PożarTekst

Z serii: Mściciele #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Regalia, cesarzowa Manhattanu. Stała tutaj.

Strzeliłem w bok jej głowy.

11

Mój strzał nie zdziałał wiele. Cóż, głowa Regalii co prawda eksplodowała — ale był to rozprysk wody. Natychmiast w okolicach szyi powstał gigantyczny bąbel wodny, z którego uformowała się głowa. Zaczęła przybierać naturalne kolory i wkrótce wyglądała tak samo, jak przed chwilą.

Projekcja Regalii była najwyraźniej związana z jej umiejętnościami radzenia sobie z wodą. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale to miało sens.

Aby ją zabić, musielibyśmy znaleźć jej prawdziwe ciało, gdziekolwiek by ono się znajdowało. Na szczęście, większa część Epików, posiadających zdolność tworzenia projekcji, musiała wejść najpierw w rodzaj transu, co oznaczało, że gdzieś tam Regalia była bezbronna.

Awatar Regalii spojrzał na mnie, a potem zwrócił się ku Profesorowi. Była jednym z najpotężniejszych Epików, którzy kiedykolwiek żyli. Cholera. Ręce mi się spociły, a serce waliło. Skierowałem na nią broń — na wszelki wypadek.

— Abigail — powiedział Profesor, zwracając się do niej łagodnym głosem.

— Jonathan — odrzekła Regalia.

— Co tu zrobiłaś? — Profesor wskazał ruchem głowy na zniszczenia i rannych.

— Musiałam jakoś wywabić cię z kryjówki, mój drogi. — Miała specyficzną wymowę, jak aktorzy ze starych filmów. — Pojęłam, że niegodziwy Epik przyciągnie twoją uwagę.

— A gdybym nie pojawił się jeszcze w mieście? — zapytał Profesor.

— Informacja o zniszczeniach, które miały tu miejsce, przyciągnęłaby cię szybko — rzekła Regalia. — Ale ja byłam pewna, że przybędziesz właśnie dziś w nocy. To było oczywiste, że przyjedziesz do mnie po moim ostatnim maleńkim… bileciku wizytowym, który dotarł do Chicago. Liczyłam dni i oto się zjawiłeś. Jesteś przewidywalny, Jonathanie.

Nocne ciemności rozświetlił kolejny wybuch, tym razem na innym dachu. Klnąc, odwróciłem się i skierowałem broń w tamtą stronę.

— Ojej — powiedziała Regalia głosem wyzutym z emocji. — Jak sądzę, on ma zamiar posunąć się dalej, niż to było w moich instrukcjach.

— On? — zapytał Profesor napiętym głosem.

— Usunięty.

O mało co nie upuściłem karabinu.

— Sprowadziłaś tutaj Usuniętego? Calamity! Co się z tobą dzieje?

Usunięty był potworem — bardziej siłą natury niż człowiekiem. Obrócił Houston w gruzy, mordując Epików i zwykłych ludzi. Potem zniszczył Albuquerque. A następnie San Diego.

Teraz był tutaj.

— Abigail — powiedział Profesor, a w jego głosie znać było ból.

— Lepiej go powstrzymaj — rzekła Regalia. — Nie ma nad nim kontroli. Och. Co ja zrobiłam. Straszne.

Z jej awatara zniknęły kolory. Jej wizerunek zniknął, zamieniając się w wodę. Popatrzyłem przez teleskop, badając zniszczenia. Grupa ludzi ratowała się ucieczką do wody, podczas gdy inni krzyczeli i biegali po mostach. Kolejny błysk światła przyciągnął moją uwagę i zauważyłem figurę w czerni, przemykającą pośród płomieni.

— On tam jest, Profesorze — powiedziałem. — Cholera. Ona nie kłamała. To on.

Profesor zaklął.

— Badałeś kwestie związane z Epikami. Jaka jest jego słabość?

Słabość Usuniętego? Zacząłem myśleć gorączkowo, starając się przypomnieć wszystko, co o nim wiedziałem.

— Ja… Usunięty… — wziąłem głęboki oddech. — Potężny Epik. Chroni go zdolność do wyczuwania niebezpieczeństwa połączona z teleportacją — jeśli coś może zrobić mu krzywdę, natychmiast się teleportuje. Jest to zdolność odruchowa, choć Usunięty może jej używać pod wpływem woli, co sprawia, że bardzo trudno go pokonać. Nie jest to pomniejsza umiejętność przechodzenia poprzez ściany, jak to było w przypadku Sourcefield, Profesorze. Jest to pełnowymiarowa zdolność do natychmiastowego przemieszczania się.

