Rytm wojnyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Przed­mowa i podzię­ko­wa­nia

2  Pro­log. Uda­wać

3  Część pierw­sza. Cię­żary

4  Część druga. Nasze powo­ła­nie

Tytuł ory­gi­nału: Rythm of War

Copy­ri­ght © 2020 by Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment, LLC

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2021 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka

Ilu­stra­cja na okładce: Domi­nik Bro­niek

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

Ilu­stra­cje wewnętrzne: Kel­ley Har­ris, Howard Lyon, Ben McSwe­eney, Miranda Meeks, Dan dos San­tos i Isaac Ste­wart

ISBN 978-83-66712-73-7

Wyda­nie III

Wydawca:

Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63

04-082 War­szawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91

05-850 Oża­rów Maz.

tel. 227 335 010

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Isa­acowi Ste­war­towi, który maluje moją wyobraź­nię.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przed­mowa i podzię­ko­wa­nia

Z dumą przed­sta­wiam Wam Rytm Wojny, księgę czwartą „Archi­wum Burzo­wego Świa­tła”. Minęło dzie­sięć lat, od kiedy roz­po­czą­łem pisa­nie tego cyklu, i z coraz więk­szą satys­fak­cją patrzę, jak histo­ria roz­wija się i wypeł­nia wizję sprzed lat. Na przy­kład jedna ze scen pod koniec książki należy do tych, które wymy­śli­łem na samym początku, przed ponad dwu­dzie­stu laty!

Zbli­żamy się do ostat­niego tomu tej czę­ści „Archi­wum Burzo­wego Świa­tła” (wyobra­zi­łem sobie cykl jako dwie serie po pięć ksią­żek każda, z dwoma głów­nymi wąt­kami). Dzię­kuję, że wytrzy­ma­li­ście ze mną przez te wszyst­kie lata! Moim celem jest dostar­czać je Wam w roz­sąd­nym cza­sie. Jak zawsze, tak i w przy­padku tego tomu ter­miny były bar­dzo napięte i wielu ludzi poświę­ciło wiele godzin, żeby ich dotrzy­mać. Lista będzie dość długa, ale każdy z osobna i wszy­scy razem zasłu­gują na to, by doce­nić ich wysiłki.

W wydaw­nic­twie Tor Books moją główną redak­torką przy tej powie­ści była Devi Pil­lai, nie­zmor­do­wana, punk­tu­alna i zawsze wspie­ra­jąca „Archi­wum Burzo­wego Świa­tła”. To moja pierw­sza książka z cosmere, przy któ­rej nie współ­pra­co­wa­łem ze swoim dłu­go­let­nim redak­to­rem Moshe Fede­rem, który wciąż zasłu­guje na ogromne podzię­ko­wa­nia za popro­wa­dze­nie tej serii w począt­ko­wym okre­sie. Pra­gnę jed­nak szcze­gól­nie podzię­ko­wać Devi, spra­wiła ona bowiem, że to przej­ście poszło gładko i łatwo.

Jak zawsze dzię­kuję Tomowi Doherty’emu, który dał mi pierw­szą szansę publi­ka­cji. Do pra­cu­ją­cego nad tą książką zespołu Devi i Toma w wydaw­nic­twie Tor nale­żeli Rachel Bass, Peter Lutjen, Rafal Gibek i Heather Saun­ders.

Jeśli cho­dzi o mojego bry­tyj­skiego wydawcę, Gol­lancz, chciał­bym szcze­gól­nie podzię­ko­wać Gil­lian Red­fe­arn, która zapew­nia wspar­cie redak­cyjne w ciągu całego pro­cesu wydaw­ni­czego i bar­dzo się stara, by moje książki wyglą­dały dosko­nale.

Naszą adiu­sta­torką była zawsze wspa­niała Terry McGarry, a dołą­czyła do niej, po raz pierw­szy w roli korek­torki, Kri­stina Kugler. Od dawna chcia­łem współ­pra­co­wać z Kri­stiną nad książką z cosmere, a ona dosko­nale sobie pora­dziła.

Pro­du­cen­tem audio­bo­oka był Steve Wagner, a jako lek­to­rzy powró­cili naj­lepsi na świe­cie Michael Kra­mer i Kate Reading. Dzię­kuję im z całego serca za to, że na­dal zno­szą te trwa­jące ponad pięć­dzie­siąt godzin kobyły.

Moim głów­nym agen­tem był JAB­be­ro­wocky Lite­rary Agency, pod kie­row­nic­twem Joshuy Bil­mesa, któ­rego wspie­rały Susan Vela­zquez, Karen Bourne i Valen­tina Sainato. Naszym bry­tyj­skim agen­tem jest Zeno Lite­rary Agency. Nie­ustan­nie jestem im wdzięczny za pracę i wspar­cie.

Moją wła­sną firmą, Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment, kie­ruje moja cudowna żona Emily San­der­son. Nie­wy­sło­wiony Peter Ahl­strom jest jej zastępcą i kie­row­ni­kiem wydaw­ni­czym, a Isaac Ste­wart kie­row­ni­kiem arty­stycz­nym. Zwy­kle robię coś śmiesz­nego z jego imie­niem, ale bio­rąc pod uwagę, że dedy­ko­wa­łem mu tę książkę, uzna­łem, że tym razem dam mu spo­kój. Isaac nie tylko two­rzy nasze piękne mapy, ale też to on przed­sta­wił mnie mojej żonie. (I to na randce w ciemno). Jeśli więc kie­dyś będzie­cie mieli oka­zję go spo­tkać, pod­suń­cie mu tę książkę do pod­pisu i koniecz­nie poroz­ma­wiaj­cie z nim o ulu­bio­nych zesta­wach LEGO.

W Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment pra­cują rów­nież Karen Ahl­strom, która czuwa nad spój­no­ścią, i Kara Ste­wart, która zarzą­dza maga­zy­nem i finan­sami. Adam Horne to spe­cja­li­sta od reklamy, mój asy­stent i ogól­nie facet od wszyst­kiego. W skle­pie pra­cują rów­nież Kath­leen Dor­sey San­der­son, Emily „Mem” Grange, Lex Wil­l­hite i Bate­man. To oni wysy­łają Wam koszulki, pla­katy i książki z auto­gra­fem. Ich asy­stentami, minion­kami naszego zespołu, są Jacob, Hazel, Isa­bel, Mat­thew, Audrey, Tori i Joe. Ponadto dzię­kuję wszyst­kim wolon­ta­riu­szom, szcze­gól­nie zawsze wspa­nia­łej Chri­sti Jacob­son.

Arty­ści, któ­rych dzieła zdo­bią Rytm Wojny, musieli sta­wić czoło nie tylko pan­de­mii i oso­bi­stym pro­ble­mom w cza­sie two­rze­nia ilu­stra­cji – nie­któ­rzy musieli sta­wić czoło zupeł­nie praw­dzi­wej burzy, żeby je dostar­czyć. Jestem pod wra­że­niem ich talentu i poświę­ce­nia, i chciał­bym im nie tylko ser­decz­nie podzię­ko­wać, ale rów­nież życzyć spo­koju w tych trud­nych cza­sach.

Jed­nym z jasnych punk­tów mojej kariery jest moż­li­wość współ­pracy z Micha­elem Whe­la­nem. Jestem zaszczy­cony, że na jakiś czas odło­żył inne pro­jekty, by stwo­rzyć piękne obrazy do tej serii. Był­bym wdzięczny choćby za jedną z jego okła­dek, uwa­żam się więc za ogrom­nego szczę­ścia­rza, że stwo­rzył okładkę do Rytmu Wojny, którą uwa­żam za naj­lep­szą jak do tej pory okładkę cyklu. Bez wąt­pie­nia to dzieło sztuki, a ja jestem pod wra­że­niem.

W Dawcy Przy­sięgi umie­ści­li­śmy por­trety Herol­dów na wyklej­kach i teraz to kon­ty­nu­ujemy. Na początku pisa­nia tej książki zamó­wi­li­śmy pozo­sta­łych sze­ścioro Herol­dów, wie­dząc, że dwoje będziemy musieli zacho­wać do wyko­rzy­sta­nia w kolej­nym tomie. Herold Tale­ne­lat autor­stwa Donata jest zatro­skany, lecz zwy­cię­ski, i raduję się tą piękną wizją tej postaci. Miranda Meeks nie poja­wia się w „Archi­wum Burzo­wego Świa­tła” po raz pierw­szy – cie­szymy się z każ­dej moż­li­wo­ści współ­pracy – a jej Herold Bat­tah jest wład­cza i tajem­ni­cza. Karla Ortiz, któ­rej fanem byłem od jakie­goś czasu, stwo­rzyła wspa­niałe i nie­mal dosko­nałe wizje Herol­dów Cha­na­ra­nach i Nalana. Wresz­cie Herol­do­wie Pailiah i Kelek autor­stwa Magali Vil­le­neuve są osza­ła­mia­jący i cudowni. We współ­pracy z nią Howard Lyon nama­lo­wał nie­sa­mo­wite olejne wer­sje por­tre­tów tej ostat­niej dwójki, które w swoim cza­sie zostaną przed­sta­wione razem z pozo­sta­łymi.

Dan dos San­tos to żyjąca legenda i mój bli­ski przy­ja­ciel. W swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym stylu zilu­stro­wał modę, bio­rąc na swoje barki wyzwa­nie przed­sta­wie­nia pie­śnia­rzy jako istot obcych, a jed­no­cze­śnie w taki spo­sób, by czy­tel­nicy mogli się z nimi iden­ty­fi­ko­wać na pozio­mie emo­cjo­nal­nym. Sądzę, że dosko­nale mu się to udało.

Ben McSwe­eney w tym roku zatrud­nił się na pełen etat w Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment, a książka pre­zen­tuje wiele z jego naj­lep­szych dzieł. Szcze­gól­nie strony przed­sta­wia­jące spreny uwiecz­nione przez Shal­lan odsła­niają wizu­alną stronę Rosharu. Podoba mi się spo­sób, w jaki Ben przed­sta­wił atrium Uri­thiru, jed­no­cze­śnie uka­zu­jąc ogrom mia­sta – w tym miej­scu dzię­kuję rów­nież Ale­xowi Schne­ide­rowi za kon­sul­ta­cje archi­tek­to­niczne.

Ogrom­nie dzię­kuję Kel­ley Har­ris, dzięki któ­rej kartki z notat­nika Navani oży­wają. Jej nie­na­ganne pro­jekty koja­rzą mi się z pro­jek­tami Alphonse’a Muchy z począt­ków dwu­dzie­stego wieku.

