PożarTekst

Z serii: Mściciele #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

13

Podniosłem karabin jedną ręką, ale Usunięty wytrącił mi go z dłoni i schwycił moje gardło. Uniósł mnie do góry, trzymając za szyję.

Cholera! Jego siła wzrosła. Przecież w swoich notatkach nie miałem informacji o czymś takim. Byłem tak spanikowany, że nawet nie czułem bólu — tylko przerażenie.

Pomimo to udało mi się dosięgnąć i rzucić bombą Mizzy w jego klatkę piersiową. Usunięty nie zniknął. Patrzył tylko w dół, jakby był zaciekawiony.

Walczyłem z jego uściskiem, w miarę jak mnie dusił coraz bardziej szaleńczo. Próbowałem oderwać jego palce od szyi w bezowocnej próbie ucieczki. Usunięty mimochodem kopnął mój karabin tak daleko, że ten przeleciał przez dach, wyrywając mi słuchawkę z ucha, która spadła na ziemię. Grzebał w moich kieszeniach, aż znalazł komórkę, a potem zgniótł ją w dwóch palcach.

Słyszałem to pęknięcie w kieszeni. Rzucałem się i skręcałem coraz bardziej gorączkowo, chwytając ustami powietrze. Gdzie była Mizzy? Miała ochraniać moje tyły. Cholera! Profesor był wciąż w dżungli, polując na Usuniętego, zaś Val go wspierała. Gdybym mógł się połączyć przez komórkę z Tią…

Musiałem się ratować. Muszę sprawić, by on zniknął, pomyślałem. Bomba eksploduje. Walnąłem Usuniętego w głowę.

Zignorował mój słaby cios.

— A więc to ty — powiedział z namysłem. — Ona mówiła mi o tobie. Naprawdę go zabiłeś? Młodziak, jeszcze nie mężczyzna?

Wypuścił mnie z uścisku. Upadłem na kolana. Moja szyja płonęła, gdy gwałtownie zaczerpnąłem powietrza.

Usunięty przykucnął obok.

Ma kawałek gipsu na ramieniu, pomyślałem. Kiedy się teleportuje, to wraz z rzeczami, które go bezpośrednio dotykają. To rokowało dobrze dla bomby.

— Cóż? — odezwał się Usunięty. — Odpowiedz, mały.

— Tak — wydyszałem. — Zabiłem go. Ciebie też zabiję.

Usunięty uśmiechnął się.

— Są statki — wyszeptał — którymi, choć są wielkie, można kierować za pomocą niewielkiego steru… Nie żałuj, że nadchodzi koniec twych dni, mały. Pogódź się ze swoim stwórcą. Dziś wejdziesz w światło.

Chwycił za koszulę, którą miał pod trenczem, a potem ją zdarł — wraz z przyczepioną bombą — i rzucił na ziemię. Co dziwne, pod spodem miał bandaż obwiązany wokół klatki piersiowej, tak jakby został ciężko zraniony.

Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. Cholera! Wyciągnąłem rękę po pistolet Megan, ale Usunięty schwycił mnie za ramię i uniósł w górę.

Miałem jeszcze na tyle przytomny umysł, że gdy świat wokół mnie zawirował, zauważyłem widoczną pode mną wodną toń. Spojrzałem w dół i zacząłem się wyrywać jeszcze gwałtowniej.

— Boisz się głębin, prawda? — zapytał Usunięty. — Siedziby Lewiatana? Cóż, każdy człowiek musi doświadczyć swych lęków, zabójco bogów. Nie wyślę cię do nieodkrytej krainy bez przygotowania. Dziękuję ci za zabicie Stalowego Serca. Twoja nagroda będzie doprawdy wielka.

Potem mnie upuścił.

Z pluskiem wpadłem w czarną toń wody.

Miotałem się w zimnej wodzie, słabnąc z braku powietrza, nie wiedząc, jak wydostać się na powierzchnię. Szczęśliwie zdołałem zachować przytomność i powstrzymałem się od panikowania. Chwyciłem się cegły w murze jednego z budynków, a potem — dysząc ciężko — zacząłem się wspinać w kierunku dachu.