— Jego słabość — popędził mnie Profesor, zaś na nocnym niebie pojawił się kolejny rozbłysk.

— Jego prawdziwa słabość nie jest znana.

— Cholera.

— Ale — dodałem — Usunięty jest krótkowidzem. To nie ma związku z jego mocami, ale my możemy to wykorzystać. Poza tym, kiedy Usunięty jest w niebezpieczeństwie, jego zdolności teleportacyjne zaczynają działać i Usunięty przemieszcza się w inne miejsce. To go chroni, ale może to być coś, co możemy wykorzystać, zwłaszcza że, jak sądzę, jego teleportację można w jakiś sposób ograniczyć.

Profesor skinął głową.

— Dobra robota. — Postukał w komórkę. — Tia?

— Tutaj.

— Pojawiła się przede mną Abigail — rzekł Profesor. — Sprowadziła do miasta Usuniętego. To on jest źródłem zniszczenia.

Odpowiedzią Tii była seria przekleństw.

Zerknąłem na Profesora, unosząc wzrok znad teleskopu. Chociaż niebo było ciemne, wszystkie malowidła wykonane sprayem — widniejące na cegłach, drewnianych mostach i namiotach — oświetlały jego twarz. Mieliśmy zamiar wystąpić przeciw Usuniętemu czy rozmyć się w tłumie? To był oczywisty rodzaj pułapki, przynajmniej mogliśmy założyć, że Regalia będzie obserwować, jak sobie poradzimy.

Ucieczka byłaby mądrym krokiem. To z pewnością zrobiliby Mściciele rok temu, przed wydarzeniami związanymi ze Stalowym Sercem. Profesor popatrzył na mnie, ale w jego twarzy wyczytałem konflikt. Czy mamy pozwolić, by ludzie umierali?

— Odkryto nas — powiedziałem cicho do Profesora. — Ona wie, że tu jesteśmy. Co robić?

Profesor zwlekał z odpowiedzią, potem skinął głową i usłyszałem jego głos w słuchawce.

— Teraz nie mamy już czasu, by ratować rannych. Jest Epik, którego powinniśmy unicestwić. Wszyscy macie stawić się na pierwszym spalonym dachu.

W słuchawce dały się słyszeć podniecone odgłosy. Val i Profesor zaczęli przedzierać się przez rozkołysany most linowy w kierunku Tii i Exela, a ja podążyłem za nimi. Zdenerwowany wszedłem na most. Jego deski pomalowane były na zmieniające się, neonowe kolory. To podkreśliło ciemność wody zdającej się patrzeć na mnie z dołu. Kiedy szliśmy, wsunąłem komórkę do kieszeni tkwiącej na ramieniu kurtki — kieszeń ta była wodoodporna. Przetestowałem ją podczas normalnego deszczu padającego w Newcago.

Woda pod nami odbijała neonowe światła, a ja zdałem sobie sprawę, że mocno ściskam linową poręcz mostu. Czy powinienem wspomnieć Profesorowi, że nie umiem pływać? Przełknąłem ślinę. Dlaczego moje usta zrobiły się takie suche?

Dotarliśmy na drugą stronę, a ja usilnie starałem się uspokoić. W powietrzu czuć było intensywny zapach dymu. Przebiegliśmy przez dach i spotkaliśmy się z resztą grupy, do której dołączyła Mizzy. Pobliski namiot był zniszczony; jego resztki odsłaniały ciała tych, którzy zostali uwięzieni w środku; ich kości wyparowały w jednej chwili. Poczułem mdłości.

— Jon — odezwała się Tia. — Martwię się. Nie dysponujemy dostatecznymi środkami, żeby działać w mieście albo zniszczyć Epika takiego jak Usunięty. Nie znamy nawet jego słabej strony.

— David twierdzi, że Epik jest krótkowidzem — powiedział Profesor, kucając.

— Cóż, David ma zazwyczaj rację w takich kwestiach. Ale nie sądzę, by to wystarczyło, żeby…

Kolejny rozbłysk światła. Uniosłem wzrok, podobnie jak Profesor. Usunięty przemieszczał się, prawdopodobnie za pomocą teleportacji, i był teraz o dwa dachy dalej od nas.

