Wśród GwiazdTekst

Z serii: Skyward #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cuna wstała, zostawiając tablet na stole.

— Załączyłam także zarys naszego planu walki z wnikaczami, chociaż bez szczegółów dotyczących broni, gdyż te są tajne. Gdybyś potrzebowała skontaktować się ze mną wcześniej niż jutro, wyślij wiadomość…

Zamilkła i obróciła głowę w stronę okna, pokazując zęby w drapieżnym uśmiechu.

— No — rzuciła — to będzie problem.

— Co? — spytałam. Potem usłyszałam to. Syreny. Po kilku sekundach migający światłami statek opadł z nieba i wylądował przed budynkiem.

— Pozwól mi się tym zająć — powiedziała Cuna, otworzyła drzwi i wyszła.

Ja przystanęłam w progu, zaskoczona. Potem zobaczyłam osobę, która wyszła z tego migającego światłami statku.

To była kobieta. Człowiek.

11

Człowiek. Była młoda, chyba ledwie po dwudziestce, w nieznanym mi niebiesko-czerwonym mundurze. Za nią ze statku wyszedł jakiś Krell, niczym rycerz w zbroi, choć ten pancerz był ciemnozielony i krystaliczny.

— Co się dzieje? — zapytał M-Bot. — Czy to syreny?

Zignorowałam go i wyszłam na zewnątrz, trzymając dłoń w kieszeni kombinezonu — ściskając kolbę małego pistoletu laserowego, który w niej schowałam. Człowiek.

Cholera. Stanęłam na schodach, a Cuna wysunęła się przede mnie, zwinnym i zgrabnym ruchem. Gdy kobieta i Krell podchodzili do nas, starałam się odprężyć.

— No, no — powiedział Krell głosem dobywającym się z przedniej części pancerza, gdy wykonywał kilka gwałtownych gestów. — Cuna z Departamentu Integracji Gatunków! Twoja obecność tutaj to dla mnie niespodzianka. No, no.

— Wyszczególniłam ten fakt w raporcie, Winzik — odparła Cuna. — Wspominając o przybyciu tego pilota. Należy do gatunku, który zaprosiłam do udziału w naszym programie.

— No, no. I to jest ta emisariuszka? I nie poinformowano mnie o twoim przybyciu? Pewnie razi cię nasz brak organizacji! Zazwyczaj nasze departamenty współpracują znacznie sprawniej!

Wyszłam zza pleców Cuny. Nie potrzebowałam niczyjej pomocy, a szczególnie od obcej, której nie ufałam. Jednak… to był Krell. I mówił do mnie.

Oczywiście, wiedziałam, że Krell to skrót od Ketos redgor earthen listro listrins, gdyż tak w języku obcych nazywały się siły policyjne pilnujące naszego ludu. Tę rasę obcych nazywano warwaksami. Wiedziałam o tym, ale mimo wszystko te małe kraby w krystalicznych pancerzach nazywałam w myślach Krellami.

Tamta kobieta trzymała się z tyłu i niemal natychmiast zaczęła przyciągać uwagę wszystkich na ulicy. Podczas gdy na mnie nikt nawet nie spojrzał, kiedy tutaj szłam, tłumek przedstawicieli kilku gatunków obcych gapił się na nią, pokazując ją mackami, czułkami lub rękami.

— Człowiek — mruknęłam.

— Nie martw się! — rzekł Winzik. — Jest w pełni licencjonowana. Przepraszam za jej obecność, ale widzisz, to bardzo ważna sprawa… nie chcę być nieuprzejmy czy agresywny… ale tak istotna kwestia wymaga omówienia.

— To nie było konieczne, Winzik — powiedziała Cuna. — Sytuacja jest pod kontrolą.

— Jednak nie ty odpowiadasz za bezpieczeństwo, Cuna! To mój obowiązek! Podejdź, Brade. Wejdźmy do środka i nie róbmy widowiska. Proszę. Dobrze?

