Pamięć ŚwiatłościTekst

Z serii: Koło czasu #14
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Robert Jordan Brandon Sanderson

Pamięć Światłości


ISBN: 978-83-65521-99-6

TYTUŁ ORYGINAŁU: Memory of Light



Copyright © 2012 by The Bandersnatch Group, Inc.

All rights reserved

Copyright © 2016 for the Polish translation by Zysk i S-ka

Wydawnictwo s.j., Poznań


Ilustracja na okładce: Michael Whelan

Mapy wykreśliła: Ellisa Mitchell


Przekładu dokonali:

Jan Karłowski (Rozdziały 1-14, Prolog)

Joanna Szczepańska (Rozdziały 15-49, Epilog)


Redaktor: Robert Cichowlas

Konsultacja terminologiczna: Marek Rerutko

Opracowanie techniczne: Barbara i Przemysław Kida


Wydanie I


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

PROLOG

NA ŁASKĘ I STRĄCONE SZTANDARY

ROZDZIAŁ 1

WIATR WIAŁ NA WSCHÓD

ROZDZIAŁ 2

WYBÓR AJAH

ROZDZIAŁ 3

NIEBEZPIECZNE MIEJSCE

ROZDZIAŁ 4

OWOCE WIĘZI ZOBOWIĄZAŃ

ROZDZIAŁ 5

WYMAGANA PRZYSŁUGA

ROZDZIAŁ 6

SMYKAŁKA

ROZDZIAŁ 7

NA CAŁOŚĆ

ROZDZIAŁ 8

DYMIĄCE MIASTO

ROZDZIAŁ 9

DOBRA ŚMIERĆ

ROZDZIAŁ 10

POŻYTEK ZE SMOKÓW

ROZDZIAŁ 11

JESZCZE JEDEN ZWYCZAJNY NAJEMNIK

ROZDZIAŁ 12

OKRUCH CHWILI

ROZDZIAŁ 13

TO, CO KONIECZNE

ROZDZIAŁ 14

DAWKI WIDŁOKORZENIA

ROZDZIAŁ 15

PĘTLA NA TWEJ SZYI

ROZDZIAŁ 16

CISZA JAK KRZYK

ROZDZIAŁ 17

STARSZY, BARDZIEJ ZMĘCZONY

ROZDZIAŁ 18

UCZUCIE ZNUŻENIA

ROZDZIAŁ 19

WYBÓR OPASKI

ROZDZIAŁ 20

DO THAKAN’DAR

ROZDZIAŁ 21

NIEWYBACZALNY BŁĄD

ROZDZIAŁ 22

WYLD

ROZDZIAŁ 23

NA KRAWĘDZI CZASU

ROZDZIAŁ 24

ZLEKCEWAŻYĆ ZNAKI

ROZDZIAŁ 25

FRAGMENTY BATALII

ROZDZIAŁ 26

ROZWAŻANIA

ROZDZIAŁ 27

PRZYJACIELSKI OGIEŃ

ROZDZIAŁ 28

ZBYT WIELU LUDZI

ROZDZIAŁ 29

UTRATA WZGÓRZA

ROZDZIAŁ 30

ŚCIEŻKA DRAPIEŻNIKA

ROZDZIAŁ 31

NAWAŁNICA WODY

ROZDZIAŁ 32

ŻÓŁTY PAJĄK NA PŁATKACH KWIATÓW

ROZDZIAŁ 33

TABAKA KSIĘCIA

ROZDZIAŁ 34

DRYFUJĄC

ROZDZIAŁ 35

SZTUCZNY UŚMIESZEK

ROZDZIAŁ 36

RZECZY NIEZMIENNE

ROZDZIAŁ 37

OSTATNIA BITWA

ROZDZIAŁ 38

MIEJSCE, KTÓREGO NIE BYŁO

ROZDZIAŁ 39

CI, KTÓRZY WALCZĄ

ROZDZIAŁ 40

WILCZY BRAT

ROZDZIAŁ 41

UŚMIECH

ROZDZIAŁ 42

NIEMOŻLIWE

ROZDZIAŁ 43

 

POLE ZE SZKŁA

ROZDZIAŁ 44

DWÓCH RZEMIEŚLNIKÓW

ROZDZIAŁ 45

PASMA MGŁY

ROZDZIAŁ 46

PRZEBUDZENIE

ROZDZIAŁ 47

PATRZĄC, JAK WIJE SIĘ STRUMIEŃ

ROZDZIAŁ 48

ŚWIETLISTA LANCA

ROZDZIAŁ 49

ŚWIATŁO I CIEŃ

EPILOG

UJRZEĆ ODPOWIEDŹ

I Cień padł na Ziemię, i Świat rozerwało, że kamień na kamieniu nie pozostał. Pierzchły oceany, a góry wzdęły się, a narody rozproszone zostały po ośmiu krańcach Świata. Księżyc jako krew był, słońce jako popiół. Morza wrzały, a żywi zazdrościli umarłym. Wszystko zostało zniszczone, wszystko prócz pamięci stracone, nade wszystko prócz pamięci o tym, który sprowadził Cień i Pęknięcie Świata. A on miał na imię Smok.

