ja znajdowaliśmy się wówczas w banku First Union na Adams Street. W tamtym czasie, przed Aneksją, używano jeszcze starych nazw ulic.

Bank był ogromny. Do głównej sali prowadziło jedno wejście, wyłożoną mozaiką podłogę otaczały białe kolumny, a w głąb budynku można było się dostać, przechodząc przez szerokie drzwi. Z kolei wielkie drzwi obrotowe pozwalały wyjść na ulicę, a zwykłe, klasyczne drzwi prowadziły do bocznych części budynku. Ludzie wlewali i wylewali się z niego wartkim strumieniem, jak gdyby bank był sercem ogromnej bestii, pulsującym krwią ludzi i pieniędzy.

Zwrócony do tyłu, klęczałem na krześle, które było dla mnie za duże, i obserwowałem napływających ludzi. Lubiłem to robić. Różne kształty twarzy, rozmaite uczesania, ubrania, miny. Wtedy każdy był na swój sposób wyjątkowy. To mnie ekscytowało.

— Davidzie, odwróć się, proszę — powiedział mój ojciec.

Mówił cicho. Nigdy nie słyszałem, by podnosił głos, z wyjątkiem jednego razu, na pogrzebie mojej matki. Wspomnienie jego agonii tamtego dnia wciąż przyprawia mnie o drżenie.

Odwróciłem się nadąsany. Znajdowaliśmy się w bocznej części banku, w boksie, w którym pracowali urzędnicy zajmujący się kredytami. Boks ten był przeszklony, co sprawiało, że nie czuliśmy się jak w klatce, chociaż komfortowo także nie. Na ścianach pomieszczenia wisiały rodzinne zdjęcia w drewnianych ramkach, na biurku stało pudełko ze szklanym wieczkiem, wypełnione tanimi cukierkami, a na szafce z dokumentami postawiono wazon ze sztucznymi kwiatami.

Pomieszczenie stanowiło imitację luksusowo urządzonego wnętrza. Imitacją był także uśmiech na ustach mężczyzny, który siedział przed nami.

— Gdybyśmy mieli jakieś dodatkowe zabezpieczenie finansowe — powiedział urzędnik, pokazując zęby.

— Wszystko, co posiadam, zostało wykazane tutaj. — Mój ojciec wskazał na papier leżący na stole. Na jego dłoniach widniały zgrubienia, a skóra była opalona po całym dniu pracy w słońcu. Moja matka krzywiłaby się, gdyby widziała, że przyszedł na to przypominające bal przebierańców spotkanie ubrany w robocze dżinsy i stary T-shirt, na którym widniała jakaś postać z kreskówki.

Tyle dobrego, że się uczesał, choć jego włosy zaczynały już rzednąć. Ale ojciec nie zwracał na to uwagi w takim stopniu, w jakim wydawali się to czynić inni mężczyźni.

— Przynajmniej nie będę musiał często odwiedzać fryzjera, Dave — mawiał, śmiejąc się i przeczesując palcami rzadkie włosy. Nie docierało do mnie, że się mylił. Ojciec wciąż musiałby się strzyc tak samo często, dopóki włosy by mu nie wypadły.

— Nie sądzę, bym w tej sprawie mógł zrobić coś jeszcze — powiedział urzędnik od kredytów. — Uprzedzałem już o tym wcześniej.

— Inny pracownik banku stwierdził, że to wystarczy — odparł mój ojciec, zakładając ręce na piersiach. Wyglądał na zmartwionego. Bardzo zmartwionego.

Urzędnik od kredytów nie przestawał się uśmiechać. Bębnił palcami w stos papierów leżących na biurku.

— Świat stał się obecnie bardzo, bardzo niebezpiecznym miejscem, panie Charleston. Bank zdecydował się nie ponosić ryzyka.

— Niebezpiecznym miejscem? — zapytał mój ojciec.

— No cóż, wie pan, Epicy…

— Ale oni nie są niebezpieczni — powiedział ojciec z przekonaniem. — Epicy są tu po to, by pomagać.

Byle znowu nie to — pomyślałem.

Uśmiech zniknął z twarzy człowieka od kredytów tak, jakby starł go ton głosu ojca.

— Czy pan tego nie widzi? — Mój ojciec nachylił się. — Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Żyjemy w cudownych czasach!

Urzędnik uniósł głowę.