Z tamtej strony dobiegły nas krzyki.

— Co robimy? — zapytałem natychmiast.

— Rozbłysk i wstrząs — odrzekł Profesor. Była to nazwa manewru naszej grupy, który polega na odwróceniu uwagi przeciwników przez jedną część, podczas gdy reszta ich otaczała. Profesor wyciągnął rękę, chwytając mnie za ramię.

Jego dłoń była ciepła, a teraz, gdy wiedziałem, za czym mam się rozglądać, poczułem lekkie mrowienie. Profesor przekazał mi właśnie zdolności ochronne i umiejętność odparowywania obiektów stałych.

— Tensory nie będą tu zbyt przydatne — powiedział Profesor — i nie będziemy też potrzebowali tuneli. Ale miej tensor pod ręką, tak na wszelki wypadek.

Popatrzyłem na Exela i Val. Oni nie wiedzieli, że Profesor był Epikiem; najwidoczniej miałem pomóc mu teraz utrzymać tajemnicę.

— W porządku — odrzekłem, czując się dużo bardziej bezpiecznie, gdy przekazał mi zdolności ochronne.

Profesor wskazał na most łączący nasz dach z sąsiednim.

— Przejdźcie przez niego, a potem kierujcie się w stronę Usuniętego. Postarajcie się go zdekoncentrować i skierować uwagę na siebie. Val, ty i ja użyjemy łodzi — włączymy silnik, bo nie ma sensu chronić się przed Regalią — żeby pojawić się za plecami Usuniętego. Po drodze dopracujemy szczegóły.

— Dobrze — powiedziałem. Popatrzyłem na Mizzy. — Powinienem wziąć Mizzy, żeby mnie osłaniała. Usunięty być może będzie próbował dopaść Tię, a wy będziecie potrzebowali kogoś z większym doświadczeniem, by ją chronił.

Mizzy zerknęła na mnie. Zasługiwała na szansę podczas tej akcji — dobrze wiedziałem, jak to jest być pozostawionym nieco z boku w sytuacji takiej jak obecna.

— Dobry pomysł — powiedział Profesor, spiesząc w stronę łodzi. Val biegła za nim. — Exel, osłaniasz Tię. David, Mizzy, ruszajcie!

— Zaczynamy — odparłem, ruszając biegiem w kierunku mostu linowego, który prowadził do miejsca ostatniej destrukcji dokonanej przez Usuniętego.

Mizzy biegła za mną.

— Dzięki — powiedziała. Przez ramię miała przewieszony karabin snajperski. — Gdybym znowu utknęła na warcie, to chybabym zwymiotowała.

— Możesz poczekać z podziękowaniami — odrzekłem, skacząc na chybotliwy mostek — do momentu, gdy przetrwamy to, co nas zaraz czeka.

12

Przepychałem się po wąskim moście linowym pomiędzy uciekającymi ludźmi, trzymając broń nad głową. Wzrok ostentacyjnie kierowałem na wszystko z dala od wody.

 

Most biegł nieznacznie w górę, a kiedy go pokonałem, znalazłem się na wielkim dachu zapełnionym namiotami. Ludzie tłoczyli się na jego skraju albo w środku swoich prowizorycznych domów. Inni uciekli mostami na inne budynki albo skakali do wody.

Mizzy i ja przebiegliśmy przez dach. Jego powierzchnia pomalowana była sprayem w naprzemienne żółte i zielone linie, które lśniły widmowym światłem i wyznaczały trasę. Blisko środka dachu minęliśmy grupę ludzi, którzy, co dziwne, nie chowali się ani nie uciekali.

Modlili się.

— Ufajcie Światłu Poranka! — krzyczała kobieta stojąca w centrum. — Dawcy życia i pokoju, źródłu wsparcia. Wierzcie w Tego, Który Śni!

Mizzy przystanęły spoglądając na nich. Zakląłem i pociągnąłem ją za sobą. Usunięty stał na sąsiednim dachu.

