CalamityTekst

Z serii: Mściciele #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Brandon Sanderson

Calamity


Tytuł oryginału

Calamity ISBN 978-83-8116-090-2 Text copyright © 2016 by Dragonsteel Entertainment, LLC All rights reserved Copyright © 2017 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Redaktor Robert Cichowlas Projekt graficzny okładki Jędrzej Chełmiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Prolog

Część I

Część II

Część III

Część IV

Epilog

Podziękowania

Dla Kaylynn ZoBell –

pisarki, czytelniczki, krytyczki i przyjaciółki,

która od dziesięciu lat uczestniczy w spotkaniach grupy rozgadanych pisarzy

i wciąż grzecznie podnosi rękę, kiedy chce coś powiedzieć,

zamiast nas wymordować.

(Dzięki za Twoją pomoc przez te wszystkie lata, Kaylynn!)

Prolog

Widziałem przerażające głębiny.

Byłem w Babilarze, Odrodzonym Babilonie. Niegdysiejszym Nowym Jorku. Zajrzałem w płonącą czerwoną gwiazdę znaną jako Calamity i zrozumiałem — bez cienia wątpliwości — że coś się we mnie zmieniło.

Te głębiny uznały mnie za swojego. I chociaż je odepchnąłem, nadal noszę ich niewidoczną bliznę.

Uparły się, że znów będę ich.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


1

Słońce wyglądało znad horyzontu jak łeb olbrzymiego radioaktywnego manata. Kuliłem się, ukryty w koronie — nie do wiary — drzewa. Nie pamiętałem tego przedziwnego zapachu.

— Wszystko gra? — szepnąłem do mikrofonu. Zamiast używać komórek, korzystaliśmy ze starych krótkofalówek, które połączyliśmy ze słuchawkami. Kiedy mówiłem, słyszałem w nich szumy i trzaski. Prymitywna technologia, ale niezbędna do wykonania tego zadania.

— Zaczekaj chwilkę — powiedziała Megan. — Cody, jesteś na pozycji?

— Jasne, że tak — zatrzeszczał w odpowiedzi z wyraźnym południowym akcentem. — Jeśli ktoś spróbuje się do ciebie podkraść, dziecino, wpakuję mu kulkę w łeb.

— A fe! — nadała Mizzy.

— Ruszamy za pięć sekund — powiedziałem z mojej grzędy. Cody nazywał to „amboną”, lecz w rzeczywistości było to po prostu campingowe krzesełko przymocowane na wysokości dziesięciu metrów do pnia wiązu. Kiedyś myśliwi chowali się w ten sposób przed zwierzyną.

Przycisnąłem do ramienia gottschalka — nowiutki automatyczny karabin — i wycelowałem. Zwykle w takiej sytuacji celowałbym w Epika: jedną z tych obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami istot, które terroryzowały świat. Byłem Mścicielem, tak jak i reszta mojego zespołu zajmującego się unieszkodliwianiem niebezpiecznych Epików.

Niestety, istnienie Mścicieli przestało mieć sens mniej więcej dwa miesiące temu. Nasz przywódca, Profesor, też był Epikiem — i został uwikłany przez rywalkę w skomplikowaną intrygę zmierzającą do wyłonienia sukcesora. Zmagając się ze swoją mocą, opuścił imperium Regalii w Babilarze, ale zabrał ze sobą jej twarde dyski oraz notatki i tajemnice. Zamierzaliśmy go powstrzymać. I to doprowadziło mnie tutaj.

Do tego wielkiego zamku.

Poważnie. Zamku. Sądziłem, że można je znaleźć tylko w starych filmach i obcych krajach, a jednak jeden z nich krył się w lasach Wirginii Zachodniej. I pomimo nowoczesnej stalowej bramy i zaawansowanego systemu alarmowego ta budowla wyglądała tak, jakby była tu na długo przed tym, zanim na niebie pojawiła się Calamity — kamienie pokrywał mech, a jedną z kruszejących ścian porastały pnącza.

Ludzie sprzed pojawienia się Calamity byli niesamowici. Godni szacunku — czego dowodem był ten zamek — jednak naprawdę niesamowici.