— Czy pana poprzedni dom nie został zniszczony właśnie przez Epików?

— Tam, gdzie są szubrawcy, są i bohaterowie — odrzekł ojciec. — Po prostu musimy poczekać. Oni przybędą.

Wierzyłem mu. Wielu ludzi myślało kiedyś dokładnie w taki sposób. Minęły tylko dwa lata, odkąd Calamity pojawiła się na niebie, a rok od czasu, gdy normalni ludzie zaczęli się zmieniać. Przekształcali się w Epików — niczym superbohaterowie z bajek.

 

I tym sposobem wszyscy byliśmy pełni nadziei. I ignorancji.

— Cóż — powiedział urzędnik, zaplatając dłonie, które spoczywały na stoliku znajdującym się dokładnie obok fotografii ukazującej uśmiechające się dzieci z jakichś dalekich krajów. — Niestety, nasi agenci ubezpieczeniowi nie zgadzają się z pana szacunkami. Będzie pan musiał…

Ojciec i pracownik banku kontynuowali rozmowę, ale ja przestałem słuchać. Błądziłem wzrokiem, obserwując kręcących się po banku ludzi, a potem znowu odwróciłem się plecami, wciąż klęcząc na krześle. Ojciec był zbyt zajęty dyskusją, by mnie złajać.

Kiedy tak byłem pochłonięty swoimi obserwacjami, do banku wszedł Epik. Zauważyłem go natychmiast, choć nikt poza mną nie zwrócił na niego większej uwagi. Wielu twierdzi, że nie można odróżnić Epików od zwykłych ludzi dopóty, dopóki nie zaczną używać swych mocy. Mylą się. Epicy noszą się inaczej. Ta ich pewność siebie, to subtelne samozadowolenie. Zawsze byłem w stanie ich rozpoznać.

Tamtego dnia także, mimo że byłem tylko dzieckiem, dostrzegłem, że ów mężczyzna różni się w jakiś sposób od zwykłych ludzi. Nosił czarny, luźny biznesowy garnitur, a pod nim brązową koszulę bez krawata. Był wysoki i szczupły, ale wyglądał na silnego, jak zresztą wielu Epików. To, że jest muskularny, dało się zauważyć nawet poprzez luźny strój.

Mężczyzna skierował się ku środkowi sali. Z kieszeni na piersiach wystawały mu okulary słoneczne, a on wyjął je i założył z uśmiechem. Potem wykonał drobny gest — wysunął jeden palec i wskazał nim na przechodzącą nieopodal kobietę.

Wyparowała, przemieniając się w kupkę popiołu. Jej ubranie spłonęło, a szkielet runął na ziemię. Jednak kolczyki i obrączka kobiety nie stopiły się. Upadły na podłogę z głośnym brzęknięciem, które było słychać nawet mimo zgiełku panującego w banku.

Sala zamarła. Ludzie zastygli przerażeni. Rozmowy ustały, choć urzędnik od kredytów nie zwrócił na to uwagi, nadal wykładając ojcu swoje racje.

Przerwał dopiero, gdy podniosła się wrzawa.

Nie pamiętam, co wtedy czułem. Czyż to nie dziwne? Pamiętam rozbłysk — ogromne żyrandole nad naszymi głowami eksplodowały, zasypując pokój kawałkami szkła, w których odbijały się refleksy światła. Pamiętam cytrynowo-amoniakowy zapach świeżo umytej podłogi. Pamiętam aż nadto dobrze przeszywający krzyk przerażenia, szaleńczą kakofonię, która rozległa się, gdy ludzie runęli do wyjścia.

Najwyraźniej pamiętam jednak to, że Epik uśmiechał się szeroko — chyba nawet mrugał znacząco — wskazując palcem na poszczególnych ludzi i unicestwiając ich jednym nieznacznym gestem.

Czułem, że nie mogę się ruszyć. Prawdopodobnie byłem w szoku. Przylgnąłem do oparcia krzesła, obserwując rozgrywający się koszmar szeroko otwartymi oczami.

Ludzie znajdujący się bliżej drzwi zdołali uciec. Ci, którzy znaleźli się blisko Epika, zginęli. Kilkunastu urzędników i klientów zbiło się w ciasny krąg, przysiadając na podłodze, albo ukryło się za biurkami. Wszelki ruch w pomieszczeniu zamarł. Epik stał pośrodku sam, w powietrzu unosiły się kartki, a na ziemi wokół leżały kości i czarny popiół.