Teraz dobrze widziałem, jak kroczył pośród płomieni. Za jego plecami łopotał trencz. Miał wąską twarz i długie, proste, czarne włosy, okulary i kozią bródkę. Był dokładnie takim typem człowieka, jakich nauczyłem się unikać w Newcago. Ten rodzaj nie wygląda niebezpiecznie, dopóki nie spojrzy się w jego oczy i nie zda sobie sprawy, że brakuje w nich czegoś witalnego.

Nawet jak na Epika, ten człowiek był potworem. Choć początkowo rządził miastem, podobnie jak wielu potężnych Epików, w końcu zdecydował się na kompletne jego zniszczenie. Był pozbawionym skrupułów zabójcą. Nabierałem przekonania, że niektórzy Epicy mogą się zmienić, ale w przypadku tego człowieka… nie było na to szans.

— Zajmij pozycję na skraju dachu — poleciłem Mizzy. — Bądź gotowa na rozkazy. Burzyłaś już różne rzeczy?

— Pewnie.

— Masz coś przy sobie?

— Nic dużego — odparła. — Kilka blenderów do pieca z cegieł.

— Kilka… Co takiego?

— Och! Przepraszam. Tak nazywam…

— Cokolwiek by to było — odparłem — wyjmuj je i bądź gotowa. — Opuściłem karabin i wycelowałem w Usuniętego.

Odwrócił się i spojrzał na mnie.

Strzeliłem.

Teleportował się w rozbłysku światła. Wyglądało to tak, że nagle zmienił się w posąg z gliny, potem eksplodował, a fragmenty jego postaci rozprysnęły się wokół niczym zbity wazon.

Wyprzedzająca teleportacja. Działała tak, jak o niej czytałem.

Mizzy ruszyła we wskazanym przeze mnie kierunku. Klęknąłem, przyciskając karabin do barku i czekałem. Część dachu, na której stał Usunięty, płonęła. Jego główną zdolnością była umiejętność sterowania ciepłem. Potrafił dotknięciem wysączyć ciepło ze wszystkiego, w tym z ludzi, a potem wyrzucić je albo przekazać dotykiem.

Roztopił Houston. Dokładnie tak. Spędzał całe tygodnie, siedząc w centrum miasta z nagą klatką piersiową niczym jakiś antyczny bóg, pobierając ciepło z powietrza i pławiąc się w słońcu. Podgrzewał się, a potem uwolnił wszystko za jednym zamachem. Widziałem zdjęcia, czytałem opisy. Asfalt zamienił się w zupę. Budynki stanęły w płomieniach. Kamienie rozpuściły się w magmę.

Dziesiątki tysięcy ludzi zginęły w jednej chwili.

Cóż, z tego, co pamiętałem z moich notatek, po krótkiej chwili Usunięty mógł pojawić się ponownie. Potrafił używać swoich zdolności teleportacyjnych co kilka minut i…

Usunięty pojawił się obok mnie.

Nim go ujrzałem, poczułem ciepło i obróciłem się w tym kierunku. Pot szczypał moje brwi, jakbym zimną nocą wszedł do płonącego kontenera na śmieci.

Strzeliłem do niego raz jeszcze.

Usłyszałem wypowiedziane do połowy przekleństwo, nim eksplodował na kawałki światła. Ciepło zniknęło.

— Uważaj, David — odezwał się w słuchawce głos Tii. — Jeśli Usunięty zgromadzi ciepło i pojawi się obok ciebie, cieplna aura przełamie twoje pole ochronne i usmażysz się, nim będziesz mieć w ogóle szansę, by strzelić.

Skinąłem głową, usuwając się z miejsca, w którym stałem, z karabinem wciąż w gotowości i z ustawionymi celownikami.

— Tia — szepnąłem do słuchawki — czy masz dostęp do moich notatek?

— Zebrałam je razem z notatkami od innych naszych informatorów.

— Czy pomiędzy jedną a drugą teleportacją musi upłynąć chwila czasu?

— Tak — odrzekła Tia. — Przynajmniej dwie minuty przed…

Usunięty znowu się zmaterializował i tym razem uchwyciłem ten moment niczym koalescencję światła. Skierowałem kulę w jego stronę, nim zdążył się na dobre uformować.

Teleportacja znowu go uratowała, ale przewidziałem to. Mój strzał miał tylko odwrócić jego uwagę. Prawdę powiedziawszy, nie miałem pojęcia, jak mamy go zabić, ale przynajmniej przysporzyłem mu trochę kłopotu i sprawiłem, że przestał zabijać niewinnych.