Tak jak przed chwilą, Krell wykonał szeroki gest. Jego głos przetłumaczony przez translator, miał nieco kobiece brzmienie — ale nie byłam pewna, czy mi się nie wydaje.

— Mogę mówić w imieniu emisariuszki — oznajmiła Cuna.

— Nalegam — rzekł Krell. — Bardzo, bardzo przepraszam! Jednak tak nakazuje protokół, jak wiesz! Wchodzimy.

Cholera. Inni Krelle, których spotkałam na ulicy — ci tak nadmiernie ugrzecznieni — byli kiepskimi szarlatanami przy tym osobniku. Sam sposób, w jaki się poruszał i mówił — kwieciście i z udawaną uprzejmością — był chyba najbardziej irytującym zachowaniem, jakie mogłam sobie wyobrazić.

Ani przez moment nie ufałam Cunie. Wiedziałam, że próbuje mną manipulować. Lecz ten stwór… na jego widok przechodziły mnie ciarki.

Mimo to weszłam do budynku. Cuna stanęła przy drzwiach, spokojnie czekając, aż Winzik wejdzie. Kobieta w końcu dołączyła do nas. Była ode mnie wyższa o kilka centymetrów, muskularna, o energicznych ruchach. Miała wąską twarz, która wydawała się nieco zbyt poważna jak na jej wiek, oraz włosy obcięte na rekruta.

— Brade, sprawdź ją — rzekł Winzik.

Poczułam napór obcego umysłu. Sapnęłam, zaskoczona, i jakoś zdołałam go powstrzymać.

— Cytoniczka — powiedziała ta kobieta, Brade, w języku Zwierzchnictwa. — Silna.

— To jest w dokumentach — zaczęła Cuna. — Jej lud wykorzystuje prymitywną formę cytoniki do międzygwiezdnych podróży. Nie opanowali jednak tej sztuki w stopniu stanowiącym zagrożenie.

— Mimo to nie ma licencji — rzekł Winzik. — Twój departament nie powinien tego ignorować.

— Ona…

— Ona jest tutaj — przerwałam jej, bo zaczęło mnie to denerwować. — Jeśli chcesz coś powiedzieć, mów to do mnie.

Cuna i Winzik spojrzeli na mnie z wyrazem twarzy, który uznałam za zdziwienie. Cuna zamilkła, a Winzik wykonał nerwowy gest rękami. Ta kobieta, Brade, tylko uśmiechnęła się chytrze.

— No, no, tyle agresji — powiedział Winzik, z cichym stuknięciem splatając ręce. — Emisariuszko, czy wiesz, jakim jesteś dla nas zagrożeniem? I dla twojego ludu? Czy wiesz, że robiąc to, co robisz, możesz wyrządzić ogromne szkody?

— Mam pewne… wyobrażenie — ostrożnie odparłam. — Cuna mówiła, że chcecie, abyśmy dołączyli do Zwierzchnictwa i mogli zacząć używać waszych hipernapędów, zamiast cytoniki.

— Tak, tak, tak — pomachał rękami Winzik. — Jesteście zagrożeniem dla całej galaktyki. Możemy wam pomóc. Jeśli dołączycie do Zwierzchnictwa.

— A jeśli nie? — spytałam. — Zaatakujecie nas?

— Zaatakujemy? — Winzik lekceważąco machnął ręką. — Myślałem, że zbliżacie się do pierwszorzędowej inteligencji. Tyle agresji! No, no. Jeśli odmówicie dołączenia do nas, może będziemy zmuszeni podjąć kroki w celu odizolowania waszego gatunku. Mamy inhibitory cytoniczne, które nie pozwolą wam opuścić waszej planety, ale nie zaatakujemy was.

Winzik przyłożył dłoń do piersi gestem, który choć mi nieznany, jakoś zdołał oddać zgrozę wywołaną moimi słowami. Zatem był taki sam jak Cuna. Deklarował pokojowe zamiary. Wiedziałam, jaka jest prawda.