Wyczerpany, w ubraniu ociekającym wodą, przerzuciłem ramię przez skraj dachu. Dzięki Bogu, Usuniętego już tam nie było. Przełożyłem nogę przez krawędź budynku i podźwignąłem się w górę. Po co Usunięty mnie upuścił, a potem…

Obok mnie błysnęło światło. Usunięty. Przyklęknął, trzymając w rękach coś metalowego. Kajdanki? Z przyczepionym do nich?

To była kula na łańcuchu, zupełnie jak z dawnych czasów, z rodzaju takich, jakie mieli więźniowie. Cholera! Kto miewał takie rzeczy pod ręką, gotowe do użycia? Usunięty założył mi łańcuch na kostkę.

— Masz pole ochronne, które chroni cię przed moim gorącem — rzekł. — I pod tym względem jesteś przygotowany. Ale nie jesteś przygotowany na to, jak sądzę.

Kopnął kulę tak, że przeleciała ponad krawędzią dachu.

Jęknąłem, gdy kula upadła. Jej ciężar wykręcił mi nogę. Bałem się, że pociągnie mnie i spadnę z dachu w dół. Przylgnąłem do kamiennego gzymsu. Jak mam uciec? Nie mam karabinu, nie mam bomby. W kaburze na udzie miałem pistolet Megan, ale jeśli będę próbował po niego sięgnąć, żelazna kula pociągnie mnie w dół. Spanikowałem, ciężko dysząc, czułem, jak palce ześlizgują mi się z gzymsu.

Usunięty pochylił się, zbliżając ku mnie twarz.

— I widziałem anioła, zstępującego z nieba — wyszeptał — który miał klucze do Otchłani, w ręku trzymał wielki łańcuch…

W tym momencie wzniósł ręce i popchnął moje barki, strącając mnie z dachu. Spadałem, tarłem paznokciami i ścierałem skórę, próbując schwycić się ściany. Wpadłem ponownie w toń, tym razem z wielkim ciężarem u nogi. Ciemne wody jak gdyby tylko czekały, by mnie pochłonąć.

Tonąc, rozpaczliwie próbowałem uchwycić się czegokolwiek, dzięki czemu nie szedłbym pod wodę. W końcu złapałem zanurzony w wodzie parapet okienny.

Wokół mnie była ciemność.

Przywarłem do parapetu. Nade mną błysnęło światło. Usunięty? Powierzchnia wody wydawała się tak daleko ode mnie, choć nie była to odległość większa niż półtora metra.

Ciemność. Ciemność wokół.

Wisiałem uczepiony listwy, ale moje ręce słabły, zaś klatkę piersiową rozrywała próba zaczerpnięcia powietrza. Wszystko wokół pociemniało. Przerażony, czułem, jakby woda mnie miażdżyła.

Ta okropna, głęboka czerń.

Nie mogłem oddychać… Za chwilę…

Nie!

Zebrałem siły i zdołałem schwycić znajdujący się wyżej ceglany występ z boku budynku. Dźwignąłem się ku powierzchni, ale w nocnych ciemnościach nie wiedziałem nawet, jak daleko się od niej znajduję. Kula u nogi była zbyt ciężka. Otoczyła mnie ciemność.

Palce ześlizgnęły się z występu.

Coś wpadło do wody obok mnie. Poczułem, że się o mnie ociera — dotyk palców na mojej nodze.

Ciężar zniknął.

Nie miałem czasu do namysłu. Chwytając się zatopionego budynku, zacząłem podciągać się ku górze i ciężko dysząc, ostatkiem sił wydostałem się na powierzchnię. Na długi moment przywarłem do ściany budynku, łapiąc oddech. Drżałem, nie będąc w stanie myśleć czy nawet zrobić cokolwiek innego, poza rozkoszowaniem się tlenem.

W końcu wspiąłem się na szczyt, na wysokość około półtora metra. Przełożyłem nogę przez krawędź dachu i przetoczyłem się po kamiennej powierzchni. Leżałem na plecach, byłem całkowicie wyczerpany. Byłem zbyt słaby, by wstać, a cóż dopiero sięgnąć po mój pistolet. Dobrze, że Usunięty nie wracał.