Oderwałem wzrok od tego widoku i zerknąłem na Abrahama, ukrytego w listowiu pobliskiego drzewa. Zdołałem go dostrzec tylko dlatego, że wiedziałem, czego szukać. Jego ciemny strój stapiał się z plamami cienia poranka, który — jak twierdził nasz informator — był najlepszą porą do ataku na ten obiekt: zamek Shewbrent, znany również jako Knighthawk Foundry. Główne źródło technologii Epików na tej planecie. Korzystaliśmy z ich broni i technologii, żeby walczyć ze Stalowym Sercem, a potem z Regalią.

Teraz zamierzaliśmy ich obrabować.

— Wszyscy mają wyłączone komórki? — zapytałem przez radio. — I wyjęte baterie?

— Pytałeś o to już trzy razy, Davidzie — odparła Megan.

— Pomimo to sprawdźcie.

Wszyscy potwierdzili, a ja nabrałem tchu. O ile wiedzieliśmy, byliśmy ostatnią komórką Mścicieli. Minęły dwa miesiące i nadal nie mieliśmy żadnych wieści o Tii, co oznaczało, że prawdopodobnie nie żyje. Tak więc ja objąłem dowodzenie — przy braku innych chętnych. Abraham i Cody roześmiali się, kiedy spytałem, czy chcą dowodzić, a Mizzy zesztywniała jak deska i o mało się nie zapowietrzyła.

Teraz wprowadzaliśmy w życie mój plan. Zwariowany, zuchwały, niewiarygodny plan. Szczerze mówiąc, byłem przerażony.

Mój zegarek zabrzęczał. Czas zaczynać.

— Megan — powiedziałem przez radio. — Zaczynasz.

— Się robi.

Znów przyłożyłem karabin do ramienia, zerkając przez gąszcz drzew tam, skąd Megan miała przeprowadzić atak. Czułem się jak ślepiec. Używając komórki, mógłbym podłączyć się do aparatu Megan lub przynajmniej wywołać mapę okolicy i obserwować na niej migające plamki przedstawiające członków mojego zespołu. Jednak nasze komórki były wyprodukowane i dostarczone przez Knighthawka — także zarządzający bezpieczną siecią, w której działały. Korzystanie z nich do koordynowania ataku na instalacje Knighthawka byłoby równie mądre jak użycie pasty do zębów jako majonezu.

— Zaczynam — powiedziała Megan i zaraz potem ziemia zadrżała od dwóch eksplozji. Spojrzałem przez lunetę i dostrzegłem dwie smugi dymu unoszące się w niebo, ale nie zdołałem wypatrzyć Megan. Znajdowała się po drugiej stronie zamku. Miała przypuścić frontalny atak i te dwie eksplozje były wybuchami granatów, które wystrzeliła we frontową bramę.

Atak na Knighthawk Foundry był, oczywiście, czystym samobójstwem. Wszyscy o tym wiedzieliśmy, ale byliśmy zdesperowani, kończyły nam się zasoby i polował na nas sam Jonathan Phaedrus. Knighthawk nie chciał mieć z nami nic wspólnego i był głuchy na nasze prośby.

Mogliśmy spróbować załatwić Profesora bez wyposażenia albo przybyć tutaj i zobaczyć, co zdołamy ukraść. To drugie wydawało się mniejszym złem.

— Cody? — odezwałem się.

— Ona dobrze sobie radzi, chłopie — przekrzyczał trzaski zakłóceń. — Wszystko wygląda jak na filmie. Tamci wypuścili drony natychmiast po wybuchach.

— Wychwyć, co tylko zdołasz — powiedziałem.

— Przyjąłem.

— Mizzy? — rzuciłem. — Zaczynasz.

— Fajowo.

Zawahałem się.

— Fajowo? To jakiś szyfr?

— Nie wiesz, co… Na skry, Davidzie, czasem potrafisz być naprawdę tępy.

Jej słowa przerwała kolejna seria eksplozji, tym razem głośniejszych. Fale uderzeniowe zatrzęsły moim drzewem.

Nie potrzebowałem lunety, żeby dostrzec dym unoszący się po mojej prawej, z boku zamku. Zaraz po wybuchu stado dronów wielkości piłek do koszykówki — eleganckich i metalicznie lśniących, ze śmigłami na górze — wyleciało przez okna i pomknęło w kierunku smug dymu. Większe maszyny wytoczyły się z zacienionych nisz — smukłe automaty wielkości człowieka, każdy z ruchomym działkiem na górze i poruszający się na gąsienicach, a nie na kołach.