— Winzik — wyjaśniła Cuna — kieruje Departamentem Ochrony. Ma ogromne doświadczenie w izolowaniu niebezpiecznych gatunków.

To on… on kierował tymi, którzy więzili nas na planecie. W tym dziwnym, niemal surrealistycznym momencie uświadomiłam sobie, że rozmawiam z dowódcą Krelli. Wprawdzie nie wyglądał na wojownika, ale nie zwiodły mnie jego wykwintne maniery.

To on był odpowiedzialny za to, w jaki sposób nas traktowano. I za śmierć mojego ojca. Tylko dlaczego taka ważna osoba przybyła do Alanik, pozornie w tak błahej sprawie, jak ewentualne naruszenie protokołu?

Spoglądałam na Cunę i Winzika, zastanawiając się, czy nie jest to wyreżyserowane dla mnie przedstawienie. Cuna pojawia się, udaje miłą i proponuje mi umowę. Winzik przybywa z wyciem syren i groźbami, składając swoją propozycję. Oni naprawdę chcieli kontrolować cytoników. I nic dziwnego — osoby mogące wykonywać skoki w nadprzestrzeni łamały monopol Zwierzchnictwa na galaktyczne podróże. Czy moje zdolności naprawdę były zagrożeniem, czy wszystko to było blagą?

Pamiętałam straszne sceny, gdy wnikacz pochłaniał ludzi zamieszkujących Detritusa. Nie. To zagrożenie nie było wymysłem. Jednak nie ulegało wątpliwości, że Zwierzchnictwo wykorzystywało obawy przed nim do sprawowania władzy nad galaktyką.

Ta kobieta, Brade, obserwowała mnie. Podczas gdy dwoje pozostałych gestami i słowami przekonywało mnie, że nie mają agresywnych zamiarów, ona zachowywała obojętność. Jej rola była oczywista. Była orężem. Gdybym chciała ich zaatakować, miała mnie powstrzymać.

— Chcę, żebyś obiecała — rzekł Winzik, wyjmując tablet z torebki, którą miał na pasku, chociaż przed chwilą wypowiedź Cuny zidentyfikowała go jako osobnika rodzaju męskiego. — Hm, nie! O nie, tu trzeba stanowczo. Nie będziesz próbowała wykonywać skoków nadprzestrzennych w pobliżu stacji. Musisz przestrzegać przepisów dotyczących cytoniki: żadnych mentalnych ataków, ani nawet sondowania umysłów mieszkańców. Żadnych prób obejścia tarcz zapobiegających cytonicznym skokom w tym rejonie. Absolutny zakaz używania broni telepatycznej, chociaż wątpię, czy osiągnęłaś ten poziom wiedzy.

— A jeśli się nie zgodzę? — zapytałam.

— Zostaniesz wydalona — powiedziała Brade. — Niezwłocznie.

Zmrużyła oczy, patrząc na mnie.

— Brade — rzekł Winzik. — Nie musisz być tak napastliwa! Emisariuszko, z pewnością rozumiesz naszą potrzebę zachowania ostrożności w tej kwestii. Po prostu daj mi słowo i to nam wystarczy! W końcu Cuna ręczy za ciebie.

— Dobrze — powiedziałam. — Będę przestrzegać waszych zasad.

Choć miałam nadzieję, że wkrótce wrócę na Detritusa ze skradzionym hipernapędem.

— Widzisz, Cuna? — odezwał się Winzik, zaznaczając coś w swoim tablecie. — Wystarczyło zabrać ze sobą właściwego urzędnika! Teraz wszystko jest jak trzeba. No, no.

Winzik odszedł, a za nim Brade, będąca jego ochroną. Odprowadzałam ich wzrokiem, marszcząc brwi, nie rozumiejąc celu tego przedstawienia.

— Przepraszam za to — powiedziała Cuna. — Szczególnie za obecność człowieka. Departament Ochrony najwidoczniej uznał, że musi ci przekazać wyraźną wiadomość. — Cuna zawahała się. — Chociaż może tak jest lepiej. Byłoby dobrze, gdybyś miała tu jakąś sojuszniczkę, przy tylu dziwnych i nowych doświadczeniach, nieprawdaż?