— Zwą mnie Siewcą Śmierci — powiedział. — To nie jest najmądrzejsze z imion, przyznaję. Ale łatwo je zapamiętać. — Jego głos był wyjątkowo spokojny, jak gdyby prowadził towarzyską pogawędkę przy drinkach.

Ruszył przez pokój.

— Dziś rano przyszła mi do głowy pewna myśl — mówił. Pokój był tak duży, że niosło się echo. — Brałem prysznic i wtedy to mnie uderzyło. Coś zapytało… Siewco Śmierci, dlaczego nie miałbyś obrabować dziś banku?

Leniwym gestem wskazał ochroniarzy, którzy wycofali się z bocznego korytarza i skryli za boksami, w których zajmowano się sprawami kredytów. Strażnicy zamienili się w popiół, a ich odznaki, klamry od pasków, broń i kości padły na ziemię. Słyszałem, jak kości uderzają jedna o drugą. W ludzkim ciele jest ich bardzo wiele, więcej, niż przypuszczałem, i kiedy upadały, powstał niemały hałas — dziwny szczegół, związany z tą potworną sceną, ale pamiętam go dokładnie.

Na moje ramię opadła czyjaś ręka. Ojciec kucał, mając swoje krzesło za plecami, i próbował ściągnąć mnie na ziemię, tak by Epik mnie nie zauważył. Ale ja nie mogłem się ruszyć, a mój ojciec nie mógł mnie do tego zmusić bez zwracania na nas uwagi.

— Planowałem to od paru tygodni, wiecie — mówił dalej Epik. — Ale ta myśl uderzyła mnie dopiero dziś rano. Dlaczego? Dlaczego by obrabować bank? Przecież i tak mogę dostać wszystko, co zechcę! To wprost śmieszne!

Przechylił się przez kontuar, co sprawiło, że chowająca się za nim kasjerka krzyknęła. Z trudem ją tam dojrzałem, skuloną na podłodze.

— Pieniądze nie mają dla mnie żadnej wartości, wiecie — powiedział Epik. — Kompletnie żadnej. — Wyciągnął palec. Kobieta przemieniła się w popiół i kości.

Epik wykonał obrót, celując palcem w kilkanaście różnych miejsc, zabijając ludzi, którzy próbowali uciec. W końcu wskazał mnie.

Wtedy wreszcie coś poczułem. Strach przeszył mnie jak cierń.

Na biurko obok upadła czaszka. Odbiła się od blatu, a kiedy upadła na ziemię, popiół zawirował. Epik wskazał nie mnie, ale urzędnika od kredytów, który chował się za biurkiem. Czyżby próbował uciec?

Epik zwrócił się ku kasjerom za kontuarem. Mój ojciec wciąż trzymał rękę na moim ramieniu. Czułem jego lęk o mnie, tak jakby był czymś fizycznym, biegnącym od jego ramienia ku mojemu.

Ogranęło mnie przerażenie. Czyste, paraliżujące przerażenie. Skuliłem się na krześle, kwiląc, trzęsąc się i próbując wyprzeć ze świadomości obrazy strasznych zbrodni, które widziałem.

Ojciec zdjął rękę z moich barków.

— Nie ruszaj się — wyszeptał.

Skinąłem głową zbyt przestraszony, by móc zrobić coś więcej. Mój ojciec wyjrzał nieznacznie zza krzesła. Siewca Śmierci rozmawiał z jednym z kasjerów. Chociaż nie mogłem ich zobaczyć, usłyszałem, jak kości upadają na ziemię. Epik dokonywał kolejnych egzekucji.

Twarz ojca pociemniała. Potem popatrzył w stronę bocznego korytarza. Ucieczka?

Nie. Tam przecież zginęli strażnicy. Poprzez szklaną ściankę boksu widziałem leżący na ziemi pistolet, bębenek przysypany popiołem, część rękojeści opartą o kości żebra. Mój ojciec też to zauważył. Służył w Gwardii Narodowej, kiedy był młody.

Nie rób tego! — pomyślałem w panice. Tato, nie!

Nie mogłem wypowiedzieć tych słów. Podbródek mi się trząsł, kiedy próbowałem się odezwać, zupełnie tak, jakby było mi zimno. Zęby mi szczękały. Co będzie, jeśli Epik to usłyszy?

