PożarTekst

Z serii: Mściciele #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Brandon Sanderson

Pożar


ISBN: 978-83-65521-05-7

TYTUŁ ORYGINAŁU: Firefight


PRZEKŁAD: Joanna Szczepańska



Text copyright © 2015 by Dragonsteel Entertainment, LLC

All rights reserved

Copyright © 2016 for the Polish translation by

Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań


Redaktor: Łukasz Radecki

Ilustracja na okładce: Katarzyna Bech


Wydanie I


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Prolog

CZĘŚĆ I

CZĘŚĆ II

CZĘŚĆ III

CZĘŚĆ IV

Epilog

Podziękowania

Dla Nathana Goodricha,

drogiego przyjaciela, który był na tyle cierpliwy, że czytał moje książki, gdy jeszcze nie były dobre

Prolog

Widziałem, jak Calamity wschodzi.

Miałem sześć lat, gdy stałem nocą na balkonie naszego mieszkania. Wciąż pamiętam terkotanie starego klimatyzatora, zamontowanego w oknie obok, który zagłuszał płacz mojego ojca. Przeciążona pracą maszyna, zamontowana w szybie wielopiętrowca, ociekała wodą, niczym potem ściekającym z czoła szykującego się do skoku samobójcy. Klimatyzator był zepsuty; wydmuchiwał powietrze, ale go nie chłodził. Moja matka często go wyłączała.

Po jej śmierci ojciec zostawiał urządzenie włączone; mówił, że czuje się lepiej, gdy działało.

Opuściłem moje lody na patyku i mrużąc oczy, zacząłem się przyglądać czerwonemu światłu, które wyłaniało się niczym gwiazda na horyzoncie. Tylko jedna z gwiazd była tak jasna i tak czerwona. Crimson. Wyglądała niczym rana od kuli na kopule niebios.

Tamtej nocy Calamity oblała całe miasto dziwną, ciepłą poświatą. Stałem tam — moje lody na patyku topniały, lepka ciecz spływała mi po palcach — obserwując jej nadejście.

Potem nastąpił krzyk.

CZĘŚĆ I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

— David? — Głos dobiegł ze słuchawki tkwiącej w moim uchu.

Ocknąłem się z zadumy. Znowu wpatrywałem się w Calamity. Od jej pojawienia się na niebie minęło trzynaście lat. Nie byłem już dzieciakiem mieszkającym z ojcem; nie byłem też sierotą pracującą w fabryce broni w podziemiach.

Byłem Mścicielem.

— Tutaj — odpowiedziałem, przemierzając dach z przewieszonym przez ramię karabinem. Była noc i mógłbym przysiąc, że widziałem czerwoną poświatę, którą rzucało na wszystko światło Calamity, choć nigdy już nie było tak jasne jak tej pierwszej nocy.

Przede mną rozpościerał się widok na centrum Newcago. Powierzchnie obiektów miasta odbijały światło gwiazd. Wszystko tutaj było stalowe, niczym cyborg z przyszłości ze zdartą skórą. Tylko że nie był to typ morderczy. Ani w ogóle żywy.

Człowieku, pomyślałem. Jesteś do dupy w metaforach.

Stalowe Serce był martwy, a my odzyskaliśmy Newcago — włączając w to wiele udogodnień, które niegdyś były zarezerwowane tylko dla elit. Mogłem brać prysznic każdego dnia we własnej łazience. Nie wiedziałem, co robić z takim luksusem, który był czymś więcej niż jedynie poczuciem, że człowiek nie śmierdzi.

Newcago po bardzo długim czasie było wolne.

Do mnie należało zadanie, by taki stan utrzymać.

— Nic nie widzę — szepnąłem, klękając na skraju dachu. W uchu miałem słuchawkę, która łączyła się bezprzewodowo z moim telefonem komórkowym. Maleńka kamera w niej zamontowana umożliwiała Tii dostrzeganie tego, co widziałem ja, słuchawka zaś była na tyle czuła, by przekazywać to, co mówiłem, nawet jeśli robiłem to bardzo cicho.

— Nadal obserwuj — powiedziała Tia. — Cody mówi, że Profesor i obiekt zmierzają w twoim kierunku.