(Z Alethnin Taerin alta Camora, Pęknięcie Świata

Autor nieznany, Czwarty Wiek)

Dla Harriet,

światła życia Roberta Jordana,

oraz dla Emily,

światła mojego życia


PROLOG
NA ŁASKĘ I STRĄCONE SZTANDARY

Bayrd ścisnął monetę między kciukiem a palcem wskazującym. Miękki jak glina metal sprawiał w dotyku naprawdę niesamowite i denerwujące wrażenie.

Rozwarł palce. Na miedzi pozostał odcisk jego kciuka — wgłębienie połyskiwało w mrugającym świetle pochodni. Czuł przenikliwy ziąb, jakby właśnie spędził całą noc w ciemnicy.

Zaburczało mu w brzuchu. Nie pierwszy raz.

Zerwał się północny wiatr, płomienie pochodni zasyczały. Bayrd siedział oparty plecami o wielki głaz, mniej więcej w środku obozu. Od pobliskich ognisk dobiegały go ponure pomruki głodnych żołnierzy; żelazne racje zdążyły się zepsuć już dawno temu. Inni w milczeniu kładli na ziemi metalowy rynsztunek — miecze, zbroje, kolczugi, metalowe zdobienia sztandarów — niczym przemoknięte ubrania przeznaczone do wysuszenia. Może naprawdę wierzyli, że gdy słońce wzejdzie, wszystko znowu odzyska dawną twardość.

Bayrd utoczył między palcami kulkę z tego, co niegdyś było monetą. „Światłości, zmiłuj się nad nami” — pomyślał. — „Światłości…” Upuścił kulkę na trawę, potem sięgnął dłonią i ujął dwa kamienie, nad którymi przed chwilą się trudził.

— Chcę wiedzieć, co się tutaj wyprawia, Karam — warknął lord Jarid. Wraz z członkami swego sztabu stał niedaleko, przy stole zasłanym mapami. — Chcę wiedzieć, jak udało im się podejść tak blisko nas, a do tego chcę jeszcze głowę tej przeklętej królowej Aes Sedai, tego cholernego Sprzymierzeńca Ciemności! — Skandowane przekleństwa podkreślał uderzeniami pięścią w stół. Ongiś w jego oczach próżno byłoby szukać tak dzikiego ognia. Jak wszyscy, zmieniał się pod wpływem przeciwności, z którymi musieli się zmagać: psujących się racji żywnościowych, dziwnych rzeczy dziejących się po nocy.

Za Jaridem leżał na ziemi powalony namiot kwatery głównej. Wiatr rozwiewał długie włosy, których mężczyzna nie strzygł podczas wygnania, oblicze skąpane było w migotliwym blasku pochodni. Kaftan miał wciąż powalany źdźbłami zeschłej trawy — nie zdążył się nawet otrzepać po tym, jak musiał wypełznąć spod leżącego namiotu.

Zbici z tropu służący brali żelazne kołki mocujące namiot w ziemi, które — jak całe pozostałe metale w obozie — gięły im się w dłoniach. Pierścienie, którymi mocowano linki namiotu, rozciągnęły się i popękały niczym wosk.

W powietrzu unosiła się jakaś zła woń. Zapach starzyzny, pomieszczeń, do których przez lata nikt nie wchodził. A przecież leśna polana nie ma prawa pachnieć pyłem wieków. Bayrd poczuł, jak mu znowu burczy w brzuchu. „Światłości, ależ by się coś zjadło…” Odepchnął jednak od siebie te zdradliwe myśli i skupił się na pracy, pewnie uderzając jednym kamieniem o drugi.

Pracował z kamieniami tak, jak jego pappil nauczył go za młodu. Rytmiczne uderzenia jakoś pozwalały zapomnieć o głodzie i zimnie. Przywracały poczucie, że wciąż jeszcze jest na świecie coś trwałego, solidnego.

Lord Jarid popatrzył na niego spod zmarszczonych brwi. Bayrd był jednym z ludzi, których Jarid koniecznie chciał mieć przy sobie dzisiejszej nocy.

