MigawkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Podzię­ko­wa­nia

2  Roz­dział pierw­szy

3  Roz­dział drugi

4  Roz­dział trzeci

5  Roz­dział czwarty

6  Roz­dział piąty

7  Roz­dział szó­sty

8  Roz­dział siódmy

9  Roz­dział ósmy

10  Roz­dział dzie­wiąty

11  Roz­dział dzie­siąty

12  Posło­wie

Tytuł ory­gi­nału: Snap­shot

Copy­ri­ght © 2017 by Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment, LLC

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2019 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka

Ilu­stra­cja na okładce: Domi­nik Bro­niek

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Dark Crayon

ISBN 978-83-66712-76-8

Wyda­nie II

Wydawca:

Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63

04-082 War­szawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin

sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91

05-850 Oża­rów Maz.

tel. 227 335 010

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Podzię­ko­wa­nia

Aby opo­wieść tra­fiła do rąk czy­tel­ni­ków, nie wystar­czy, bym ją napi­sał. Za kuli­sami pra­cuje duża grupa, która stara się, by cała książka była piękna i wygła­dzona.

Dzię­kuję Pete­rowi Orul­lia­nowi i Steve’owi Dia­mon­dowi, któ­rzy bar­dzo się sta­rali, by Migawka była nie­sa­mo­wita w każ­dym aspek­cie. Moshe Feder, Joshua Bil­mes i nie­kwe­stio­no­wany Peter Ahl­strom jak zawsze zgło­sili dosko­nałe poprawki redak­cyjne, dzięki któ­rym histo­ria stała się lep­sza. Deanna Hoak zapew­niła świetną korektę, a uta­len­to­wany Howard Lyon odpo­wiada za piękną ilu­stra­cję na okładce.

Jestem ogrom­nie wdzięczny spo­łecz­no­ści pierw­szych czy­tel­ni­ków za nie­oce­nione infor­ma­cje zwrotne, które od nich otrzy­ma­łem. Byli to Trae Cooper, Mark Lind­berg, Nikki Ram­say, Ted Her­man, Gary Sin­ger, Ross New­berry, Alice Arne­son, Louis Hill, Bob Kluttz, Lynd­sey Luther, Megan Kanne, Brian T. Hill, Richard Fife, Ben Black, Aubree Pham, Bao Pham, Josh Wal­ker, Jory Phil­lips i Eric Lake. Szcze­gól­nie chciał­bym podzię­ko­wać Lorze Jean Buss i Gle­nowi Bus­sowi, za infor­ma­cje zwią­zane z ochroną porządku publicz­nego, i Kri­sti­nie Kugler za pomoc w korek­cie.

Po raz kolejny mój zespół z Dra­gon­steel prze­czy­tał tę histo­rię, sko­men­to­wał ją i wciąż wspiera mnie i moją twór­czość na wszyst­kie moż­liwe spo­soby. Peter Ahl­strom, Karen Ahl­strom, Kara Ste­wart,  saac Ste­wart, Adam Horne i Emily San­der­son.

Bran­don San­der­son

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział pierw­szy

Anthony Davis – jeden z dwóch praw­dzi­wych ludzi w mie­ście liczą­cym dwa­dzie­ścia milio­nów miesz­kań­ców – zła­pał bur­rito, które rzu­cił mu jego part­ner.

– Na któ­rym końcu jest musz­tarda?

– Musz­tarda? – powtó­rzył Chaz. – A kto dodaje musz­tardę do bur­rito?

– Ty. Z któ­rej strony?

Chaz uśmiech­nął się, uka­zu­jąc ide­alne białe zęby. Były sztuczne. Po tym, jak przed dwoma laty obe­rwał w twarz stoł­kiem baro­wym, stra­cił jeden, ale kazał den­ty­ście wsta­wić implant, który wyglą­dał zbyt ide­al­nie i nie paso­wał do pozo­sta­łych zębów. Do tej pory zdą­żył wymie­nić już więk­szość.

– Musz­tarda jest na końcu po two­jej lewej. – Chaz wska­zał na bur­rito. – Skąd wie­dzia­łeś?

Davis jedy­nie chrząk­nął i ode­rwał koniec bur­rito. Fasolka, ser, woło­wina. I musz­tarda. Chaz żywił to idio­tyczne prze­ko­na­nie, że pew­nego dnia jego part­ner odgry­zie kawa­łek z musz­tardą i się nawróci. Davis pokrę­cił głową i wyrzu­cił ode­rwany kawa­łek bur­rito do naj­bliż­szego kosza.