— Jest spokojnie — odszepnąłem. — Jesteś pewna…

Dach eksplodował tuż obok mnie. Krzyknąłem, przetaczając się do tyłu, podczas gdy cały budynek się zatrząsł. Wybuch sprawił, że wokół rozprysnęły się kawałki metalu. Calamity! Poczułem się tak, jakbym oberwał kilka ciosów.

— Cholera! — wrzasnął Cody do słuchawki. — Ona pojawiła się blisko mnie. Zmierza w północnym kierunku…

Jego głos utonął w kolejnym strumieniu energii, który wytrysnął z ziemi i rozpruł część dachu, na której się kryłem.

— Biegiem! — krzyknęła Tia.

Jakby trzeba było mi to mówić. Ruszyłem. Po mojej prawej stronie zmaterializowała się świetlna postać. Ubrana w czarny kombinezon i sportowe buty. Sourcefield nosiła maskę — taką, jaką na przykład nosili wojownicy ninja — i długą, czarną pelerynę. Niektórzy Epicy częściej od pozostałych zaopatrywali się w gadżety mające podkreślić ich „nadludzkie możliwości”. Szczerze mówiąc, Sourcefield wyglądała śmiesznie, nawet jeśli emanowała błękitnym światłem energii rozchodzącej się po jej ciele.

Gdyby czegoś dotknęła, zmieniłaby się w energię i mogłaby się w tej postaci przemieszczać. Nie była to prawdziwa teleportacja, ale coś do niej zbliżonego — a im lepszym przewodnikiem była rzecz dotknięta przez Sourcefield, tym dalej mogła ona podróżować. Miasto ze stali było dla niej czymś na kształt raju. Zdumiewające, że tak wiele czasu zabrało jej przybycie tutaj.

Jakby teleportacja nie była wystarczająca, jej elektroenergetyczne zdolności czyniły ją odporną na działanie większości rodzajów broni. Słynne były świetlne pokazy, które dawała. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w ludzkiej postaci, zawsze natomiast chciałem ujrzeć jej działania.

Jednakże nie z tak bliska.

— Zmieniamy plan! — zarządziła Tia. — Profesorze? Jon! Odzew! Abraham?

Słuchałem połowicznie, bo ze świstem przeleciała obok mnie kula trzaskającej energii. Pośliznąwszy się, rzuciłem się w stronę przeciwną. Tam, gdzie stałem jeszcze przed chwilą, przeleciała kolejna kula. Trafiła w dach, powodując eksplozję i sprawiając, że się zatoczyłem. Odłamki metalu uderzyły mnie w plecy, gdy ruszyłem ku bocznej ścianie budynku.

Potem skoczyłem.

Nie poleciałem daleko, docierając do balkonu jednego z mieszkań wielopiętrowca. Z bijącym sercem wdarłem się do środka. Przy drzwiach po drugiej stronie pomieszczenia stała plastikowa chłodziarka. Otworzyłem pokrywę i zacząłem w niej grzebać, starając się zachować spokój.

Sourcefield przybyła do Newcago na początku tygodnia. Natychmiast zaczęła zabijać przypadkowych ludzi — bez żadnego konkretnego powodu. Tak samo czynił wcześniej Stalowe Serce. Potem zaczęła nawoływać mieszkańców Newcago, by zwrócili się przeciwko Mścicielom i postawili ich przed sądem.

Pokręcone poczucie sprawiedliwości Epików. Zabijali, kogo tylko chcieli, ale rewanż był dla nich obrazą tak wielką, że nieomal niemożliwą do pojęcia. Cóż, wkrótce jednak Source field będzie musiała to zrozumieć. Póki co nasz plan doprowadzenia do jej upadku nie wychodził szczególnie dobrze, ale byliśmy Mścicielami. Przygotowanymi na nieoczekiwane.

Z chłodziarki wyciągnąłem gumowy balonik na wodę, wypełniony teraz owocowym napojem chłodzącym.

To, pomyślałem, będzie użyteczne.

Tia i ja przez kilka dni debatowaliśmy nad słabością Source field. Każdy Epik miał przynajmniej jedną, i to zazwyczaj przypadkową. Trzeba było pogrzebać w historii konkretnego Epika, dowiedzieć się, jakich rzeczy unikał i jakie substancje czy sytuacje mogły pozbawić go mocy.

Gumowe opakowanie zawierało to, co — jak przypuszczaliśmy — miało związek ze słabością Sourcefield. Obróciłem się, w jednej ręce trzymając balonik, a w drugiej broń. Obserwowałem drzwi, czekając na przybycie Sourcefield.