— Jeszcze zatknę głowę Elayne na pice, Karam — powiedział na koniec, odwróciwszy się do swoich dowódców. — To nadprzyrodzone światło jest robotą jej czarownic.

— Jej głowę? — dobiegły z boku słowa Eriego, słychać było w nich wyraźne powątpiewanie. — A jakim niby sposobem chcesz wejść w posiadanie jej głowy?

Lord Jarid odwrócił się, podobnie zareagowali wszyscy pozostali stojący przy oświetlonym pochodniami stole. Eri demonstracyjnie spojrzał w niebo; jego ramię zdobiło godło złotego dzika w galopie i czerwonej włóczni. Godło należało do straży przybocznej Jarida, jednak ton głosu żołnierza nie bardzo przystawał komuś z jego formacji.

— I czym ją obetniemy, Jarid? Może odgryziemy?

Obóz wokół zamarł, słysząc te — łagodnie mówiąc — nieregulaminowe słowa. Bayrd przerwał pracę, zawahał się. Prawda, ostatnio coraz częściej słyszało się plotki o niezrównoważeniu, w jakie miał popaść lord Jarid. Ale to?

Jarid zakrztusił się, twarz nabiegła mu czerwienią.

— Ośmielasz się do mnie mówić tym tonem? Ty, żołnierz mojej straży przybocznej?

Eri wciąż nie odrywał wzroku od zaciągniętego chmurami nieba.

— Obcinam ci dwumiesięczny żołd — warknął Jarid, ale głosem cokolwiek drżącym. — Poza tym degraduję cię do szeregowego żołnierza i do odwołania będziesz sprzątał latryny. Jeżeli powiesz jeszcze słowo, każę ci obciąć język.

Bayrd zadrżał pod podmuchem zimnego wiatru. Eri był najlepszym żołnierzem z tego, co zostało po ich armii rebeliantów. Pozostali żołnierze straży przybocznej Jarida przestępowali z nogi na nogę, nie śmiejąc unieść wzroku.

Eri spojrzał wreszcie na swego pana i uśmiechnął się. Wprawdzie nie powiedział już ani słowa, ale przecież nie musiał. Obciąć język? Czym? Wszystek metal w obozie miał konsystencję smalcu. Na stole leżał przecież sztylet samego Jarida, poskręcany i pogięty — rozciągnął się jak wosk, kiedy Jarid spróbował wydobyć go z pochwy. A poły kaftana kołysały się żałośnie — podobny los spotkał srebrne guziki.

— Jarid… — odezwał się Karam. Karam był młodym lordem z pomniejszego Domu sprzymierzonego z Sarand. Z pociągłymi rysami twarzy kontrastowały wydatne usta. — Naprawdę myślisz… naprawdę myślisz, że to zrobiły Aes Sedai? Cały ten metal w obozie?

— Jasna sprawa — odwarknął Jarid. — A kto inny mógłby to być? Nie gadaj, że wierzysz w te wszystkie obozowe historie. Ostatnia Bitwa? Phi! Też mi coś. — Z powrotem objął spojrzeniem blat stołu. Spoczywała na nim rozłożona mapa Andoru, jej rogi przyciśnięte były kamieniami.

Bayrd wrócił do kamieni. Trzask, prask, prask. Łupek i granit. Trzeba było porządnie się postarać, żeby znaleźć nadające się do obróbki fragmenty, ale on nauczył się od pappila o kamieniu wszystkiego. Stary czuł się wystrychnięty na dudka, a wręcz nawet zdradzony, kiedy ojciec Bayrda rzucił wszystko i wyjechał do miasta, gdzie został rzeźnikiem, zamiast trwać przy rodzinnym fachu.

Miękki, gładki łupek. Nierówny granit o poszarpanych krawędziach. Tak, niektóre rzeczy dalej były solidne i trwałe jak przedtem. Ale tylko niektóre. W dzisiejszych czasach nie można było tak polegać na rzeczywistości jak niegdyś. Władza, która w przeszłości wydawała się niewzruszona, dzisiaj stawała się miękka, płynna jak… no, cóż, jak ten metal. Niebo zalegała skłębiona czerń, a dzielni ludzie — ludzie będący dotąd dla Bayrda świetlanym przykładem — trzęśli się i jęczeli przez sen.

— Martwi mnie to wszystko, Jarid — rzekł Davies. Starszy wiekiem, lord Davies był ze wszystkich tu obecnych kimś, kto w największym stopniu zasługiwał na miano powiernika Jarida. — Od wielu dni nie widzieliśmy żywej duszy. Ani chłopów, ani żołnierzy królowej. Coś się dzieje. Coś złego.