Ponadto wielu innych twór­ców poma­gało w powsta­niu tej książki i zasłu­gują na wiel­kie podzię­ko­wa­nie. Są to: Miranda Meeks, Howard Lyon, Shawn Boy­les, Cori Boy­les, Jacob, Isa­bel, Rachel, Sophie i Hay­ley Lazo.

Przy pracy nad książką poma­gało nam kil­koro bar­dzo waż­nych eks­per­tów mery­to­rycz­nych. Shad „Sha­di­ver­sity” Bro­oks był naszym głów­nym spe­cja­li­stą od histo­rycz­nych sztuk walki. Carl Fisk rów­nież podzie­lił się z nami pew­nymi infor­ma­cjami na ten temat – choć jeśli coś pomy­li­łem, to nie ich wina. Z całą pew­no­ścią jest to coś, czego albo im nie poka­za­łem, albo zapo­mnia­łem zmie­nić.

Naszą eks­pertką w dzie­dzi­nie dyso­cja­cyj­nego zabu­rze­nia toż­sa­mo­ści była Britt Mar­tin. Jestem jej naprawdę wdzięczny za udzie­la­nie mi infor­ma­cji zwrot­nych, które pomo­gły mi lepiej przed­sta­wić zabu­rze­nia psy­chiczne w tej książce. Była naszym ukry­tym Świe­tli­stym Ryce­rzem i zawsze mnie wspie­rała.

 

Bar­dzo dzię­kuję czworgu czy­tel­ni­ków beta za ich dro­bia­zgowe infor­ma­cje zwrotne na temat szcze­gól­nego aspektu sek­su­al­no­ści, a są to Paige Phil­lips, Alyx Hoge, Blue i E.N. Weir. Wasza pomoc uczy­niła tę książkę lep­szą.

Do grupy pisar­skiej nale­żeli: Kay­lynn ZoBell, Kath­leen Dor­sey San­der­son, Eric James Stone, Darci Stone, Alan Lay­ton, Ben „czy mógł­byś choć raz napi­sać popraw­nie moje imię, Bran­do­nie” Olze­di­xplo­xi­pl­len­ti­var, Ethan Skar­stedt, Karen Ahl­strom, Peter Ahl­strom, Emily San­der­son i Howard Tay­ler. Lep­szej grupy nie mógł­bym sobie zna­leźć. Co tydzień czy­tali duże frag­menty tej książki i zno­sili moje cią­głe, ogromne zmiany, a wszystko po to, by pomóc mi nadać Ryt­mowi Wojny osta­teczny kształt.

Wśród czy­tel­ni­ków beta tym razem znaj­do­wali się: Brian T. Hill, Jes­sica Ash­craft, Sumejja Mura­ta­gić-Tadić, Joshua „Jofwu” Har­key, Kel­lyn Neu­mann, Jory „Jor Wyki­dajło” Phil­lips (Gra­tu­la­cje, Jory!), Drew McCaf­frey, Lau­ren McCaf­frey, Liliana Klein, Evgeni „Argent” Kiri­lov, Darci Cole, Bran­don Cole, Joe Dear­deuff, Austin Hus­sey, Eliy­ahu Bere­lo­witz Levin, Megan Kanne, Alyx Hoge, Trae Cooper, Deana Covel Whit­ney, Richard Fife, Chri­stina Good­man, Bob Kluttz, Oren Meiron, Paige Vest, Becca Rep­pert, Ben Rep­pert, Ted Her­man, Ian McNatt, Kaly­ani Poluri, Rahul Pan­tula, Gary Sin­ger, Ling­ting „Bota­nica” Xu, Ross New­berry, David Beh­rens, Tim Chal­le­ner, Mat­thew Wiens, Giu­lia Costan­tini, Alice Arne­son, Paige Phil­lips, Ravi Per­saud, Bao Pham, Aubree Pham, Adam Hus­sey, Nikki Ram­say, Joel D. Phil­lips, Zenef Mark Lind­berg, Tyler Patrick, Mar­nie Peter­son, Lynd­sey Luther, Mi’chelle Wal­ker, Josh Wal­ker, Jay­den King, Eric Lakei Chris Kluwe.

Koor­dy­na­to­rem czy­tel­ni­ków beta był Peter Orul­lian, który sam jest dosko­na­łym pisa­rzem.

Do czy­tel­ni­ków gamma zali­czała się duża część czy­tel­ni­ków beta, jak rów­nież Chris McGrath, João Mene­zes Morais, Brian Magnant, David Fal­lon, Rob West, Shi­vam Bhatt, Todd Sin­ger, Jes­sie Bell, Jeff Tuc­ker, Jesse Salo­mon, Shan­non Nel­son, James Ander­son, Fran­kie Jerome, Zoe Lar­sen, Lin­nea Lind­strom, Aaron Ford, Poonam Desai, Ram Sho­ham, Jen­ni­fer Neal, Glen Voge­laar, Tay­lor Cole, Heather Clin­ger, Donita Orders, Rachel Lit­tle, Suzanne Musin, Wil­liam „aber­da­sher”, Chri­sto­pher Cot­tin­gham, Kurt Man­wa­ring, Jacob Hun­sa­ker, Aaron Biggs, Amit Shte­in­he­art, Ken­dra Wil­son, Sam Baskin i Alex Rasmus­sen.