— David? — w słuchawce zabrzmiał głos Tii.

— Tak? — wyszeptałem, zaniepokojony i gotowy, by rzucić balonik.

— Dlaczego obserwujesz balkon?

Dlaczego obserwowałem…

No tak. Sourcefield umiała przenikać przez ściany.

Czując się jak idiota, odskoczyłem w tył, podczas gdy Sourcefield właśnie przeniknęła przez sufit. Wokół niej strzelały elektryczne błyski. Opadła na jedno kolano i wyciągnęła rękę, w której wzrastała elektryczna, gwałtownie rzucająca wokół cienie, kula.

Nie czułem nic poza wzrostem adrenaliny. Rzuciłem balonik, który uderzył Sourcefield prosto w klatkę piersiową. Emitowana przez nią energia natychmiast wygasła. Wypełniający balonik czerwony płyn rozprysnął się po ścianach i po podłodze wokół. Zbyt jasny na krew, to był sproszkowany napój owocowy, który miesza się z wodą i cukrem. Pamiętałem to z dzieciństwa.

 

I to właśnie była słabość Sourcefield.

Z bijącym sercem przygotowałem karabin. Sourcefield wpatrywała się w swą mokrą klatkę piersiową jakby w szoku, choć czarna maska sprawiała, że nie mogłem widzieć wyrazu jej twarzy. Po jej ciele wciąż przebiegały elektryczne pasma, przypominające maleńkie świecące robaczki.

Odbezpieczyłem karabin i nacisnąłem spust. Wystrzał sprawił, że pomieszczenie stanęło w płomieniach, a ja poczułem się ogłuszony, ale posłałem nabój dokładnie ku twarzy Sourcefield.

Potem kula eksplodowała, wchodząc w emitowane przez nią pole energetyczne. Nawet przemoczona, warstwa ochronna zadziałała.

Sourcefield spojrzała na mnie, a emitowana przez nią elektryczność znowu się obudziła — bardziej okrutna, jeszcze bardziej niebezpieczna. Rozświetliła pokój niczym pizza calzone wypełniona dynamitem.

O rany…

2

Drzwi za moimi plecami eksplodowały i znalazłem się w korytarzu. Wybuch rzucił mnie twarzą na ścianę i usłyszałem trzask.

Z jednej strony, uwolniłem się. Odgłos trzasku oznaczał, że Profesor nadal żyje — jego moce Epika gwarantowały mi pole ochronne. Z drugiej jednak strony, goniła mnie wściekła maszyna do zabijania.

Odepchnąłem się od ściany i pobiegłem w dół stalowym korytarzem, który oświetlałem dzięki przyczepionej do ramienia komórce. Lina ratunkowa, pomyślałem gorączkowo. Którędy? Chyba w prawo.

— Znalazłem Profesora — rozległ się w moim uchu głos Abrahama. — Jest uwięziony w czymś w rodzaju energetycznego bąbla. Wygląda na sfrustrowanego.

— Wyceluj w to balonikiem — wydyszałem, nurkując w boczną odnogę. Wybuch za moimi plecami całkowicie zniszczył korytarz, którym biegłem przed chwilą. Cholera. Sourcefield była wściekła.

— Przerywam misję — powiedziała Tia. — Cody, dawaj w dół i zabierz Davida.

— Zrozumiałem — odezwał się Cody. Gdzieś w tle dało się słyszeć niewyraźne dudnienie — odgłos silników coptera.

— Tia, nie! — odrzekłem. Dotarłem do kolejnego pokoju. Przewiesiłem karabin przez ramię i chwyciłem plecak pełen baloników wypełnionych płynem.

— Plan zawodzi — tłumaczyła Tia. — Celem jest najprawdopodobniej Profesor, nie ty, Davidzie. Poza tym udowodniłeś już, że woreczki nie działają.

Wyciągnąłem jeden z plecaka, a potem czekałem na odpowiedni moment. Na ścianie zaczęły się pojawiać elektryczne błyski, zwiastujące nadejście Sourcefield. Pojawiła się sekundę później, a ja rzuciłem w nią balonikiem. Zaklęła, odskakując, a czerwony płyn rozbryznął się po ścianach.

Odwróciłem się i ruszyłem biegiem ku drzwiom prowadzącym do sypialni, kierując się na balkon.