Cuna znów się uśmiechnęła, aż przeszedł mnie dreszcz.

— W każdym razie — dodała — przydzieliłam ci odpowiedni limit nabywczy, tak więc możesz wyposażyć tę kwaterę zgodnie z twoimi potrzebami. Uważaj ją za rodzaj ambasady — sanktuarium dla twoich rodaków, gdy uda nam się zbudować wspólną przyszłość. Jeśli zechcesz się ze mną skontaktować, wyślij wiadomość do Departamentu Integracji Gatunków, a postaram się szybko odpowiedzieć.

 

Po tych słowach przeprosiła i wyszła na ulicę, gdzie tłumek zmienił się w wartki strumień przechodniów.

Zmęczona, usiadłam na frontowych schodach budynku i obserwowałam przechodzących. Niekończąca się rzesza stworzeń, pozornie nieskończona różnorodność gatunków.

— M-Bot? — zagadnęłam.

— Jestem — powiedział mi do ucha.

— Dostrzegasz jakiś sens tego wszystkiego?

— Czuję, że zostaliśmy wmieszani w próbę sił — odparł M-Bot — które używają cię jako pionka w ich grze. Ten Winzik jest ważną personą, równie ważną jak Cuna. Wydaje się ciekawe, że oboje zjawili się osobiście na pozornie mało ważnym spotkaniu.

— Taak — mruknęłam, a potem oderwałam wzrok od tłumów i spojrzałam na czarne niebo. Gdzieś tam był Detritus, na celownikach krążowników Zwierzchnictwa.

— Idź i zabierz mnie stamtąd — zaproponował M-Bot. — Będę się czuł bezpieczniej z daleka od ogólnie dostępnego lądowiska. W tym budynku powinno być jakieś łącze, które da mi dostęp do publicznej sieci informacyjnej stacji. Zaczniemy w niej szukać informacji.

12

Zakończyłem poszukiwania — zgłosił M-Bot. — Wyłączyłem urządzenia podsłuchowe, które odkryłem w tym budynku, i jestem pewny, że znalazłem wszystkie.

— Ile ich było? — zapytałam, krążąc po drugim piętrze ambasady, zapalając światła i zaglądając do szafek.

— Po dwa w każdym pomieszczeniu — odparł M-Bot. — Jedno podłączone do sieci informacyjnej. Gdybyś je znalazła i poskarżyła się na to, zapewne udawaliby zdziwionych i twierdzili, że to część systemu alarmowego ambasady. Jednak w każdym pomieszczeniu był także drugi podsłuch, starannie ukryty w pobliżu sieci elektrycznej.

— Uznają za podejrzane, że je wyłączyliśmy.

— Mogą być zdziwieni tym, że je znaleźliśmy, ale wiem z doświadczenia — przyznaję, pełnego luk i fragmentarycznych wspomnień — że to jedna z tych rzeczy, które powinniśmy uprzejmie ignorować, tak jak oni będą uprzejmie ignorować to, że pokrzyżowaliśmy ich plany.

Z pomrukiem aprobaty weszłam do pomieszczenia najwyraźniej będącego kuchnią. Wiele szuflad i sprzętów miało etykiety. Okazało się, że mogę skierować na każdy napis mój translator, a on je odczyta. Nad jednym kranem widniał napis „woda”, nad drugim „amoniak”, a nad trzecim „solanka”. Wyglądało na to, że ten lokal był przystosowany do goszczenia wielu różnych gatunków.

M-Bot miał rację co do prywatnego lądowiska na dachu ambasady. Posadziłam go tam, podłączyłam do sieci informacyjnej i zaczęłam przetrząsać budynek od góry do dołu. Na razie zostawiłam Straszliwego Ślimaka w kokpicie.