Szli ulicą w cywil­nych ubra­niach. Ota­czało ich olbrzy­mie mia­sto New Clip­per­ton, tak auten­tyczne, że nikt by nie powie­dział, iż jest Migawką – odtwo­rze­niem okre­ślo­nego dnia w praw­dzi­wym mie­ście. Całe mia­sto zostało zre­kon­stru­owane z wyko­rzy­sta­niem metod, które pro­sty gli­niarz taki jak Davis led­wie poj­mo­wał.

W rze­czy­wi­sto­ści znaj­do­wali się w olbrzy­mim pod­ziem­nym kom­plek­sie, ale zupeł­nie tego nie zauwa­żał – widział słońce nad głową i czuł smród docho­dzący z bocz­nej uliczki, którą mijali. Wszystko wyda­wało mu się realne. Na swój spo­sób było realne – zbu­do­wane z suro­wej mate­rii, którą można było poczuć, pową­chać, usły­szeć i – o czym świad­czył kęs, który odgryzł Davis – posma­ko­wać.

A niech to. Prze­ga­pił tro­chę musz­tardy.

– Zasta­na­wia­łeś się kie­dyś – Chaz mówił z peł­nymi ustami – ile kosz­tują te bur­rito? To zna­czy tak naprawdę. Ener­gia potrzebna, by je stwo­rzyć i umie­ścić tutaj, żeby­śmy mogli je kupić?

– Kupę kasy. – Davis odgryzł kolejny kęs. – I jed­no­cze­śnie zupeł­nie nic.

– Hmm… To tro­chę tak, jak ty mówisz różne rze­czy, które jed­no­cze­śnie zupeł­nie nic nie zna­czą?

– Pro­jekt Migawka to koszty uto­pione, Chaz. Goście w gar­nia­kach już zapła­cili za to miej­sce i tech­no­lo­gię potrzebną do jego stwo­rze­nia. Wszystko jest na miej­scu, a koszty począt­kowe były ogromne. Ale tak naprawdę nie mie­li­śmy wyboru.

Kiedy nowy ame­ry­kań­ski rząd wyco­fał się z Clip­per­ton, posta­no­wił nie usu­wać insta­la­cji pod mia­stem. Davis był prze­ko­nany, że Ame­ry­ka­nie chcieli, żeby pozo­stała, na wypa­dek gdyby posta­no­wili wró­cić i jesz­cze tro­chę poba­wić się swoim eks­pe­ry­men­tem. Ale nie chcieli też tak po pro­stu jej oddać. I dla­tego New Clip­per­ton – ofi­cjal­nie nie­za­leżne pań­stwo-mia­sto – dostało „szansę” na prze­ję­cie Pro­jektu Migawka. Za bar­dzo wysoką opłatą.

Davis odgryzł kolejny kęs bur­rito.

– Całość mnó­stwo nas kosz­to­wała, ale co się stało, to się nie odsta­nie, więc rów­nie dobrze możemy z tego korzy­stać.

– No tak, ale to bur­rito, stary. Robią dla nas bur­rito. Zawsze się zasta­na­wia­łem, czy goście z księ­go­wo­ści nie pomy­ślą pew­nego dnia „Bur­rito są zbyt błahe. Usuńmy je”.

– To tak nie działa. Jeśli zamie­rza się wyko­rzy­stać Migawkę do odtwo­rze­nia dnia, trzeba to zro­bić dosko­nale. Czyli nasze bur­rito, graf­fiti na tam­tej ścia­nie, ta kobieta, na którą się gapisz… wszystko jest w pakie­cie. Dro­gie, a jed­no­cze­śnie za darmo.

– Nie­zła jest, co? – Chaz odwró­cił się i szedł tyłem, wpa­tru­jąc się w kobietę.

– Chaz, miej tro­chę przy­zwo­ito­ści.

– Dla­czego? Ona nie jest praw­dziwa. Nikt z nich nie jest.

Kubki sma­kowe Davisa nie zauwa­żały, że bur­rito, które wła­śnie prze­żuwa, nie jest praw­dziwe. Oczy­wi­ście, co to zna­czyło „praw­dziwy”? Fasolka i ser zostały wymo­de­lo­wane na pod­sta­wie praw­dziwego bur­rito w praw­dziwym mie­ście i wszystko się zga­dzało nawet na pozio­mie czą­stecz­ko­wym. Nie była to też wir­tu­alna symu­la­cja. Gdyby umie­ścić to bur­rito obok takiego z real­nego świata, nawet za pomocą mikro­skopu elek­tro­no­wego nie dałoby się zauwa­żyć róż­nicy.

Chaz chrząk­nął i wgryzł się w swoje bur­rito.

– Zasta­na­wiam się, kto kupił je w praw­dzi­wym mie­ście.

