PożarTekst

Z serii: Mściciele #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

Podążyłem za Profesorem i Tią do budynku. Wyglądał jak stary warsztat samochodowy z dużymi drzwiami wjazdowymi na froncie. Pachniał… zbyt świeżo. Nie czuć było stęchlizny, tak jak w niezamieszkanych podziemiach Newcago. Jednakże panowały tu ciemności i było strasznie. Nie byłem w stanie dostrzec wiele, może poza wielkimi, ciemnymi kształtami, które mogły być pojazdami.

Zsunąłem swój karabin, czując, jak jeżą mi się włosy na karku. A co, jeśli była to pułapka? Czy Profesor był na to przygotowany? Ja…

Nagle rozbłysło światło. Oślepiony, zakląłem i uskoczyłem, uderzając plecami w coś dużego. Uniosłem karabin.

— Uups! — powiedział kobiecy głos. — Och, przepraszam, przepraszam, przepraszam! Za jasno.

Profesor chrząknął gdzieś w pobliżu. Karabin pewnie spoczywał na moim ramieniu. Mrugałem aż do momentu, gdy byłem w stanie dostrzec, że byliśmy w czymś w rodzaju warsztatu. Otaczały nas stoły z narzędziami i kilka rozmontowanych samochodów, w tym jeep podobny do naszego.

Drzwi zamknęły się z kliknięciem za moimi plecami i skierowałem karabin w tamtą stronę. Wysoka kobieta w hiszpańskim typie, mająca około trzydziestu lat, zamknęła wejście. Miała kanciaste rysy twarzy i ciemne włosy. Jeden pukiel z przodu był ufarbowany na fioletowo. Nosiła czerwoną koszulę i blezer z czarnym krawatem.

— Mizzy — warknęła. — Cel przyćmienia światła jest taki, że chcemy uniknąć informowania całej okolicy, że w tym budynku jest zasilanie. A to się nie uda, jeśli będziesz włączała światło, gdy drzwi są szeroko otwarte.

— Przepraszam! — odezwał się ten sam co poprzednio głos. Echo odbiło się po całym dużym pomieszczeniu.

Hiszpańska kobieta popatrzyła na mnie.

— Odłóż karabin, nim kogoś zranisz, dzieciaku. — Przeszła obok mnie i niedbale zasalutowała Profesorowi.

Wyciągnął rękę.

— Val.

— Jon — rzekła Val, ujmując jego dłoń. — Byłam zaskoczona, odbierając wiadomość od ciebie. Nie spodziewałam się, że wrócisz tak szybko.

— Biorąc pod uwagę to, co się stało — rzekł Profesor — pomyślałem, że planujesz zrobić coś zuchwałego.

— Jesteś tutaj po to, żeby mnie powstrzymać? — zapytała chłodno Val.

— Cholera, nie — odparł Profesor. — Jestem tu, żeby pomóc.

Wyraz twarzy Val złagodniał, a na ustach pojawił się cień uśmiechu. Ruchem głowy wskazała na mnie.

— To Pogromca Stalowego Serca?

— Tak — rzekł Profesor, a ja wreszcie wysunąłem się do przodu.

— Znakomity refleks — powiedziała Val, lustrując mnie od stóp do głów. — Koszmarny styl ubierania. Mizzy, gdzie, do cholery, jesteś?

— Przepraszam! — znajomy głos odezwał się znowu, zaraz za nim rozległ się brzęk. — Idę!

Gdy przysunąłem się do Tii, spostrzegłem młodą, czarnoskórą kobietę z karabinem snajperskim przewieszonym przez ramię, która schodziła z pomostu powyżej. Zeskoczyła na ziemię i podbiegła do nas w podskokach. Była ubrana w dżinsy i krótką kurteczkę, pod którą nosiła obcisłą białą koszulę. Włosy miała zaplecione w cienkie, zaczesane do tyłu i zebrane na czubku warkoczyki, które opadały w formie kędzierzawego obłoczka.

Tia i Profesor popatrzyli na Val; Tia uniosła brew.

— Mizzy jest całkiem zdolna — odezwała się Val. — Jest tylko trochę…

Zbliżając się ku nam, Mizzy chciała zanurkować pod na wpół zmontowany jeep, który stał na podnośnikach. Jednakże karabin nad jej ramieniem wystawał zbyt wysoko i uderzył o przód jeepa, przez co Mizzy musiała się cofnąć. Wzięła głębszy oddech i schwyciła się jeepa, jak gdyby chciała go unieruchomić — choć wcale się nie ruszał. Potem klepnęła auto jakby na znak przeprosin.