Nie mogłem pozwolić ojcu zrobić tak głupiej rzeczy! Był wszystkim, co miałem. Straciłem dom, rodzinę, matkę. Kiedy ojciec poruszył się, chcąc wstać, zmusiłem się, by schwycić go za rękę. Potrząsnąłem głową, zastanawiając się gorączkowo, co mogłoby go powstrzymać.

— Proszę — zdołałem wyszeptać. — Bohaterowie. Powiedziałeś, że przybędą. Niech oni go zatrzymają!

— Czasami, synu — odparł mój ojciec, uwalniając się z mojego uścisku. — Musimy im sami pomóc.

Popatrzył na Siewcę Śmierci, a następnie na sąsiedni boks. Wstrzymałem oddech i rozejrzałem się wokół, wystawiwszy głowę zza krawędzi krzesła. Musiałem widzieć. Chociaż kuliłem się i trząsłem, musiałem zobaczyć.

Siewca Śmierci przeskoczył przez kontuar i wylądował po jego drugiej stronie. Tuż obok nas.

— W gruncie rzeczy to nie ma znaczenia — powiedział konwersacyjnym tonem, przechadzając się po boksie. — Obrabowanie dałoby mi pieniądze, ale ja nie muszę kupować rzeczy. — Podniósł morderczy palec. — Zagadka. Na szczęście, kiedy brałem prysznic, zrozumiałem coś jeszcze: zabijanie ludzi za każdym razem, gdy czegoś pragniesz, jest straszliwie niewygodne. Ja potrzebowałem przerazić wszystkich, pokazać im moją władzę. W ten sposób już nigdy nikt nie odmówi mi tego, czego pragnę.

Oparł się o kolumnę po drugiej stronie banku, zaskoczywszy kryjącą się tam kobietę z dzieckiem.

— Tak — mówił dalej Epik — okradanie banków dla pieniędzy nie miałoby sensu. Ale pokazywanie tego, co mogę zrobić… to jest ważne. Więc kontynuowałem mój plan. — Wyciągnął palec i zabił dziecko, pozostawiając przerażoną kobietę, trzymającą na rękach kupkę kości i popiołu. — Nie jesteście zadowoleni?

Patrzyłem na tę scenę, na przestraszoną kobietę, ściskającą w rękach kocyk, z którego zaczęły wysypywać się kości. W tamtej chwili wszystko zaczęło być dla mnie bardziej rzeczywiste. Straszliwie rzeczywiste. Poczułem mdłości.

Siewca Śmierci stał obrócony do nas plecami.

Ojciec wyczołgał się z boksu i schwycił leżący na ziemi pistolet strażnika. Dwoje ludzi, kryjących się za pobliskim filarem, rzuciło się w kierunku drzwi wyjściowych, potrącając ojca i niemal zbijając go z nóg.

Siewca Śmierci odwrócił się. Mój ojciec wciąż klęczał na podłodze, starając się utrzymać w ręku śliski od popiołu pistolet.

Epik podniósł rękę.

— Co tutaj robisz? — zagrzmiał czyjś głos.

Epik odwrócił się. Ja również. Jak sądzę, wszyscy po prostu musieli zwrócić się ku źródłu tego głębokiego, władczego głosu.

W drzwiach prowadzących na ulicę stanął jakiś mężczyzna. Widać było tylko jego sylwetkę, oblaną promieniami świecącego za jego plecami słońca. Wspaniała, herkulesowa, wzbudzająca respekt postać.

Zapewne widzieliście obrazy przedstawiające Stalowe Serce, ale zapewniam was, że żaden nie oddaje prawdy. Żadne zdjęcie, nagranie wideo czy malowidło nie jest w stanie pokazać, jak naprawdę wyglądał ten człowiek. Nosił czarne ubranie. Jego nieprawdopodobnie wielką i mocną klatkę piersiową opinała ciasna koszula. Spodnie były luźne, ale nie workowate. Nie miał na twarzy maski, jak to bywało w przypadku pierwszych Epików, za to na plecach powiewała mu wspaniała srebrna peleryna.