— Ona boi się kool-aidu, Tia — powiedziałem. — Pierwsze opakowanie zneutralizowało wybuch energetyczny. Dobrze rozpoznaliśmy jej słabość.

— Jednakże Sourcefield zdołała zatrzymać twoją kulę.

Prawda. Wyskoczyłem na balkon, rozglądając się za liną.

Nie było jej tam.

Tia zaklęła mi prosto w ucho.

— To po to tutaj biegłeś? Lina jest dwa piętra wyżej, głupcze.

Cholera. Na swoją obronę miałem to, że wszystkie korytarze i pomieszczenia wyglądają tak samo, jeśli są zrobione ze stali.

Warkot coptera przybliżał się; nadlatywał Cody. Zgrzytając zębami, wskoczyłem na balustradę, a potem podciągnąłem się na balkon piętro wyżej. Chwyciłem się balustrady. Na jednym ramieniu zwisał mi karabin, na drugim plecak.

— David… — zaczęła Tia.

— Czy główna pułapka wciąż działa? — zapytałem, przedostając się poprzez leżaki, które kiedyś zmieniono w stal. Dotarłem do drugiego końca balkonu i wskoczyłem na balustradę. — Twoje milczenie traktuję jako odpowiedź twierdzącą — powiedziałem, zaczynając wspinaczkę.

Uderzyłem się mocno o kolejną balustradę balkonu piętro wyżej. Chwyciwszy jeden z jej drążków, spojrzałem w dół — zwisałem z wysokości dwunastego piętra. Odsunąłem strach na bok i z wysiłkiem wciągnąłem się na górę.

Poniżej Sourcefield docierała na balkon, który właśnie opuściłem. Sprawiłem, że się przeraziła. Co było i dobre, i złe jednocześnie. Potrzebowałem Sourcefield, by w spokoju zrealizować kolejną część mego planu. A to oznaczało prowokowanie jej, niestety.

Dotarłem na balkon, wydobyłem balonik i cisnąłem go w stronę Sourcefield. Potem, nie patrząc, czy trafiłem w cel, wskoczyłem na balustradę, chwyciłem linę i pociągnąłem za zawiązaną na niej pętlę.

Balkon eksplodował.

Na szczęście lina zamocowana była na dachu, a nie na balkonie i pozostała nienaruszona. W ciemność poszybowały roztopione kawałki metalu, ja zaś spadłem wraz z liną, nabierając prędkości. Takie rzeczy dzieją się szybciej, niż to może się wydawać. Wysokościowce obok mignęły jak jedna zamazana plama. Czułem, że naprawdę spadam.

Wydałem z siebie krzyk — na wpół paniki, na wpół ekstazy — po czym wszystko wokół mnie zamarło, a ja spadłem na ziemię i potoczyłem się po podłożu.

— Łał — wymamrotałem, zmuszając się, by wstać. Miasto wirowało mi przed oczami niczym przekrzywiony szczyt górski. Bolało mnie ramię i chociaż usłyszałem trzask, uderzając o ziemię, nie był on głośny. Pole ochronne, jakie zapewniał mi Profesor, przestało działać.

— David? — odezwała się Tia. — Cholera. Sourcefield strzeliła i odcięła linę. To dlatego na końcu upadłeś.

— Worek z płynem zadziałał — odezwał się nowy głos na linii. Profesor. Jego głos był mocny i szorstki, ale znamionujący solidnego człowieka. — Wydostałem się. Nie mogłem odezwać się wcześniej; ta energetyczna kopuła blokowała sygnał.

— Jon — zwróciła się do niego Tia — nie było w planie, żebyś z nią walczył.

— Już się stało — sapnął Profesor. — David, żyjesz?

— Coś w tym rodzaju — odparłem, chwiejąc się na nogach i sięgając po plecak, który zsunął mi się z ramienia, gdy toczyłem się po podłożu. Przez dno plecaka przeciekał czerwony, owocowy napój. — Ale nie jestem pewien, co z moimi balonikami. Wygląda na to, że może być pośród nich kilka ofiar.

Profesor chrząknął.

— Możesz to zrobić, David?

— Tak — odrzekłem stanowczo.

— Więc biegnij do miejsca, gdzie jest pułapka.