Miała około siedemnastu lat, miłą twarz o łagodnych rysach i kremowobrązową skórę. Uśmiechała się zbyt szeroko, by być uchodźcą, pomyślałem, gdy podeszła i zasalutowała Profesorowi. Gdzie dorastała, że nie straciła tej radosnej natury? — pomyślałem.

— Gdzie jest Exel? — zapytała Tia.

— Ogląda łódź — odrzekła Val.

Profesor skinął głową, po czym wskazał na Val.

— David, poznaj Valentine, przywódcę tej grupy Mścicieli. Ona i jej ludzie mieszkali w Odrodzonym Babilonie przez ostatnie dwa lata, robiąc rozpoznanie dotyczące Regalii. Słuchaj jej rozkazów tak, jakbym to ja je wydawał. Rozumiesz?

— Przyjąłem. Val, jesteś zwiadowcą?

Twarz Val spochmurniała.

— Operacje — odpowiedziała, nie dając znaku, dlaczego moje słowa ją dotknęły. — Ale jeśli Tia ma zamiar dołączyć do naszej grupy…

— Mam zamiar — powiedziała Tia.

— Zatem — rzekła Val — to ona prawdopodobnie zajmie się naszymi operacjami. Ja wolę być na polu walki. Ale nie jestem zwiadowcą. Zajmuję się ciężką bronią i pojazdami.

Profesor kiwnął głową, wskazując na Mizzy.

— A to jest, jak sądzę, Missouri Williams?

— To ekscytujące móc pana poznać! — powiedziała Mizzy. Wydawała się typem człowieka, który ekscytuje się niemal wszystkim. — Jestem nowym snajperem grupy. Wcześniej zajmowałam się reperacjami i sprzętem, mam doświadczenie w podkładaniu materiałów wybuchowych. Ćwiczę, żeby zostać szperaczem!

— Ćwiczysz jak diabli — rzekła Val. — Jest dobrym strzelcem, Profesorze. Sam wziął ją pod swoje skrzydła…

To prawdopodobnie członek grupy, którego stracili niedawno, pomyślałem, patrząc, jak twarz Profesora sztywnieje, zaś ze wzroku Tii wyziera smutek. Sam. Domyślałem się, że był szperaczem grupy, człowiekiem, który pojawia się w najbardziej niebezpiecznych akcjach z Epikami i wciąga ich w pułapki.

To było moje zadanie w naszej grupie. Nim Megan odeszła, była to jej rola. Nie znałem Sama, ale trudno było nie odczuwać współczucia dla utraconego członka grupy. Zginął, walcząc.

Ale Megan nie była za to odpowiedzialna, niezależnie od tego, co mówił Profesor.

— Cieszę się, że jesteś z nami, Mizzy — powiedział Profesor spokojnie. W jego tonie wyczułem pewną dozę sceptycyzmu, ale to tylko dzięki temu, że dobrze go znałem. — Wprowadź naszego jeepa do garażu. David, idź z nią i pomóż, jeśli będzie trzeba.

Popatrzyłem na niego, unosząc brew. Posłał mi obojętne spojrzenie. Tak, mówił jego wzrok, „chcę się ciebie pozbyć na parę minut. Jakoś sobie z tym poradzisz”.

Westchnąłem, ale wyszedłem za Mizzy bocznymi drzwiami, gasząc po drodze światła. To sprawiło, że reszta pozostała w ciemnościach, zaś otwieranie i zamykanie drzwi było teraz mniej zauważalne.

Wydobyłem mój nowy karabin, uruchomiłem teleskop i poszedłem z Mizzy do jeepa. Za naszymi plecami niemal bezgłośnie otworzyły się jedne z drzwi garażu. Wewnątrz, oświetleni tylko słabiutkim światłem gwiazd, stali Profesor, Tia i Val, pogrążeni w cichej rozmowie.

— Cholera — powiedziała Mizzy cicho. — On onieśmiela.

— Kto? — zapytałem. — Profesor?

— Taaak — odparła, dochodząc do jeepa. — Łał. Phaedrus we własnej osobie. Chyba nie zrobiłam z siebie strasznego głupka?

— Um. Nie. — Nie większego głupka, niż ja zrobiłem z siebie, i to paręnaście razy, po tym jak po raz pierwszy spotkałem Profesora. Rozumiałem, jak bardzo mógł ją onieśmielić.

— Dobrze. — Wpatrywała się w stojącego w ciemnościach mężczyznę i zmarszczyła brwi. Potem odwróciła się do mnie i wyciągnęła dłoń. — Jestem Mizzy.

— Przedstawiono już nas sobie.

— Wiem — odrzekła — ale ja się nie przedstawiłam. Ty jesteś David Charleston, człowiek, który zabił Stalowe Serce.