Leżałem tak przez jakiś czas. Nie jestem pewien, jak długo. Nagle coś zaszurało w pobliżu na dachu. Kroki?

— David? O cholera!

Otworzyłem oczy i ujrzałem klęczącą nade mną Tię. O parę kroków dalej stał Exel z karabinem w dłoniach. Rozglądał się z niepokojem.

— Co się stało? — zapytała Tia.

— Usunięty — powiedziałem, kaszląc. Usiadłem z pomocą Tii. — Wrzucił mnie do wody z kulą u nogi. — Ja… — przerwałem, patrząc na swą kończynę. — Kto mnie uratował?

— Uratował cię?

Popatrzyłem na niezmąconą wodę. Nikt po mnie nie wynurzył się z toni.

— Czy to była Mizzy?

— Mizzy jest z nami — odrzekła Tia, pomagając mi wstać. — Nie wiem, o czym mówisz. Opowiesz nam o tym później.

— Co stało się z Usuniętym? — zapytałem.

— Póki co zniknął — powiedziała Tia.

— Jak?

— Jon… — przerwała Tia, napotykając mój wzrok. Nie powiedziała nic, ale ja zrozumiałem, co miała na myśli.

Profesor użył swej mocy.

Tia ruchem głowy wskazała łódź, która kołysała się nieopodal. Siedziały w niej Mizzy i Val, ale nie było śladu Profesora.

— Sekundę. — Podniosłem swój pistolet. Po przebytej gehennie jeszcze kręciło mi się w głowie.

Obok mojej broni znalazłem ładunki wybuchowe, które wciąż był przyczepione do T-shirtu Usuniętego. Nie mogły eksplodować, jeśli znajdowały się zbyt daleko od sygnału radiowego. Zawinąłem bombę w resztki T-shirtu i ruszyłem ku łódce. Exel wyciągnął rękę, pomagając mi do niej wsiąść.

Usiadłem obok Mizzy, która zerknęła na mnie i natychmiast opuściła wzrok. Z powodu jej ciemnej skóry trudno było stwierdzić z pewnością, ale miałem wrażenie, że zarumieniła się ze wstydu. Dlaczego nie osłaniała tyłów, tak jak obiecała?

Val zapuściła motor. Wydawało się, że nie dba już, czy przyciągamy czyjąś uwagę. Regalia wiedziała, gdzie jesteśmy, zjawiła się przed nami. Ukrywanie się nie miało sensu.

Tyle w temacie bycia niedostrzeżonym, pomyślałem.

Kiedy odpływaliśmy, zauważyłem, jak ludzie zaczęli wyłaniać się z kryjówek. Mieli dzikie spojrzenia. Wychodzili ze zniszczonych namiotów, pojawiali się na spalonych dachach. Wszystko wydarzyło się w jednej, niewielkiej części miasta, zniszczenia nie dotknęły całego Babilaru — ale ja wciąż miałem poczucie, że zawiedliśmy. Tak, przepędziliśmy Usuniętego, ale tylko na jakiś czas, i zdołaliśmy to zrobić jedynie dzięki zdolnościom Profesora.

Nie potrafiłem się domyślić, jak to zrobił. W jaki sposób pole ochronne i możliwy do rozkruszenia metal powstrzymały Usuniętego?

Sądząc po zgarbionych figurach reszty grupy, czuli to samo, co ja — że zawiedliśmy. Mijaliśmy zniszczone dachy w milczeniu. Przyłapałem się na obserwowaniu ludzi, którzy tam się zgromadzili. Większość z nich wydawała się nas ignorować — w chaosie, jaki zapanował, szukali kryjówek i przegapili wiele szczegółów. Kiedy Epik jest blisko, musisz mieć spuszczoną głowę. Dla większości ludzi byliśmy tylko kolejną grupą uciekinierów.