Dobre pyta­nie. Migawka została stwo­rzona w ciągu jed­nej nocy i była dokładną repliką dnia sprzed dzie­się­ciu dni – 1 maja 2018 roku. Cała rekon­struk­cja miała zostać usu­nięta w chwili, gdy Chaz i Davis opusz­czą ją na noc. Naci­sną guzik i wszystko w środku zmieni się z powro­tem w surową mate­rię i ener­gię.

Chaz i Davis byli jed­nak praw­dziwi – przy­byli z „praw­dzi­wego życia”, jeśli można tak to okre­ślić. Ich wpro­wa­dze­nie – choć konieczne – było rów­nież kło­po­tliwe. Kiedy wcho­dzili w inte­rak­cje z Migawką, powo­do­wali coś, co nazy­wano Odchy­le­niami – róż­nice mię­dzy Migawką a tym, jak roze­grały się wyda­rze­nia praw­dzi­wego pierw­szego maja.

Nie­które rze­czy, które robili – choć nie dało się prze­wi­dzieć, które – odbi­jały się na całej Migawce, spra­wia­jąc, że wyda­rze­nia w rekon­struk­cji roz­gry­wały się ina­czej niż praw­dzi­wego dnia. Pro­cent Odchy­le­nia – obli­czony przez sta­ty­sty­ków – brano pod uwagę w cza­sie wszyst­kich pro­ce­sów powią­za­nych z dowo­dami odkry­tymi w Migawce.

Chaz i Davis zwy­kle pozo­sta­wiali to gościom w księ­go­wo­ści. Cza­sami przez cały dzień robili rze­czy, które w ich prze­ko­na­niu powinny zni­we­czyć wszel­kie szanse na uzna­nie dowo­dów – ale w końcu wszystko dobrze się koń­czyło i pro­cent Odchy­le­nia oka­zy­wał się nie­wielki. Innym razem Davis zamknął się w hote­lo­wym schro­nie, zde­cy­do­wany nie two­rzyć żad­nych Odchy­leń. Nie­stety, trza­ska­jąc drzwiami, obu­dził kobietę w sąsied­nim pokoju. Jej z kolei udało się dotrzeć na czas na roz­mowę o pracę, a to miało swoje kon­se­kwen­cje w całej Migawce, powo­du­jąc Odchy­le­nie wyno­szące dwa­dzie­ścia pro­cent. I w efek­cie sprawa została umo­rzona.

 

Nikt nie miał do nich pre­ten­sji. Gli­nia­rze w Migaw­kach wywo­ły­wali Odchy­le­nia, taka była natura tego, co robili. Mimo wszystko to go drę­czyło. Tutaj wszy­scy inni byli fał­szywi, ale on i Chaz… jakimś spo­so­bem byli czymś jesz­cze gor­szym. Usterki w dosko­na­łym sys­te­mie. Intruzi. Wirusy pozo­sta­wia­jące za sobą chaos.

Nie­ważne, powie­dział sobie, koń­cząc bur­rito. Skup się na misji. Psy­chia­tra z wydziału kazała mu się sku­piać na tym, co robił, na bie­żą­cym zada­niu. Obse­sja na punk­cie Odchy­leń unie­moż­li­wiała mu dzia­ła­nie.

Dotarli na róg Trze­ciej i Dwu­dzie­stej Siód­mej, w pobliżu sze­regu skle­pi­ków. Cało­do­bowe spo­żyw­czaki, mono­po­lowy z kra­tami w oknach. Na tyłach szyl­dów naklejki z nazwami przy­pad­ko­wych zespo­łów. To nie była lep­sza dziel­nica mia­sta – tych nie­wiele już pozo­stało.

Davis znów przy­wo­łał na tele­fo­nie para­me­try misji i przyj­rzał im się uważ­nie.

– Sądzę, że powin­ni­śmy sta­nąć w środku. – Davis wska­zał na mono­po­lowy.

– Trudno będzie kogoś gonić.

– Tak, ale on nas nie zoba­czy. Żad­nych Odchy­leń.

– Odchy­leń nie da się powstrzy­mać.

Miał rację. Każ­dego dnia wypy­ty­wano ich o to, co robili, zgry­wano też dane z tele­fo­nów, które śle­dziły ich poło­że­nie. Ich dzia­ła­nia pod­le­gały audy­towi przez księ­go­wych z wydziału spraw wewnętrz­nych, ale zawsze mówiono o „mini­ma­li­zo­wa­niu ryzyka Odchy­le­nia celów”. Ni­gdy o eli­mi­no­wa­niu Odchy­leń.