— Jestem — odparłem, oddając jej uścisk z wahaniem. Ta dziewczyna była trochę dziwaczna.

Potrząsnęła moją dłonią, a potem przysunęła się bliżej.

— Ty — powiedziała — jesteś niesamowity. Cholera. Dwóch bohaterów jednego dnia. Muszę zapisać to w moim dzienniku. — Wsiadła do jeepa i uruchomiła silnik. Obserwowałem okolicę z karabinem w pogotowiu, sprawdzając, czy nikt nas nie zauważył. Nic nie dostrzegłem, wróciłem więc do garażu śladem naszego jeepa prowadzonego przez Mizzy.

Starałem się nie przykładać zbytniej wagi do faktu, że to ją, a nie mnie, Profesor poprosił o wprowadzenie jeepa do garażu. Potrafiłem zaparkować samochód bez stłuczki. Cholera, nie miewałem już stłuczek nawet przy skręcaniu. W większości przypadków.

Mizzy opuściła i zamknęła drzwi garażu. Profesor, Tia i Val zakończyli swą tajemną konwersację. Wówczas Val poprowadziła nas poprzez tylną część warsztatu do podziemnego tunelu. Spodziewałem się, że będziemy szli jakiś czas, ale nie — zaledwie kilka minut później wyszliśmy na zewnątrz poprzez ukryte w podłodze wyjście. Tutaj woda pluskała o dok, zaś ciemna, dzika rzeka prowadziła do mrocznej zatoki. Po drugiej stronie lśniły w oddali kolorowe światła. Całe setki. Nim ruszyliśmy, zerknąłem na mapę i mogłem mniej więcej powiedzieć, gdzie jesteśmy. To była rzeka Hudson, a dalej stary Manhattan — Odrodzony Babilon. Wyglądało na to, że miasto jest zelektryfikowane i że to właśnie jest źródłem dalekiej mgiełki iluminacji, którą widziałem wcześniej. Ale dlaczego światła były tak barwne? I dziwnie przydymione?

Zmrużyłem oczy, starając się dostrzec detale, ale światła były dla mnie tylko skupiskiem punkcików. Podążyłem ze wszystkimi wzdłuż doków i wkrótce moją uwagę przyciągnęła woda. Pomijając fakt, że mieszkałem w Newcago, nigdy nie byłem przy większym zbiorniku wodnym. Stalowe Serce zmienił w stal tak dużą część jeziora Michigan, że nigdy nie byłem na czymś takim jak brzeg. Czarne głębiny sprawiały, że czułem się dziwnie niekomfortowo.

Przed nami, na końcu doków, zamigotało światło oblewające poświatą średniej wielkości łódź motorową. Na jej tyle siedział olbrzymi mężczyzna noszący czerwoną flanelową koszulę, w którą mogłoby zmieścić się pięciu ludzi. Brodaty, z kręconymi włosami, pomachał nam z uśmiechem.

 

Cholera, ten facet był ogromny. Wyglądało to tak, jakby jeden drwal połknął drugiego drwala, a z ich połączonej siły powstał jeden, naprawdę gruby drwal. Stał w łodzi, gdy Val wskoczyła do niej. Mężczyzna uścisnął dłonie Tii i Profesora, potem uśmiechnął się do mnie.

— Exel — powiedział cicho, przedstawiając się. Robił krótkie przerwy między sylabami, co w efekcie brzmiało tak, jakby mówił „X.L.” Zastanawiałem się, jakie zadanie przypadło mu w grupie. — To ty jesteś pogromcą Stalowego Serca?

— Tak — odrzekłem, ściskając jego rękę. Ciemność, na szczęście, skrywała moje zakłopotanie. Najpierw Val, a teraz ten facet zwracali się do mnie w ten sposób. — Nie ma potrzeby, żebyście tak mnie nazywali.

— To zaszczyt — rzekł Exel, cofając się.

Oczekiwano, że wsiądę na łódź. To nie powinien być problem, prawda? Zdałem sobie sprawę, że się pocę, ale zdołałem zmusić się, by wkroczyć na pokład niestabilnego środka lokomocji. Czy rzeczywiście mieliśmy zamiar przepłynąć rzekę w czymś tak małym? Usiadłem, czując się nieswojo. Wokół było mnóstwo wody.

— Wszyscy? — zapytał Exel, gdy znaleźliśmy się już na łódce.

— Wszyscy — odrzekł Profesor, sadowiąc się na dziobie. — Ruszajmy.

Val zajęła miejsce na rufie obok niewielkiego, przyczepnego silnika. Gdy go uruchomiła, silnik wydał delikatny odgłos parsknięcia i wypłynęliśmy na niepewne, czarne wody.