Nie potrzebował maski. Ten człowiek nie miał powodu, by się ukrywać. Stał z wyciągniętymi na bok ramionami, a wiatr kołysał skrzydłami drzwi, które miał za plecami, rozwiewając leżący na podłodze popiół i unosząc papiery. Stalowe Serce uniósł się o kilkanaście centymetrów nad ziemię. Jego peleryna migotała. Poszybował w głąb pomieszczenia. Jego ramiona przypominały dźwigary, nogi były niczym skały, a szyja wyglądała jak pień drzewa. Nie był jednak zwalisty i niezręczny. Przeciwnie, był majestatyczny, z kruczoczarnymi włosami, kwadratową szczęką, niesamowitą muskulaturą i dwoma metrami wzrostu.

I te oczy. Intensywne, władcze, o nieprzejednanym spojrzeniu.

Stalowe Serce z gracją wleciał do wnętrza banku, a Siewca Śmierci pospiesznie nakierował nań palec. Na koszuli Stalowego Serca pojawiło się niewielkie wypalone miejsce, tak jak po przypaleniu papierosem, lecz on sam nie okazał żadnej reakcji. Spłynął po schodach i z gracją wylądował nieopodal Siewcy Śmierci. Peleryna otuliła postać Stalowego Serca.

Siewca Śmierci ponownie wyciągnął palec. Był wściekły. Na koszuli Stalowego Serca pojawiła się kolejna niewielka wypalona dziurka. On sam podszedł do Epika, nad którym znacznie górował wzrostem.

W tym momencie zdałem sobie sprawę, że na kogoś takiego właśnie czekał mój ojciec. To był bohater, na nadejście którego liczyli wszyscy, ktoś, kto miał wynagrodzić zło wyrządzone przez Epików. Ten człowiek przybył po to, by nas uratować.

Stalowe Serce ruszył do przodu i schwycił Siewcę Śmierci, który zbyt późno rzucił się do ucieczki. Próbował wyszarpnąć się z uścisku przeciwnika, jego okulary upadły na podłogę, a on sam aż sapnął z bólu.

— Zadałem ci pytanie — powiedział Stalowe Serce głosem jak uderzenie pioruna. Obrócił Siewcę Śmierci tak, że patrzyli sobie w oczy. — Co tu robisz?

Siewca Śmierci zadrżał. Wyglądał na spanikowanego.

— Ja… ja…

Stalowe Serce uniósł swoją drugą rękę i wysunął palec.

— Mam prawo do tego miasta, mały Epiku. Jest moje. — Przerwał. — I ja mam prawo dominować nad tymi ludźmi, nie ty.

Siewca Śmierci podniósł głowę.

Co? — pomyślałem.

— Wydaje się, że masz moc, mały Epiku — oznajmił Stalowe Serce, patrząc na kości porozrzucane na ziemi. — Jestem w stanie zaakceptować twoją podległość. Albo będziesz wobec mnie lojalny, albo zginiesz.

Nie mogłem uwierzyć w słowa Stalowego Serca. Byłem nimi zaszokowany tak, jak zabójstwami Siewcy Śmierci.

Ta zasada — służ mi albo giń — stała się podstawą władania Stalowego Serca. Rozejrzał się po wnętrzu i przemówił grzmiącym głosem:

— Od tej chwili jestem władcą tego miasta. Macie słuchać moich rozkazów. Do mnie należy ta ziemia. Te budynki. Mnie będziecie płacić podatki. Jeśli nie będziecie tego przestrzegać, zginiecie.

 

Nieprawdopodobne — pomyślałem. On także? Nie mogłem znieść myśli, że ten niesamowity człowiek jest taki sam jak reszta Epików.

I nie tylko ja tak myślałem.

— Nie tak miało być — rzekł mój ojciec.

Stalowe Serce odwrócił się, najwidoczniej zdumiony słowami jednej z kulących się na ziemi istot.

Mój ojciec postąpił do przodu, trzymając pistolet przy boku.

— Nie — powiedział. — Nie jesteś taki, jak reszta. Widzę to. Jesteś lepszy od nich. — Znowu posunął się do przodu i stanął o przed obydwoma Epikami. — Jesteś tu po to, by nas uratować.

Ciszę panującą w pomieszczeniu zakłócał tylko szloch kobiety, która wciąż trzymała szczątki swego martwego dziecka. Na wpół oszalała, na próżno usiłowała pozbierać jego kości, nie chcąc pozostawić nawet najdrobniejszej ich cząstki na ziemi. Jej suknia pokryta była popiołem.

Zanim któryś z Epików zdążył odpowiedzieć, otworzyły się boczne drzwi. Do banku wkroczyli czarno umundurowani mężczyźni z karabinami szturmowymi i otworzyli ogień.