Poza tym danymi z tele­fo­nów dało się mani­pu­lo­wać, o czym Davis dobrze wie­dział, a sygnały z zewnątrz z tru­dem docie­rały do wnę­trza Migawki. I tak naprawdę nikt nie mógł być pewien, co tu robili.

Chaz jed­nak nie sprze­ci­wiał się dłu­żej, kiedy Davis zajął sta­no­wi­sko w skle­pie mono­po­lo­wym, otwar­tym mimo wcze­snej pory. Choć dziel­nica była kiep­ska, w środku pach­niało czy­sto­ścią i pano­wał porzą­dek. Bro­daty Sikh w szy­kow­nym czer­wo­nym tur­ba­nie zamia­tał pod­łogę przy kasie. Przy­glą­dał im się z zacie­ka­wie­niem, kiedy usta­wili się przy oknie od frontu.

Davis znów prze­czy­tał para­me­try misji i spoj­rzał na zega­rek. Pół godziny. Nie­wiele czasu. Nie powinni robić sobie prze­rwy na śnia­da­nie, mimo narze­kań Chaza.

Skle­pi­karz nie prze­ry­wał zamia­ta­nia, ale od czasu do czasu posy­łał im spoj­rze­nie.

– Będziemy mieli z nim pro­blem – zauwa­żył Chaz.

– Jeste­śmy dwoma zwy­kłymi klien­tami.

– Któ­rzy niczego nie kupują. Teraz wyglą­damy przez okno, a jeden z nas co pięt­na­ście sekund patrzy na zega­rek.

– Wcale nie…

Davis prze­rwał, kiedy skle­pi­karz w końcu odsta­wił mio­tłę na bok i pod­szedł do nich.

– Będą musieli pano­wie wyjść – powie­dział. – Muszę zamknąć, żeby, no, pójść na lunch.

Davis uśmiech­nął się, przy­go­to­wu­jąc kłam­stwo, żeby uspo­koić męż­czy­znę.

Chaz mach­nął mu przed nosem odznaką.

W oczach Davisa wyglą­dała nor­mal­nie. Sre­brzy­sta tar­cza ze stan­dar­do­wym, ofi­cjal­nym gra­we­ro­wa­niem. Nie było w niej niczego nie­zwy­kłego. Tyle tylko, że to była odznaka real­no­ści. Dla każ­dego z Migawki – każ­dego, kto był pod­róbką, fał­szy­wym czło­wie­kiem – wcale nie wyglą­dała jak odznaka poli­cyjna. Miast tego zaświad­czała, że noszący ją ludzie są praw­dziwi.

A patrzący na nią wręcz prze­ciw­nie.

Sikh wpa­try­wał się w odznakę sze­roko otwar­tymi oczyma. Davis zawsze się zasta­na­wiał, co takiego widzą. Wszy­scy mieli to samo odle­głe spoj­rze­nie, jakby wpa­try­wali się w coś ogrom­nego. Oszo­ło­mione. Nawet odro­binę prze­stra­szone.

Czy moja pod­róbka kie­dy­kol­wiek widziała jedną z nich? – zasta­na­wiał się. Wie­rzył, że jest praw­dzi­wym mną, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc fakt, że on – i jego cały świat – to jedy­nie Migawka. Aż zoba­czył odznakę…

Skle­pi­karz otrzą­snął się i popa­trzył na nich.

– Hej, nie­zła sztuczka. Jak pan… to zna­czy, jak to się robi…? – Znów spoj­rzał na odznakę.

Pod­róbki zawsze instynk­tow­nie ją roz­po­zna­wały. Coś w ich wnę­trzu wie­działo, co zna­czy odznaka, nawet jeśli o niej nie sły­szeli. Oczy­wi­ście więk­szość sły­szała, przez te całe ostat­nie spory o pry­wat­ność. Poza tym opi­nia publiczna w Odno­wio­nej Unii Ame­ry­kań­skiej fascy­no­wała się pro­jek­tem, sta­wał się popu­larny w kinie. Na ser­wi­sach było z pół tuzina dra­ma­tów poli­cyj­nych o gli­nia­rzach pra­cu­ją­cych wewnątrz Migawki – choć, o ile Davis wie­dział, jedy­nym ofi­cjal­nie dzia­ła­ją­cym obiek­tem był ten w New Clip­per­ton.

Dra­maty poli­cyjne ni­gdy nie poka­zy­wały, jak wyglą­dała odznaka real­no­ści. Wyda­wało się to swego rodzaju nie­pi­saną zasadą. W gło­wie wyglą­dała lepiej.

Skle­pi­karz szep­nął coś w ojczy­stym języku. Póź­niej znów na nich spoj­rzał, tym razem przy­tom­niej. Chaz poki­wał głową.