Przywarłem mocno do burty, obserwując wodę. Cała ta czerń pod spodem. Kto wie, co było tam w dole? Fale nie były ogromne, ale nas kołysały. Po raz kolejny zacząłem się zastanawiać, czy nie powinniśmy płynąć czymś większym. Przesunąłem się bliżej środka łodzi.

— Zatem — rzekła Val, sterując — przygotowaliście już nowego chłopaka?

— Nie — odrzekł Profesor.

— Teraz może być na to dobry moment, zważywszy… — zaczęła Val, wskazując ruchem głowy na odległe światła.

Profesor zwrócił się w moją stronę. Skrywał go cień. Wiatr rozwiewał jego ciemny, laboratoryjny fartuch. Nie wyzbyłem się całkowicie podziwu, który czułem w stosunku do Profesora, gdy się pierwszy raz spotkaliśmy. Tak, teraz byliśmy blisko — ale czasem uderzało mnie — to był Jonathan Phaedrus, założyciel Mścicieli. Człowiek, którego niemal czciłem przez większość mojego życia.

— Ta, która rządzi miastem — powiedział Profesor — jest hydromancerem.

Skinąłem skwapliwie głową.

— Rega — zacząłem.

— Nie wymawiaj jej imienia — wpadł mi w słowo Profesor. — Co wiesz o jej zdolnościach?

— Cóż — zacząłem — podobno potrafi stworzyć projekcję siebie samej, więc kiedy ją widzisz, tak naprawdę może to być jej duplikat. Należy także do klasycznych Epików wodnych. Potrafi kontrolować wodę, sprawić, że wznosi się lub opada, tego typu rzeczy.

— Umie także patrzeć poprzez powierzchnię wody — dodał Profesor. — I może słyszeć wszystko, co zostało wypowiedziane przez ludzi znajdujących się obok wody. Co sądzisz o skutkach takiej sytuacji?

Rozejrzałem się wokół.

— Rozumiem — odrzekłem, drżąc.

— W każdej chwili — powiedział znajdujący się nieopodal Exel — może obserwować także nas. Musimy działać, uwzględniając to… i strach.

— Jak to możliwe, że wciąż pozostajecie przy życiu? — zapytałem. — Jeśli widzi tak wiele…

— Ona nie jest wszechmogąca — powiedział Profesor stanowczo. — Za każdym razem może widzieć tylko jedno miejsce, a i to nie jest szczególnie łatwe. Regalia patrzy w trzymane naczynie z wodą, dzięki któremu może także patrzeć poprzez powierzchnię wody, która ma kontakt z powietrzem.

— Niczym wiedźma — powiedziałem. — Z opowiadań.

— Coś w tym stylu — powiedziała Val, chichocąc. — Chociaż wątpię, by miała kocioł.

— Tak czy inaczej — rzekł Profesor — jej moce są rozległe, ale Regalii nie przychodzi łatwo przyglądanie się i znajdowanie rzeczy na chybił trafił. Coś musi przyciągnąć jej uwagę.

— Dlatego unikamy wymawiania jej imienia — dodała siedząca z tyłu łodzi Val. — Chyba że mówimy szeptem przez telefon komórkowy.

Profesor dotknął słuchawki tkwiącej w uchu. Włączyłem swoją komórkę i wzmacniacz głosu, bezprzewodowo połączone z moją słuchawkę.

— Tak jak teraz — wyszeptał Profesor, ale słowa popłynęły do mego ucha wystarczająco głośno, bym je usłyszał.

Skinąłem głową.

— Teraz — mówił dalej Profesor — jesteśmy w jej mocy. Płyniemy po otwartym morzu. Gdyby wiedziała, że tutaj jesteśmy, mogłaby przyzwać wodne macki i zepchnąć łódź w głębiny. W tym mieście, podobnie jak w innych, Mściciele mogą funkcjonować, bo jesteśmy ostrożni, cisi i ukrywamy się. Nie pozwól, by sposób, w jaki mogliśmy postępować w Newcago, uczynił cię mniej czujnym tutaj. Zrozumiałeś?

— Tak — odrzekłem, szepcząc tak jak Profesor i ufając, że czujniki w mojej słuchawce wychwycą mój głos i przetransmitują go. — Dobrze, że już wkrótce będziemy z dala od otwartej wody, prawda?

Profesor obrócił się w kierunku miasta i zamilkł. Przepłynęliśmy obok czegoś dużego i stalowego wystającego z wody. Zmarszczyłem brwi. Co to było? I dlaczego umieszczono to pośrodku rzeki? W oddali widniała druga taka rzecz.

Szczyty wież mostu zwodzonego, zdałem sobie sprawę, dostrzegając przewody znajdujące się w wodzie. Cały most zatopiono.