— Jon — zaczęła Tia. — Jeżeli wyszedłeś…

— Sourcefield zignorowała mnie — powiedział Profesor. — Było tak jak wcześniej, z Mitosis. Oni nie chcą walczyć ze mną, tylko z tobą. Musimy ją unicestwić, zanim dotrze do grupy. Pamiętasz drogę, David?

— Oczywiście — odparłem, rozglądając się za moim karabinem.

Leżał obok z pękniętą podporą lufy. Cholera. Wyglądało na to, że spust też się zepsuł. Nie będę mógł więcej używać tej broni. Sprawdziłem kaburę i tkwiący w niej pistolet ręczny. Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Na tyle dobrze, na ile może to być w przypadku ręcznego pistoletu. Nienawidzę rzeczy martwych.

— W oknach apartamentowca pojawiają się światła, coraz niżej — powiedział siedzący w copterze Cody. — Sourcefield teleportuje się poprzez tylne ściany aż na parter. Ściga cię, Davidzie.

— Nie podoba mi się to — zauważyła Tia. — Myślę, że powinniśmy się wycofać.

— David uważa, że da sobie radę — powiedział Profesor. — A ja mu ufam.

Pomimo grożącego mi niebezpieczeństwa uśmiechnąłem się. Dopóki nie dołączyłem do Mścicieli, nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo byłem samotny. A teraz słyszałem takie słowa…

Cóż, to było przyjemne. Bardzo przyjemne.

— Będę przynętą — powiedziałem, ustawiając się tak, by czekać na Sourcefield, jednocześnie grzebiąc w plecaku w poszukiwaniu balonów z płynem. Zostały jeszcze dwa. — Tia, niech nasz oddział będzie gotowy.

— Zrozumiałam — odezwała się niechętnie.

Ruszyłem w dół ulicy. Oświetlały ją latarnie zwisające ze starych, bezużytecznych ulicznych lamp. Dzięki temu zdołałem dostrzec twarze ludzi przyglądających mi się przez okna. Nie było w nich szyb, tylko staromodne drewniane żaluzje, które zrobiliśmy i założyliśmy.

Dokonując zamachu na Stalowe Serce, Mściciele zadeklarowali wojnę totalną z Epikami. Niektórzy ludzie uciekli z Newcago w obawie przed zemstą — ale większość została, przybyło też wielu nowych. Od chwili upadku Stalowego Serca liczba mieszkańców Newcago niemal się podwoiła.

Skinąłem głową obserwującym mnie ludziom. Nie miałem zamiaru zachęcać ich, by ukryli się w bezpiecznym miejscu. My, Mściciele, byliśmy ich bohaterami — lecz pewnego dnia ludzie ci będą musieli sami wystąpić przeciwko Epikom. Chciałem więc, by teraz się przyglądali.

— Cody, jesteś gotowy z wizualizacjami? — zapytałem, używając komórki.

— Nie — odparł Cody. — Ona może nadejść w każdej chwili… — Nad moją głową przesunął się czarny cień coptera. Siły Zbrojne, dawniej pozostające pod rozkazami policji Stalowego Serca, były teraz po naszej stronie. Wciąż nie byłem pewien, jak się z tym czuję. Armia kilkunastokrotnie próbowała mnie zabić. Nad czymś takim nie przechodzi się szybko do porządku dziennego.

W gruncie rzeczy, oni zabili Megan. Ale ona się z tego podniosła. Prawie. W mojej kaburze tkwił pistolet. Jeden z tych, które należały do niej.

— Oddziały zajmują pozycje — odezwał się Abraham.

— David? Jakiś ślad Sourcefield? — zapytała Tia.

— Nie — odrzekłem, omiatając wzrokiem pustą ulicę. Opustoszałe, oświetlane tylko kilkoma latarniami miasto wyglądało jak za czasów Stalowego Serca. Wyludnione i ciemne. Gdzie była Sourcefield?

Ona potrafi teleportować się poprzez ściany, pomyślałem. Co bym zrobił na jej miejscu? Mieliśmy tensory, które pozwalały nam wykonać tunele w dowolnym miejscu. Co zrobiłbym, gdybym miał tensor przy sobie?

Odpowiedź była oczywista. Zszedłbym na dół.

Sourcefield była pode mną.

3

— Zeszła do podziemi! — powiedziałem, wyciągając jeden balonik z napojem. — Ma zamiar pojawić się gdzieś w pobliżu i mnie zaskoczyć.

Gdy tylko to powiedziałem, przez ulicę przemknęła błyskawica, po czym z podłoża wyłoniła się świetlista postać.