 

Patrzyłem na nie przez lunetę, gdy zaczęły strzelać w las, gdzie Mizzy rozmieściła mnóstwo rac mających dawać odczyty termiczne. Zdalnie obsługiwane karabiny maszynowe pogłębiały złudzenie, że kryje się tam duży oddział żołnierzy. Strzelaliśmy wysoko. Nie chcieliśmy, żeby Abraham dostał się w krzyżowy ogień, kiedy przyjdzie pora na jego ruch.

Obrona Knighthawka robiła dokładnie to, co widzieliśmy na filmie dostarczonym przez informatora. Jeszcze nikomu nie udało się tam wedrzeć, ale wielu próbowało. Jedna z tych grup, zuchwała paramilitarna organizacja z Nashville, nakręciła film, którego kopie zdołaliśmy zdobyć. Jak się domyślaliśmy, wszystkie te drony przeważnie znajdowały się wewnątrz i patrolowały sale. Teraz jednak ruszyły do boju.

Może to da nam szansę.

— W porządku, Abrahamie — powiedziałem do krótkofalówki. — Twoja kolej. Będę cię osłaniał.

— No to ruszam — cicho rzekł Abraham.

Ten opanowany, ciemnoskóry mężczyzna zjechał ze swego drzewa po cienkiej linie, a potem bezgłośnie przemknął po leśnym poszyciu. Chociaż miał szerokie bary i masywny kark, poruszał się zaskakująco zwinnie i niebawem dotarł do muru, wciąż ledwie widocznego w świetle wczesnego ranka. Dopasowany strój infiltrujący skrywał jego sygnaturę termiczną, przynajmniej dopóki działały pochłaniacze ciepła przy jego pasie.

Jego zadaniem było dostać się do Foundry, ukraść tyle broni i wyposażenia, ile się da, po czym wynieść się stamtąd przed upływem piętnastu minut. Od naszego informatora dostaliśmy podstawowe mapy pokazujące, że laboratoria i fabryki znajdujące się w podziemiach zamku są pełne towaru, który aż się prosi, żeby go zwinąć.

Nerwowo obserwowałem Abrahama przez lunetę — celując nieco na prawo od niego, żeby nie trafił go przypadkowo oddany strzał — upewniając się, że żaden dron go nie zauważył.

Drony go nie wykryły. Jedna samokurcząca się lina wciągnęła go na niski mur, a druga na dach zamku. Schował się za krenelażem, przygotowując następny ruch.

— Po twojej prawej jest wejście, Abrahamie — powiedziałem mu przez radio. — Jeden z dronów wyleciał z dziury pod oknem tej wieży.

— Fajowo — rzekł Abraham, choć to słowo zabrzmiało szczególnie dziwnie w jego ustach, wypowiedziane z miękkim francuskim akcentem.

— Proszę, powiedz mi, że nie ma takiego słowa — mruknąłem, a potem powiodłem za nim lufą karabinu, gdy ruszył w kierunku otworu.

— A dlaczego nie miałoby być? — spytała Mizzy.

— Bo po prostu brzmi upiornie.

— A te, które dziś wypowiadamy, nie brzmią upiornie? „Skry”? „Słońce”?

— One są normalne — powiedziałem. — Wcale nie upiorne.

W pobliżu przeleciał jakiś dron, ale na szczęście mój strój maskował także moją sygnaturę cieplną. I dobrze, bo ten podobny do skafandra płetwonurka kombinezon był cholernie niewygodny. Aczkolwiek mój nie był aż tak krępujący jak ten, który nosił Abraham: z osłoną twarzy i innymi dodatkami. Dron rejestrował moją sygnaturę termiczną jako minimalną, typową dla wiewiórki lub podobnego stworzenia. Podstępnej i śmiertelnie niebezpiecznej wiewiórki.

Abraham dotarł do niszy, którą mu wskazałem. Na skry, ten gość umiał się skradać. Zaledwie na moment spuściłem go z oka, a już go zgubiłem i z trudem zdołałem ponownie zlokalizować. Na pewno przeszedł jakieś specjalne szkolenie.

— Niestety, są tu drzwi — rzekł ze swojej niszy Abraham. — Widocznie zamykają się po wylocie maszyn. Spróbuję przeciąć zamek.

— Świetnie — powiedziałem. — Megan, wszystko gra?

— Żyję — odparła, sapiąc. — Na razie.

— Ile widzisz dronów? — zapytałem. — Czy już wytoczyli przeciw tobie te większe? Możesz…

— Jestem trochę zajęta, Klęczko — warknęła.