Albo… podniósł się poziom wody.

— Cholera — wyszeptałem. — Nigdy nie unikniemy przebywania na otwartej wodzie. Ona zatopiła miasto.

— Tak — rzekł Profesor.

Byłem oszołomiony. Słyszałem, że Regalia podniosła poziom wody wokół Manhattanu, ale to, co widziałem, znacznie przekraczało moje przypuszczenia. Kiedyś ten most, prawdopodobnie, majaczył około trzech metrów nad poziomem wody; teraz był pod nią. Widoczne były tylko jego wsporniki.

Odwróciłem się i popatrzyłem na wodę, którą już przemierzyliśmy. Teraz zauważyłem subtelne wzniesienie. Woda w tym miejscu wybrzuszała się, a my musieliśmy poruszać się w górę, by dotrzeć do Babilaru, tak jak byśmy wspinali się po wodnym wzgórzu. Zdumiewające. Zbliżaliśmy się do miasta i zobaczyłem, że faktycznie było ono zatopione. Drapacze chmur wznosiły się niczym wielcy kamienni strażnicy, zaś ulice stały się kanałami.

Gdy przyglądałem się dziwnym widokom, dostrzegłem coś jeszcze bardziej zdumiewającego. Błyszczące światła, które dostrzegłem po drodze do Babilaru, nie pochodziły z okien wieżowców, lecz ze ścian budynków. Świetlne plamy, jasne i fluorescencyjne, niczym błyszczący sygnał świetlny.

Błyszcząca farba? Na to wyglądało. Przywarłem do boku łodzi, marszcząc brwi. Nie tego się spodziewałem.

— Skąd czerpią elektryczność? — zapytałem do mikrofonu.

— Nie mają jej — rozbrzmiał w moim uchu głos Val. Szeptała, ale ją słyszałem. — W mieście nie ma elektryczności poza tą, którą mamy w naszej ukrytej bazie.

— Ale światła? Jak działają?

Nagle burty naszej łodzi zaczęły świecić. Podskoczyłem, spoglądając w dół. Blask był najpierw przyćmiony, lecz potem zaczął przybierać na sile. Niebieska… farba. Burty łodzi zostały pomalowane sprayem. To samo dotyczyło budynków. Malowanie sprayem… graffiti. Graffiti lśniło różnymi kolorami niczym różnobarwny mech.

— Na jakiej zasadzie działają światła? — rzekła Val. — Sama chciałabym wiedzieć.

Łódź zwolniła, a my przepłynęliśmy między dwoma wielkimi budynkami. Ich szczyty świeciły. Mrużąc oczy, dostrzegłem pomalowane sprayem tablice, okalające dachy. Lśniły żywymi odcieniami czerwieni, pomarańczu i zieleni.

— Witaj w Odrodzonym Babilonie, Davidzie — rzekł siedzący na dziobie Profesor. — Największej zagadce świata.

10

Val wyłączyła silnik i wręczyła wiosła mnie, Mizzy i Exelowi, jedno zostawiając sobie. Wzięliśmy się do wiosłowania. Wypłynęliśmy spomiędzy dwóch wysokich budynków i zbliżyliśmy się do dwóch niższych konstrukcji, których szczyty wystawały ponad wodę tylko na wysokość około metra.

Możliwe, że były to kiedyś niewielkie apartamentowce, teraz zanurzone w wodzie z wyjątkiem górnego piętra. Ludzie mieszkali na dachach, w przeważającej części w namiotach — jaskrawych, kolorowych, które pokryto wzorami i symbolami wymalowanymi lśniącym sprayem. Niektóre malunki były piękne, inne nie zdradzały ani krzty talentu twórcy. Widziałem nawet blask pod wodą — było to zatopione graffiti. Stare malowidła lśniły tak samo jak nowsze, na przykład te na szczytach wieżowców.

Miasto było pełne życia. Na sznurkach przymocowanych do słupków wisiało suszące się pranie. Dzieci siedziały na krawędziach najwyższych budynków, pluskały nogami w wodzie i przyglądały się nam. Obok nas mężczyzna wiosłował na niewielkiej barce, która wyglądała jak wiązka drewnianych, przymocowanych do siebie drzwi. Każde z nich były pomalowane sprayem w koła o różnych kolorach.

Po samotnej podróży, podczas której przemierzaliśmy pustkowia, byłem zaszokowany przytłaczającym poczuciem aktywności. Tak wielu ludzi. Tysiące w małych wioskach na dachach zatopionych budynków. Im dalej zapuszczaliśmy się w miasto, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że namioty i budynki nie były bunkrami czy miejscami czasowego pobytu wędrowców. Były zbyt schludne, a pomiędzy szczytami domów rozpięto starannie wykonane mostki. Mógłbym się założyć, że wielu spośród tych ludzi mieszkało tak od lat.

