Odprysk ŚwituTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Podzię­ko­wa­nia

2  Pro­log

3  1

4  2

5  3

6  4

7  5

8  6

9  7

10  8

11  9

12  10

13  11

14  12

15  13

16  14

17  15

18  16

19  17

20  18

21  19

22  Epi­log

23  O auto­rze

Tytuł ory­gi­nału: Dawn­shard

Copy­ri­ght © 2020 by Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment, LLC

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2016 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka

Ilu­stra­cja na okładce: Domi­nik Bro­niek

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Dark Crayon

ISBN 978-83-66712-75-1

Wyda­nie II

Wydawca:

Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63

04-082 War­szawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91

05-850 Oża­rów Maz.

tel. 227 335 010

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Kath­leen Dor­sey San­der­son, Która ze wszyst­kich zna­nych mi ludzi naj­bar­dziej zasłu­guje na skow­roń­czyka. (Na razie muszą jej wystar­czyć koty).

Podzię­ko­wa­nia

Przy tej książce czuję szcze­gólną wdzięcz­ność, ponie­waż spo­łecz­ność wsparła ją bez­po­śred­nio. Wyja­śnie­nie dla tych, któ­rzy nie wie­dzą – Odprysk Świtu powstał w wyniku uda­nej kam­pa­nii na Kick­star­te­rze, mają­cej na celu wyda­nie Drogi Kró­lów w skó­rza­nej opra­wie. Dla­tego na początku dzię­kuję Wam wszyst­kim! Dzię­kuję za Wasz entu­zjazm dla tej serii, którą zawsze uwa­ża­łem za zbyt dzi­waczną i zbyt ogromną, by zyskała popu­lar­ność.

Stwo­rze­nie Odpry­sku Świtu w takim tem­pie, w jakim to zro­bi­li­śmy, wyma­gało mnó­stwa czasu i pracy wielu ludzi. Na ich czele stał nie­zmor­do­wany Peter Ahl­strom, dyrek­tor wydaw­ni­czy w mojej fir­mie i główny redak­tor tego tomu. Ponadto Karen Ahl­strom, która pil­nuje spój­no­ści, wło­żyła dużo pracy, by pomóc w roz­wią­za­niu kwe­stii zwią­za­nych ze skom­pli­ko­waną osią czasu tej książki. Kri­stina Kugler była naszą redak­torką, jak zawsze fan­ta­styczną. Kri­sty S. Gil­bert z Loose­leaf Edi­to­rial & Pro­duc­tion zajęła się skła­dem i jak zwy­kle zro­biła kawał świet­nej roboty.

Ilu­stra­cjami na okładce i pro­jek­tem gra­ficz­nym zaj­mo­wali się Ben McSwe­eney i Isaa¢ Ste­wart, przy czym Issa¢ Ste­wart peł­nił funk­cję dyrek­tora arty­stycz­nego, a Ben stwo­rzył ilu­stra­cje – w tym winietki dla kolej­nych roz­dzia­łów.

Do grupy pisar­skiej dla tej książki nale­żeli: Kay­lynn ZoBell, Ben Old­sen, Alan Lay­ton, Ethan Skar­stedt, Kath­leen Dor­sey San­der­son, Eric James Stone, Darci Stone, Peter Ahl­strom i Karen Ahl­strom.

W pracy nad Odpry­skiem Świtu poma­gali nam spe­cja­li­ści od dostęp­no­ści i pora­że­nia dwu­koń­czy­no­wego, któ­rzy udzie­lili mi mnó­stwo infor­ma­cji zwrot­nych, dzięki czemu powstała książka lep­sza nie tylko w tym aspek­cie, ale ogól­nie bar­dziej zaj­mu­jąca i inte­re­su­jąca. Zali­czali się do nich Eliza Stauf­fer, Chana Oshira Block, Whit­ney Sivill, Sam Lytal i Toby Cole.

W zespole czy­tel­ni­ków beta znaj­do­wali się: Alice Arne­son, Richard Fife, Darci Cole, Chri­stina Good­man, Deana Whit­ney, Ravi Per­saud, Paige Vest, Trae Cooper, Drew McCaf­frey, Bao Pham, Lynd­sey „Lyn” Luther, Eric Lake, Brian T. Hill, Nikki Ram­say, Paige Phil­lips, Leah Zine, Sam Lytal, Jes­sica Ash­craft, Ian McNatt, Mark Lind­berg, Jes­sie Bell, David Beh­rens, Whit­ney Sivill, Chana Oshira Block, Nathan Goodrich, Mar­nie Peter­son, Eliza Stauf­fer i Toby Cole.

Do czy­tel­ni­ków gamma zali­czała się duża grupa czy­tel­ni­ków beta, jak rów­nież: Aaron Ford, Fran­kie Jerome, Shan­non Nel­son, Lin­nea Lind­strom, Sam Baskin, Ross New­berry, Evgeni „Argent” Kiri­lov, Jen­ni­fer Neal, Tim Ted Her­man, Chris McGrath, Glen Voge­laar, Poonam Desai, Todd H. Sin­ger, Suzanne Musin, Gary Sin­ger, Chri­sto­pher Cot­tin­gham, Joshua Har­key, Donita Orders, Robert West i Ling­ting „Bota­nica” Xu.