Rzuciłem w nią kool-aidem, a potem ruszyłem biegiem.

Usłyszałem, jak balon wybucha, a potem przekleństwa wypowiedziane przez Sourcefield. Przez chwilę żaden wybuch energii nie próbował mnie usmażyć, więc przypuszczam, że ją trafiłem.

— Zniszczę cię, mały człowieczku! — krzyknęła za moimi plecami. — Rozedrę cię, jak huragan rozdziera papier!

— O rany — powiedziałem, docierając do skrzyżowania i chroniąc się za staromodną skrzynką pocztową.

— Co? — zapytała Tia.

— To była niezła metafora.

Rzuciłem okiem w kierunku Sourcefield. Biegła w dół ulicy, emanując elektrycznymi błyskami, które spływały po jej ciele do ziemi i kierowały się ku pobliskim słupkom i ścianom budynków, które mijała. Co za moc. Czy taką samą moc posiadałby Edmund, miły Epik, który zasilał dla nas Newcago, gdyby nieustannie nie szafował swymi zdolnościami?

— Nie mogę uwierzyć — wrzasnęła kobieta — że to ty zabiłeś Stalowe Serce!

Mitosis mówił to samo, pomyślałem. Był kolejnym Epikiem, który niedawno przybył do Newcago. Epicy nie mogli znieść faktu, że jeden z najpotężniejszych pośród nich, którego obawiali się nawet mocarze tacy jak Sourcefield, został zabity przez zwykłego człowieka.

Sourcefield wyglądała wspaniale, cała w czerni, z powiewającą peleryną, emanująca iskrami i błyskami. Niestety, ja nie potrzebowałem jej w wersji wspaniałej. Chciałem, by była wściekła. Oddział policji wychynął z pobliskiego budynku z karabinami szturmowymi na plecach i balonikami z kool-aidem w rękach. Gestem nakazałem im, by usytuowali się w bocznej uliczce. Skinęli głowami i wycofali się, czekając.

Nadszedł czas, bym poigrał z Epikiem.

— Pozbawiłem życia nie tylko Stalowe Serce! — krzyknąłem w jej stronę. — Zabiłem tuziny Epików. Ciebie też zabiję!

W skrzynkę na listy trafił strumień energii. Błyskawicznie skryłem się za budynkiem. Kolejna eksplozja nastąpiła o kilkanaście centymetrów od miejsca, gdzie kucałem. Ponieważ otarłem się o ziemię ramieniem, poczułem, jak wstrząsając mną, przebiega po nim fala energii. Zakląłem, opierając się o ścianę i poruszyłem dłonią. Potem wyjrzałem za róg. Sourcefield biegła w moim kierunku.

 

Wspaniale! Ale także przerażająco.

Pomknąłem ku budynkowi naprzeciwko. Sourcefield wypadła zza rogu w chwili, gdy dopadłem do drzwi wejściowych. Przejście wewnątrz budynku prowadziło do pomieszczenia, które niegdyś było salonem samochodowym. Przemierzyłem je biegiem. Sourcefield była za mną, błyskawicznie teleportując się przez frontową ścianę.

Biegłem przez kolejne pomieszczenia, pokonując trasę, którą wyznaczyliśmy wcześniej.

W prawo, do tego pokoju.

W lewo, w dół korytarzem.

Znów w prawo.

Wykorzystaliśmy jedną z mocy Profesora — tę, którą ukrył pod płaszczykiem wynalazku zwanego tensorem — polegającą na wycinaniu korytarzy. Sourcefield deptała mi po piętach, przechodząc przez ściany w błyskach światła. Nigdy nie miała mnie w zasięgu wzroku na tyle długo, by mogła do mnie celnie strzelić. Idealnie. Ona…

…zwolniła.

Zatrzymałem się przy drzwiach w tylnej części budynku. Sourcefield przestała mnie ścigać. Stała na końcu długiego korytarza prowadzącego wprost ku drzwiom, a emanowana przez nią energia płynęła ku stalowym ścianom.

— Tia, widzisz to? — wyszeptałem.

— Tak. Wygląda na to, że coś ją przeraziło.

Wziąłem głęboki oddech. Sytuacja była daleka od ideału, ale…

— Abraham — wyszeptałem — sprowadź oddziały. Czas na frontalny atak.