— Wysiedliła wszystkich — warknął znowu Jarid. — Żeby przygotować obszar pod działania zaczepne wobec nas.

— Mnie się wydaje raczej, Jarid, że ona nas lekceważy — stwierdził Karam, zerkając na niebo. Chmury kłębiły się na nim jak wcześniej. Bayrdowi wydawało się chwilami, że od miesięcy nie widział czystego nieba. — Czemu miałaby się nas bać? Ludzie głodują. Żywność się psuje w zastraszającym tempie. Znaki…

— Bierze nas na wyniszczenie — upierał się Jarid, a jego oczy lśniły gorączką. — To jest robota Aes Sedai.

W obozie znienacka zaległa cisza. Cisza przerywana jedynie odgłosami obrabianego przez Bayrda kamienia. Nigdy nie czuł się dobrze w fachu rzeźnika, w końcu przytuliła go gwardia jego lorda. Rzezanie krów i rzezanie ludzi okazały się zajęciami zaskakująco do siebie podobnymi. Czasami martwił się tym, jak łatwo przyszło mu zamienić jedno na drugie.

Trzask, prask, prask.

Eri odwrócił się, chcąc odejść. Jarid podejrzliwym spojrzeniem łypnął za nim, jakby zastanawiając się nad wykrzyczeniem surowszej kary.

„Nie zawsze był taki, prawda?” — pomyślał Bayrd. — „Zachciało mu się zdobyć tron dla żony, ale któryż mężczyzna postąpiłby inaczej?” Niełatwo przychodziły mu te myśli pełne zwątpienia. Rodzina Bayrda od pokoleń służyła Domowi Sarand z szacunkiem i honorowo.

Eri ruszył równym krokiem, oddalając się od kwatery głównej.

— A gdzie ty się wybierasz? — wrzasnął za nim Jarid.

Eri sięgnął ręką do ramienia i zdarł z munduru odznakę z godłem Domu Sarand. Nie odwracając się, rzucił ją na bok, a potem zniknął poza obszarem oświetlonym światłem pochodni, żeby ruszyć w mrok, pod wiatr wiejący z północy.

Większość żołnierzy nie była już w stanie tej nocy zmrużyć oka. Siedzieli wokół ognisk, pragnąc światła i ciepła. Kilku z nich próbowało rozpaczliwie warzyć w glinianych garnkach strawę z trawy, liści i pasków skóry, żeby choć czymkolwiek zapchać żołądki.

Teraz wstali i patrzyli w ślad za Erim.

— Dezerter. — Splunął za nim Jarid. — Po wszystkim, co razem przeszliśmy, teraz nas opuścił. Tylko dlatego, że natknęliśmy się na przejściowe trudności.

— Ludzie głodują, Jarid — powtórzył Davies.

— Wiem. Wielkie dzięki, że za każdym razem, gdy otworzysz swoje cholerne usta, to tylko po to, żeby przypomnieć mi o kolejnych problemach. — Jarid trzęsącą się ręką potarł czoło, następnie zwinął ją w pięść i uderzył w blat stołu z leżącą na nim mapą. — Musimy zaatakować jedno z miast. Już jej nie uciekniemy, skoro wie, gdzie jesteśmy. Biały Most. Zdobędziemy go i tam uzupełnimy zapasy. Jej Aes Sedai pewnie są wykończone po tej dzisiejszej sztuczce, w przeciwnym razie już by nas zaatakowała.

Bayrd spod zmrużonych powiek wpatrywał się w mrok. Żołnierze podnosili się, brali pałki i maczugi. Wielu było bez broni. Składali swoje koce, zarzucali na ramiona tornistry z rzeczami. Powoli, w milczeniu niczym armia duchów opuszczali obozowisko. Nie szczęknęła żadna kolczuga, żadna sprzączka zbroi. Metal nie był już metalem. Jakby wydarto mu duszę.

— Elayne nie ośmieli się ruszyć na nas z całą siłą — kontynuował Jarid, ale słowa brzmiały, jakby mówił już tylko do siebie. — Nie wierzę, aby w Caemlyn panował spokój. Sam pisałeś te raporty, Shiv. W mieście aż kłębi się od najemników. Ludność na pewno się buntuje. Elenia też oczywiście nie zasypia gruszek w popiele. Biały Most. Tak, Biały Most będzie idealny. Posłuchajcie, utrzymamy się tam i rozerwiemy kraj na pół. Stamtąd będziemy prowadzić zaciąg, ludzie z całego zachodniego Andoru nie będą mieli innego wyjścia, jak pójść pod nasze sztandary. Potem ruszamy do… jak się to miejsce nazywa? Do Dwu Rzek. Tam uzupełnimy stan liczebny armii. — Jarid pociągnął nosem. — Słyszałem, że te ziemie od wielu lat nie znały lokalnego pana. Dajcie mi cztery miesiące, a wystawię armię, z którą każdy będzie musiał się liczyć. Dość silną, aby bały się nas jej czarownice…