— Moje notatki są błędne — powiedziałem, czując, jak pot cieknie mi po twarzy. — Pomiędzy jego teleportacjami jest tylko kilka sekund — Cholera. Co jeszcze spaprałem?

— Jon — powiedziała Tia. — Potrzebujemy planu. Szybko.

— Rozważam jedną rzecz — Profesor odpowiedział rwanym głosem. — Ale potrzebujemy więcej informacji.

Wspiął się na sąsiedni dach, ten, z którego zaatakował mnie Usunięty przed teleportowaniem się — i skrył się za kupą gruzów.

— David, czy Usunięty teleportuje się ze wszystkim, co go dotyka, czy może musi szczególnie wybierać rzeczy, które chce ze sobą zabrać? Na przykład ubranie?

— Nie jestem pewien — odparłem. — Nie mamy zbyt wielu informacji na jego temat. On…

Zatrzymałem się, bo Usunięty pojawił się obok, wyciągając ku mnie rękę. Odskoczyłem, wykonując gwałtownie obrót i czując, jak oblewa mnie fala ciepła.

Broń wypaliła, a Usunięty teleportował się, zanim zdążył mnie dotknąć. Tuż przed tym za plecami Epika mignął na chwilkę lśniący kontur. Postać eksplodowała na kawałki, które uderzyły we mnie, a potem wyparowały.

Kiedy błysk światła zniknął mi sprzed oczu, ujrzałem Profesora stojącego na dachu. Właśnie opuszczał karabin.

— Bądź czujny, synu — usłyszałem w słuchawce jego napięty głos. — Mizzy, przygotuj materiały wybuchowe. David, czy jest coś — cokolwiek — co przychodzi ci do głowy na temat Usuniętego i jego mocy?

Zadrżałem. Pole ochronne Profesora uratowało mnie przed falą cieplną Usuniętego. Po raz kolejny uratował mi życie.

— Nie — powiedziałem, czując się bezużyteczny. — Przepraszam.

Czekaliśmy, ale Usunięty nie pojawiał się. Słyszałem za to krzyki w oddali. Profesor zaklął i gestem nakazał, bym przemieścił się w kierunku, skąd dobiegały. Zrobiłem to z bijącym sercem — jednakże towarzyszył mi też dziwny spokój, który pojawiał się, gdy byłem w samym środku zadania.

Minąłem opustoszałe namioty po jednej stronie, pływających w wodzie ludzi po drugiej. Krzyki doprowadziły mnie do jednego z wyższych budynków. Przez wybite okna widać było, że wewnątrz znajduje się mnóstwo roślinności. Budynek wystawał z wody na wysokość dziesięciu pięter. Na jednym z wyższych błyszczały światła i zobaczyłem Usuniętego w jednym z wyłomów. Gdy skierowałem ku niemu mój karabin, ujrzałem, że uśmiecha się, jak gdyby rzucając mi wyzwanie. Wystrzeliłem, lecz on wycofał się w głąb budynku.

Ludzie znajdujący się wewnątrz wciąż krzyczeli. Usunięty wiedział, że nie musi przychodzić do nas; to my pójdziemy do niego.

— Wchodzę — powiedziałem, biegnąc w kierunku linowego mostu, który prowadził na wyższy budynek.

— Bądź ostrożny — rzekł Profesor. Widziałem, jak wbiega na drugi most, który wiódł w tę samą stronę. — Mizzy, czy możesz przygotować matczyną rózgę w razie niebezpieczeństwa?

— Uch… Tak myślę…

Matczyna rózga, nazywana inaczej „matką i córką”. Bomba, która pozostawała uśpiona dopóty, dopóki docierał do niej regularny sygnał radiowy. Kiedy sygnał ustawał, bomba eksplodowała. Coś w rodzaju elektronicznego wyłącznika umarlaka.

— Świetnie — wyszeptałem, przemierzając chwiejny most, pod którym pluskała ciemna woda. — Przyczep bombę do niego i niech się z nią teleportuje. Wysadź go w powietrze niezależnie od tego, gdzie się uda.

— Tak — odezwał się Profesor. — Zakładając, że to zadziała. Usunięty teleportuje się w ubraniu, więc najpewniej teleportacji podlegają rzeczy, które Epik ma ze sobą. Ale czy następuje to automatycznie, czy Usunięty wybiera te rzeczy świadomie?