— Zgoda — rzekł Profesor.

Oddziały armii, które były do tej pory w pogotowiu, zgromadziły się przed wejściem do salonu samochodowego. Inne już schodziły po schodach; słyszałem ich ciężkie kroki. Source field obejrzała się, gdy dwóch żołnierzy w hełmach i futurystycznym uzbrojeniu wkraczało właśnie do korytarza. Fakt, iż rzucili w nią jasnopomarańczowymi balonami, zepsuł nieco wrażenie, jakie robili na otoczeniu.

Sourcefield położyła rękę na znajdującej się za nią ścianie, potem transformowała się w energię i zniknęła, wtapiając się w stal. Bezużyteczne balony pękły w zetknięciu z podłogą korytarza.

Pojawiła się znowu w przedpokoju i zaczęła razić energetycznymi wybuchami po całym korytarzu. Zacisnąłem powieki, gdy strumienie energii dosięgły dwóch żołnierzy, ale usłyszałem ich jęki.

— To wszystko, na co stać słynnych Mścicieli? — krzyknęła Sourcefield na widok kolejnych żołnierzy, którzy wtargnęli do budynku, atakując ją balonami ze wszystkich stron. Zmusiłem się, by to zobaczyć, wyciągając pistolet, gdy tymczasem Sourcefield przeniknęła przez podłogę.

Pojawiła się nagle tuż za plecami grupki żołnierzy w samym środku korytarza. Mężczyźni wrzasnęli, gdy poraziła ich energia. Zgrzytnąłem zębami. Gdyby przeżyli, Profesor mógłby ich uzdrowić pod przykrywką użycia „technologii Mścicieli”.

— Balony nie działają — powiedziała Tia.

— Działają — syknąłem, patrząc, jak jeden z nich dosięga Sourcefield. Jej moc osłabła. Strzeliłem, a wraz ze mną trzech żołnierzy, którzy stali naprzeciwko, w drugim końcu korytarza.

Wszystkie cztery kule pomknęły w kierunku Sourcefield; wszystkie cztery zostały wchłonięte przez jej pole ochronne i zniszczone. Balony działały, tylko nie dość dobrze.

— Wszystkie jednostki w południowej części korytarza — odezwał się głos Abrahama. — Odwrót. Natychmiast.

Zniknąłem za drzwiami, gdy budynkiem wstrząsnął nieoczekiwany grad pocisków. Abraham, który znajdował się na tyłach oddziałów strzelców wyborowych w dalekim końcu korytarza, prowadził ostrzał swoim gravatonicznym minidziałem XM380.

Chwyciłem za komórkę i włączyłem podgląd wideo. Widziałem całą sytuację z perspektywy Abrahama — rozbłyskujące w ciemnościach wystrzały, kule, które jedna za drugą, niecąc iskry, odbijały się rykoszetem w korytarzu. Te, które sięgały Sourcefield, wciąż były wychwytywane albo odbijane przez jej pole ochronne. Stojący za Abrahamem mężczyźni i kobiety rzucali balon za balonem. Czekający piętro wyżej żołnierze otworzyli właz znajdujący się nad naszymi głowami i spuścili przez niego wiadro z napojem.

Sourcefield uskoczyła, robiąc unik. Krok po kroku, odchodziła spoza zasięgu rozpryśniętego płynu. Obawiała się go, ale działanie kool-aidu nie było wystarczające. Oczekiwałem, że baloniki całkowicie zniwelują moce Epika, ale tak się nie stało.

Byłem prawie pewien, że znam przyczynę.

Sourcefield posłała w kierunku Abrahama i żołnierzy strumień energii. Abraham zaklął i padł na ziemię. Na szczęście jego pole ochronne spełniło swoją rolę, chroniąc także ludzi za jego plecami. Profesor wyposażył w nie specjalną kurtkę, wytwarzającą pole siłowe, którą miał na sobie Abraham. Dzięki połączeniu słyszałem ludzkie jęki, ale przestałem cokolwiek widzieć. Rozłączyłem się.

— Jesteś niczym! — wrzasnęła Sourcefield.

Umieściłem komórkę na ramieniu i wycofałem się do korytarza w samą porę, by ujrzeć, jak Sourcefield posyła strumień energii, który przeniknął przez sufit i poraził znajdujących się piętro wyżej żołnierzy. Wrzeszczeli.