W tamtym czasie rząd jeszcze nie rezygnował. Wciąż próbował walczyć z Epikami, usiłując podporządkować ich prawu. Od samego początku było wiadomo, że jeśli masz z nimi do czynienia, nie możesz zwlekać, nie możesz negocjować. W takich przypadkach należało wkroczyć z bronią i mieć nadzieję, że Epik, którego spotkałeś, zginie od zwykłych kul.

Mój ojciec uskoczył. Uśpiony instynkt człowieka, który miał kiedyś do czynienia z bronią, podpowiedział mu, by przywrzeć plecami do kolumny, znajdującej się w głębi pomieszczenia. Stalowe Serce obrócił się z wyrazem zaskoczenia na twarzy, a potem zalała go fala kul. Odbijały się od jego ciała, rozrywając ubranie, lecz pozostawiając go zupełnie nietkniętym.

Epicy tacy jak on zmusili Stany Zjednoczone do wydania Aktu Kapitulacji, który zapewniał im całkowite stanie ponad prawem. Strzały z broni nie czyniły mu żadnej krzywdy — rakiety, czołgi czy najbardziej nawet zaawansowana broń nie były w stanie go choćby drasnąć. Nawet jeśli pochwycono by Stalowe Serce, nie było więzienia, w którym dałoby się go zamknąć.

Rząd uznał w końcu ludzi takich jak on za rodzaj naturalnej siły, takiej jak huragan czy trzęsienie ziemi. Próba pokazania Stalowemu Sercu, że nie może zagarnąć tego, czego chce, byłaby równie bezowocna jak wydanie ustawy zakazującej wiatrowi, by wiał.

Tamtego dnia w banku przekonałem się na własne oczy, dlaczego tak wielu ludzi nie decydowało się na walkę. Stalowe Serce podniósł rękę, wokół której pojawiło się bladożółte światło. Siewca Śmieci schował się za jego plecami, chroniąc się przed kulami. W przeciwieństwie do Stalowego Serca obawiał się postrzelenia. Tylko najpotężniejsi Epicy byli odporni na ogień z broni palnej.

Z ręki Stalowego Serca wydobył się strumień żółtobiałej energii, pod wpływem którego kilku żołnierzy po prostu wyparowało. Znowu zapanował chaos. Żołnierze w panice kryli się tam, gdzie to tylko było możliwe; w powietrze wyleciały kawałki marmuru i pojawił się dym. Jeden z żołnierzy odpalił z broni coś w rodzaju rakiety, lecz ominęła ona Stalowe Serce — który nadal raził przeciwników strumieniami energii — i uderzyła w tylną ścianę banku, burząc sklepienie.

Strumień powietrza wyrzucił na zewnątrz płonące banknoty. Monety wytrysnęły w niebo i opadły na ziemię.

Krzyki. Wrzaski. Szaleństwo.

Żołnierze ginęli szybko. Kuliłem się na krześle, zatykając uszy rękami. Było niewyobrażalnie głośno.

Siewca Śmierci wciąż znajdował się za plecami Stalowego Serca. Obserwowałem go. Uśmiechnął się, uniósł ręce i skierował je ku szyi Stalowego Serca. Prawdopodobnie miał jeszcze jakiś inny rodzaj mocy. Większość Epików silnych tak jak on posiadała zazwyczaj więcej niż jedną zdolność.

Być może wystarczyłoby to, by unicestwić Stalowe Serce. Co prawda wątpię w to, ale tak czy inaczej, już nigdy się tego nie dowiemy.

W powietrzu rozległ się pojedynczy wystrzał. Eksplozja rakiety była tak potężna, że z trudem się zorientowałem, iż ktoś strzelił z pistoletu. Kiedy dym nieco opadł, zobaczyłem ojca. Stał w odległości kilku kroków od Stalowego Serca z podniesionymi rękami, oparty o kolumnę. Na twarzy miał wyraz determinacji. Trzymał w rękach broń, celując w Stalowe Serce.

Nie, nie w niego. W Siewcę Śmierci, który stał za plecami Stalowego Serca.

Siewca Śmierci upadł, trafiony kulą w czoło. Zginął. Stalowe Serce odwrócił się gwałtownie i popatrzył na mniejszego od siebie Epika. Potem skierował wzrok na mojego ojca i dotknął ręką swej twarzy. Tuż pod okiem widniała strużka krwi.