Powi­nie­nem tu rów­nież zauwa­żyć, że wielu z nich zasia­dło nad Odpry­skiem Świtu tuż po ukoń­cze­niu pracy nad Ryt­mem Wojny, żeby zdą­żyć na czas. Szcze­rze doce­niam ich mądrość, wni­kliwe infor­ma­cje zwrotne i wysi­łek.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Pro­log

Nic nie mogło rów­nać się z doświad­cze­niem wisze­nia na oli­no­wa­niu dzie­siątki stóp nad pokła­dem, pośród świe­żego mor­skiego powie­trza, i patrze­nia na nie­koń­czącą się płasz­czy­znę migo­czą­cej nie­bie­skiej wody. Ogromny ocean był sze­roką drogą. Oso­bi­stym zapro­sze­niem do eks­plo­ra­cji.

Ludzie bali się morza, ale Yalb ni­gdy tego nie rozu­miał. Morze było tak otwarte, tak zapra­sza­jące. Wystar­czyło trak­to­wać je z odro­biną sza­cunku, a nio­sło, dokąd­kol­wiek czło­wiek zapra­gnął. A po dro­dze nawet kar­miło i usy­piało swo­imi pie­śniami.

Ode­tchnął głę­boko – sma­ku­jąc sól i patrząc na tań­czące obok wia­tro­spreny – i wyszcze­rzył się od ucha do ucha. Tak, nic się nie mogło rów­nać z tymi chwi­lami. Ale szansa na wygra­nie kilku kul od nowego… cóż, była bli­sko.

Dok trzy­mał się oli­no­wa­nia moc­nym uści­skiem czło­wieka, który nie chciał spaść – zamiast luź­nym kogoś, kto wie­dział, że do tego nie doj­dzie. Jak na Ale­thyj­czyka był dość kom­pe­tentny. Więk­szość z nich ni­gdy nie posta­wiła stopy na pokła­dzie statku, chyba że musieli prze­pły­nąć wyjąt­kowo duży staw. Ten osob­nik jed­nak nie tylko odróż­niał bak­burtę od ster­burty, ale też umiał cią­gnąć cumę i zre­fo­wać żagiel, nie wie­sza­jąc się przy tym.

Jed­nakże trzy­mał się zbyt mocno. I ści­skał reling, kiedy sta­tek się koły­sał. A trze­ciego dnia dostał cho­roby mor­skiej. Zatem choć Dok był bli­sko sta­nia się praw­dzi­wym mary­na­rzem, jesz­cze nie dotarł do celu. A ponie­waż Yalb ostat­nimi czasy sta­rał się mieć na oku nowych mary­na­rzy, jego zada­niem było pomóc Dokowi poprzez zro­bie­nie mu nie­złego dow­cipu. Skoro ale­thyj­ska kró­lowa chciała, by jej ludzie pozna­wali thay­leń­skie tra­dy­cje żeglar­skie, tego rów­nież musieli się dowie­dzieć. To była nauka.

– Tam! – Yalb wychy­lił się i wska­zał jedną ręką, koły­sząc się na wie­trze. – Widzisz to?

– Gdzie? – Dok wspiął się wyżej i wpa­trzył w hory­zont.

– Tam! – Yalb znów wska­zał. – Wielki spren, wyła­nia­jący się z wody w miej­scu, w któ­rym odbi­jają się pro­mie­nie słońca.

– Nie.

– Jest tam, Doku. Ogromny mary­na­rzo­spren. Chyba nie jesteś…

– Zaraz! – Dok osło­nił oczy. – Widzę go!

– Naprawdę? Jak wygląda?

– Ogromny żółty spren? Wznosi się z wody? Ma wiel­kie macki, któ­rymi macha w powie­trzu. I… i jaskra­wo­czer­wony pas na grzbie­cie.

– Niech mnie wyrzucą za burtę i nazwą rybą. Jeśli go widzisz, to rze­czy­wi­ście jesteś praw­dzi­wym mary­na­rzem! W takim razie wygry­wasz zakład.

Oczy­wi­ście dopil­no­wali, by Dok usły­szał ich szepty, kiedy roz­ma­wiali o tych rze­ko­mych „mary­na­rzo­spre­nach”, wie­dział więc, jaki opis podać. Yalb wyjął z kie­szeni parę odłam­ków i podał je Dokowi. Łatwe zwy­cię­stwo na początku, by skło­nić Doka do dal­szej gry. Będzie widy­wał te „mary­na­rzo­spreny” wszę­dzie, aż – kiedy już założy się o dużą stawkę, że uda mu się zła­pać jed­nego z nich – wyja­wią, że nie ma cze­goś takiego jak mary­na­rzo­spren i wszy­scy będą się dosko­nale bawić.

 

Zda­niem Yalba, jeśli czło­wiek był dość naiwny, by dać sobie zro­bić taki dow­cip, to prę­dzej czy póź­niej utraci wszyst­kie kule. Dla­czego więc nie na rzecz towa­rzy­szy? Poza tym zacho­wają te kule, żeby kupić wszyst­kim – w tym Dokowi – tru­nek na prze­pu­stce na lądzie. W końcu czło­wiek sta­wał się praw­dzi­wym mary­na­rzem, kiedy upił swo­ich towa­rzy­szy. A do tego, kiedy solid­nie się wsta­wią, może rze­czy­wi­ście wszy­scy zoba­czą gro­madkę jaskra­wo­żół­tych spre­nów macha­ją­cych mac­kami.