To była słuszna uwaga.

— Macie lepszy plan? — zapytał Profesor.

— Nie — odparła Tia. — Mizzy, zabieraj się do działania.

— Tak jest.

— Działaj według planu ekstrakcji, Tia — rzekł Profesor. — Na wszelki wypadek.

Zacisnąłem zęby. Wciąż byłem na moście. Cholera. Niemożliwością było ignorować wodę znajdującą się poniżej. Starałem się iść szybciej, aby jak najprędzej dostać się do budynku, gdzie przynajmniej nie będzie widać wody. Most nie prowadził na dach, ale do starego, wybitego okna na piętrze, gdzie widziałem Usuniętego.

Nim wszedłem do budynku, przykucnąłem przy oknie, starając się nie dać zauważyć. Wewnątrz budynku widoczne były lśniące, zwieszające się z gałęzi owoce i więdnące kwiaty, których płatki wyglądały jak pomalowane wielokolorową farbą. Znajdowała się tu regularna dżungla; rzucające cienie gałęzie i widmowe owoce emitowały upiorne światło. Czułem się niekomfortowo, tak jakbym znalazł trzytygodniową kanapkę za twoim łóżkiem, choć przysięgałeś, że dawno ją zjadłeś.

Obejrzałem się przez ramię, badając sytuację. Mizzy zajęła pozycję po drugiej stronie mostu, tak by dawać mi ochronę. Ale jej głowa była pochylona nad plecakiem. Szykowała materiały wybuchowe.

Odwróciłem się i z karabinem na ramieniu wszedłem przez okno do budynku. Patrząc przez teleskop, szybkim ruchem sprawdziłem, co dzieje się po prawej i lewej stronie. Z sufitu zwieszała się winorośl, zaś z podłogi wyrastały paprocie, które wyrugowały wykładzinę, znajdującą się kiedyś w miłym pomieszczeniu biurowym. Biurka — ledwo widoczne — stały się teraz kwietnikami. Monitory komputerów pokrywał mech. W powietrzu czuć było wilgoć, niczym w podziemiach podczas deszczu. Błyszczące rośliny wystarczały, by oświetlić to miejsce, toteż posuwałem się poprzez świat szeleszczących cieni, zdążając ku miejscu, w którym po raz ostatni słyszałem krzyki. Choć teraz już ustały.

Wkrótce wszedłem na małą polankę, na której znajdowało się kilka zwęglonych ciał i spalonych namiotów. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było Usuniętego. Wybrał to miejsce specjalnie, pomyślałem, badając otoczenie z karabinem przysuniętym do twarzy. Nie będziemy mogli stanąć do siebie tyłem i każdy najmniejszy dźwięk zdradzi nasze położenie.

Cholera. Nie spodziewałem się, że Usunięty będzie taki sprytny. Wolałem wyobrażenie, które miałem w głowie. To o wściekłej, bezmyślnej bestii.

— Profesorze? — wyszeptałem.

— Jestem w budynku — usłyszałem w słuchawce. — Gdzie jesteś?

— Niedaleko miejsca, w którym zaatakował — powiedziałem, starając się nie upadać na duchu z powodu martwych ciał. — Usuniętego tu nie ma.

— Idź tą samą drogą, co ja — powiedział Profesor. — Wkroczymy razem. Jeśli się rozdzielimy, będzie łatwo nas dopaść.

— W porządku. — Wróciłem do zewnętrznego muru i posuwałem się wzdłuż niego w kierunku miejsca, w którym most, po którym szedł Profesor, stykał się z budynkiem. Starałem się iść cicho, ale dorastanie w mieście zrobionym ze stali nie przygotowuje cię do kontaktu z liśćmi i gałązkami. Natura chrzęściła i chlupotała pod moimi nogami.

Tuż za mną usłyszałem trzask. Odwróciłem się z walącym sercem i zobaczyłem szeleszczące liście. Coś tam tkwiło. Usunięty?

Zabiłby cię natychmiast, pomyślałem. Więc co to było? Ptak? Nie, to było coś większego. Może mieszkaniec Babilaru, który żył w tej dżungli?

Co za odrażające miejsce. Wznowiłem marsz, starając się ogarniać wzrokiem wszystkie kierunki. Poruszałem się miarowo aż do chwili, gdy usłyszałem w słuchawce przeklinającego Profesora.