 

Bayrd podniósł kamień bliżej ku światłu pochodni. Cała sztuka, jakiej wymagało stworzenie dobrego grotu włóczni, zasadzała się na tym, żeby zacząć od zewnętrznych warstw, a potem powoli zdejmować coraz bliższe rdzenia. Wcześniej kredą narysował na powierzchni łupku właściwy kontur, po czym odłupywał zewnętrzne warstwy, aby uzyskać pożądany zarys. Później należało już tylko coraz delikatniej obtłukiwać grot, by na koniec zeskrobać najdrobniejsze odłamki.

Jedną krawędź miał już gotową, drugą w połowie. W uszach brzmiały mu omalże słyszalne słowa pappila: „Jesteśmy kamieniem, Bayrd. Nieważne, co mówi twój ojciec. W głębi naszych dusz jest kamień”.

Kolejne grupy żołnierzy opuszczały obóz. Dziwne, że żaden właściwie nie miał nic do powiedzenia. Jarid w końcu zauważył, co się dzieje. Wyprostował się, schwycił jedną z pochodni, uniósł wysoko ponad głowę.

— Co oni robią? Idą na polowanie? Od tygodni nie napotkaliśmy żadnej zwierzyny. Może chcą zastawić wnyki?

Nie odpowiedział mu żaden głos.

— Może coś wiedzieli? — mruknął Jarid pod nosem. — A może im się wydawało… W każdym razie nie chcę słyszeć żadnego gadania o duchach ani innych tego rodzaju bzdur. To wiedźmy nasyłają na nas widma, żeby nas przerazić. To… to nie może być nic innego.

W pobliżu coś zaszeleściło. To Karam wpełzł pod płótno przewróconego namiotu. Po chwili pojawił się z niewielkim węzełkiem w dłoniach.

— Karam? — zapytał Jarid.Tamten zerknął na lorda Jarida, ale po chwili spuścił wzrok i zabrał się do wiązania sakiewki do pasa. Natychmiast jednak zreflektował się, roześmiał głucho i opróżnił zawartość sakiewki na ziemię. Złote monety stopiły się w pojedynczą kluchę, niczym zakonserwowane świńskie uszy w słoju. Karam wsunął bryłę metalu do kieszeni, wsadził rękę do sakiewki i wydobył z niej pierścień. Krwistoczerwony klejnot, który go niegdyś zdobił, zachował dawną naturę i wartość.

— W dzisiejszych czasach pewnie nawet jabłka się za to nie kupi — mruknął.

— W tej chwili masz mi powiedzieć, co ty właściwie wyprawiasz? — warknął Jarid. — To twoja sprawka? — Szerokim gestem objął obóz i opuszczających go właśnie żołnierzy. — Zorganizowałeś cały ten bunt, tak?

— Nie ja jestem winny temu, co się dzieje — odparł Karam, jakby zawstydzony. — I szczerze mówiąc, również nie ty. Ja… cóż mogę powiedzieć… przepraszam.

I odszedł z kręgu zakreślonego światłami pochodni. Bayrd nie potrafił zapanować na zalewającą go falą zdumienia. Lord Karam i lord Jarid od dziecka byli przyjaciółmi.

Następny był lord Davies. Pobiegł w stronę, w którą odszedł Karam. Czyżby chciał skłonić tamtego do powrotu, przemówić młodszemu do rozumu? Nie, dogonił go i dalej szli już razem, krok w krok. Po czym rozpłynęli się w mroku.

— Będę was ścigał za to po całym świecie! — wrzeszczał za nimi Jarid, a w jego głosie słychać było jękliwą nutę. — To ja będę małżonkiem królowej! Żaden człowiek w moim królestwie nie udzieli wam pomocy ni schronienia aż po dziesiąte pokolenie!

Bayrd spuścił wzrok i spojrzał na trzymany w dłoni odłamek kamienia. Niewiele zostało do jego ukończenia, właściwie trzeba go było tylko wygładzić. Dobry grot włóczni potrzebował wygładzenia, żeby był skuteczny. Wziął do drugiej ręki granitowy pięściak, który starannie wybrał w tym właśnie celu, i zaczął delikatnie szlifować nim krawędź łupku.

„Wychodzi na to, że idzie mi lepiej, niż sądziłem. Nic nie zapomniałem” — myślał, gdy tymczasem lord Jarid dalej szalał i wyrzekał.