Dok trzy­mał się oli­no­wa­nia.

– Czy to prawda, że kie­dyś zato­ną­łeś, Yal­bie?

– Sta­tek zato­nął. Ja jedy­nie przy­pad­kiem na nim prze­by­wa­łem.

– Sły­sza­łem coś innego. – W gło­sie Doka brzmiał lekki ale­thyj­ski akcent. – Nie opo­wia­da­łeś ludziom, że cały burzowy sta­tek nagle spod cie­bie znik­nął?

– No tak, zanim mnie wycią­gnęli, wypi­łem z pół oce­anu. W tym cza­sie nie byłem już raczej wia­ry­god­nym świad­kiem, prawda?

A jeśli znaj­dzie mary­na­rza, który roz­po­wia­dał tę histo­rię, to zaszyje mu hamak. Wie­dzieli, że Yalb nie lubił opo­wia­dać o nocy, kiedy zato­nęła Radość wia­tru. To był dobry sta­tek, z jesz­cze lep­szą załogą. Z nich wszyst­kich prze­żyła tylko trójka.

Pozo­stali dwaj opo­wia­dali tę samą kosz­marną histo­rię, którą zapa­mię­tał Yalb. Skry­to­bójcy w mroku nocy – coś gor­szego niż bunt. A póź­niej… cały sta­tek po pro­stu znik­nął. Przez wiele mie­sięcy myślał, że stra­cił rozum. Ale póź­niej cały burzowy świat osza­lał, Pust­kowcy wró­cili, poja­wiła się nowa burza i zaczęła wielka wojna.

Dla­tego teraz miał na pokła­dzie Ale­thyj­czyka. I miał oko na wszyst­kich nowych, tak na wszelki wypa­dek. Dok wyglą­dał na dobrego czło­wieka, więc Yalb zamie­rzał potrak­to­wać go dobrze – trak­tu­jąc źle.

Yalb wychy­lił się jesz­cze bar­dziej, sta­ra­jąc się odzy­skać dobry humor.

– Skoro już widzia­łeś mary­na­rzo­sprena, możesz… – Zmarsz­czył czoło. Co to było? Skaza na nie­koń­czą­cym się pięk­nie błę­kitu?

– Co? – spy­tał z prze­ję­ciem Dok. – Co mogę, Yal­bie?

– Cicho! – Yalb wspiął się na węgo­rze gniazdo i mach­nął do Bre­kva, który peł­nił służbę. – Trzy rumby na bak­burtę!

Brekv odwró­cił się gwał­tow­nie i wpa­trzył w tamtą stronę, uno­sząc lunetę. Następ­nie zaklął cicho.

– I co? – spy­tał Yalb.

– Sta­tek. Zacze­kaj chwilę. Wznosi się na fali. Tak, to sta­tek, ma poszar­pane żagle. Prze­chyla się na bak­burtę. Jak go w ogóle zauwa­ży­łeś?

– Jaką ma ban­derę?

– Żadną. – Brekv podał mu z góry lunetę.

Zły znak. Dla­czego pły­nął samot­nie, w cza­sie wojny? Sta­tek Yalba był szybką jed­nostką zwiadu, więc w ich przy­padku pły­wa­nie samot­nie miało sens. Ale sta­tek kupiecki miałby w dzi­siej­szych cza­sach eskortę.

Yalb sku­pił się na statku. Żad­nej załogi na pokła­dzie. Na burze. Oddał lunetę.

– Chcesz to zgło­sić? – spy­tał Brekv.

Yalb poki­wał głową i zsu­nął się po linie obok Doka, który patrzył na niego zasko­czony. Yalb zesko­czył, wylą­do­wał w biegu i w trzech susach dotarł do kapi­tan, prze­ska­ku­jąc połowę stopni.

– O co cho­dzi? – Kapi­tan Smta była wysoką kobietą, która zwi­jała brwi w loki, by paso­wały do jej wło­sów.

– Sta­tek. Żad­nej załogi na pokła­dzie. Trzy rumby na bak­burtę.

Kapi­tan spoj­rzała w stronę ster­niczki, po czym ski­nęła głową. Wydano roz­kazy mary­na­rzom na takie­lunku. Skrę­cili w stronę zauwa­żo­nej jed­nostki.

– Ty będziesz wśród grupy wcho­dzą­cej na pokład, Yal­bie – pole­ciła kapi­tan. – Na wypa­dek gdyby potrzebne było twoje wyjąt­kowe doświad­cze­nie.

Wyjąt­kowe doświad­cze­nie. Pogło­ski nie były prawdą, ale wszy­scy w nie wie­rzyli i szep­tali, że Yalb przez lata pły­wał na statku widmo – co wyja­śniało, dla­czego w końcu znik­nął. Nie bez powodu nikt nie chciał zatrud­nić wszyst­kich trzech oca­la­łych razem, więc musieli się roz­dzie­lić.