Wiem, że wielu z Was, któ­rzy to czy­ta­cie, chcia­łoby dołą­czyć do ekipy czy­tel­ni­ków beta albo gamma – ale to nie jest aż tak wspa­niała robota, jak się Wam wydaje. Ci goście muszą czy­tać książkę, czę­sto pod dużą pre­sją czasu, i doświad­czają jej w nie­ukoń­czo­nej postaci. W pew­nym sen­sie rezy­gnują z szansy prze­ży­cia lek­tury wer­sji osta­tecz­nej i zado­wa­lają się gor­szym doświad­cze­niem, by uczy­nić powieść lep­szą dla wszyst­kich pozo­sta­łych. Doce­niam ich nie­usta­jące wysiłki i infor­ma­cje zwrotne. Dzięki ich wysił­kom Rytm Wojny jest o wiele lep­szy.

To była długa lista, wiem. Z każ­dym tomem staje się coraz dłuż­sza! Ale ja naprawdę szcze­rze doce­niam ich wszyst­kich. Jak czę­sto powta­rzam, na okładkę tra­fia moje nazwi­sko, ale te powie­ści są tak naprawdę dzie­łem grupy i wyko­rzy­stują talenty i wie­dzę wielu peł­nych poświę­ce­nia ludzi.

Dzięki nim może­cie teraz prze­czy­tać Rytm Wojny, księgę czwartą „Archi­wum Burzo­wego Świa­tła”. Przy­jem­nej podróży.

Mapa Rosharu


Szki­cow­nik Shal­lan: Uri­thiru


Szki­cow­nik Shal­lan: Atrium


Pro­log. Uda­wać


Sie­dem lat wcze­śniej

Oczy­wi­ście, że Par­shendi chcieli grać na bęb­nach.

I oczy­wi­ście Gavi­lar im na to pozwo­lił.

I oczy­wi­ście nie wpadł na pomysł, żeby ostrzec Navani.

– Widzia­łaś roz­miar tych instru­men­tów? – Mara­tham prze­cze­sała pal­cami czarne włosy. – Gdzie my je umie­ścimy? Już i tak bra­kuje nam miej­sca po tym, jak twój mąż zapro­sił tych wszyst­kich cudzo­ziem­skich dostoj­ni­ków. Nie możemy…

– W sali balo­wej na górze urzą­dzimy ucztę dla naj­waż­niej­szych gości. – Navani sta­rała się zacho­wać spo­kój. – I umie­ścimy tam bębny, razem z kró­lew­skim sto­łem.

Wszy­scy inni w kuch­niach już pra­wie wpa­dli w panikę, pod­ku­chenne bie­gały we wszyst­kie strony, brzę­czały garnki, a nie­cier­pli­wo­spreny wyra­stały z ziemi jak wstęgi. Gavi­lar zapro­sił nie tylko arcy­ksią­żąt, ale rów­nież ich krew­nych. I każ­dego lorda obec­nego w mie­ście. I chciał, żeby Uczta Żebra­ków była dwa razy więk­sza niż zwy­kle. A teraz… bębny?

– Już wysła­li­śmy wszyst­kich do pracy w dol­nej sali uczt! – wykrzyk­nęła Mara­tham. – Nie mam dość ludzi, żeby…

– Dziś wie­czo­rem po pałacu kręci się dwa razy wię­cej żoł­nie­rzy niż zwy­kle – zauwa­żyła Navani. – To oni pomogą ci wszystko przy­go­to­wać.

Roz­sta­wie­nie dodat­ko­wych straż­ni­ków, pokaz siły? Na Gavi­lara zawsze można było liczyć, jeśli cho­dziło o coś takiego.

Całą resztą zaj­mo­wała się Navani.

– To się może udać. Lepiej, jeśli damy tym łobu­zom jakieś zaję­cie, prze­staną się krę­cić pod nogami. Innymi słowy, mamy dwie uczty? Dobrze. Wdech, wydech. – Niska pała­cowa orga­ni­za­torka ode­szła pośpiesz­nie, w ostat­niej chwili scho­dząc z drogi pod­ku­chen­nemu nio­są­cemu dużą misę sko­ru­pia­ków.

Navani odsu­nęła się, robiąc miej­sce dla kucha­rza. Męż­czy­zna ski­nął jej głową w podzię­ko­wa­niu – służba już dawno prze­stała się dener­wo­wać, kiedy Navani wkra­czała do kuchni. Dała im wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że wystar­czy, jeśli będą solid­nie wyko­ny­wać swoją robotę.

Mimo wyczu­wal­nego napię­cia pano­wali nad sytu­acją – choć przez chwilę mieli strach w oczach, kiedy odkryli robac­two w trzech becz­kach z ziar­nem. Całe szczę­ście lord Ama­ram miał zapasy dla swo­ich żoł­nie­rzy, a Navani udało się wydo­być je od niego. Jak na razie, dzięki pomocy kucha­rzy wypo­ży­czo­nych z klasz­toru wyglą­dało na to, że z powo­dze­niem nakar­mią wszyst­kich, któ­rych zapro­sił Gavi­lar.