Najpierw pomyślałem, że to krew Siewcy Śmierci. Lecz kiedy Stalowe Serce ją otarł, zobaczyłem, że to on krwawił.

Mój ojciec strzelił do Siewcy Śmierci, lecz kula najpierw drasnęła Stalowe Serce.

Ten pocisk ranił Epika, podczas gdy pociski z broni żołnierzy odbijały się od jego ciała.

— Przepraszam — rzekł zatrwożony ojciec. — On mierzył w twoim kierunku. Ja…

W oczach Stalowego Serca zapłonęła dzikość. Wyciągnął przed siebie dłoń i wpatrywał się w swoją krew. Wyglądał na kompletnie zaskoczonego. Popatrzył na sklepienie, które miał za plecami, a potem na ojca. Ci dwaj stali naprzeciwko siebie pośród dymu i kurzu — masywny i władczy Epik i niewysoki, bezdomny mężczyzna w T-shircie i znoszonych dżinsach.

Stalowe Serce skoczył do przodu z oszałamiającą szybkością i uderzył ojca w klatkę piersiową, wgniatając go w białą kamienną kolumnę. Dał się słyszeć trzask kości, a z ust ojca popłynęła krew.

— Nie! — krzyknąłem. Mój głos zabrzmiał dziwnie, tak jakbym był pod wodą. Chciałem biec do ojca, ale byłem zbyt przerażony. Nawet dziś myślę o tym, jakim byłem tchórzem, i wciąż mnie to boli.

Stalowe Serce usunął się na bok i podniósł z ziemi upuszczony przez ojca pistolet. W jego oczach znać było furię. Stalowe Serce skierował broń dokładnie ku piersi ojca i oddał jeden strzał.

On tak właśnie postępuje. Stalowe Serce lubi zabijać ludzi z ich własnej broni. To jeden z jego znaków firmowych. Stalowe Serce jest nieprawdopodobnie silny i potrafi wyemitować z dłoni strumień energii. Lecz kiedy chodzi o zabicie kogoś, kto wzbudza jego szczególne zainteresowanie, woli używać broni swej ofiary.

Ojciec osunął się wzdłuż kolumny, a Stalowe Serce rzucił pistolet do jego stóp. Potem z jego rąk zaczęły się wydobywać strumienie energii, którymi raził na wszystkie strony, podpalając krzesła, ściany i blaty. Jeden ze strumieni uderzył blisko mnie i jego siła wyrzuciła mnie z krzesła. Potoczyłem się na podłogę.

Na skutek eksplozji w powietrze wyleciały drewniane i szklane rzeczy, a pomieszczenie się trzęsło. Po chwili Stalowe Serce spowodował takie zniszczenia, przy których zabójstwa dokonane przez Siewcę Śmierci były niewinną zabawą. Rujnował pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy, powalając kolumny i zabijając każdego, kogo zobaczył. Nie wiem, jak przeżyłem, pełznąc pośród odłamków szkła, kawałków drewna i gipsu, które spadały wokół mnie wśród wirującego pyłu.

Stalowe Serce wydał z siebie ryk wściekłości i oburzenia. Prawie go nie słyszałem, ale za to czułem, bo rozbijał okna i poruszał ściany. Potem wydobyła się z niego fala energii. Podłoga zmieniła kolor i przekształciła się w metal.

Transformacja ta błyskawicznie się rozprzestrzeniła. Podłoga pode mną, ściany obok, kawałki szkła na ziemi — wszystko przemieniło się w stal. Dziś wiemy, że wściekłość Stalowego Serca sprawia, że nieożywione obiekty wokół zmieniają się w metal. Natomiast wszystko, co jest żywe lub znajduje się blisko czegoś żywego, nie ulega transformacji.

Zanim ryk Epika ustał, większa część banku stała się metalem, choć duży fragment sufitu wciąż pozostawał zrobiony z drewna i gipsu, podobnie jak część ściany. Stalowe Serce nieoczekiwanie uniósł się w powietrze i przedarłszy się przez sufit i kilkanaście pięter, poszybował ku niebu.

Potykając się, ruszyłem ku ojcu, licząc na to, że zdoła zrobić coś, co powstrzyma szaleństwo. Kiedy przypadłem do niego, targały nim dreszcze. Krew zalewała mu twarz, a klatka piersiowa krwawiła na skutek rany. Przywarłem do ojcowskiego ramienia przerażony.