Nie narze­kał na trak­to­wa­nie. Kapi­tan wyświad­czyła mu przy­sługę, że go w ogóle przy­jęła. Dla­tego, jeśli wyda­wała pole­ce­nie, wypeł­niał je. I choć był zwy­kłym mary­na­rzem bez żad­nej wła­dzy, nawet pierw­szy ofi­cer patrzył na niego z ocze­ki­wa­niem, kiedy w końcu pod­pły­nęli do dziw­nego statku. Żagle roze­rwane na strzępy. Prze­chy­lony, a na pokła­dzie nie było nawet duchów.

Nie znik­nął pod ich sto­pami, kiedy go badali. Po godzi­nie wró­cili z pustymi rękami. Ani śladu dzien­nika pokła­do­wego i ani śladu załogi, żywej lub mar­twej. Jedy­nie nazwa. Pierw­sze marze­nia, pry­watny sta­tek, o któ­rym pierw­szy ofi­cer coś sły­szał. Znik­nął przed pię­cioma mie­sią­cami w cza­sie jakie­goś tajem­ni­czego rejsu.

Cze­ka­jąc, aż kapi­tan i pozo­stali prze­dys­ku­tują, co należy zro­bić, Yalb oparł się o reling i wpa­trzył w dry­fu­jący samot­nie nie­szczę­sny sta­tek. Czy to było prze­zna­cze­nie, że wła­śnie on go odna­lazł? Że czło­wiek, któ­rego sta­tek znik­nął, połą­czył się teraz ze stat­kiem, któ­rego załoga znik­nęła? Kapi­tan będzie chciała posta­wić dodat­kowe żagle i odho­lo­wać go do portu. Yalb był tego pewien. Wysi­łek wojenny spra­wiał, że potrze­bo­wali każ­dej jed­nostki.

Zamie­rzali umie­ścić go na nim. Wie­dział to. Pew­nie sama burzowa kró­lowa tego zażąda.

Morze było zaiste dziwną panią. Otwartą. Ser­deczną. Zapra­sza­jącą.

Cza­sami odro­binę za bar­dzo.



1

Nie­któ­rzy mogliby uznać pla­no­wa­nie nowej wyprawy han­dlo­wej za nudne. Dla Rysn była to emo­cjo­nu­jąca pogoń. Ow­szem, sie­działa w kom­na­cie oto­czona ster­tami papie­rów, ale i tak czuła się jak łow­czyni.

W tych rapor­tach kryło się wiele inte­re­su­ją­cych dro­bia­zgów. Szcze­góły towa­rów na sprze­daż, pogło­ski o por­tach, któ­rych potrzeby ze względu na trwa­jącą wojnę były trudne do zaspo­ko­je­nia. Gdzieś wśród tych szcze­gó­li­ków kryła się dosko­nała oka­zja dla jej załogi. Prze­glą­dała je jak zwia­dow­czyni skra­da­jąca się w poszy­ciu, cicha i ostrożna, szu­ka­jąca naj­lep­szej oka­zji do ataku.

Poza tym zanu­rze­nie się w coś wyma­ga­ją­cego takiego sku­pie­nia odwra­cało jej uwagę od innych zmar­twień. Nie­stety, w chwili kiedy o tym pomy­ślała, nie mogła powstrzy­mać się od spoj­rze­nia w stronę Chiri-Chiri. Skow­roń­czyk, pokryty sko­rupą i obda­rzony dużymi bło­nia­stymi skrzy­dłami, zwy­kle całe dnie spę­dzał, doma­ga­jąc się od Rysn jedze­nia lub na inne spo­soby paku­jąc się w tara­paty. Tego dnia jed­nak, jak czę­sto ostat­nio, leżał zwi­nięty w kłę­bek i spał na dru­gim końcu dłu­giego stołu, w pobliżu doniczki z shi­no­var­ską trawą.

Chiri-Chiri mie­rzyła w przy­bli­że­niu stopę od nosa do pod­stawy ogona – który miał kolejne pięt­na­ście cali dłu­go­ści. Była tak duża, że Rysn musiała ją nosić na obu rękach. Skow­roń­czyk miał impo­nu­jący pro­fil ze spi­cza­stymi żuwacz­kami i oczami dra­pież­nika. Ostat­nio jed­nak jej brą­zowo-fio­le­towa sko­rupa wybla­kła do nie­mal kre­do­wego odcie­nia. Była zbyt biała – nie cho­dziło o zwy­czajną wylinkę. Działo się coś złego.

Rysn prze­su­nęła się po ławie.

W prze­szło­ści wolała malutki gabi­net z dala od wszyst­kich innych. Teraz sądziła, że robiła to pod­świa­do­mie, bo chciała się ukryć.

Już nie. Miała teraz duży gabi­net, w któ­rym pole­ciła wpro­wa­dzić roz­liczne zmiany w ume­blo­wa­niu. Choć wypa­dek przed dwoma laty pozba­wił ją wła­dzy w nogach, do uszko­dze­nia doszło na niż­szym odcinku krę­go­słupa niż u innych ludzi, z któ­rymi kore­spon­do­wała. Rysn mogła sie­dzieć bez pomocy, choć męczyło to jej mię­śnie, o ile nie miała opar­cia. Mimo wszystko uznała sia­da­nie za dobre ćwi­cze­nie, które wzmac­niało jej mię­śnie.