Rozległ się wystrzał.

Ruszyłem biegiem. To była prawdopodobnie głupia decyzja — powinienem znaleźć schronienie. Profesor wiedział, w którą stronę zmierzam i mógł unikać strzelania w tamtym kierunku, ale w pomieszczeniu takim jak to, w którym się znajdowaliśmy, mogło dojść do rykoszetu.

Biegłem jednak nadal, docierając do prześwitu, gdzie przy ścianie klęczał Profesor. Z jego ramienia ciekła krew. Na suficie widoczne były wybrzuszenia spowodowane winoroślą, która przebiła się przez gips, a z miejsca, w które trafiła zabłąkana kula, opadał pył. W pobliżu na ziemi parowały i znikały świetlne refleksy. Usunięty teleportował się stąd chwilę przed moim przybyciem.

 

Zasłoniłem Profesora, wpatrując się jednocześnie w ciemną dżunglę.

— Ma spluwę? — zapytałem.

— Nie — odparł Profesor. — Miecz. Ten skurczybyk ma ze sobą krwawy miecz.

Ochraniałem nas, podczas gdy Profesor zakładał sobie bandaż. Mógł użyć swej mocy Epika, by się samemu uleczyć, ale każda taka próba mogłaby popchnąć go w ciemność. Dawniej równoważył to używaniem tylko odrobiny leczniczej mocy, by przyspieszyć gojenie, ale nie dając się wciągnąć w ciemność. Z odrobiną mógł sobie poradzić.

— Panowie — wciął się głos Val — włączam system obserwacji budynku w podczerwieni. Wkrótce przekażę wam informacje wywiadowcze.

— W porządku, Jon? — zapytała Tia.

— Tak — wyszeptał. — Walka w tym miejscu to szaleństwo. Całkiem prawdopodobne, że zastrzelimy jeden drugiego. Mizzy, co z bombą?

— Gotowa, proszę pana.

Profesor wstał i oparł swój karabin o zdrowe ramię, to, którego Usunięty nie zranił swoim mieczem. Profesor często nie nosił broni. Właściwie, nawet rzadko strzelał. Teraz wiedziałem, że będąc na polu walki, ryzykował koniecznością użycia swych mocy, by ratować samego siebie.

— David — powiedział do mnie — idź i przynieś bombę.

— Nie chcę zostawiać pana…

— Regalia mówi, że to ty zabiłeś Stalowe Serce.

Obydwaj zamarliśmy. Głos płynął z leśnej, ciemnej gęstwiny. Przez jedno z okien wpadł wiatr, szeleszcząc liśćmi.

— To dobrze — mówił dalej głos. — Jak zakładam, pewnego dnia sam musiałbym stoczyć z nim walkę. Usunąłeś przeszkodę z mojej drogi. Za to cię błogosławię.

Profesor dwoma palcami wskazał na bok. Kiwnąłem głową, przesuwając się w tamtą stronę. Musieliśmy być dostatecznie blisko siebie, by się wzajemnie osłaniać, a jednocześnie na tyle daleko, by Usunięty nie mógł wpaść pomiędzy nas i usmażyć nas jednym wybuchem. Nie miałem pojęcia, jak długo pole ochronne Profesora byłoby w stanie chronić nas przed żarem emitowanym przez Usuniętego, i nie byłem szczególnie chętny, by się o tym przekonać na własnej skórze.

— Mówiłem Regalii — kontynuował Usunięty — że ją też kiedyś zabiję. Nie wydawała się tym przejęta.

Skąd dobiegał ten głos? Wydawało mi się, że widziałem cień, który przesunął się blisko drzewa, z którego zwisały błyszczące owoce.

— Panowie — odezwała się Val — on tu jest, zaraz naprzeciw Davida. Widzę jego cieplny ślad.

Usunięty wysunął się z cienia. Dotknął drzewa, które natychmiast pokryło się szronem, a liście pomarszczyły się. Roślina w mgnieniu oka zwiędła, bo Epik wyciągnął z niej całe ciepło.

Tym razem nie celowałem w niego. Wykorzystałem szansę i strzeliłem w sufit.

Posypał się tynk.

Profesor także strzelił. Ale w ziemię, blisko stóp Usuniętego.

Epik popatrzył na nas, zaskoczony, potem wyciągnął dłoń.