Niesamowite, ale ojciec zdołał coś powiedzieć, choć ja nie mogłem dosłyszeć wypowiadanych przez niego słów. Ogłuszyło mnie to wszystko, co działo się wokół. Ojciec drżącą ręką dotknął mego podbródka. Powiedział coś jeszcze, ale wciąż nie byłem w stanie go zrozumieć.

Otarłem oczy rękawem koszulki, a potem usiłowałem pomóc mu wstać, ciągnąc go za ramię. Budynek banku zatrząsł się.

Ojciec schwycił mój bark, a ja popatrzyłem na niego ze łzami w oczach. Powiedział jedno słowo — jedyne, jakie zdołałem odczytać z ruchu jego warg.

— Idź.

Zrozumiałem. Stało się coś doniosłego, coś, co obnażyło Stalowe Serce, coś, co go przeraziło. Do tej pory był nowy pośród Epików, nikt w mieście go nie znał, ale ja o nim słyszałem. Uchodził za kogoś niezniszczalnego.

Zranił go jednak strzał z pistoletu i wszyscy obecni w banku ludzie widzieli jego słabość. Nie było możliwości, by pozwolił nam żyć — musiał chronić swój sekret.

Po policzkach płynęły mi łzy. Opuszczając ojca, czułem się jak kompletny tchórz. Odwróciłem się i pobiegłem. Budynkiem wstrząsały kolejne eksplozje; ściany pękały, sufit się rozpadał. Stalowe Serce chciał całkowicie zburzyć bank.

Niektórzy ludzie uciekali frontowymi drzwiami, ale Stalowe Serce zabijał ich z powietrza. Inni uciekali drzwiami bocznymi, ale te prowadziły tylko w głąb banku. Próbujący wydostać się w ten sposób ludzie ginęli pod gruzami budynku.

Ukryłem się w sejfie.

Chciałbym móc powiedzieć, że zrobiłem to, bo byłem mądry, w rzeczywistości jednak tylko tam mogłem się przedostać. Niejasno pamiętam, jak doczołgałem się do kąta i skuliłem, płacząc. Budynek walił się w gruzy. Większa część głównej sali banku stała się metalowa, a sejf w ogóle był opancerzony, toteż nie mógł się zawalić.

Kilka godzin później z ruin wydobyła mnie kobieta z ekipy ratunkowej. Byłem oszołomiony i ledwo przytomny. Kiedy mnie uwalniano, oślepił mnie blask latarki. Pomieszczenie, w którym się znajdowałem, było zburzone tylko częściowo. Jego ściany i większa partia sufitu były teraz stalowe. Reszta budynku leżała w gruzach.

Ratowniczka szepnęła mi do ucha:

— Udawaj, że jesteś martwy.

Potem zaniosła mnie ku rzędowi ciał i nakryła kocem. Domyśliła się, co Stalowe Serce mógłby uczynić z tymi, którzy przetrwali.

Kiedy ponownie ruszyła, by szukać innych ocalałych, spanikowałem i wypełzłem spod koca. Wokół panowała ciemność, choć tak naprawdę było dopiero późne popołudnie. Władca Ciemności krążył nad nami. Zaczynało się panowanie Stalowego Serca.

Potykając się i utykając, powlokłem się aleją. To uratowało mi życie. Chwilę potem Stalowe Serce powrócił, lecąc nad światłami ekipy ratunkowej. Następnie wylądował obok rumowiska. Była z nim szczupła blondynka z włosami uczesanymi w kok. Później dowiedziałem się, że była Epikiem o imieniu Faultline i dysponowała mocą poruszania ziemią. I choć pewnego dnia miała rzucić wyzwanie Stalowemu Sercu, wtedy jeszcze mu służyła.

Poruszyła ręką i ziemia zaczęła drżeć.

Uciekałem, zagubiony, przerażony, pełen bólu. Za moimi plecami ziemia rozstępowała się, pochłaniając to, co pozostało z banku — w tym zabitych, a także ocalałych, którzy otrzymywali pomoc medyczną, oraz ratowników. Stalowe Serce chciał zatrzeć wszelkie ślady. Zadaniem Faultline było pogrzebać je pod zwałami ziemi i zabić każdego, kto mógłby opowiedzieć o tym, co zdarzyło się w banku.