Zamiast krze­sła – albo całego rzędu – wolała dłu­gie ławy z wyso­kimi opar­ciami, wzdłuż któ­rych mogła się śli­zgać. Pole­ciła, by umiesz­czono je przy dłu­gich sto­łach w gabi­ne­cie, który miał też liczne okna. Robił wra­że­nie otwar­tego i peł­nego swo­body – uznała za zadzi­wia­jące, że wcze­śniej wolała coś znacz­nie mniej­szego i ciemniej­szego.

Dotarła do krańca ławy, w pobliże stwo­rzo­nego z koców gniazda Chiri-Chiri. Odło­żyła pióro i wyjęła dia­men­tową kulę z pobli­skiego kie­li­cha, po czym prze­su­nęła ją w stronę Chiri-Chiri. Klej­not pło­nął jasno, zachę­ca­jąc skow­roń­czyka, by poży­wił się jego Burzo­wym Świa­tłem.

Chiri-Chiri jedy­nie odro­binę otwo­rzyła srebrne oko i pra­wie się nie poru­szyła. Wokół Rysn poja­wiło się kilka nie­po­ko­jo­spre­nów, jak wykrzy­wia­jące się czarne krzyże. Na burze. Medycy zaj­mu­jący się zwie­rzę­tami nie potra­fili jej zbyt­nio pomóc – domy­ślali się, że cho­ro­wała, ale mówili, że każdy gatu­nek ma swoje cho­roby. A Chiri-Chiri była jedy­nym przed­sta­wi­cie­lem swo­jego gatunku, jakiego kie­dy­kol­wiek widzieli.

Pró­bu­jąc nie pozwo­lić, by przy­tło­czył ją nie­po­kój, Rysn zosta­wiła kulę w pobliżu pyska Chiri-Chiri i zmu­siła się, by wró­cić do łowów. Już wysłała przez łączo­trz­cinę prośbę do kogoś, kto jej zda­niem mógł pomóc Chiri-Chiri. Nic wię­cej nie mogła zro­bić, dopóki on nie odpo­wie. Dla­tego prze­su­nęła się z powro­tem wzdłuż ławy, by wró­cić do pracy. Wtedy jed­nak uświa­do­miła sobie, że zosta­wiła pióro. Zaczęła prze­su­wać się z powro­tem w jego stronę.

Nikli natych­miast zerwał się ze swo­jego miej­sca przy drzwiach i pobiegł po pióro. Nim dotarła do celu, nad­gor­liwy męż­czy­zna już poda­wał jej narzę­dzie pracy.

Rysn wes­tchnęła. Nikli był jej nowym głów­nym tra­ga­rzem, męż­czy­zną, który prze­no­sił ją mię­dzy miej­scami, kiedy potrze­bo­wała pomocy. Pocho­dził z zachod­niego Maka­baku i choć dobrze mówił po thay­leń­sku, miał pro­blemy ze zna­le­zie­niem pracy. Wyróż­niał się, bo jego twarz i ramiona pokry­wały białe tatu­aże.

Bar­dzo zale­żało mu na utrzy­ma­niu pracy, ale choć doce­niała ini­cja­tywę…

– Dzię­kuję, Nikli. – Wzięła pióro. – Ale pro­szę, zacze­kaj z udzie­la­niem pomocy, aż cię o nią popro­szę.

– Och! – Ukło­nił się. – Prze­pra­szam.

– Nic się nie stało. – Gestem pole­ciła mu wró­cić na swoje miej­sce przy drzwiach kom­naty.

Jego podej­ście nie było nie­zwy­kłe. Kiedy wyja­śniała, jak mają wyglą­dać ławy w jej gabi­ne­cie, pierw­szą reak­cją była dez­orien­ta­cja. „Ale czemu?” – spy­tał bry­ga­dzi­sta cie­śli.

Ach, być wolną od tego „ale czemu”.

Wszy­scy inni uwa­żali jej dzia­ła­nia za dziwne. Była mistrzem kup­cem, miała wła­sny sta­tek i załogę. Mogła kazać słu­żą­cym, by przy­no­sili jej wszystko, czego potrze­bo­wała. I od czasu do czasu rze­czy­wi­ście przy­da­wała jej się pomoc.

Cała kwe­stia w tym, że nie zawsze potrze­bo­wała pomocy. Sama musiała się tego nauczyć, nie miała więc pre­ten­sji do Niklego. Otrzą­snęła się z drob­nej iry­ta­cji i sku­piła znów na zada­niu, pró­bu­jąc ponow­nie odna­leźć eks­cy­ta­cję.

Miał to być jej drugi rejs jako wła­ści­cielki statku. Pierw­szy, zakoń­czony przed dwoma tygo­dniami, pole­gał na naj­zwy­klej­szym dostar­cze­niu towa­rów do celu i pozwo­lił jej się przy­zwy­czaić do załogi i nawza­jem. Poszło… nie­źle. Och, zyski były dobre, co załoga doce­niła. Od umów, które nego­cjo­wała, zale­żało ich utrzy­ma­nie.