Skle­pi­karz przy­jął to nie­źle. Po pro­stu… sobie poszedł. W oszo­ło­mie­niu otwo­rzył drzwi sklepu i zosta­wił wszystko za sobą. Po co miał pra­co­wać w han­dlu, skoro wła­śnie odkrył, że nie jest praw­dziwy? Po co miał się czym­kol­wiek przej­mo­wać, skoro cały jego świat miał się skoń­czyć w porze kola­cji?

– Napi­jesz się cze­goś? – spy­tał wesoło Chaz, kiedy już scho­wał odznakę do kie­szeni na piersi. Wska­zał na nie­pil­no­wane półki sklepu.

– Nie musia­łeś tego robić.

– Zostało nam tylko kilka minut. Nie ma czasu na poga­duszki. Tak było naj­le­piej.

– Wpro­wa­dzi Odchy­le­nia.

– Nie da się zatrzy­mać…

– Zamknij się.

Davis oparł się o okno i znów spoj­rzał na zega­rek. Cza­sami cię nie­na­wi­dzę, Chaz, pomy­ślał.

Choć jed­no­cze­śnie zazdro­ścił Cha­zowi. Czułby się lepiej, gdyby po pro­stu zaczął trak­to­wać wszystko tutaj – włącz­nie z ludźmi, któ­rych mijali – jako fał­szywki. Mario­netki stwo­rzone z suro­wej mate­rii i na krótko oży­wione.

Tyle tylko że… byli dosko­na­łymi rekon­struk­cjami, łącz­nie z che­mią mózgu. Jak mógł nie postrze­gać ich jako praw­dzi­wych ludzi? On i Chaz jedli bur­rito i trak­to­wali je jako praw­dziwe, a jed­no­cze­śnie mieli uda­wać, że napo­tkani ludzie to nie­wiele wię­cej niż obrazy? To się nie wyda­wało wła­ściwe.

Chaz ści­snął go za ramię.

– Tak jest lepiej. Będzie mógł przy­jem­nie spę­dzić to, co zostało z jego życia, cza­isz? – Się­gnął do kie­szeni i wyło­żył na para­pet garść monet. – Pro­szę. Ze sto­iska z bur­rito.

Chaz poszedł po butelkę India Pale Ale. Davis przez chwilę się dener­wo­wał, po czym spraw­dził para­me­try misji. Dziś dwie sprawy. Jedna tutaj, na rogu ulicy, póź­niej druga, w pobliżu War­saw Street o dwu­dzie­stej sie­dem­na­ście. Do tej pory pro­cent Odchy­le­nia mógł być dość wysoki, szcze­gól­nie jeśli Chaz był dziś w nastroju, ale wciąż mogli zro­bić coś dobrego. Pomóc roz­wią­zać sprawy dzie­jące się w praw­dzi­wym świe­cie. Prze­ka­zać infor­ma­cje praw­dzi­wym gli­nia­rzom.

I War­saw Street. Godzina dwu­dzie­sta sie­dem­na­ście.

Davis w końcu wziął garść monet i zaczął je prze­glą­dać, uno­sił każdą do poran­nego słońca wpa­da­ją­cego przez okno i spraw­dzał datę. Chaz wró­cił do niego spa­ce­ro­wym kro­kiem i pokrę­cił głową.

– Mogli­by­śmy pójść do banku, cza­isz? Popro­sić ich o całe wia­dro monet.

– To by się nie liczyło.

Davis zmarsz­czył czoło, wpa­tru­jąc się w dwa­dzie­ścia pięć cen­tów, które trzy­mał. Czy miał już rok 2002 z men­nicy w Fila­del­fii? Wycią­gnął tele­fon i prze­wi­nął ekran.

– To by się nie liczyło? – spy­tał Chaz. – Według czy­ich zasad?

– Moich wła­snych.

– To je zmień.

– Nie mogę.

Tak, rok 2002 już zna­lazł. Potrze­bo­wał 2003. W dzi­siej­szych cza­sach trudno było zna­leźć miej­sca, które korzy­stały z monet. Uliczni han­dla­rze, cza­sem małe skle­piki spo­żyw­cze.

– Masz poję­cie, jak bar­dzo utrud­niasz sobie życie, prawda?

– Cza­sami – przy­znał Davis. – Ale nie mogę oszu­ki­wać albo kolek­cja straci wszel­kie zna­cze­nie. Poza tym Hal zna zasady.

Davis tydzień wcze­śniej dostał maila od syna – dzie­ciak miał już pra­wie kom­plet z pierw­szej dekady XXI wieku. W szkole Hala był auto­mat z napo­jami, który wyda­wał resztę drob­nymi.