Zamknąłem się, niespokojnie nasłuchując kanonady i wybuchów. Pragnąłem być tam, strzelać i walczyć, ale to nie miałoby sensu. Nie byłem równie zręczny jak Abraham ani… no cóż, nieśmiertelny jak Megan. Obecność w naszym zespole takiego Epika jak ona była niewątpliwą zaletą. Poradzą sobie z tym. Moim zadaniem jako dowódcy było trzymać się na uboczu i podejmować decyzje.

Parszywa robota.

Czy tak czuł się Profesor, nadzorując nasze misje? Zazwyczaj przeczekiwał je, kierując wszystkim zza kulis. Nie zdawałem sobie sprawy, jakie to może być trudne. No cóż, jeśli nauczyłem się czegoś w Babilarze, to tego, że muszę trzymać na wodzy swoją porywczość. Powinienem być… trochę mniej zapalczywy. Może niepalny?

Tak więc czekałem, podczas gdy Abraham robił swoje. Jeśli zaraz nie dostanie się do środka, będę musiał odwołać operację. Im dłużej trwała, tym większe ryzyko, że tajemniczy mieszkańcy Foundry odkryją, iż nasza „armia” składa się z zaledwie pięciu osób.

— Jaka sytuacja, Abrahamie? — zapytałem.

— Myślę, że zdołam je otworzyć — odparł. — Jeszcze chwileczkę.

— Nie… — zacząłem i urwałem. — Czekaj, co to było?

Gdzieś w pobliżu dał się słyszeć cichy pomruk. Spojrzałem w dół i ze zdziwieniem zobaczyłem, że miękkie poszycie lasu wybrzusza się. Liście i mech odwinęły się, odsłaniając metalowe obrzeże otworu. Kolejne stado dronów wyleciało z niego i przemknęło obok mojego drzewa.

— Mizzy — syknąłem do mikrofonu. — Druga grupa dronów próbuje cię oskrzydlić.

— Kijowo — powiedziała Mizzy. Zastanowiła się. — Czy…

— Tak, znam to słowo. Może będziesz musiała rozpocząć fazę numer dwa. — Zerknąłem w dół na zamykający się z cichym pomrukiem otwór. — Przygotuj się. Wygląda na to, że Foundry ma tunele z wylotami w lesie. Będą mogli wysyłać drony z nieoczekiwanych miejsc.

Drzwi na dole znieruchomiały niedomknięte. Zmarszczyłem brwi i wychyliłem się, żeby lepiej im się przyjrzeć. Najwyraźniej trochę ziemi i kamieni dostało się w tryby mechanizmu zamykającego. Pewnie na tym polega problem z umieszczaniem drzwi w środku lasu.

— Abrahamie — podekscytowany rzuciłem przez radio — drzwi tego otworu zacięły się. Możesz wejść tędy.

— Myślę, że to mogłoby być trudne — rzekł i znów spojrzawszy na zamek, zobaczyłem, że para dronów powróciła tam po serii eksplozji na flance Mizzy. Zawisły w powietrzu niedaleko pozycji Abrahama.

— Na skry — szepnąłem, a potem wycelowałem i dwoma strzałami trafiłem oba drony. Spadły — byliśmy wyposażeni w kule, które stapiały elektronikę trafionego celu. Nie wiedziałem, na jakiej działają zasadzie, ale ich zakup pochłonął wszystkie nasze fundusze, łącznie z tym, co dostaliśmy za kopter, którym Cody i Abraham uciekli z Newcago. I tak za bardzo rzucał się w oczy.

— Dzięki za asystę — powiedział Abraham, gdy drony spadły.

Pode mną mechanizm drzwi głośno zgrzytał, usiłując je zamknąć. Przesunęły się o kolejne centymetry.

— To wejście zaraz się zamknie — powiedziałem. — Wróć tu szybko.

— Niepostrzeżenie się nie da, Davidzie — odparł Abraham.

Zerknąłem na drzwi. Newcago było dla nas stracone. Profesor już zaatakował i splądrował tam wszystkie nasze kryjówki. Ledwie udało nam się przenieść w bezpieczne miejsce Edmunda — innego współpracującego z nami Epika.

Mieszkańcy Newcago byli przerażeni. W Babilarze było niewiele lepiej — mało zasobów, a dawni słudzy Regalii mieli to miejsce na oku, służąc teraz Profesorowi.