Będę musiała przy­go­to­wać instruk­cje, kogo umie­ścić w któ­rej sali uczt, pomy­ślała, wyśli­zgu­jąc się z kuchni do pała­co­wych ogro­dów. I zosta­wić tro­chę miej­sca w obu. Nie wia­domo, kto jesz­cze może się poja­wić z zapro­sze­niem.

Kro­czyła przez ogrody w stronę bocz­nego wej­ścia do pałacu. Wie­działa, że jeśli wybie­rze tę drogę, będzie mniej prze­szka­dzać – i nie będzie musiała scho­dzić z drogi służ­bie. Idąc, roz­glą­dała się, spraw­dza­jąc, czy wszyst­kie latar­nie są na swoim miej­scu. Choć słońce jesz­cze nie zaszło, chciała, by tej nocy pałac w Kho­lia­rze świe­cił jasno.

Chwi­leczkę. Czy tam, obok fon­tann, nie stała jej synowa Aesu­dan, żona Elho­kara? Miała witać gości w środku. Smu­kła kobieta upięła dłu­gie włosy w kok oświe­tlany klej­no­tami – po jed­nym w każ­dym odcie­niu. Połą­cze­nie kolo­rów wyglą­dało dość jar­marcz­nie – Navani pre­fe­ro­wała kilka pro­stych kamieni w jed­nej bar­wie – ale spra­wiały, że Aesu­dan rze­czy­wi­ście się wyróż­niała, kiedy roz­ma­wiała z dwójką star­szych żar­liw­ców.

Na burze jasne i zuchwałe… to był Rushur Kris, arty­sta i mistrz arti­fa­bria­nin. Kiedy przy­był? Kto go zapro­sił? Trzy­mał nie­wiel­kie pudełko z nama­lo­wa­nym kwia­tem. Czy to mógł być… jeden z jego nowych fabriali?

Navani poczuła, że coś przy­ciąga ją do tej grupki, i zupeł­nie zapo­mniała o wszyst­kim. Jak udało mu się stwo­rzyć fabrial grzew­czy, który zmie­niał tem­pe­ra­turę? Widziała rysunki, ale poroz­ma­wiać z samym mistrzem…

Aesu­dan zoba­czyła ją i uśmiech­nęła się pro­mien­nie. Radość wyda­wała się szczera, co było nie­zwy­kłe, przy­naj­mniej w odnie­sie­niu do Navani. Pró­bo­wała nie trak­to­wać ogól­nej nie­chęci Aesu­dan oso­bi­ście – każda kobieta miała prawo czuć się zagro­żona przez teściową. Szcze­gól­nie kiedy dziew­czy­nie tak wyraź­nie bra­ko­wało talentu.

Navani w odpo­wie­dzi uśmiech­nęła się do niej i pró­bo­wała dołą­czyć do roz­mowy, by lepiej przyj­rzeć się pudełku. Aesu­dan jed­nak wzięła ją za rękę.

– Matko! Kom­plet­nie zapo­mnia­łam, że były­śmy umó­wione. Cza­sem bywam tak roz­ko­ja­rzona. Ogrom­nie prze­pra­szam, żar­liwcu Kri­sie, ale muszę was opu­ścić.

Aesu­dan pocią­gnęła Navani – gwał­tow­nie – z powro­tem przez ogród w stronę kuchni.

– Dzięki niech będą Kele­kowi, że się poja­wi­łaś, matko. Ten czło­wiek jest strasz­li­wym nudzia­rzem.

– Nudzia­rzem? – Navani obej­rzała się przez ramię. – Opo­wia­dał o…

– Klej­no­tach. I innych klej­no­tach. I spre­nach, i pudeł­kach ze spre­nami, i… na burze! Można by się spo­dzie­wać, że zro­zu­mie. Muszę się spo­tkać z waż­nymi ludźmi. Żony arcy­ksią­żąt, naj­lepsi gene­ra­ło­wie w kraju, wszy­scy przy­byli poga­pić się na dzi­kich par­sh­me­nów. A ja utknę­łam w ogro­dzie, roz­ma­wia­jąc z żar­liw­cami? Musisz wie­dzieć, że twój syn mnie tu porzu­cił. Kiedy go znajdę…

Navani wyplą­tała się z uści­sku Aesu­dan.

– Ktoś powi­nien zająć się tymi żar­liw­cami. Dla­czego tu są?

– Mnie nie pytaj. Gavi­lar cze­goś od nich chciał, ale kazał Elho­ka­rowi ich zaba­wiać. Co za brak manier. Naprawdę!

Gavi­lar zapro­sił jed­nego z czo­ło­wych arti­fa­brian do Kho­li­naru i nawet nie chciało mu się powie­dzieć Navani? Poczuła rodzące się w jej wnę­trzu uczu­cie, wście­kłość, którą bar­dzo sta­ran­nie ukryła. Ten męż­czy­zna. Ten burzowy męż­czy­zna. Jak… jak mógł…

Wokół jej stóp zaczęły się wzno­sić zło­ścio­spreny, jak kałuża wrzą­cej krwi. „Spo­koj­nie, Navani”, mówiła racjo­nalna część umy­słu. „Może zamie­rza zro­bić ci pre­zent i przed­sta­wić cię żar­liw­cowi”. Z tru­dem zapa­no­wała nad zło­ścią.

– Jasno­ści! – zawo­łał ktoś z kuchni. – Jasno­ści Navani! Pro­szę! Mamy pro­blem.