 

Ale dostrzegłem też, że niektórzy z nich obserwują nas. Starsza kobieta, trzymająca w ramionach dziecko, skinęła głową jak gdyby z szacunkiem. Zza krawędzi dachu, znajdującego się obok płonącego mostu, spoglądał czujnie młody chłopak. Sprawiał wrażenie, jakby spodziewał się, że Usunięty zaraz się pojawi, by nas zniszczyć i był gotów, by mu się przeciwstawić. Młoda kobieta w czerwonej kurtce z kapturem, która przyglądała się nam, stojąc w niewielkim tłumie. Jej ubranie było mokre…

Mokre ubranie. Natychmiast się skoncentrowałem i uchwyciłem jej spojrzenie, które rzuciła mi, patrząc spod kaptura.

Megan.

Patrzyła na mnie przez moment. To była Megan… Pożar. Sekundę później odwróciła się i wtopiła w grupę mieszkańców, znikając w nocnych ciemnościach.

Więc jesteś tutaj, pomyślałem, przypominając sobie plusk, dotyk czyichś rąk na mojej nodze na chwilę przed tym, jak zostałem uwolniony.

— Dziękuję — wyszeptałem.

— Co to było? — zapytała Tia.

— Nic — odrzekłem, siadając i uśmiechając się pomimo wyczerpania.

14

Płynęliśmy poprzez ciemność, kierując się ku części miasta, która była wyraźnie słabiej zaludniona. Budynki wystawały z wody niczym maleńkie wyspy, na wyższych piętrach lśniły owoce, ale kolory sprayowych malowideł były wyblakłe albo niewidoczne. Nie było też mostów łączących budynki. Prawdopodobnie te leżały zbyt daleko od siebie.

Okolica stała się mroczniejsza, kiedy opuściliśmy tereny miasta oświetlone jasnymi malowidłami. Podróż poprzez wodę w ciemnościach nocy, tylko przy blasku księżyca, była dość niepokojąca. Na szczęście Val i Exel włączyli komórki, które dawały dostatecznie jasne światło.

— A więc, Missouri — odezwała się siedząca na tyle łodzi Val. — Czy możesz nam wytłumaczyć, jak to się stało, że pozwoliłaś, by zaatakowano Davida i prawie go zabito? Dlaczego pozostał sam, bez żadnej osłony?

Mizzy wpatrywała się w dno łodzi. Motor terkotał cichutko za naszymi plecami.

— Ja… — zaczęła w końcu. — W budynku, na którym się znajdowałam, wybuchł pożar. Słyszałam krzyki ludzi. Usiłowałam pomóc…

— Powinnaś była być przezorniejsza — rzekła Val. — Stale mi powtarzasz, że chcesz się uczyć, a potem robisz coś takiego.

— Przepraszam — powiedziała dziewczyna. Jej głos brzmiał żałośnie.

— Uratowałaś ich? — zapytałem.

Mizzy popatrzyła na mnie.

— Ludzi w budynku — dodałem. Cholera, bolał mnie kark. Gdy Mizzy na mnie patrzyła, starałem się nie okazywać ani tego, ani wyczerpania, które odczuwałem.

— Tak — powiedziała. — Choć nie potrzebowali wielkiej pomocy. Wszystko, co zrobiłam, to otworzyłam drzwi. Schronili się wewnątrz budynku, bo ogień spalił dach.

— Pięknie — rzekłem.

Tia popatrzyła na mnie.

— Nie powinna była opuszczać swego stanowiska.

— Nie mówię, że powinna — odrzekłem, napotykając jej spojrzenie. — Ale bądźmy obiektywni. Nie jestem pewien, czy ja pozwoliłbym, by grupa ludzi spłonęła żywcem. — Popatrzyłem na Mizzy. — Postąpiłaś prawdopodobnie niewłaściwie, ale mogę się założyć, że ci ludzie są szczęśliwi, że tak się zachowałaś. A ja dałem sobie radę, tak że wszystko dobrze się skończyło. Dobra robota. — Wyciągnąłem pięść, by stuknąć się z Mizzy.

Dziewczyna z wahaniem odpowiedziała takim samym gestem i uśmiechnęła się.

Tia westchnęła.

— Jednym z ciężarów, jakie na sobie dźwigamy, jest dokonywanie trudnych wyborów. Ryzykowanie, by ocalić jedno życie, może spowodować śmierć setek ludzi. Pamiętajcie o tym oboje.