W pracy nad grotem włóczni kryła się jakaś wewnętrzna siła. Już sam akt pochylenia się nad robotą jakby płoszył ciemność. A ostatnimi czasy jakiś cień zdawał się spowijać Bayrda i resztę obozu. Jakby… jakby nie potrafił dojrzeć światła, niezależnie jak bardzo wyciągał ku niemu głowę. Każdego ranka budził się z niewytłumaczalnym przeświadczeniem, że właśnie umarł mu ktoś bliski.

Taka rozpacz może człowieka złamać. Natomiast akt tworzenia — czegokolwiek by dotyczył — był sposobem na przeciwstawienie się jej. Był wyzwaniem rzuconym… Jemu. Temu, o którym żaden z nich nie śmiał powiedzieć słowa. Temu, który, jak każdy doskonale wiedział, stał za tym wszystkim, niezależnie przeciwko komu lord Jarid kierował swoje złorzeczenia.

Bayrd wyprostował się. Trzeba będzie go jeszcze odrobinę wygładzić, niemniej grot wyglądał już całkiem nieźle. Pochylił się znowu, wziął drewniane drzewce włóczni, z którego metalowy grot po prostu spłynął, gdy zło poraziło obóz, i zamocował nowe zakończenie, jak nauczył go pappil tyle już lat temu…

Zorientował się, że przyglądają mu się pozostali gwardziści.

— Będzie nam trzeba znacznie więcej — zauważył Morear. — Jeżeli się zgodzisz.

Bayrd pokiwał głową.

— W trakcie odwrotu możemy się zatrzymać przy zboczu wzgórza, skąd wziąłem ten łupek.

Jarid wreszcie zamilkł, potoczył wokoło szeroko rozwartymi oczyma, które lśniły w świetle pochodni.

— Nie. Jesteście moją strażą przyboczną. Nie wolno wam sprzeciwiać się moim rozkazom!

Z żądzą mordu w oczach skoczył w stronę Bayrda, ale Morear i Rosse go powstrzymali. Rosse patrzył żałośnie, jakby wstrząśnięty własnym, drobnym aktem buntu. Jednak chwytu nie puścił.

Ze skromnego dobytku zgromadzonego obok posłania Bayrd wydobył parę niezbędnych rzeczy. Następnie skinął głową pozostałym, a oni ruszyli za nim: ośmiu ludzi straży przybocznej lorda Jarida wędrowało przez spustoszony obóz, ciągnąc za sobą swego zapluwającego się z wściekłości pana. Mijali dogasające ogniska i powalone namioty, porzucone przez żołnierzy, którzy niepowstrzymaną już falą maszerowali w ciemność, na północ. Pod wiatr.

Kiedy doszli do skraju obozu, Bayrd rozejrzał się wokół i wska zał zgrabne i mocne drzewko. Kolejnym gestem ponaglił pozostałych, a tamci za pomocą liny, którą Bayrd znalazł po drodze, skrępowali Jarida i przywiązali do drzewa. Tamten bełkotał przez cały czas, dopóki Morear nie zakneblował mu ust.

Bayrd podszedł do swego pana. Wetknął worek na wodę w zagłębienie jego łokcia.

— Nie szarp się zanadto, mój panie, to się nie rozleje. Knebel też będziesz w stanie wkrótce wypluć, nie jest zaciągnięty zbyt mocno… Jak przechylisz worek, sięgniesz go ustami. Zobacz, wyjmuję korek…

Jarid patrzył na Bayrda, a jego oczy miotały gromy.

— Nie mam nic przeciwko tobie, mój panie — powiedział Bayrd. — Zawsze traktowałeś moją rodzinę z szacunkiem. Ale w zaistniałej sytuacji nie możemy sobie pozwolić, abyś poszedł z nami i wszystko komplikował. Mamy przed sobą cel, a ty stajesz nam na drodze. Pewnie ktoś powinien coś wcześniej powiedzieć… Cóż, było, minęło. Czasami, kiedy pozwolić mięsu zbyt długo się suszyć, trzeba wyrzucić całą szynkę.

Skinął głową pozostałym, którzy pobiegli po swoje sienniki. Rosse’a natomiast posłał do skalnej odkrywki i wytłumaczył mu, jaki kamień nadaje się na porządne groty do włóczni.

Później odwrócił się raz jeszcze w stronę wciąż szarpiącego się w więzach lorda Jarida.