– Aesu­dan. –Navani wciąż spo­glą­dała na żar­liwca, który szedł teraz powoli w stronę klasz­toru. – Mogła­byś pomóc tym w kuchni? Chcia­ła­bym…

Ale Aesu­dan już śpie­szyła w stronę innej grupki w ogro­dzie, w skład któ­rej wcho­dziło kilku potęż­nych gene­ra­łów. Navani ode­tchnęła głę­boko i stłu­miła kolejne uczu­cie fru­stra­cji. Jej synowa twier­dziła, że przej­muje się przy­zwo­ito­ścią i dobrymi manie­rami, ale była gotowa wtrą­cić się do roz­mowy męż­czyzn, i to nie pro­wa­dząc ze sobą męża jako uspra­wie­dli­wie­nia.

– Jasno­ści! – zawo­łał znów kucharz, macha­jąc do niej.

Navani po raz ostatni spoj­rzała na żar­liwca, po czym zaci­snęła zęby i pośpie­szyła w stronę kuchni, pil­nu­jąc, by nie zacze­pić spód­nicą o ozdobną łup­ko­korę.

– Co znowu?

– Wino – stwier­dził kucharz. – Skoń­czyły się nam „Cla­ven­dah” i „Rubi­nowa Ława”.

– Jakim spo­so­bem? Mamy zapasy…

Spoj­rzała na kucha­rza i odpo­wiedź stała się oczy­wi­sta. Dali­nar znów odna­lazł zapas wina. W coraz bar­dziej pomy­słowy spo­sób opróż­niał beczułki dla sie­bie i swo­ich przy­ja­ciół. Żało­wała, że nie zaj­mo­wał się potrze­bami kró­le­stwa z choćby o połowę mniej­szym poświę­ce­niem.

– Mam oso­bi­sty zapas. – Navani wycią­gnęła notat­nik z kie­szeni, zła­pała go bez­pieczną dło­nią przez rękaw i napi­sała wia­do­mość. – Trzy­mam go w klasz­to­rze pod opieką sio­stry Tala­nah. Pokaż jej to, a ona ci go udo­stępni.

– Dzię­kuję, jasno­ści. – Kucharz wziął od niej kartkę.

Zanim męż­czy­zna znik­nął za drzwiami, Navani zauwa­żyła zarządcę – siwo­bro­dego męż­czy­znę, który nosił sta­now­czo zbyt wiele pier­ścieni na pal­cach – krę­cą­cego się przy scho­dach pro­wa­dzą­cych do pałacu. Bawił się pier­ścieniami na lewej dłoni. A niech to.

– Co się dzieje? – spy­tała, pod­cho­dząc.

– Lord Rine Hatham przy­był i pyta, co z audien­cją u króla. Jak pamię­ta­cie, Jego Wyso­kość obie­cał, że poroz­ma­wia dziś z Rine’em o…

 

– O kon­flik­cie gra­nicz­nym i błęd­nie wykre­ślo­nych mapach, tak. – Navani wes­tchnęła. – A gdzie jest mój mąż?

– Nie wia­domo. Ostat­nio widziano go z lor­dem Ama­ra­mem i jedną z tych… nie­zwy­kłych postaci.

Tak pała­cowa służba okre­ślała nowych przy­ja­ciół Gavi­lara, tych, któ­rzy zwy­kle przy­by­wali bez ostrze­że­nia i zapo­wie­dzi, i rzadko się przed­sta­wiali.

Navani zazgrzy­tała zębami, zasta­na­wia­jąc się nad miej­scami w pałacu, do któ­rych mógł się udać Gavi­lar. Roz­zło­ściłby się, gdyby mu prze­rwała. I dobrze. Powi­nien zaj­mo­wać się gośćmi, a nie zakła­dać, że ona zaj­mie się wszyst­kimi i wszyst­kim.

Nie­stety, w tej chwili… cóż, musiała się zaj­mo­wać wszyst­kimi i wszyst­kim.

Pozwo­liła, by nie­spo­kojny zarządca zapro­wa­dził ją do głów­nego holu, gdzie gości zaba­wiano muzyką, trun­kami i poezją, pod­czas gdy trwały przy­go­to­wa­nia do uczty. Innych pano­wie-słu­dzy pro­wa­dzili do miej­sca, w któ­rym mogli zoba­czyć Par­shen­dich, praw­dziwą nowość tego wie­czoru. Nie każ­dego dnia król Ale­th­karu pod­pi­sy­wał trak­tat z grupą tajem­ni­czych par­sh­me­nów, któ­rzy umieli mówić.

Prze­pro­siła lorda Rine’a za nie­obec­ność Gavi­lara i zapro­po­no­wała, że sama przej­rzy mapy. Póź­niej zatrzy­mała ją kolejka nie­cier­pli­wych męż­czyzn i kobiet, któ­rzy przy­byli do pałacu z nadzieją na audien­cję u króla.

Navani zapew­niła jasno­okich, że zostaną wysłu­chani. Obie­cała, że zbada nie­pra­wi­dło­wo­ści. Uko­iła zra­nione uczu­cia tych, któ­rzy sądzili, że oso­bi­ste zapro­sze­nie od króla ozna­czało, iż rze­czy­wi­ście go zoba­czą – co ostat­nio było rzad­kim przy­wi­le­jem, o ile nie było się jedną z „tajem­ni­czych postaci”.