Pocisk, który wpadł przez okno, świsnął nad moim ramieniem i trafił Usuniętego w czoło — albo w błyszczący zarys jego czoła, bo Usunięty zniknął. Wyjrzałem przez okno. Mizzy machała ostrożnie z dachu pobliskiego budynku, gdzie się znajdowała. W rękach miała swój snajperski karabin.

— Po co to było? — zapytał Profesor. — Takie pudło?

— Tynk z sufitu — wyjaśniłem. — Spadł na Usuniętego, na jego barki. Tia, jeśli obejrzysz mój materiał wideo, będziesz mogła powiedzieć, czy tynk teleportował się wraz z nim. To odpowie na pana pytanie związane z bombą, Profesorze — czy Epik automatycznie teleportuje się z jakimiś rzeczami, czy musi je wybierać.

Profesor chrząknął.

— Mądrze.

— A pana strzał w jego stopy? — zapytałem.

— Chciałem zobaczyć, czy jego zmysł wyczuwania niebezpieczeństwa uruchomi się, gdy Usunięty dojdzie do wniosku, że jest w niebezpieczeństwie, czy też wtedy, gdy faktycznie będzie zagrożony. Nie teleportował się, gdy próbowałem go trafić.

Uśmiechnąłem się szeroko.

— Tak — powiedział Profesor. — Jesteśmy bardzo podobni. Idź i weź bombę od Mizzy, głuptasie.

— Tak, proszę pana. — Omiotłem wzrokiem pomieszczenie raz jeszcze, po czym wymknąłem się przez ono. Profesor mnie osłaniał. Byliśmy dość daleko od mostów, co sprawiło, że musiałem iść po występach muru, znajdujących się trzy lub więcej metrów ponad wodą.

Popatrzyłem w dół, na ciemną toń. Żołądek mi się ścisnął, ale zmusiłem się, by iść dalej, aż dotrę do mostu. Pobliskie dachy jawiły się niczym miasto duchów. Wszyscy ludzie uciekli, pozostawiając tylko tlące się namioty i lśniące malowidła.

Dotarłem do mostu i przeszedłem go szybko, chowając się obok Mizzy. Wręczyła mi rękawicę, którą założyłem. Później wziąłem niewinnie wyglądający kwadratowy pakunek, z grubsza wielkości pięści.

— Nie upuść tego — powiedziała Mizzy.

— Jasne. — Upuszczanie materiałów wybuchowych: niedozwolone.

— Nie z tego powodu, o jakim myślisz — powiedziała Mizzy. — Bomba jest pokryta klejem. Rękawica się nie przyklei, ale wszystko inne, co zetknie się z bombą, owszem — włączając w to naszego złego gościa.

— Brzmi wykonalnie.

— Dam sygnał inicjujący; bądź nie dalej niż trzy albo cztery dachy ode mnie.

— Dobrze.

— Powodzenia. Nie wysadź się w powietrze.

— Lubię się wysadzać w powietrze. Znowu.

Mizzy popatrzyła na mnie.

— Znowu?

— To długa historia. — Posłałem jej uśmiech. — Osłaniaj mnie, jak będę się wycofywał.

— Poczekaj chwilę — powiedziała Mizzy, wskazując palcem. — Z sąsiedniego budynku będę miała lepszą pozycję.

Skinąłem głową, a ona ruszyła przez wielce niestabilny most linowy. Odwróciłem się w stronę budynku, w którym był Profesor i gdzie znajdowała się roślinna dżungla. Użyłem teleskopu, uruchamiając noktowizor — co było trudne do wykonania jedną ręką — i zlustrowałem otoczenie.

Miałem nadzieję, że Profesor nie był ranny. Żadnego śladu jego ani Usuniętego.

Profesor jest praktycznie nieśmiertelny, przypomniałem sobie. Nie o niego musisz się martwić.

Spojrzałem przez ramię i zobaczyłem, że Mizzy dotarła do drugiego końca mostu — a potem usłyszałem krzyk. Dochodził z budynku, do którego właśnie dotarła.

— David — rozległ się w słuchawce głos Mizzy. — Coś się tutaj dzieje. Zaraz wrócę. — Zniknęła mi z oczu.

— Poczekaj — powiedziałem, wstając.

I zorientowałem się, że obok mnie stoi Usunięty.