— To nie jest dzieło wiedźm, mój panie. To nie Elayne za tym stoi… Przypuszczam, że obecnie już powinienem ją tytułować „królowa Elayne”. Zresztą to zabawna sprawa, żeby taka młoda ślicznotka była królową. Nadaje się raczej do tego, żeby siadać na męskich kolanach w jakiejś karczmie, niż żeby mężczyźni się przed nią kłaniali, ale Andor potrzebuje władczyni, pod której sztandarem będzie mógł pójść na Ostatnią Bitwę, i tą władczynią nie będzie twoja żona. Przykro mi.

Jarid wyraźnie zwiotczał w więzach. Wyglądało na to, że gniew powoli go opuszczał. Nie wyklinał już, tylko płakał. Dziwny zdał się Bayrdowi ten widok.

— Jak spotkamy jakichś ludzi… jeżeli jakowychś spotkamy… powiem im, gdzie mogą cię znaleźć — obiecał Bayrd — i poinformuję ich, że zapewne masz przy sobie jakieś kosztowności. Może ktoś przyjdzie cię uwolnić. Może. — Zawahał się. — Nie powinieneś nam stawać na drodze. Wszyscy oprócz ciebie wiedzieli, co się kroi. Smok się odrodził, stare więzi straciły swą siłę, stare przysięgi przestały obowiązywać… a osobiście wolę zawisnąć, niż pozwolić, żeby Andor poszedł do Ostatniej Bitwy beze mnie.

Po czym odszedł w noc, po drodze zarzucając na ramię drzewce swej nowej włóczni.

„Wiąże mnie przysięga silniejsza niż ta, którą moja rodzina składała twojej. Przysięga, której anulować nie byłby w stanie nawet sam Smok Odrodzony”. To była przysięga wierności krainie. Tym kamieniom, które były w głębi jego duszy. Duszy, która zrosła się z kamieniami Andoru.

Dołączył do pozostałych i razem ruszyli na północ. Za ich plecami, pośród nocy, cichły jękliwe zawodzenia ich pana, które podniosły się w momencie, gdy do obozu zaczęły napływać duchy.

Talmanes ostro szarpnął wodze Selfara, aż wierzchowiec zatańczył i zarzucił łbem. Deresz ostatnio na wszystko reagował dość żywiołowo. Może wyczuwał niepewne nastroje trapiące jego pana.

W nocnym powietrzu wisiał gęsty dym. Dym i krzyki. Talmanes prowadził Legion wzdłuż drogi, którą ciągnęli pokryci sadzą uchodźcy. Jak resztki wraków płynące z prądem błotnistej rzeki.

Żołnierze Legionu mierzyli ich zmartwionymi spojrzeniami.

— Równać krok! — dyscyplinował ich Talmanes. — Przecież nie przebiegniemy całej drogi do Caemlyn. Równać krok! — Narzucił im najszybsze tempo, jakie zdołali utrzymać na dłuższym dystansie, prawie trucht. Rytmicznie szczękały zbroje. Połowę Legionu Elayne wzięła ze sobą na Pole Merrilora, w tym Esteana i większość kawalerii. Może spodziewała się, że będzie musiała wracać niezwłocznie.

Cóż, Talmanesowi i tak kawaleria na wiele by się nie przydała na ulicach, które zapewne były równie zatłoczone jak ta droga. Selfar znowu parsknął i zarzucił łbem. Byli już blisko. Ciemne na tle spowitej groźną poświatą nocy mury obronne majaczyły z przodu. Miasto żarzyło się jak palenisko pieca.

„Na chwałę i powalone sztandary” — pomyślał Talmanes i zadrżał. Ponad Caemlyn zalegały gigantyczne obłoki dymu. Niedobrze. Wyglądało to gorzej niż szturm Aielów na Cairhien.

W końcu zdecydował się i popuścił wodze Selfara. Deresz przegalopował spory odcinek drogi, póki Talmanes nie zdecydował, że i tak nie znajdzie dobrego miejsca na przeprawę przez ludzką ciżbę, i niechętnie, ignorując błagania o pomoc, pchnął wierzchowca w rozstępujący się przed nim tłum. Kiedyś by to pewnie go nie obeszło, teraz jednak odruchowo pożałował, że nie może nic dla tamtych zrobić. Był to skutek długotrwałego przebywania w towarzystwie Mata Cauthona. Dziwne, jaki wpływ potrafił ten chłopak wywrzeć na człowieka. Talmanes nie potrafił już patrzeć na pospolitaków tym samym wzrokiem co dawniej. Te wątpliwości i wahania po części zapewne brały się stąd, że wciąż do końca nie wiedział, czy ma w Macie widzieć szlachcica czy nie.