— Czy powinniśmy poruszać się tak jawnie? — zapytałem, czując się niepewnie.

— Babilar to zatłoczone miasto — rzekł Profesor — szczególnie w nocy, kiedy widać światła. Gdybyśmy próbowali zakraść się tu niepostrzeżenie, łatwo byłoby nas zauważyć. A teraz jesteśmy po prostu pasażerami kolejnej łódki.

— Nie możemy użyć silnika — zauważył Exel. — Niewielu ludzi w mieście je ma.

Skinąłem głową, obserwując nastolatków wiosłujących w połyskującym kajaku.

— Wyglądają tak…

— Nędznie? — zapytała Mizzy.

— Normalnie — odrzekłem. — Wszyscy po prostu żyją swoim życiem.

W Newcago nigdy nie można było wieść normalnego życia. Pracowało się po wiele godzin w fabrykach broni, którą potem Stalowe Serce sprzedawał. Po pracy nie wolno było się wychylać i należało unikać żołnierzy. Słysząc głośniejszy dźwięk, człowiek podskakiwał do góry, bo mogło się zdarzyć, że to jeden z Epików szukał rozrywki.

W Babilarze ludzie śmiali się, bawili w wodzie… leniuchowali. Prawdę rzekłszy, niewielu z nich wydawało się robić coś produktywnego. Może dlatego, że było późno. Dziwiła mnie też inna kwestia. Był środek nocy, ale nawet dzieci wciąż były aktywne.

Minęliśmy większy budynek, który wystawał ponad powierzchnię wody na wysokość trzech pięter. Przez potrzaskane szyby w oknach zobaczyłem coś, co wyglądało na rośliny. Rosnące wewnątrz budynku.

Na roślinach widoczne były lśniące, delikatne żółtozielone owoce, a ich liście wyglądały tak samo jak płatki, które znaleźliśmy przy Sourcefield.

— Co, do diaska, dzieje się w tym mieście? — wyszeptałem.

— Nie mamy pojęcia — odrzekła Val. — Przybyłam tutaj ponad dwa lata temu. Sześć miesięcy po tym, jak Regalia przyhamowała swoje tyrańskie rządy i zdecydowała się oczyścić miasto. — Jak to zaznaczyła wcześniej, Val nie miała oporów w wymawianiu imienia Regalii, dopóki miało to miejsce poprzez słuchawki.

— Czuję się tak, jakbym wiedziała mniej niż wtedy, gdy przybyłam tu po raz pierwszy — kontynuowała. — Tak, wewnątrz budynków rosną rośliny i wydają się nie potrzebować ani uprawiania, ani światła słonecznego, ani uwagi człowieka. Drzewa rodzą kwiaty, owoce i warzywa w dużej ilości, wystarczającej, by nikt nie był głodny. Trwało to dopóty, dopóki jeden z przestępczych karteli nie zmonopolizował wszystkiego.

— Regalia położyła temu kres — zaszeptała w słuchawkę Mizzy, zanurzając wiosło w wodzie. — Działo nam się źle, nim ona przybyła.

— Nam? — zapytałem.

— Pochodzę z Manhattanu — powiedziała. — Tu się urodziłam i wychowałam. Nie pamiętam wiele z najwcześniejszego dzieciństwa, ale Calamity tak. Lśnienie pojawiło się natychmiast po niej; wszystko, co zostało pokolorowane sprayem, stare czy nowe, zaczynało lśnić. Tylko rysunki wykonane sprayem wykazują takie właściwości. W tym samym czasie zaczęły pojawiać się rośliny, w tamtym czasie rosły na ulicach, i nikt nie miał na to wytłumaczenia, no chyba że Światło Poranka.

— Epik? — zapytałem.

— Możliwe — odrzekła Mizzy, wzruszając ramionami. — Niektórzy tak myślą. Światło Poranka jest tym, kogo nazywają osobą, siłą, Epikiem lub czymkolwiek, co spowodowało to wszystko. Poza wodą, oczywiście. To nastąpiło później, wraz z pojawieniem się Regalii. Wyrzucanie na ulice, zatapianie budynków. W tamtym czasie zginęło wielu ludzi.

 

— Zabiła tysiące — włączył się Profesor, mówiąc cichym głosem. — Potem pozwoliła, by przez lata w mieście obowiązywały gangsterskie zasady. Dopiero niedawno zdecydowała się ratować miasto. Nawet teraz kontroluje gangi, choć już nie terroryzują. Strzegą.