– Powiedzmy, że znaj­dziesz tu jakąś – ode­zwał się Chaz. – Mały kawa­łek metalu, który przy­pad­kiem ma na sobie wła­ściwą pie­częć, żebyś cał­kiem odle­ciał. Co zro­bisz? Z Migawki nie da się nic wynieść.

– Chyba że wewnątrz sie­bie. – Davis ski­nął na piwo Chaza.

– Ty byś…

– Połknął monetę? Pew­nie. A czemu nie? Co zro­bią księ­gowi z komi­sa­riatu? Prze­szu­kają mój sto­lec?

Chaz pocią­gnął duży łyk piwa.

– Dziwny z cie­bie gostek, Davis.

– Dopiero teraz to zauwa­ży­łeś?

– Cza­sem wolno myślę. A ty, ty jesteś tak jakby nie­znacz­nie dziwny, Davis. Ukrad­kowo dziwny.

Zega­rek Davisa zabrzę­czał. Spraw­dził godzinę. Pięć minut. Pochy­lił się i wpa­trzył w budy­nek po dru­giej stro­nie ulicy. Bar z miesz­ka­niami na pię­trze.

Chaz się­gnął do kabury pod pachą.

– Nie będziesz tego potrze­bo­wał – powie­dział Davis.

– Można sobie poma­rzyć, co nie? – Ale puścił broń. – Czemu ten gość w ogóle jest taki wyjąt­kowy? W mie­ście jest rocz­nie tysiąc mor­derstw, a ten dostaje Migawkę?

Davis nie odpo­wie­dział. Naprawdę, czy Chaz nie mógłby od czasu do czasu przej­rzeć wia­do­mo­ści? Albo przy­naj­mniej prze­czy­tać raport doty­czący ich sprawy?

Led­wie usły­szeli strzał po dru­giej stro­nie ulicy. Dobie­ga­jący z takiej odle­gło­ści cichy trzask mógłby być czym­kol­wiek – odgło­sem butelki wrzu­co­nej do kon­te­nera na śmieci, wybi­ja­nej szyby, nawet zatrza­śnię­tych drzwi. Davis i tak pod­sko­czył.

Ich sprawca, Enri­que Este­vez, minutę póź­niej zbiegł po scho­dach budynku, dło­nie trzy­mał w kie­sze­niach. Rozej­rzał się nie­spo­koj­nie dookoła i ruszył ulicą. Nie do końca biegł, ale był wyraź­nie poru­szony.

– Idę – powie­dział Chaz.

– Żeby cię tylko nie zoba­czył.

Chaz posłał mu spoj­rze­nie, które zna­czyło „Co, myślisz, że to mój pierw­szy dzień w robo­cie?”. Wyszedł ze sklepu, żeby śle­dzić Este­veza, a w dłoni trzy­mał tele­fon.

Davis wyśli­zgnął się po chwili i skrę­cił w boczną uliczkę, podą­ża­jąc zgod­nie z mapą na tele­fo­nie w stronę Szó­stej. Zamie­rzał pocze­kać w miej­scu, w któ­rym po raz ostatni widziano Este­veza w praw­dzi­wym dniu, na wypa­dek gdyby Chaz zgu­bił trop.

Zadzwo­nił do Chaza.

– Jak wygląda?

– Zde­ner­wo­wany – powie­dział Chaz przez łącze. – Ulica opu­sto­szała. Tylko garstka ludzi. Mam zro­bić komuś zdję­cie, żeby gli­nia­rze w realu mogli odszu­kać świad­ków?

– Nie. Zbyt podej­rzane. A co oni w ogóle widzieli? Że Este­vez był na ulicy? Śledź go.

– Jasne. Zacze­kaj. Skrę­cił w stronę Ósmej.

Davis zatrzy­mał się. To był nie­wła­ściwy kie­ru­nek.

– Pewien jesteś?

– Jasne. Jakiś pro­blem?

– Za kilka minut widziano go na Szó­stej. Zawraca?

– Nie, kie­ru­jemy się na wschód, prze­ci­na­jąc aleje. Wydaje się teraz zde­ter­mi­no­wany. Nie roz­gląda się tak bar­dzo.

Davis zaklął cicho, obró­cił się na pię­cie i szyb­kim kro­kiem ruszył z powro­tem uliczką. Świa­dek, który twier­dził, że widział Este­veza na Szó­stej, musiał się mylić – albo też Odchy­le­nie posłało ich cel w nie­wła­ściwą stronę. Jeśli pro­cent był już tak wysoki, cała Migawka była do wyrzu­ce­nia.

– Idę rów­no­le­gle do cie­bie. – Davis pró­bo­wał zapa­no­wać nad zde­ner­wo­wa­niem. – Jesteś już na Ósmej?