Po drugiej stronie drogi zatrzymał się, przyglądając płonącemu miastu i czekając, aż dogoni go reszta wojska. W sumie mógł wszystkich wsadzić na konie — choć oczywiście nie każdy żołnierz Legionu przechodził szkolenie kawaleryjskie, to każdy dysponował własnym wierzchowcem na wypadek dalekosiężnych operacji. Dzisiaj nie odważył się na podobny manewr. Na takim polu bitwy — trolloki, Myrddraale, wąskie zacienione ulice — Legion musiał zachować zdolność natychmiastowego wkroczenia do walki. Dlatego też kusznicy maszerowali z naciągniętą bronią po obu stronach szerokich kolumn pikinierów. Nieważne, jak czas gonił, nie mógł ryzykować niespodziewanej szarży trolloków…

A co by się działo, gdyby stracili te smoki…

„Światłości, zmiłuj się” — pomyślał Talmanes i żeby dłużej się nad tym nie zastanawiać, zerknął na miasto. Wyglądało jak wrzący kocioł, nad którym unoszą się gęste kłęby pary. Tylko że nie była to para, lecz dym. Dopiero spojrzawszy uważniej, można było zobaczyć, że płomienie nie szaleją wszędzie — że zbudowane wysoko na wzgórzu i tym samym widoczne ponad murami spore partie Śródmieścia zdają się względnie nietknięte. Pałac też trwał. Może wciąż się bronił?

Nie było żadnych wieści od królowej, a z tego, na ile się Talmanes zorientował, nikt nie szedł na odsiecz miastu. Królowa zapewne o niczym jeszcze nie wiedziała i to było chyba najgorsze.

Zdecydowanie najgorsze ze wszystkiego.

W pewnej chwili zobaczył z przodu Sandipa z kilkoma zwiadowcami Legionu. Szczupły żołnierz próbował się uwolnić od otaczającej go grupy uchodźców.

— Błagamy, dobry panie — zawodziła młoda kobieta. — Moje dziecko, moja córeczka, na wzgórzach w północnej marchii…

— Muszę się dostać do sklepu! — krzyczał krępy mężczyzna. — Moje szkło…

— Moi dobrzy ludzie — zaczął Talmanes, wjeżdżając konno w zgromadzenie — jeśli chcecie nam pomóc, to rozstąpcie się i pozwólcie nam dotrzeć do przeklętego miasta.

Uchodźcy cofnęli się niechętnie, a Sandip skinieniem głowy podziękował Talmanesowi. Smagłoskóry, ciemnowłosy należał do kadry dowódczej Legionu, a poza tym był cenionym felczerem i ogólnie wszyscy go lubili za optymistyczny stosunek do życia. Jednak dzisiaj jego twarz wykrzywiał ponury grymas.

— Sandip — powiedział Talmanes, wskazując dłonią. — Tam.

Niedaleko miejsca, gdzie się znajdowali, stał spory oddział zbrojnych — zbici w kupę, popatrywali na miasto.

— Najemnicy — wyjaśnił Sandip, podkreślając słowo nieartykułowanym mruknięciem. — Po drodze minęliśmy kilka takich oddziałów. Najwyraźniej żaden z nich nie ma zamiaru nawet ruszyć palcem.

— Przekonajmy się — zaproponował Talmanes. W oddali z bram miasta wciąż wylewały się strumienie ludzi: zapłakani, zanoszący się kaszlem przyciskali do piersi nędzny dobytek, ciągnęli za sobą przerażone dzieci. Tak szybko to się nie skończy. Caemlyn było zatłoczone niczym gospoda w dzień jarmarku — uciec uda się tylko niewielu, reszta pozostanie uwięziona w murach miasta.

— Talmanes — cicho oświadczył Sandip. — To miasto wkrótce stanie się śmiertelną pułapką. Wszyscy się nie wydostaną… Jeżeli dopuścimy do tego, żeby Legion ugrzązł w środku…

— Wiem. Ale…

W tym momencie ponad rzeką uchodźców wytaczającą się z bramy przeleciał jakby nagły emocjonalny szkwał. Coś niemalże materialnego — ludzki wąż zadrżał. Krzyki stały się ostrzejsze, bardziej desperackie. Talmanes odwrócił się i wśród cieni zalegających w bramie zobaczył potężne przygarbione sylwetki.

— Światłości! — wyrwało się z ust Sandipa. — Co to jest?

— Trolloki — krótko odparł Talmanes, zawracając Selfara. — Światłości! — mimowolnie powtórzył za tamtym. — Próbują zdobyć bramę, żeby odciąć drogę uchodźcom. — Miasto posiadało pięć bram, jeżeli trolloki zablokują wszystkie…