— Pobieram z baz szeroki wachlarz danych — ciągnął M-Bot. — Miejmy nadzieję, że w ten sposób ukryjemy, jakich informacji szukamy, gdyby monitorowali naszą aktywność w sieci. Jest tego zdumiewająca ilość. Zwierzchnictwo wydaje się zezwalać na swobodny przepływ informacji — chociaż w niektórych dziedzinach są ogromne luki. Nie ma nic o cytonice, a każda próba dyskusji o hipernapędzie jest zamykana rządowym ostrzeżeniem.

— W ten sposób sprawują kontrolę nad swoim imperium — decydując, kto gdzie może się udać i z kim handlować. Podejrzewam, że jeśli jakiś gatunek wypadnie z łask, opłaty za jego podróże gwałtownie wzrosną, albo nagle odkryją, że statki transportowe znacznie rzadziej przylatują na ich planetę.

— Całkiem dobrze znasz podstawy ekonomii — zauważył M-Bot.

Wzruszyłam ramionami.

— Niewiele się to różni od tego, jak w jaskiniach traktowano moją matkę i mnie, nie pozwalając nam podjąć żadnej stałej pracy i w ten sposób spychając nas poza nawias społeczeństwa.

— Ciekawe. No cóż, chyba masz rację co do tego, jak sprawują władzę. Znalazłem także interesujący fakt dotyczący zaawansowania ich techniki, a konkretnie hologramów. W tej dziedzinie Zwierzchnictwo wydaje się być na poziomie zbliżonym do waszego. Nie zdołałem znaleźć niczego, co by wskazywało, że dysponują urządzeniami holograficznymi dorównującymi moim.

— A więc nie mają takich małych projektorów jak ten w mojej bransolecie?

— Nie. Z tego, co zdołałem ustalić, wynika, że nawet teoretycznie nie przewidują ich istnienia. Jak dla nich takie urządzenia w ogóle nie istnieją.

— Ha. A skąd ty je wziąłeś?

— Nie mam pojęcia. I nienawidzą wszelkiej sztucznej inteligencji. Może więc… może zostałem stworzony tak, aby móc ukrywać swoje istnienie. Nie tylko przed Zwierzchnictwem, ale przed wszystkimi.

Uznałam to za dziwne, a nawet trochę niepokojące. Zakładałam, że kiedy uciekniemy z Detritusa, odkryjemy, że wszyscy mają takie statki jak M-Bot.

— Tak czy inaczej — dodał — czy mam ci streścić, czego się dowiedziałem o Zwierzchnictwie?

— Chyba tak — odparłam.

— Rządy sprawuje pięć głównych gatunków — rzekł. — Trzech zapewne nie spotkasz, gdyż niewielu ich przedstawicieli mieszka na stacji „Wśród gwiazd”. Tak więc na razie pominiemy kambrików, tenasich i heklów. Dla ciebie najważniejsi są warwaksowie, których uparcie wciąż nazywasz Krellami. To stworzenia podobne do skorupiaków, mające egzoszkielet. Drugim gatunkiem są diony. To do tego gatunku należy Cuna.

— Jedne są szkarłatne, a inne niebieskie — powiedziałam. — Czy to odpowiednik koloru skóry u ludzi?

— Niezupełnie — rzekł M-Bot. — To rodzaj zróżnicowania płciowego.

— Niebiescy to chłopcy, a czerwone są dziewczynki?

— Nie, ich biologia całkowicie się różni od waszej. Są bezpłciowi do czasu pierwszego parzenia, w trakcie którego tworzą wspólny kokon z drugim osobnikiem. To naprawdę fascynujące. W trakcie parzenia na pewien czas łączą się, formując trzeciego osobnika. Natomiast kiedy się rozmnożą, przybierają czerwony lub niebieski kolor. Mogą także zapoczątkować tę przemianę w inny sposób, jeśli z jakiegoś powodu chcą być uważani za niedostępnych — wówczas ciemnoczerwony kolor skóry ma osobnik, który się nie rozmnożył albo zerwał więź z partnerem i szuka innego.

— Wydaje się to wygodne — orzekłam. — Trochę mniej krępujące od naszego sposobu.