— Tak — rzekła Val, patrząc na grupę ludzi tańczących na dachu budynku. Bębny wybijały przyjemny rytm. — To przerażające.

— Przerażające? — zapytał Exel. — To, że Epik chce zrobić coś dobrego dla odmiany? Ja myślę, że to, co się tutaj dzieje, jest wspaniałe. — Pomachał przyjaźnie do ludzi, obok których przepływaliśmy.

Oni go znają, zdałem sobie sprawę, patrząc na ludzi, którzy machali w odpowiedzi. Założyłem, że nie wiedzą, kim naprawdę jest Exel, a jego „osadzenie się” w Babilarze sprawiło, że musiał stworzyć fałszywą tożsamość i zmieszać się z tubylcami.

— Nie, Exel — odezwał się w słuchawce ostry szept Profesora. — Regalia coś planuje. Jej domniemana dobrotliwość niepokoi mnie, zwłaszcza od momentu, gdy zaczęła wysyłać Epików w celu eliminacji mojej grupy w Newcago. Nie zapominaj, że to ona najęła… osobę, która zabiła Sama.

Val, Exel i Mizzy spojrzeli na Profesora.

— To dlatego jesteście tutaj? — zapytała cicho Val. — Czy w końcu naszym docelowym zadaniem jest zabicie Regalii?

Zerknąłem na Profesora. Znał Regalię. Osobiście. Byłem tego coraz bardziej pewien. Być może dawno temu byli przyjaciółmi. Byłoby wspaniale, gdyby udało mi się wydobyć z Profesora więcej informacji, ale on miał swój styl bycia. Lata w ukryciu i dowodzenie Mścicielami nauczyły go, by być powściągliwym.

— Tak — wyszeptał. — Jesteśmy tutaj, by ją unicestwić. I każdego sprzymierzonego z nią Epika. — Popatrzył wprost na mnie, jak gdyby przypuszczał, że powiem coś o Megan.

Nie powiedziałem. Najpierw musiałem mieć więcej informacji.

— Jest pan tego pewien, Profesorze? — zapytał Exel. — Być może Regalia naprawdę zdecydowała się zatroszczyć o tych ludzi. Dostarczyła trunków, rozdaje je za darmo. Nie pozwala, by jakikolwiek gang powstrzymywał ludzi od zbierania owoców. Może to jakaś próba stworzenia utopii. Może ona, jako Epik, zdecydowała się zmienić i być dobra, dla odmiany.

Coś eksplodowało na pobliskim dachu.

Ciemność rozjaśnił snop ognia, po którym nastąpiło przerażenie i ból. Ludzie skakali do wody, a potem nastąpił kolejny wybuch.

Profesor popatrzył na Exela i potrząsnął głową. Wstałem, ignorując tę wymianę spojrzeń. Byłem tak zszokowany eksplozją, że prawie nie zwróciłem uwagi, jak bardzo zakołysała się łódź, gdy wstałem.

Wsłuchałem się w odległe jęki bólu i spojrzałem przerażony na grupę.

— Co to?

Exel, Val, Mizzy… wszyscy wyglądali na tak samo zdumionych. Cokolwiek się wydarzyło przed chwilą, nie było normą w tym mieście.

— Powinniśmy ruszyć na pomoc — powiedziałem.

— To nie jest Newcago — rzekła Tia. — Nie słyszałeś, co powiedział Jon? Musimy pozostawać w ukryciu.

Za nami, tym razem bliżej, nastąpiła kolejna eksplozja. Poczułem siłę jej wybuchu albo tylko tak mi się wydawało. Spochmurniałem i przesunąłem się na bok łodzi. Nie miałem zamiaru po prostu siedzieć, gdy ludzie umierali.

Od rzucenia się z pomocą powstrzymała mnie woda oddzielająca nas od najbliższego budynku.

— Tia, David ma rację — rozległ się wreszcie w słuchawce głos Profesora. — Nie możemy pozwolić, by ta sytuacja trwała, cokolwiek się stało. Musimy sprawdzić, czy nie możemy pomóc. Zbadamy sprawę, ale ostrożnie. Val, czy ludzie w mieście mają broń?

— Nic o tym nie słyszałam — odparła Val.

— W takim razie możemy spróbować. Nie róbcie jednak nic bez mojej zgody. Siadaj, David. Jesteś potrzebny przy wiosłach.

Usiadłem z niechęcią i chwyciłem za wiosła, kierując łódź ku najbliższemu budynkowi. Ludzie nad naszymi głowami biegiem przemierzali mosty, uciekając przed eksplozjami, wpadając w pędzie jeden na drugiego. Dach, ku któremu zmierzaliśmy, był położony dość nisko, niżej niż jedno z pięter widoczne ponad wodą, i gdy tylko doń dopłynęliśmy, byłem w stanie podskoczyć, chwycić za krawędź dachu i podciągnąć się w górę.