Podniosłem ostatni balon i rzuciłem go. Eksplodował na jej plecach.

Odwróciła się w moją stronę. Cholera! Potężny Epik w glorii, świecący energią… Czy było dziwne, że istoty takie jak ona chciały rządzić?

Splunąłem jej pod nogi, potem odwróciłem się i ruszyłem biegiem ku tylnym drzwiom.

Krzyknęła za mną, ruszając w pościg.

— Górna część miasta, Haven Street — odezwał się w słuchawce głos Tii. — Przygotuj się do zrzutu.

Na dachu budynku, który wcześniej opuściłem, pojawili się ludzie. Kiedy na ulicę wypadła ścigająca mnie Sourcefield, zaczęli rzucać w dół balonikami. Zignorowała ich, biegnąc za mną. Jeśli to możliwe, spadające balony sprawiły, że była jeszcze bardziej wściekła.

Jednak, gdy balony rozprysły się tuż obok niej, przestała krzyczeć.

Dobrze, pomyślałem. Ociekałem potem. Skierowałem się ku budynkowi po przeciwnej stronie ulicy. Był to niewielki apartamentowiec. Wbiegłem do środka i ruszyłem do pierwszego mieszkania.

Sourcefield podążała za mną, niesiona falą energii i wściekłości. Ściany nie stanowiły dla niej przeszkody; przenikała przez nie, emanując świetlnymi błyskami.

Jeszcze trochę, ponaglałem ją niecierpliwie, zamykając za sobą drzwi. Ten apartamentowiec był zamieszkany i zastąpiliśmy wiele nieruchomych, stalowych drzwi działającymi drewnianymi.

Sourcefield przeniknęła przez ścianę, a ja przeskoczyłem przez metalową kozetkę i wbiegłem do następnego pokoju, który był czarny jak smoła. Zatrzasnąłem za sobą drzwi.

Światło wkraczającej do pokoju Sourcefield oślepiło mnie. Uderzyła aurą i nagle szok, jakiego doznałem wcześniej, wydał się minimalny. Przeszył mnie prąd, sprawiając, że moje mięśnie osłabły i poczułem ich skurcz. Sięgnąłem, by wcisnąć duży przycisk na ścianie, lecz moje ręce odmówiły posłuszeństwa.

Zamiast tego uderzyłem o przycisk twarzą.

Upadłem, pokonany przez wstrząs energetyczny. Sufit ciemnego pokoju, który niegdyś był łazienką, otworzył się i w dół poleciały setki galonów kool-aidu. Umocowane nad moją głową słuchawki prysznicowe uruchomiły się i wytrysnął z nich czerwony płyn.

Energia Sourcefield nagle zmalała. Strumienie elektryczne przepływały przez jej ręce małymi strużkami. Zwróciła się ku drzwiom, ale te były zatrzaśnięte. Klnąc, Sourcefield uniosła pięść, starając się zgromadzić energię do teleportacji, ale nieustający deszcz czerwonego płynu zniweczył jej moc.

Udało mi się podnieść na kolana.

Sourcefield zwróciła się ku mnie, rycząc, i złapała mnie za barki.

Wyciągnąłem rękę, chwyciłem jej maskę, a potem szarpnąłem ją zupełnie tak samo, jak to się robi z maskami narciarskimi. Na przodzie maski znajdował się kawałek plastiku, zasłaniający nos i usta. Czyżby to był jakiś rodzaj filtru? Pod maską kryła się kobieta w średnim wieku, z brązowymi, kręconymi włosami. Kool-aid nadal tryskał, spływając strumieniami po jej policzkach i przedostając się do ust.

Otaczające Sourcefield światło zupełnie zgasło.

Stęknąłem, wstając. Sourcefield krzyczała panicznie. Rzuciła się do drzwi, waląc w nie i próbując je otworzyć. Postukałem w mój telefon, a pokój zalało delikatne białe światło.

— Przykro mi — powiedziałem, przystawiając pistolet Megan do głowy Epika.

Sourcefield popatrzyła na mnie. Jej oczy były szeroko otwarte.

Pociągnąłem za spust. Tym razem kula nie odskoczyła. Sourcefield osunęła się na kolana, a ciemna, czerwona ciecz rozlała się wokół jej głowy, mieszając się z płynem, który spadał z góry. Opuściłem pistolet.

Nazywam się David Charleston.

Zabijam istoty o nadnaturalnych mocach.