Jed­nakże w mary­na­rzach i ich kapi­tan było coś, czego Rysn jesz­cze nie roz­gry­zła. Jakieś waha­nie w kon­tak­tach z nią. Może po pro­stu przy­zwy­cza­ili się do Vstima, a nie Rysn, a jej spo­sób bycia róż­nił się nieco od jej bab­ska. A może tęsk­nili za rej­sem, który byłby bar­dziej zaj­mu­jący, bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jący niż taka pro­sta wycieczka.

Prze­glą­dała moż­li­wo­ści i w końcu sku­piła się na trzech róż­nych pro­po­zy­cjach. Wszyst­kie mogły się oka­zać zyskowne, ale którą wybrać? Roz­wa­żała je przez jakiś czas, po czym wypi­sała listę wad i zalet każ­dej umowy, jak ją nauczył Vstim.

W końcu roz­ma­so­wała skro­nie przy akom­pa­nia­men­cie cichego brzęku biżu­te­rii na brwiach i posta­no­wiła dać sobie kilka minut. Się­gnęła po nie­dawno otrzy­mane wia­do­mo­ści przy­słane przez łączo­trz­ciny – od kobiet z całego świata, które podob­nie jak ona utra­ciły wła­dzę w nogach.

 

Roz­mowy z nimi były eks­cy­tu­jące i doda­wały jej ener­gii. Miały bar­dzo podobne odczu­cia, co ona, i chęt­nie dzie­liły się z nią swo­imi odkry­ciami. Azirka Mura zapro­jek­to­wała kilka inte­re­su­ją­cych urzą­dzeń poma­ga­ją­cych w codzien­nym życiu, które świad­czyły o nie­sa­mo­wi­tej kre­atyw­no­ści. Haki i pier­ście­nie, które uła­twiały dostęp do przed­mio­tów wiszą­cych na koł­kach. Wyspe­cja­li­zo­wane obrę­cze, druty i zaokrą­glone pręty do pomocy w ubie­ra­niu.

Czy­ta­jąc ostat­nie listy, nie mogła powstrzy­mać opty­mi­zmu. Nie­gdyś czuła się tak odizo­lo­wana. Teraz uświa­da­miała sobie, że wielu ludzi – choć dziw­nie nie­wi­dzial­nych dla reszty świata – sta­wiało czoło takim samym wyzwa­niom. Ich histo­rie doda­wały jej ener­gii, a wyko­rzy­stu­jąc ich suge­stie, Rysn pole­ciła wpro­wa­dzić zmiany na statku. Zamo­co­wane na stałe krze­sło i mar­kiza na pokła­dzie rufo­wym, w pobliżu steru. Zmiany w jej kaju­cie, które uła­twiały poru­sza­nie się i ubie­ra­nie.

Kiedy sta­tek stał w por­cie, cie­śle wypeł­niali jej pole­ce­nia. Jed­nakże cią­gle patrzyli na nią nie­pew­nie. I zada­wali to kosz­marne pyta­nie.

„Ale czemu?”.

Czemu nie została u sie­bie i pozwo­liła, by jeden z pod­wład­nych pro­wa­dził oso­bi­ste nego­cja­cje? Osta­teczny kon­trakt mogła wyne­go­cjo­wać przez łączo­trz­cinę. Czemu chciała mieć miej­sce na pokła­dzie rufo­wym, zamiast pły­nąć wygod­nie w kaju­cie? Czemu pro­siła o skon­stru­owa­nie sys­temu blocz­ków, by mogła dostać się na pokład rufowy i go opu­ścić, skoro mogli ją tam wnieść tra­ga­rze?

Czemu, czemu, czemu? Czemu chcesz żyć, Rysn? Czemu chcesz popra­wić swoją sytu­ację? Prze­su­nęła wzro­kiem po rysun­kach, które przy­słała jej Mura. Był to nowy pro­jekt, wymy­ślony przez żar­liwca w Jah Keved, innego rodzaju krze­sła na kół­kach. Rysn korzy­stała z tego popu­lar­nego, z małymi kół­kami na tyl­nych nogach. Wyma­gał tra­ga­rza, który odchy­lał krze­sło do tyłu – jakby sie­działa na odwró­co­nej taczce – i popy­chał ją tam, dokąd chciała się udać. Z tego pro­jektu korzy­stano od stu­leci.

To jed­nak było coś nowego. Krze­sło z dużymi kołami, które można było poru­szać samemu za pomocą rąk. Musiała zle­cić jego wyko­na­nie. Na statku raczej zda­łoby się na nic – a ulice Thay­len były naj­pew­niej zbyt nie­równe, ze zbyt wie­loma schod­kami – ale gdyby mogła samo­dziel­nie poru­szać się mię­dzy kom­na­tami w domu, wiele by się zmie­niło.

Napi­sała odpo­wiedź dla Mury, po czym znów wró­ciła do trzech moż­li­wych rej­sów i roz­wa­żyła je. Ładu­nek oleju ryb­nego, dywa­nów lub beczek z wodą. Wszyst­kie były po pro­stu przy­ziemne. Jej sta­tek, Wędrowny żagiel, wybu­do­wano do wyż­szych celów. Oczy­wi­ście w trak­cie wojny nawet pro­ste rejsy były nie­bez­pieczne. Ale jeden z naj­lep­szych w tej dzie­dzi­nie wyszko­lił ją, by szu­kała oka­zji, z któ­rych nikt inny by nie sko­rzy­stał.