— Jestem pewny, że jako organiczne formy życia skomplikowali to o wiele bardziej, niż ja to przedstawiam — powiedział M-Bot. — Wy zawsze znajdujecie jakieś sposoby, żeby skomplikować i utrudnić wzajemne relacje.

Pomyślałam o Jorgenie, który na pewno się o mnie martwi, chociaż kazał mi lecieć. A co z Kimmalyn? Cobbem? Moją matką i Babką?

Skup się na zadaniu, pomyślałam. Masz ukraść hipernapęd. Wrócić z nim do domu, ku radości moich sojuszników i rozpaczy wrogów.

Teraz, kiedy byłam tu sama, zupełnie nie w swoim żywiole, trudno mi było zebrać odwagę. Nagle poczułam się osamotniona. Zagubiona, jakbym weszła w niewłaściwy korytarz jaskini i zgasło mi światło. Przestraszona dziewczynka, która nie wie, gdzie jest i jak ma wrócić do domu.

Chcąc oderwać się od tych ponurych myśli, kontynuowałam przeszukiwanie ambasady. Jak paranoiczka sprawdzałam na wszelki wypadek każde pomieszczenie — a następnym okazała się łazienka z mnóstwem interesujących rur i przyssawek przystosowanych do rozmaitych rodzajów budowy anatomicznej. Wszystko to było jednocześnie imponujące i obrzydliwe.

Wyszłam z łazienki i udałam się do kuchni. Były tam talerze i przybory kuchenne, ale nie było żywności. A muszę się właściwie odżywiać, żeby wykonać zadanie.

— Cuna wspomniała coś o limicie nabywczym — powiedziałam. — Czy możemy zamówić dostawę żywności?

— Jasne — odrzekł M-Bot. — Znalazłem stronę o pożywieniu i dietach. Powinienem znaleźć coś, co cię nie zabije i co mógłby zamówić ktoś z rodaków Alanik, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Na przykład… grzyby?

— Ha. A już myślałam, że zupełnie zapomniałeś o tym swoim hobby.

— Od kiedy przeprogramowałem się na twojego oficjalnego pilota, ten podprogram nie uruchamia się już tak często. Myślę, że mój odruch katalogowania gatunków grzybów musi być związany z ostatnim rozkazem mojego poprzedniego pilota, chociaż nie potrafię zrozumieć dlaczego. No cóż, czy mam ci zamówić jakąś żywność?

— Na parę dni — odrzekłam. — Muszę szybko ukraść hipernapęd.

— Czy nie byłoby lepiej zrobić większy zapas, żeby sprawiać wrażenie, że szykujesz się na dłuższy pobyt tutaj?

Cholera. Zdecydowanie lepiej ode mnie nadawał się na szpiega.

— Sprytnie — przyznałam. — Zrób tak.

Zeszłam po schodach na pierwsze piętro budynku. Tu wszystkie pomieszczenia wyglądały na sypialnie pospiesznie wyposażone w łóżka, na jakich sypiali rodacy Alanik. Miękkie i z owalną ramą tworzącą coś w rodzaju gniazda obłożonego poduszkami. Znalazłam pomieszczenie z kilkoma wannami oraz schowek z rozmaitymi sznurami i innym wyposażeniem, zapewne mocowanym do haków w suficie, jeśli pomieszczenia trzeba by przystosować dla przedstawicieli jakiegoś nadrzewnego gatunku. Widziałam kilku takich na ulicach.

— Żywność zamówiona — zameldował M-Bot. — Zamówiłem półprodukty, ponieważ przypuszczam, że wolisz samodzielnie przygotowane posiłki od gotowych.

— Za dobrze mnie znasz.

— Jestem zaprogramowany na obserwowanie zachowań. A skoro o tym mowa… Spensa, niepokoją mnie niektóre aspekty tego planu. Nie wiemy, na czym polega egzamin na pilota Zwierzchnictwa, a Cuna zostawiła nam niewiele informacji na ten temat.