Gdyby ten napad się nie udał, bylibyśmy bankrutami. Musielibyśmy przyczaić się gdzieś na rok, żeby spróbować odbudować struktury, a przez ten czas Profesor mógłby szaleć. Nie wiedziałem, co zamierza, dlaczego tak szybko opuścił Babilar, lecz ten fakt świadczył, że ma jakiś zamysł lub plan. Jonathan Phaedrus, trawiony teraz przez swoją moc, nie zadowoliłby się rządami nad jednym miastem. Był ambitny.

Mógł być najniebezpieczniejszym Epikiem, jakiego znał ten świat. Skręciło mnie na samą myśl o tym. Nie mogłem tolerować dalszej zwłoki.

— Cody — powiedziałem. — Widzisz Abrahama i możesz go osłaniać?

— Chwileczkę — mruknął. — Taak, widzę go.

— To dobrze — odrzekłem. — Ponieważ wchodzę do zamku. Przejmujesz dowodzenie.

2

Zjechałem po linie na leśną ściółkę. Przede mną drzwi otworu w końcu znów zaczęły się zamykać. Ze zduszonym okrzykiem pomknąłem w stronę otworu w ziemi i wskoczyłem doń, przelatując ślizgiem kawałek po niskiej pochylni, a drzwi za mną zamknęły się ze złowieszczym zgrzytem.

Byłem w środku. I prawdopodobnie w pułapce.

Zatem… co dalej?

Słabe światła awaryjne umieszczone w ścianach ukazywały lekko opadający tunel o zaokrąglonym sklepieniu, przypominający gardziel olbrzyma. Spadek nie był zbyt stromy, więc podniosłem się i powoli ruszyłem w dół, z karabinem przyciśniętym do ramienia. Przełączyłem przypiętą na biodrze krótkofalówkę na inną częstotliwość — jak miał zrobić każdy, kto dostanie się do Foundry — aby móc koordynować działania. Pozostali będą wiedzieli, jak nawiązać ze mną kontakt.

Mrok kusił, żeby włączyć komórkę i posłużyć się nią jak latarką, ale powstrzymałem się. Kto wie, jakie ukryte wejścia Foundry umieściła w oprogramowaniu aparatu? W istocie, kto wie, co te urządzenia naprawdę potrafią? Z pewnością były produktami technologii Epików. Telefony działające w każdych warunkach, uniemożliwiające przechwytywanie połączeń? Wychowałem się w podziemiu Newcago, ale nawet ja zdawałem sobie sprawę jakie to fantastyczne.

Dotarłem na sam dół i włączyłem funkcję noktowizora oraz detekcji termicznej w lunecie. Na skry, to był niesamowity karabin. Przede mną ciągnął się cichy korytarz, nic tylko gładki metal od podłogi po sufit. Zważywszy jego długość, ten tunel musiał biec pod murami Foundry aż do jej kompleksu; zapewne był to korytarz dostawczy.

Nielegalne zdjęcia wnętrza Foundry ukazywały wszelkiego rodzaju motywatory i urządzenia leżące na stołach roboczych. To skłoniło nas do zrealizowania tego planu. Wziąć, co się da i wiać, w nadziei, że zdobędziemy coś użytecznego.

Byłoby to jakieś urządzenie skonstruowane z ciał Epików. Zanim jeszcze odkryłem, że Profesor posiada nadnaturalne zdolności, powinienem był pojąć, w jak znacznym stopniu polegamy na Epikach. Zawsze chciałem, żeby Mściciele byli swego rodzaju czystą, wyzwolicielską siłą — zwykłymi ludźmi walczącymi z dysponującym nadnaturalnymi mocami wrogiem.

Tak jednak nie było, no nie? Perseusz miał swojego skrzydlatego konia, Aladyn lampę, a Dawid ze Starego Testamentu błogosławieństwo Jehowy. Chcesz walczyć z bogiem? Lepiej żebyś miał któregoś po swojej stronie.

W naszym przypadku odcinaliśmy kawałki tych bogów, zamykaliśmy je w pudełkach i wykorzystywaliśmy ich moc. Większość z nich pochodziła stąd. Knighthawk Foundry, tajna przetwórnia zwłok Epików na oręż.

Moje słuchawki zatrzeszczały, więc podskoczyłem.

— David? — Głos Megan popłynął po bezpiecznej linii. — Co robisz?

Skrzywiłem się.