„Szu­kaj potrzeby”, powta­rzał jej Vstim. „Nie bądź pąklą, po pro­stu wysy­sa­jącą pie­nią­dze, gdzie się da, Rysn. Odnajdź nie­za­spo­ko­joną potrzebę…”.

Posta­no­wiła zacząć od nowa, ale prze­rwało jej ciche puka­nie do zewnętrz­nych drzwi. Zasko­czona pod­nio­sła wzrok – nie spo­dzie­wała się gości. Nikli spoj­rzał w jej stronę, a kiedy ski­nęła z apro­batą, wyszedł do przed­sionka, by otwo­rzyć.

Chwilę póź­niej w jej gabi­ne­cie poja­wił się uśmiech­nięty męż­czy­zna. Rysn z zasko­cze­niem upu­ściła papiery.

Reshi miał brą­zową skórę i nosił włosy zaple­cione w dwa dłu­gie war­ko­cze opa­da­jące na ramiona. Jego tra­dy­cyj­nej wią­za­nej spód­nicy towa­rzy­szyła luźna koszula z frędz­lami odsła­nia­jąca pierś. Po dwóch latach kore­spon­den­cji wie­działa, że kiedy Talik podró­żo­wał, zwy­kle wybie­rał jeden ze sta­ran­nie uszy­tych thay­leń­skich stro­jów. Tra­dy­cyjne szaty wkła­dał celowo, kiedy chciał przy­po­mnieć ludziom, skąd pocho­dzi.

Na jego widok zaparło jej dech w pier­siach. Miesz­kał tysiące mil od niej. Jak się tu zna­lazł? Pró­bo­wała zebrać myśli.

– Ach, czyli teraz, kiedy jesteś potężną wła­ści­cielką statku, nie masz mi już nic do powie­dze­nia? W takim razie pew­nie powi­nie­nem się zbie­rać… – Jed­no­cze­śnie uśmie­chał się coraz sze­rzej.

– Wejdź i usiądź. – Prze­su­nęła się wzdłuż dłu­giego stołu do dru­giego końca, gdzie leżało mniej papie­rów. Gestem zapro­siła go, żeby zajął miej­sce na krze­śle po dru­giej stro­nie. – Jakim cudem dotar­łeś tutaj tak szybko? Napi­sa­łam do cie­bie przed trzema dniami!

– Byli­śmy w Azi­mi­rze – wyja­śnił i usiadł. – Król chce się spo­tkać z Dali­na­rem Kho­li­nem i oso­bi­ście poznać tych Świe­tli­stych Ryce­rzy.

– Król opu­ścił Relu-na? – Rysn opa­dła szczęka.

– Dziwne to czasy. Skoro kosz­mary wędrują po świe­cie, a vori­no­wie jed­no­czą się pod jed­nym sztan­da­rem, i to ale­thyj­skim, naszedł czas.

– Oni… Nie zjed­no­czy­li­śmy się pod ale­thyj­skim sztan­da­rem. Jeste­śmy zjed­no­czoną koali­cją. Pozwól, że naleję ci her­baty.

Zła­pała kij do chwy­ta­nia, zacze­piła go o uszko czaj­nika i pocią­gnęła po stole w ich stronę. Talik – który był bar­dzo surowy, kiedy spo­tkali się po raz pierw­szy – pode­rwał się na równe nogi, by jej pomóc. Wziął czaj­nik i nalał płyn do dwóch kub­ków.

Była wdzięczna. A jed­no­cze­śnie sfru­stro­wana. Utrata zdol­no­ści cho­dze­nia była iry­tu­jąca – wyda­wało się, że tę emo­cję ludzie rozu­mieją. Nie­wielu poj­mo­wało jed­nak poczu­cie zaże­no­wa­nia, które ją wypeł­niało – choć wie­działa, że nie powinno – na myśl, że jest cię­ża­rem. Choć doce­niała tro­skę, z jaką odno­sili się do niej ludzie, to bar­dzo się sta­rała, by robić jak naj­wię­cej samo­dziel­nie. Kiedy ludzie przy­pad­kiem w tym prze­szka­dzali, Rysn trud­niej było igno­ro­wać tę część jej, która szep­tała kłam­stwa. Która mówiła, że ponie­waż utra­ciła spraw­ność w kilku aspek­tach, stała się cał­ko­wi­cie bez­war­to­ściowa.

Ostat­nio radziła sobie z tym coraz lepiej. Nie ota­czały jej przez cały czas wsty­do­spreny. Ale wciąż chciała zna­leźć spo­sób, by wyja­śnić, że nie jest dziec­kiem, które wyma­gało hołu­bie­nia.

– Bogo­wie dalecy i bli­scy. – Talik podał jej kubek i znów usiadł. – Trudno uwie­rzyć w to, jak szybko mija czas. Minęło… dwa lata od dnia, kiedy nas odwie­dzi­łaś? Od two­jego wypadku? Wydaje się, że zale­d­wie kilka mie­sięcy.