Mogłem stąd wszystko widzieć lepiej. Znajdowałem się na dachu dużego apartamentowca. Naprzeciwko znajdował się bliźniaczy budynek. Oba apartamentowce miały ten sam kształt, a rozdzielała je tylko niewielka przestrzeń wody. Eksplozja nastąpiła na dachu drugiego budynku; widniały na nim na wpół spalone namioty. Żywi klęczeli przy zwęglonych ciałach bliskich. Inni, poparzeni, jęczeli z bólu. Miałem ochotę zwymiotować.

Na dach obok mnie przedostał się Profesor, po czym syknął ze złością.

— Trzy eksplozje — rzekł cicho. — Co się dzieje?

— Musimy pomóc — powiedziałem zatroskany.

Profesor klęczał przez chwilę, milcząc.

— Profesorze…

— Tia, Exel — rzekł szeptem do słuchawki. — Przygotujcie się, by pomóc rannym. Zajmijcie się łodzią. Val, David i ja przejdziemy się po dachu i będziemy was stąd osłaniać. Coś mi tutaj nie gra — zbyt wielki pożar, dziwnie małe rumowisko. Tego nie spowodowała bomba.

Skinąłem głową. Dołączyła do nas Val i we troje przemierzyliśmy dach w kierunku źródła ognia. Tia i pozostała dwójka manewrowali łodzią tak, że poruszali się równolegle z nami.

Profesor zatrzymał Val i mnie obok mostu linowego, wiodącego do sąsiedniego budynku. Ludzie przeciskali się obok nas, popielaci na twarzach, w osmalonych ubraniach. Profesor schwycił za ramię człowieka, który nie wyglądał na rannego.

— Co się stało? — zapytał cicho.

Mężczyzna potrząsnął głową i odszedł. Profesor dał mi znak, bym miał przygotowaną broń, toteż klęknąłem przy ceglanym kominie z karabinem w pogotowiu. Osłaniałem Tię i Exela, którzy podpłynęli do płonącego budynku, a potem wspięli się na dach, niosąc plecak, w którym, jak przypuszczałem, znajdowała się apteczka pierwszej pomocy.

Usiadłem, czekając, aż Exel zacznie bandażować rannych. Tia wyjęła coś jeszcze; małe narzędzie, które nazywaliśmy wzmacniaczem — ukryte było pod postacią pudełka z wystającymi zeń przewodami, które, jak twierdziliśmy, miało leczyć ludzi. Tak naprawdę działał tu Profesor; musiał przekazać Tii część swych zdolności, nim dołączył do mnie na dachu.

Tia musiała używać ich oszczędnie i tylko w przypadku rannych znajdujących się na skraju śmierci. Cudowne uzdrowienia ściągnęłyby na nas zbyt wiele uwagi. Cholera. Tak czy siak mogliśmy zwrócić na siebie uwagę. Byliśmy w oczywisty sposób dobrze zorganizowani, uzbrojeni i wyszkoleni. Jeśli nie bylibyśmy ostrożni, mogłoby to zdemaskować tożsamość Exels i Val.

— A co ze mną? — zapytała przez słuchawkę Mizzy. Wciąż czekała w łódce, kołyszącej się na ciemnych falach wody, na rogu płonącego budynku. — Profesorze?

— Pilnuj łodzi — powiedział.

— Ja… — rzekła Mizzy niepewnie. — Tak jest.

Koncentrowałem się na swoim zadaniu, obserwując, czy Tii i Exelowi zagraża coś na płonącym dachu, ale moje myśli biegły ku dziewczynie. Wiedziałem, jak to jest odczuwać sceptycyzm Profesora. Potrafił być twardy. A ostatnio nawet jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Biedna mała.

Ty też ją w taki sposób traktujesz, zdałem sobie sprawę. Prawdopodobnie nie jest nawet rok młodsza od ciebie. To nie było w porządku, że myślałem o niej jako o dzieciaku. Była kobietą. I to ładną.

Skup się.

— Ach, tutaj jesteś, Jonathan. Dokładnie na czas.

Brzmiący rzeczowo głos sprawił, że podskoczyłem nieomal do gwiazd. Odwróciłem się w stronę, z której dobiegł głos, i uniosłem mój karabin.

Obok Profesora stała starsza czarnoskóra kobieta. Miała pomarszczoną skórę, a siwe włosy zebrane w kok. Wokół szyi miała zawiązaną chustkę i nosiła modną — choć nieco mamusiowatą — białą marynarkę, bluzkę i luźne spodnie.