— Oczywiście — odrzekłem. — Ale czy nie powinniśmy porozmawiać o tym, co się stało? Dwoje najpotężniejszych i najbardziej aroganckich Epików świata połączyło swe siły. Jak, na Calamity, Regalia zdołała wciągnąć Usuniętego do współpracy?

— To proste — odezwała się Regalia. — Zaproponowałam, że pozwolę mu zniszczyć moje miasto.

Podskoczyłem na nogi, odsuwając się od Epika, którego postać uformowała się poza łódką. Zarys jej sylwetki tworzyła woda, powoli przyjmująca kolory. Regalia siedziała z jedną nogą umieszczoną na burcie łodzi, z rękami założonymi na piersiach, drugą nogę trzymała tuż nad powierzchnią wody.

Regalia wyglądała elegancko i dostojnie — jak miła babcia, która wystroiła się, by odwiedzić miasto. Miasto, które miała zamiar zniszczyć. Lustrowała nas spojrzeniem. Nie strzelałem, chociaż miałem w rękach broń. Była projekcją stworzoną z wody. Prawdziwa Regalia mogła być gdziekolwiek.

Nie, pomyślałem, nie gdziekolwiek. Zdolności do dokonywania projekcji miały ograniczony zakres.

Regalia obserwowała nas, a kąciki jej ust opadały. Wyglądała na zakłopotaną z jakiegoś powodu.

— O czym tak rozmyślasz, Abigail? — przynagliła ją Tia.

Więc i ty ją znasz, pomyślałem, zerkając na Tię.

— Mówiłam już — odparła Regalia. — Mam zamiar zniszczyć miasto.

— Dlaczego?

— Dlatego, moja droga. Tak postępujemy. — Regalia potrząsnęła głową. — Przykro mi. Nie mogę już dłużej się powstrzymywać.

— Och, proszę — powiedziała Tia. — Spodziewasz się, że uwierzę, że wy, Epicy, nie kontrolujecie się? Jaki jest twój prawdziwy motyw? Dlaczego nas tu przyciągnęłaś?

— Powiedziałam…

— Żadnych gierek, Abigail — sapnęła Tia. — Tej nocy nie mam do tego cierpliwości. Jeśli masz zamiar opowiadać nam kłamstwa, to po prostu odejdź i oszczędź mi bólu głowy.

Regalia skinęła głową w milczeniu, potem powoli wstała, poruszając się z namysłem i ostrożnością. Przysiadła na brzegu małej łódki, a ja ujrzałem, że jest odrobinę przezroczysta, jak woda tworząca jej projekcję.

Morze wokół łódki zaczęło się burzyć i bulgotać.

— Za kogo — powiedziała cicho Regalia — mnie bierzesz?

Wokół nas pojawiły się wodne macki. Exel zaklął i odwrócił się, gwałtownie otwierając ogień z mojej broni i puszczając serię kul w kierunku najbliższej macki, która rozprysła się na moment, ale nie przestała atakować.

Macki zaczęły się zacieśniać wokół nas, niczym palce jakiejś wielkiej bestii, żyjącej pod powierzchnią wody. Jedna schwyciła mnie za szyję, a druga owinęła się wokół mego nadgarstka zimnym, zdumiewająco silnym uściskiem.

Pozostali krzyczeli i szamotali się, gdy macki chwytały nas po kolei. Exel wystrzelał w kierunku Regalii cały magazynek, nim został poderwany w górę niczym brodaty balon na kiepskiej, wodnistej linie.

— Uważacie, że jestem pomniejszym Epikiem, z którego można sobie stroić żarty? — zapytała cicho Regalia. — Bierzecie mnie za kogoś, komu macie prawo stawiać żądania?

Szarpałem się w więzach, gdy cała łódka została uniesiona w górę przez macki. Dźwięk silnika zamienił się w jęk, a potem zamilkł, jakby zastopowały go jakieś wyłączniki. Wokół nas kłębiły się strumienie wody, formując się w kraty odgradzające nas od nieba.