– A mnie się wydaje, że cała wiecz­ność.

Rysn upiła łyk her­baty i wycią­gnęła rękę w stronę Chiri-Chiri. W takiej sytu­acji skow­roń­czyk zwy­kle zbli­żał się i wąchał. Dziś jedy­nie się poru­szył i zaćwier­kał cicho.

– Powspo­mi­nać możemy póź­niej – stwier­dził Talik. – Czy mogę ją obej­rzeć?

Rysn poki­wała głową, odsta­wiła her­batę, prze­su­nęła się i wzięła skow­roń­czyka na ręce. Chiri-Chiri kilka razy zama­chała skrzy­dłami, ale zaraz się uspo­ko­iła. Rysn unio­sła ją, by Talik mógł się jej przyj­rzeć – męż­czy­zna prze­su­nął swoje krze­sło w taki spo­sób, że sie­dział obok niej.

– Poka­za­łam ją wielu medy­kom od zwie­rząt, ale byli bez­radni. Wszy­scy sądzili, że skow­roń­czyki wymarły, jeśli w ogóle o nich sły­szeli.

Talik wycią­gnął rękę i ostroż­nie dotknął czubka głowy Chiri-Chiri.

– Taka duża… – szep­nął. – Nie mia­łem poję­cia.

– Co masz na myśli? – spy­tała Rysn.

– Kiedy upa­dła Aimia, Na-Alind… jedna z rodzin wiel­ko­sko­ru­po­wych bogów Reshich… przy­jęła ostat­nie skow­roń­czyki. Wiel­ko­sko­rupy nie myślą i nie mówią tak jak ludzie, a ich zwy­czaje są dziwne. Jed­nak… na ile umiemy to oce­nić, zło­żyły obiet­nicę. Że ochro­nią je, swo­ich krew­nia­ków. Widzia­łem tylko dwa inne skow­roń­czyki. Oba żyły od dzie­się­cio­leci, ale były małe, wiel­ko­ści dłoni.

– Chiri-Chiri lubi jeść. Dużo. A w każ­dym razie lubiła…

– W sta­ro­żyt­no­ści skow­roń­czyki dora­stały do więk­szych roz­mia­rów. W dzi­siej­szych cza­sach mają pozo­stać małe. Ukryte. By ludzie nie zaczęli znów na nie polo­wać.

– Ale co mam zro­bić? Jak mam jej pomóc?

– Kiedy przed trzema dniami dosta­łem twój list, napi­sa­łem do tych na wyspie. Mał­żo­nek króla zwró­cił się do Relu-na. Odpo­wiedź jest pro­sta, Rysn, ale nie­ła­twa. Zde­cy­do­wa­nie.

– To zna­czy?

Talik spoj­rzał jej w oczy.

– Wyspa powie­działa, żeby zabrać ją do domu.

– Na wyspy Reshi? Pew­nie mogę udać się w odwie­dziny. Jak omi­nę­li­ście tereny oku­po­wane? Długą drogą od wschodu? My… – Na widok ponu­rej miny męż­czy­zny Rysn prze­rwała. – Och. Mówiąc „dom”, mia­łeś na myśli Aimię. Cóż, to nie jest nie­moż­liwe. Kró­lew­ska mary­narka ma kilka przy­czół­ków na głów­nej wyspie.

– Nie cho­dzi o główną wyspę Aimii, Rysn. Musisz zabrać ją do Aki­nah. Utra­co­nego mia­sta. – Pokrę­cił głową. – To nie­moż­liwa podróż. Od wielu poko­leń nikt nie posta­wił stopy na wyspie.

Rysn zmarsz­czyła czoło, pogła­skała Chiri-Chiri i zasta­no­wiła się. Aki­nah. Czy ostat­nio nie natra­fiła gdzieś na tę nazwę? Przy­wo­łała gestem Talika, odsta­wiła Chiri-Chiri i wró­ciła do papie­rów.

Po kilku minu­tach odna­la­zła to, czego szu­kała.

– Popatrz.

Trzy­mała papier w taki spo­sób, by męż­czy­zna mógł nachy­lić się obok niej i czy­tać. Nie prze­strze­gał voriń­skich zaka­zów w tej kwe­stii. Cóż, Rysn też nie, choć ostat­nimi czasy bez słowa sprze­ciwu nosiła ręka­wiczkę.

Przed dwoma mie­sią­cami thay­leń­ska mary­narka odna­la­zła sta­tek widmo. Urzęd­nicy powią­zali go z wyprawą do na wpół mitycz­nego mia­sta Aki­nah. Kró­lowa Uri­thiru, Navani Kho­lin, szu­kała statku, który udałby się do Aimii i zba­dał pewien rejon. Dziwny sztorm w miej­scu, gdzie podobno znaj­do­wały się ruiny Aki­nah.

Kró­lowa Navani obie­cy­wała nagrodę dla chęt­nych, ale na razie nikt nie przy­jął pro­po­zy­cji. Rysn spoj­rzała na Talika, który poki­wał głową.

Naj­wy­raź­niej Rysn musiała odwie­dzić Uri­thiru.