Wśród GwiazdTekst

Z serii: Skyward #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10

To było piękne.

Gdy pilotujące statki podprowadziły mnie bliżej, zobaczyłam, że stacja jest oazą zieleni. Były tam parki z drzewami mającymi dziesięć, a nawet piętnaście metrów wysokości. Duże połacie jakiejś ciemnozielonej materii, którą M-Bot zidentyfikował jako rodzaj miękkiego mchu, po którym można chodzić.

Nasze życie na Detritusie było surowe. Oczywiście, tu i ówdzie stały pomniki, ale budynki na powierzchni przypominały bunkry, a w jaskiniach pod ziemią dominowała maszyneria i czerwone światła manufaktur. Ludzkość tak długo egzystowała na krawędzi zagłady, że przetrwanie — z konieczności — górowało nad wszelkimi formami ekspresji.

Natomiast to miejsce ostentacyjnie chełpiło się swoim pięknem. Budynki wznosiły się spiralami lub maszerowały równymi szeregami. Wydawało się, że co drugi kwartał ma swój park. Widziałam w nich wielu mieszkańców, poruszających się leniwie lub odpoczywających. Statki unoszące się w atmosferze również najwyraźniej nigdzie się nie spieszyły. Tutaj odpoczywano i bawiono się.

To natychmiast wzbudziło moje podejrzenia.

Alanik mówiła mi, żebym nie wierzyła w ich pokojowe zamiary. Chociaż nie wiedziałam, czy mogę jej ufać, nie potrzebowałam ostrzeżeń. Zwierzchnictwo przez ostatnie osiemdziesiąt lat więziło mój lud na Detritusie. Przez Zwierzchnictwo zginął mój ojciec i wielu moich przyjaciół. Ta stacja mogła udawać piękną i przyjazną, ale ja zachowam ostrożność.

— Niemal żadnych transmisji radiowych — oznajmił M-Bot. — Ani jednej sieci bezprzewodowej.

— Obawiają się wnikaczy — powiedziałam, drżąc. — Widocznie stosują te same środki ostrożności, co my — używają łączności bezprzewodowej tylko w razie konieczności.

— Istotnie. Na szczęście zdołałem wydedukować przydzielone nam miejsce lądowania, odczytując numery mijanych stanowisk. Wskażę ci drogę.

Korzystając z jego wskazówek, poleciałam do znajdującego się niedaleko centrum rozległego metalowego lądowiska z licznymi platformami stanowisk. Siadając na właściwym, zapadłam się w fotel. Tak jak platforma numer jeden, ta stacja też miała sztuczne ciążenie.

— Ciśnienie wyrównane z zewnętrznym — zameldował M-Bot. — Możesz oddychać tym powietrzem, chociaż ma większą zawartość tlenu niż ta, do jakiej jesteś przyzwyczajona. Wstępna analiza nie wykazuje obecności niebezpiecznych mikroorganizmów.

W porządku. Otworzyłam osłonę kabiny. Obcy o głowie kalmara podszedł do mojego statku.

— Schodki, pochylnia, zjeżdżalnia czy coś innego? — zawołał do mnie, a translator przetłumaczył jego słowa.

— Hm… — Gestem kazałam mu zaczekać, mając nadzieję, że to zrozumie, a potem syknęłam do M-Bota: — A jeśli zauważą, że mówię po angielsku, a nie w języku Alanik?

— Nie sądzę, by ktoś z nich znał jej język — odparł M-Bot. — Najprawdopodobniej musiałaby tu mówić w jakimś ziemskim języku, żeby się porozumieć. Z jej danych wynika, że płynnie mówi dialektem mandaryńskim, a sama słyszałaś, że trochę zna angielski. W końcu podczas ostatniej wojny na jej planecie stacjonowały oddziały ludzi.

— A tutejsi mieszkańcy będą rozumieli angielski?

— Powinni, dzięki translatorom. Z danych Alanik wynika, że w przeszłości ludzie podjęli trzy próby podboju galaktyki, w wyniku czego wiele cywilizacji zna języki Ziemi. Wszystkie translatory wydają się mieć opcje tłumaczenia angielskiego, hiszpańskiego, hindi i mandaryńskiego.

Skinęłam głową i już miałam się zwrócić do pracownika lądowiska, ale zawahałam się.

— Chwileczkę. Co powiedziałeś? Moi przodkowie trzykrotnie próbowali podbić galaktykę?

— I za każdym razem byli bliscy sukcesu — powiedział M-Bot. — Według zapisów znalezionych na statku Alanik. Dlatego najwyraźniej w Zwierzchnictwie wielu uważa „ludzką zarazę” za największe zagrożenie w dziejach galaktyki.