– Wła­śnie ją miną­łem. A niech to, Davis. Skrę­cił w uliczkę i kie­ruje się na połu­dnie. Trudno będzie go śle­dzić, nie wyglą­da­jąc podej­rza­nie.

Nie mogli ryzy­ko­wać. Gdyby Este­vez nabrał podej­rzeń, dopro­wa­dzi­łoby to do mnó­stwa Odchy­leń w jego zacho­wa­niu. Ale na ten typ Odchy­le­nia mogli coś pora­dzić.

 

– Jestem teraz na połu­dnie od niego, na Dwu­dzie­stej Pierw­szej – powie­dział Davis. – Założę się, że mogę go prze­jąć.

Zatrzy­mał się na rogu Ósmej, pró­bu­jąc ukryć, że dyszy po krót­kim biegu. Nie prze­szedłby testów spraw­no­ści nie­zbęd­nych do pracy w tere­nie w realu. Już nie.

Mimo to dotarł na miej­sce dość szybko, by dostrzec Este­veza wyła­nia­ją­cego się z uliczki przed nim. Męż­czy­zna skrę­cił w Dwu­dzie­stą Pierw­szą Ulicę i ruszył na wschód, a Davis podą­żył za nim.

– Mam go – powie­dział Davis.

Szedł spa­ce­ro­wym kro­kiem i pró­bo­wał spra­wiać wra­że­nie non­sza­lanc­kiego. Jesz­cze jeden gość gada­jący przez tele­fon. Nic, na co warto zwró­cić uwagę albo czym się przej­mo­wać.

A niech to. Już czuł się zde­ner­wo­wany. Głu­pota. To był pro­sty pościg. Pora­dzi sobie z tym, nie zamie­nia­jąc się w kłę­bek ner­wów.

– Nie­zła robota – powie­dział Chaz. – Idę na wschód Dwu­dzie­stą Drugą, rów­no­le­gle do cie­bie.

– Przy­ją­łem.

Davis dotrzy­my­wał kroku Este­ve­zowi. Sprawca był chu­dym męż­czy­zną, ale wyż­szym, bar­dziej… nie­po­ko­ją­cym, niż wska­zy­wa­łyby na to zdję­cia z poli­cyj­nej kar­to­teki. Popeł­nił wielki błąd – nie tylko zamor­do­wał czło­wieka, ale też źle wybrał czło­wieka, któ­rego posta­no­wił zamor­do­wać. Sio­strzeńca bur­mi­strza.

Zapo­wia­dało się na dużą sprawę dla pro­ku­ra­tora, który czuł, że naci­skają na niego grube ryby. Nie­stety, dowody prze­ciwko oskar­żo­nemu nie były mocne. Dla­tego popro­sił o nakaz stwo­rze­nia Migawki.

Wła­dze mia­sta New Clip­per­ton kupiły Pro­jekt Migawka. Zapła­ciły za niego kupę kasy Odno­wio­nej Unii Ame­ry­kań­skiej. Ale co wie­dzieli o spo­so­bie jego dzia­ła­nia? Pra­wie nic. Jedna z tych… istot była gdzieś uwię­ziona, utrzy­my­wana w nie­świa­do­mo­ści, prze­pły­wała przez nią elek­trycz­ność i two­rzyła to. Rekon­stru­owała dni, w cało­ści, z dostar­czo­nej suro­wej mate­rii.

Ist­niało jedy­nie nie­wiel­kie okienko cza­sowe pozwa­la­jące na stwo­rze­nie Migawki okre­ślo­nego dnia. Kilka tygo­dni, nie wię­cej. Trzeba było zacząć od rana i od razu umie­ścić w niej ludzi. Jeśli cze­kało się dłu­żej, robiło się trud­niej. Jak drzwi, które po pro­stu nie dawały się otwo­rzyć. A wydo­sta­nie infor­ma­cji… cóż, gli­nia­rze musieli zabrać je ze sobą. Zwy­kle dawało się prze­słać zaszy­fro­wane SMS-y, ale nawet i wtedy cza­sem prze­szka­dzała inter­fe­ren­cja.

Orga­ni­za­cje bro­niące pry­wat­no­ści wpa­dły w szał, kiedy dowie­działy się o Pro­jek­cie Migawka. A zwłasz­cza, kiedy wyszło na jaw, że począt­kowo bur­mistrz wyko­rzy­sty­wał go dla oso­bi­stej roz­rywki, szcze­góły utaj­nione.