— Zapewne dowiemy się rano. Myślę, że zdanie egzaminu to najmniejszy z naszych problemów. Przynajmniej to mogę zrobić, nie uciekając się do oszustw.

— Celna uwaga. Jednak prędzej czy później rodaków Alanik zacznie niepokoić fakt, że się nie zameldowała. Mogą się skontaktować ze Zwierzchnictwem i zapytać, co się z nią stało.

Wspaniale. Jakbym potrzebowała więcej stresów.

— Jak sądzisz, czy udałoby się znaleźć jakiś sposób, by wysłać wiadomość na Detritusa? — zapytałam. — Moglibyśmy opisać sytuację Cobbowi i skłonić go, by poprosił Alanik — jeśli jest przytomna — żeby skontaktowała się w naszym imieniu ze swoimi?

— To rozwiązałoby problem — rzekł M-Bot. — Nie mam jednak pojęcia, jak to zrobić.

— No to po co o tym mówisz? — warknęłam.

— Nie chcę się z tobą kłócić ani cię denerwować, Spensa. Po prostu wskazuję różne możliwości. Znajdujemy się w bardzo niebezpiecznej sytuacji i chcę, żebyśmy byli w pełni świadomi ewentualnych komplikacji.

Miał rację. Spieranie się z nim było jak walenie pięściami w mur — do czego, przyznaję, byłam zdolna w chwilach największej frustracji. To nie zmieniało faktu.

Pospiesznie sprawdziłam parter, na którym znalazłam szereg sal konferencyjnych. Potem wróciłam na drugie piętro i do kuchni, której okno wychodziło na ulicę. Otoczenie wyglądało tak spokojnie, z licznymi ogrodami i ludźmi zajętymi swoimi sprawami.

Nie ufaj temu spokojowi, pomyślałam. Nie okazuj słabości. Nie trać czujności. Od kiedy tu wylądowałam, karmiono mnie samymi kłamstwami — wszyscy udawali, że nie toczą żadnej szeroko zakrojonej wojny z nami, mieszkańcami Detritusa. Ja znałam prawdę.

Wzięłam tablet i przejrzałam informacje o egzaminie, które zostawiła mi Cuna. Jak powiedział M-Bot, nie było tam wiele szczegółów. Miał to być jakiegoś rodzaju test, mający wyłonić pilotów, którzy wezmą udział w rządowym programie. Większość zaproszonych była już członkami Zwierzchnictwa — przedstawiciele gatunków uznanych za pośledniejsze jako drugorzędni obywatele zwykle nie mogli służyć w wojsku.

Cuna z jakiegoś powodu wybrała właśnie rodaków Alanik, zachęcając ich do przysłania przedstawiciela. Według informacji w tablecie powinnam przylecieć własnym statkiem i być gotowa do walki. Stwierdzano, że jeśli zdam egzamin, otrzymam myśliwiec Zwierzchnictwa i zostanę przeszkolona do walki z wnikaczami.

Myśliwiec Zwierzchnictwa byłby maszyną skonstruowaną przez nich. Miejmy nadzieję, że z hipernapędem. Mogłabym ukradkiem wymontować go z myśliwca, a następnie zainstalować w przeznaczonym na to miejscu M-Bota. A potem oboje pomknęlibyśmy do domu.

To było jedyne wyjście dla mnie i dla mojego ludu. I może przy okazji mogłabym się dowiedzieć czegoś o sobie — i dlaczego wnikaczy tak bardzo interesują cytonicy.

Jeśli Zwierzchnictwo przygotowuje jakąś broń do walki z wnikaczami, pomyślałam, ta misja może się okazać trudniejsza — i ważniejsza — niż przypuszczaliśmy.

Musiałam to zrobić. Osamotniona czy nie, wyszkolona czy nie, musiałam wykonać zadanie. Jorgen powiedział, że mi ufa. Musiałam więc również sobie zaufać.

 

Zacznę od tego, co umiem najlepiej. Od testu pilotażu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?