— Mogłabym złamać wam karki niczym gałązki — powiedziała Regalia. — Mogłabym wrzucić tę łódkę w najdalsze głębiny i uwięzić ją tam, tak by nawet wasze ciała nigdy nie zostały odnalezione. To miasto należy do mnie. To ja decyduję o życiu ludzi tu mieszkających.

Odwróciłem głowę, by na nią popatrzeć. Moja pierwsza ocena — że Regalia przypomina babcię — teraz była godna pożałowania. Strumienie wody okręcały się wokół niej, kiedy wyłoniła się nad nami z dzikością w oczach i ustami złożonymi w szyderczy uśmiech. Wyciągnęła do przodu ramiona, a jej przypominające pazury ręce panowały nad wodą niczym szalony władca marionetek. To nie była uprzejma matrona, lecz potężny Epik u szczytu swej potęgi.

Nie wątpiłem nawet przez chwilę, że mogłaby zrobić to, co zapowiadała. Z mocno bijącym sercem popatrzyłem na Tię.

Była zupełnie spokojna.

Łatwo było uznać Tię za jednego z mniej niebezpiecznych Mścicieli. Jednakże w tym momencie nie okazała cienia strachu, pomimo faktu, że znajdowała się w uścisku wodnego pasma. Tia napotkała spojrzenie potężnego Epika; w ręku ściskała coś, co przypominało butelkę z białą zawartością.

— Myślisz, że boję się twoich małych tricków? — powiedziała Regalia.

— Nie — odrzekła Tia. — Ale jestem pewna, że obawiasz się Jonathana.

Wpatrywały się w siebie przez moment. Potem nagle wodne macki opadły, upuszczając nas na łódkę, która z pluskiem opadła na powierzchnię. Mocno się uderzyłem. Jęknąłem, byłem kompletnie przemoczony.

Regalia westchnęła lekko, opuszczając ręce.

— Powiedz Jonathanowi, że jestem znużona ludźmi i ich bezwartościowym życiem. Wysłuchałam Usuniętego i zgadzam się z nim. Zniszczę wszystkich w Odrodzonym Babilonie. Nie wiem… jak długo będę się powstrzymywała. To wszystko.

Nagle zniknęła. Jej postać przemieniła się w wodę, która z pluskiem opadła na powierzchnię oceanu. Leżałem skulony pomiędzy Val a Exelem. Serce mi waliło. Woda wokół naszej łódki uspokajała się. Tia otarła zachlapane wodą oczy.

— Val, zabierz nas do bazy. Teraz.

Valentina udała się na tył łódki i zapuściła motor.

— Jaki jest cel ukrywania się? — zapytałem cicho, gdy ruszyliśmy. — Ona wszystko widzi i może być wszędzie.

— Regalia nie jest wszechmogąca — powiedziała Tia. Kładła taki sam nacisk na ten fakt, jak Profesor wcześniej. — Widziałeś, jak była zaskoczona, gdy się przed nami pojawiła? Sądziła, że Jon będzie z nami i była zdumiona, że tak nie było.

— Tak — rzekł Exel. Wyciągnął rękę i pomógł mi złapać równowagę. Swoją posturą zajmował trzy miejsca naprzeciwko mnie. — Byliśmy zdolni ukrywać się przed nią przez ponad dwa lata… przynajmniej tak myślimy.

— Tia — powiedziała ostrzegawczo Val — sprawy w mieście się zmieniły. Widziała nas. Od tej chwili wszystko będzie inne. Nie jestem pewna, czy mogę jeszcze ufać czemukolwiek w Babilarze.

Exel skinął głową, wyglądając na zmartwionego, a ja przypomniałem sobie jego wcześniejsze słowa. „Ona może nas obserwować w każdej chwili. Musimy działać, licząc się z tą sytuacją… i ze strachem”. Teraz wiedzieliśmy, że ona nas obserwuje.

— Regalia nie jest wszechmocna — powtórzyła Tia. — Nie może na przykład widzieć wnętrz budynków, jeśli nie ma tam jakiejś sadzawki z wodą, z której mogłaby zajrzeć.

— Jeżeli jednak weszlibyśmy do budynku i nie wychodzili — powiedziałem — byłoby to dla niej oczywistą wskazówką, że mamy tam swoją bazę.