Goście oczy­wi­ście przez cały czas przy­by­wali. Tacy, któ­rzy nie znaj­do­wali się na popra­wio­nej liście, dostar­czo­nej przez Gavi­lara wcze­śniej tego dnia.

Na złote klu­cze Vev! Navani z tru­dem zmu­siła się do zro­bie­nia przy­ja­znej miny. Uśmie­chała się, śmiała, machała ręką. Wyko­rzy­stu­jąc przy­po­mnie­nia i listy, które miała w notat­niku, pytała o rodziny, nowe dzieci i ulu­bione ostro­gary. Dowia­dy­wała się o sytu­ację w han­dlu i robiła notatki na temat jasno­okich, któ­rzy wyglą­dali, jakby uni­kali innych. Krótko mówiąc, zacho­wy­wała się jak kró­lowa.

Zada­nie wyczer­py­wało emo­cjo­nal­nie, ale taka była jej rola. Może pew­nego dnia będzie mogła spę­dzać całe dnie na zaba­wie fabria­lami i uda­wa­niu, że jest uczoną. Tego wie­czoru zamie­rzała wyko­ny­wać swoją pracę – choć w głębi duszy czuła, że oszu­kuje. Choć pocho­dziła z uzna­nego sta­ro­żyt­nego rodu, nie­po­kój pod­po­wia­dał jej, że tak naprawdę jest dziew­czyną z zapa­dłej wio­ski, która wło­żyła cudze szaty.

Ten brak pew­no­ści sie­bie sta­wał się ostat­nio coraz sil­niej­szy. Spo­koj­nie. Spo­koj­nie. Nie miała czasu na tego rodzaju myśle­nie. Okrą­żyła salę i z przy­jem­no­ścią zauwa­żyła, że Aesu­dan odna­la­zła Elho­kara i choć raz roz­ma­wiała z nim, a nie z innymi męż­czy­znami. Elho­kar robił wra­że­nie bar­dzo szczę­śli­wego, pod nie­obec­ność ojca nad­zo­ru­jąc wpro­wa­dze­nie do uczty. Ado­lin i Rena­rin stali w swo­ich sztyw­nych mun­du­rach – ten pierw­szy zaba­wiał nie­wielką grupkę mło­dych kobiet, a drugi w porów­na­niu z bra­tem robił wra­że­nie tycz­ko­wa­tego i nie­zgrab­nego.

I… był też Dali­nar. Stał wypro­sto­wany. Jakimś spo­so­bem wyż­szy niż wszy­scy inni męż­czyźni na sali. Nie był jesz­cze pijany, a ludzie krą­żyli wokół niego, jak mogliby krą­żyć wokół ogni­ska w zimną noc – potrze­bo­wali zna­leźć się bli­sko, ale bali się praw­dzi­wego gorąca jego obec­no­ści. Te jego udrę­czone oczy, w któ­rych pło­nęła pasja.

Burze roz­świe­tlone. Prze­pro­siła gości i wspięła się po scho­dach do miej­sca, gdzie nie było jej już tak gorąco. Wyj­ście nie było dobrym pomy­słem, na sali bra­ko­wało króla, a gdyby kró­lowa rów­nież znik­nęła, ludzie zaczę­liby zada­wać pyta­nia. Jed­nakże wszy­scy z pew­no­ścią wytrzy­mają choć przez chwilę bez niej. Poza tym, skoro zna­la­zła się na pię­trze, mogła spraw­dzić jedną z kry­jó­wek Gavi­lara.

Ruszyła kory­ta­rzami koja­rzą­cymi się z lochem, po dro­dze minęła Par­shen­dich dźwi­ga­ją­cych bębny i roz­ma­wia­ją­cych w języku, któ­rego nie rozu­miała. Dla­czego w pałacu nie mogło być tro­chę wię­cej natu­ral­nego świa­tła, kilka dodat­ko­wych okien? Roz­ma­wiała o tym z Gavi­la­rem, ale jemu podo­bało się tak, jak było. Dzięki temu miał wię­cej kry­jó­wek.

Tutaj, pomy­ślała, zatrzy­mu­jąc się na prze­cię­ciu. Głosy.

– …Moż­li­wość spro­wa­dze­nia ich z Bra­ize i ode­sła­nia tam nic nie zna­czy – powie­dział ktoś. – To zbyt bli­sko, by taka odle­głość się liczyła.

– Jesz­cze przed kilku laty było to nie­moż­liwe – zabrzmiał głę­boki, potężny głos. Gavi­lar. – To jest dowód. Zwią­zek nie został zerwany, a pudełko umoż­li­wia podróż. Jesz­cze nie tak daleko, jak byś chciał, ale musimy roz­po­cząć podróż w jakimś miej­scu.

Navani wyj­rzała za róg. Widziała drzwi na końcu krót­kiego kory­ta­rza, lekko uchy­lone, zza któ­rych dobie­gały głosy. Tak, Gavi­lar odby­wał swoje spo­tka­nie dokład­nie tam, gdzie się spo­dzie­wała – w jej gabi­ne­cie. Była to przy­tulna kom­nata z oknem, ukryta w zaka­marku pierw­szego pię­tra. Ona sama rzadko miała czas odwie­dzać gabi­net, ale inni ludzie raczej nie szu­ka­liby w nim Gavi­lara.