Natych­miast poja­wiła się cała seria praw i ogra­ni­czeń, w efek­cie do stwo­rze­nia rekon­struk­cji dnia nie­zbędny był nakaz sądowy i wyko­rzy­sty­wano ją jedy­nie w ofi­cjal­nych dzia­ła­niach insty­tu­cji pań­stwo­wych. W zasa­dzie można by wysłać drony do nagry­wa­nia wszyst­kiego, co się działo, i komi­sa­riat z nimi eks­pe­ry­men­to­wał. W swoim cza­sie pew­nie się na to zde­cy­dują, ale jak na razie sta­ro­modna robota detek­ty­wi­styczna wyda­wała się naj­sku­tecz­niej­sza. Póź­niej można było posta­wić gli­nia­rza na miej­scu dla świadka i kazać mu zezna­wać o wszyst­kim, co widział na wła­sne oczy. Ława przy­się­głych dobrze reago­wała na coś takiego.

Był dumny z tego, że uda­wało mu się śle­dzić Este­veza, nie zwra­ca­jąc na sie­bie uwagi męż­czy­zny. Jakby był praw­dzi­wym gliną.

Spo­tkał się z Cha­zem na skrzy­żo­wa­niu i obaj wciąż śle­dzili Este­veza, gdy ten roz­ma­wiał z kimś przez tele­fon. Byli zbyt daleko, by cokol­wiek usły­szeć, ale, tak czy ina­czej, zoba­czyli, jak męż­czy­zna klęka na skraju chod­nika, z czymś się szar­pie, a póź­niej wstaje i wbiega w kolejną uliczkę.

Chaz zaklął i przy­śpie­szył, ale Davis zła­pał go za ramię.

– On ucieka! – Chaz znów się­gnął pod pachę po broń.

– Pozwól mu. Na to wła­śnie cze­ka­li­śmy.

– Na to? – powtó­rzył Chaz.

Davis pod­szedł do miej­sca, gdzie wcze­śniej klę­czał Este­vez – kanał burzowy przy ulicy. Spoj­rzał w dół, a póź­niej opu­ścił tele­fon i zro­bił kilka zdjęć. Uniósł go i przej­rzał je, aż zna­lazł dobre uję­cie.

Wśród śmieci w stu­dzience leżał pisto­let.

– Narzę­dzie zbrodni. – Davis wstał i poka­zał zdję­cie Cha­zowi. – Detek­tywi w realu szu­kali go wszę­dzie, tylko nie tam, gdzie trzeba. – Dołą­czył je do wia­do­mo­ści i otwo­rzył szy­fro­waną apli­ka­cję do połą­cze­nia z cen­tralą.

Wysłał wia­do­mość do Marii, ich łącz­niczki z cen­tralą. „Zna­leź­li­śmy narzę­dzie zbrodni”, napi­sał. „Kana­li­za­cja burzowa przed salo­nem pięk­no­ści po pół­noc­nej stro­nie Dwu­dzie­stej Pierw­szej, mię­dzy Dzie­siątą a Jede­na­stą Aleją”.

Chaz zało­żył ręce na piersi.

– Nie podoba mi się, że go po pro­stu puści­li­śmy.

– Nie podoba ci się, że nie masz oka­zji sobie postrze­lać – odpa­ro­wał Davis.

Cze­kał, mar­twiąc się, że będzie musiał znów wysłać wia­do­mość. Na szczę­ście po kilku minu­tach jego zega­rek zabrzę­czał. Spoj­rzał na tele­fon. Udało się nawią­zać połą­cze­nie, przy­naj­mniej na jakiś czas.

„Wia­do­mość otrzy­mana”, napi­sała Maria. „Nie­zła robota. Mię­dzy Dzie­siątą a Jede­na­stą? To daleko od miej­sca, w któ­rym powi­nien być”.

„Świa­dek się myli”, odpi­sał Davis. „Este­vez po wszyst­kim skie­ro­wał się na wschód, nie na zachód”.

„Szansa na Odchy­le­nie?” – wysłała Maria.

„Spy­taj księ­go­wych”, odpo­wie­dział Davis. „Ja tylko prze­ka­zuję to, co zna­la­złem”.

„Przy­ję­łam. Wysy­łam oddział w realu do tej stu­dzienki. Nie odda­laj się, na wypa­dek gdyby potrze­bo­wali dodat­ko­wych infor­ma­cji”.

Davis poka­zał tele­fon Cha­zowi.

– No tak… – Chaz rozej­rzał się. – Mamy tro­chę czasu. Chcesz iść na Ingred?

– Jest połu­dnie – rzu­cił oschłym tonem Davis.

– I?

– I dzień robo­czy.

– Aha. No tak. W takim razie co?

– Zje­dli­śmy parę bur­rito za miliony dola­rów. – Davis wska­zał na bar. – Może popi­jemy je kawą za miliony dola­rów?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?