Pozostali zamilkli. Westchnąłem, moszcząc się na swoim siedzeniu. Konfrontacja z Regalią z pewnością ich zatrwożyła. Cóż, rozumiałem to. Dlaczego jednak ich milczenie rozciągnęło się także na mnie?

Val sterowała łodzią. Mijaliśmy budynek, któremu brakowało dużej części zewnętrznej ściany. Budynek był wielkim biurowcem, jakich wiele zbudowano w Babilarze, a wyrwa — tak wielka, że mógłby przejechać przez nią autobus — stanowiła tyko małą część jego powierzchni. Val skierowała tam łódź, a Exel wziął długi hak i odblokował coś na bocznej ścianie. Z góry spadły czarne zasłony, zakrywając wyrwę i odgradzając nas od świata.

Val i Exel włączyli komórki, oświetlając bladym, białym światłem na wpół zatopione, wydrążone w skale pomieszczenie. Val skierowała łódkę ku bocznej ścianie, gdzie znajdował się rząd schodów, a ja skory do tego, by opuścić łódź, ruszyłem, by wyładować rzeczy i wnieść je po schodach. Tia jednak schwyciła mnie za ramię, potrząsając głową.

Wyjęła butelkę, tę samą, którą miała wcześniej, tę z białą zawartością. Potrząsnęła nią i postawiła pionowo w wodzie. Pozostali wydobyli ze skrzynki na dnie łodzi takie same butelki i również zanurzyli je w wodzie. Mizzy zanurzyła całą przenośną lodówkę.

— Mydło? — zapytałem, ujrzawszy mydliny.

— Płyn do zmywania naczyń — rzekła Val. — Zmienia napięcie powierzchni wody, co niemal uniemożliwia Regali jej kontrolowanie.

— A także zniekształca jej wizje — powiedział Exel.

— To niesamowite — rzekłem. — To jej słaby punkt?

— Nie tak bardzo, o ile wiemy — odrzekła ochoczo Mizzy. — Raczej coś, co ma wpływ na jej zdolności. To jak wylanie mnóstwo wody na ogień Epika, co lekko zaburza na chwilę jego talenty. Ale jest to niesamowicie użyteczne.

— Użyteczne, choć bez większego znaczenia — powiedziała Val, potrząsając ostatnią butelką z mydlinami. — W przeszłości stosowaliśmy je jako środek zapobiegawczy. Tia, ona nas widziała. Jestem pewna, że każdego z nas jest w stanie rozpoznać.

 

— Cóż, musimy sobie z tym poradzić — powiedziała Tia.

— Ale…

— Wyłączcie światła — zarządziła Tia.

Val, Mizzy i Exel wymienili spojrzenia. Potem wyłączyli komórki, pogrążając kryjówkę w ciemnościach. To był zapewne kolejny środek zapobiegawczy — jeśli Regalia chciałaby zajrzeć do pomieszczenia, ujrzałaby tylko ciemność.

Nasza łódź kołysała się na wodzie. Schwyciłem Mizzy za ramię, zaniepokojony. Coś się działo. Skądś wypływała woda? Cholera! Czy budynek zaczynał tonąć? Albo, co gorsza, Regalia nas znalazła?

Dźwięki ustały, lecz przez moment ta cisza stała się jeszcze bardziej niepokojąca. Z walącym sercem wyobraziłem sobie, że znowu jestem w wodzie z łańcuchem u nogi. Tonąc w głębinach.

Mizzy pociągnęła mnie za ramię. Wysiadła z łódki, lecz kierowała się w złą stronę. Do wody. Ale…

Usłyszałem, jak jej stopa uderza w coś twardego. Co to było? Pozwoliłem, by wyprowadzono mnie z łodzi i wszedłem na coś metalowego i śliskiego. Czy zawróciłem? Nie, szliśmy po czymś, co wyłaniało się ponad powierzchnię wody. Platforma?

Kiedy dotarliśmy do włazu i zaczęliśmy schodzić po drabinie, nagle doznałem olśnienia. To nie było żadna platforma.

To była łódź podwodna.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?