— Znalazłem w poszyciu otwór wylotowy tunelu i udało mi się wejść do środka.

Chwila ciszy, a potem „na słońce”.

— Dlaczego? Bo to lekkomyślne?

— Na skry, nie. Bo mnie nie zabrałeś.

Huk eksplozji, gdzieś w pobliżu niej.

— Zdaje się, że masz niezłą zabawę — powiedziałem. Szedłem dalej z wycelowanym karabinem, bacznie wypatrując dronów.

— Tak, pewnie — odparła Megan. — Przechwytywanie minirakiet twarzą. Świetna zabawa.

Uśmiechnąłem się. Sam dźwięk jej głosu tak na mnie działał. Do diabła, wolałem, by krzyczała na mnie Megan, niż chwalił ktoś inny. Ponadto sam fakt, że ze mną rozmawiała, świadczył, że tak naprawdę żadna rakieta nie trafiła jej w twarz. Była nieśmiertelna w tym sensie, że jeśli umarła, odradzała się — ale można ją było zranić jak każdego. A ze względu na ostatnie problemy starała się ograniczać korzystanie ze swojej mocy.

Będzie to robiła głównie w tradycyjny sposób. Zygzakiem biec między drzewami, rzucając granaty i strzelając, osłaniana przez Cody’ego i Mizzy. Wyobraziłem sobie, jak klnie pod nosem, spocona, celując pewną ręką w przelatującego drona, skupiona…

Hm, no dobrze. Chyba powinienem się skoncentrować.

— Skupię na sobie ich uwagę — powiedziała Megan — ale uważaj, Davidzie. Nie masz pełnego kombinezonu szturmowego. Te drony wychwycą twoją sygnaturę termiczną, jeśli podlecą blisko.

— Fajowo — szepnąłem. Cokolwiek to znaczyło.

Przede mną w tunelu robiło się jaśniej, więc wyłączyłem noktowizor lunety i zwolniłem tempo marszu. Przez chwilę skradałem się, po czym przystanąłem. Tunel dochodził do dużego białego korytarza, który biegł w prawo i w lewo. Jasno oświetlony, z wykafelkowaną podłogą i metalowymi ścianami, był zupełnie pusty. Jak biuro, gdy w sklepie po drugiej stronie ulicy dają pączki za darmo.

 

Wyjąłem z kieszeni nasze mapy, jakie mieliśmy, i spojrzałem na nie. Niewiele mi powiedziały, chociaż jedno ze zdjęć chyba przedstawiało ten korytarz. No cóż, powinienem znaleźć tu coś użytecznego, ukraść to i uciec.

Profesor lub Tia wymyśliliby lepszy plan, ale nie było ich tu. Tak więc na chybił trafił wybrałem kierunek i poszedłem dalej. Kiedy napiętą ciszę po kilku minutach przerwał odbijający się echem w korytarzu i przybliżający się świst, poczułem ulgę.

Pomknąłem w kierunku, z którego dochodził ten dźwięk. Nie zrobiłem tego dlatego, że pragnąłem jak najszybszej konfrontacji, ale ponieważ zobaczyłem drzwi w ścianie korytarza. Dotarłem do nich w porę, żeby je otworzyć szarpnięciem — na szczęście nie były zamknięte — i wśliznąć się do ciemnego pomieszczenia. Oparty plecami o drzwi, usłyszałem świst przelatujących korytarzem dronów. Odwróciłem się i spojrzałem przez szybkę w drzwiach. Zobaczyłem, jak śmigają białym korytarzem, a potem skręcają do tunelu.

Nie odczytały mojej sygnatury termicznej. Przełączyłem krótkofalówkę na otwartą linię i szepnąłem:

— Kolejne drony wylecą otworem, przez który wszedłem. Jaka sytuacja, Cody?

— Zostało nam jeszcze kilka sztuczek — odparł Cody — ale robi się gorąco. Jednak Abraham zdołał wejść przez dach. We dwóch powinniście złapać, co się da i zwiewać.

— Przyjąłem — powiedział przez krótkofalówkę Abraham.

— Rozumiem — rzuciłem, rozglądając się po pomieszczeniu. Było zupełnie ciemno, ale sądząc po zapachu środków dezynfekcyjnych, znalazłem się w jakimś laboratorium. Włączyłem noktowizor i pospiesznie popatrzyłem wokół.

Okazało się, że otaczają mnie ciała.