Prze­su­nęła się ostroż­nie, by spoj­rzeć przez uchy­lone drzwi. Gali­nar miał dość potężną oso­bo­wość, by wypeł­nić kom­natę. Nosił brodę, która na jego twa­rzy nie wyglą­dała nie­mod­nie, lecz… kla­sycz­nie. Jak obraz, który ożył, przed­sta­wie­nie sta­ro­żyt­nego Ale­tharu. Nie­któ­rzy sądzili, że zapo­cząt­kuje modę, ale nie­wielu wyglą­dało rów­nie dobrze.

Poza tym Gavi­lara ota­czała aura… znie­kształ­ce­nia. Nic nad­na­tu­ral­nego ani bzdur­nego. Po pro­stu… czło­wiek akcep­to­wał, że Gavi­lar mógł zro­bić, co tylko zechciał, rzu­ca­jąc wyzwa­nie wszel­kiej tra­dy­cji i logice. Jemu się uda­wało. Zawsze.

Król roz­ma­wiał z dwoma męż­czy­znami, któ­rych Navani nie­ja­sno sobie przy­po­mi­nała. Wysoki Maka­bak ze zna­mie­niem na policzku i niż­szy vorin o okrą­głej twa­rzy i małym nosie. Podobno byli amba­sa­do­rami z Zachodu, ale nie podano, z jakiego kró­le­stwa.

Maka­bak opie­rał się o regał, ręce zaplótł na pier­siach, a jego twarz pozo­sta­wała cał­ko­wi­cie bez wyrazu. Vorin zała­my­wał ręce, co Navani koja­rzyło się z zarządcą pałacu, choć ten męż­czy­zna robił wra­że­nie o wiele młod­szego. Dwa­dzie­ścia kilka lat? Może trzy­dzie­ści? Nie, mógł być star­szy.

Na stole mię­dzy Gavi­la­rem a męż­czy­znami leżały kule i klej­noty. Navani zaparło dech w pier­siach, kiedy je zoba­czyła. Posor­to­wano je według koloru i jasno­ści, ale kilka wyglą­dało dziw­nie. Ema­no­wały odwrot­no­ścią świa­tła, jakby były nie­wiel­kimi stud­niami fio­le­to­wej ciem­no­ści, wcią­ga­ją­cymi wszel­kie ota­cza­jące je barwy.

Ni­gdy wcze­śniej nie widziała cze­goś takiego, ale kule z uwię­zio­nymi spre­nami mogły wyglą­dać bar­dzo dziw­nie i jesz­cze dziw­niej dzia­łać. Te… musiały być prze­zna­czone do fabriali. Co Gavi­lar robił z kulami, dziw­nym bla­skiem i sza­no­wa­nymi arti­fa­bria­nami? I dla­czego nie chciał z nią roz­ma­wiać o…

Gavi­lar nagle się wypro­sto­wał i spoj­rzał w stronę drzwi, choć Navani nie wydała żad­nego dźwięku. Ich spoj­rze­nia się zetknęły. Navani pchnęła drzwi, jakby wła­śnie wcho­dziła do środka. Nie szpie­go­wała, w końcu była kró­lową tego pałacu. Mogła wcho­dzić, gdzie tylko chciała, szcze­gól­nie do wła­snego gabi­netu.

– Mężu, cze­kają na cie­bie goście. Naj­wy­raź­niej prze­sta­łeś zauwa­żać upływ czasu.

– Pano­wie – powie­dział Gavi­lar do amba­sa­do­rów – będę musiał was prze­pro­sić.

Ner­wowy vorin prze­cze­sał dło­nią rzad­kie włosy.

– Chcę wie­dzieć wię­cej o tym pro­jek­cie, Gavi­la­rze. Muszę cię rów­nież poin­for­mo­wać, że jest tu jesz­cze jedna z nas. Wcze­śniej dostrze­głem jej dzieło.

– Wkrótce spo­tkam się z Meri­da­sem i pozo­sta­łymi – odparł Gavi­lar. – Powinni mieć wię­cej infor­ma­cji. Póź­niej o tym poroz­ma­wiamy.

– Nie. – Głos Maka­baka brzmiał ostro. – Wąt­pię w to.

– Jest tu coś wię­cej, Nale! – stwier­dził vorin, choć podą­żył za swoim wycho­dzą­cym przy­ja­cie­lem. – To ważne! Chcę się wydo­stać. To jedyny spo­sób…

– O co w tym cho­dzi? – spy­tała Navani, kiedy Gavi­lar zamknął drzwi. – To nie byli amba­sa­do­ro­wie. Kim oni naprawdę są?

Gavi­lar nie odpo­wie­dział. Zaczął nie­śpiesz­nie zbie­rać kule ze stołu i wkła­dać je do sakiewki.

Navani rzu­ciła się do przodu i zła­pała jedną.

– Co to jest? Skąd wzią­łeś kule, które świecą w taki spo­sób? Czy to ma coś wspól­nego z arti­fa­bria­nami, któ­rych tu zapro­si­łeś? – Spoj­rzała na niego, ocze­ku­jąc odpo­wie­dzi, wyja­śnie­nia.

On jed­nak tylko wycią­gnął rękę po kulę.

– To cię nie doty­czy, Navani. Wra­caj na ucztę.