Oo… Byłam pod wrażeniem, chociaż jednocześnie trochę zaniepokojona. Miło było słyszeć, że moi przodkowie byli bohaterskimi wojownikami, tak jak zawsze to sobie wyobrażałam, ale jednocześnie zawsze uważałam, że nasz lud jest uciskany. Niesprawiedliwie i niegodziwie atakowany przez Krelli, więziony przez strasznych obcych.

Z pewnością był jakiś powód zmuszający nas do walki. Ponadto nieprzyjacielska propaganda może głosić, co chce — to nie usprawiedliwia tego, co robili nam na Detritusie. Zmrużyłam oczy, postanawiając nie wierzyć w ich kłamstwa.

— Przepraszam — odezwałam się do obsługi lądowiska, wychylając się z kokpitu. — Musiałam odebrać połączenie. Pytałeś, czy chcę pochylnię, czy schodki? Wolę schodki.

Kalmaropodobny dał znak większemu stworowi wyglądającemu jak blok granitu, a ten przytoczył schodki. Zawahałam się, patrząc na rojne miasto obcych. Wydawało się mroczne, pomimo umieszczonych na budynkach reflektorów, które je oświetlały. Niebo wciąż było czarne. Od wewnątrz bańka osłony była niewidoczna — widziałam tylko bezkresną pustkę z gwiazdami przyćmionymi przez światła stacji.

— Zobaczmy — powiedział kalmaropodobny, wchodząc po schodkach i dołączając do mnie. — Masz dyplomatyczne przywileje, więc nie spiesz się! Umyjemy twój statek i…

— Nie! — zaprotestowałam. — Proszę. Sama troszczę się o mój statek. Nikomu nie pozwalam go dotknąć.

Translator przetłumaczył mu moje słowa i obcy z wyraźną irytacją poruszył mackami.

— Na pewno?

— Tak — odparłam, wyobrażając sobie, jak ktoś odkrywa holograficzne maskowanie. — Proszę.

— No cóż… dobrze — powiedział stwór, zapisując coś w tablecie. Miał długie, wiotkie ręce zakończone nie dłońmi, lecz parami niebieskich macek. — Oto karta dostępu, gdybyś chciała przysłać tu kogoś innego, żeby pilotował ten statek. Radzę jej nie zgubić.

Z tabletu wyskoczył mały czip i kalmaropodobny wręczył mi go. Potem zszedł po schodkach na lądowisko.

Wetknęłam czip do kieszeni i ponownie doceniłam jakość hologramów M-Bota. Na mój skafander nałożył obraz kombinezonu Alanik, ale kieszeń nadal była tam, gdzie zwykle. A kontakt ze stałymi obiektami — na przykład dotykanie czipa moimi holograficznie zmienionymi palcami — nie niweczył złudzenia.

To oraz fakt, że obcy nie zareagował, gdy przemówiłam do niego po angielsku, dało mi większą pewność siebie. Co teraz? Musiałam się dowiedzieć, jak wstąpić do ich wojska. To pierwszy krok. Później spróbuję zrealizować trudniejszą część planu — ukraść hipernapęd.

Tylko od czego zacząć? Ta stacja była ogromna. Za lądowiskiem, między rzędami budynków, kilometrami ciągnęły się ulice, na których panował ożywiony pieszy ruch. W górze przelatywały statki. To miasto musiało mieć miliony mieszkańców.

Ci obcy, którzy wylecieli mi na spotkanie, pomyślałam, mówili, że ktoś przyjdzie się ze mną spotkać, kiedy wyląduję. Tak więc miałam trochę czasu. Czekając, ponownie spróbowałam dosięgnąć myślami Detritusa. Coś jednak mi nie pozwalało. Blokowało. Jakbym próbowała się poruszać przy wysokim ciążeniu. Hmm. Gdy się nad tym zastanawiałam, tuż przy kokpicie usłyszałam donośny głos i translator przetłumaczył mi jego słowa.

— Emisariuszka Alanik? — spytał głos.

Wychyliłam się i zobaczyłam obcego stojącego na lądowisku. Był wysokim, szczupłym stworzeniem o jasnoniebieskiej skórze. Wydawał się spokrewniony z tymi szkarłatnymi, którzy pilotowali policyjne patrolowce — on także był łysy, o takich samych wydatnych kościach policzkowych i czole.

Miał na sobie szatę w nieco jaśniejszym odcieniu błękitu niż jego skóra. Tak jak inni, miał androgeniczne cechy. Po głosie i wyglądzie nie potrafiłam orzec, czy to osobnik rodzaju męskiego, żeńskiego, czy nijakiego.

— Ach! — powiedział do mnie. — Emisariuszka. Bardzo się cieszymy, że zechciałaś odpowiedzieć na nasze wezwanie! Jestem Cuna i przydzielono mnie jako twoją asystę podczas tej wizyty. Zechciałabyś zejść? Załatwiono ci kwaterę na stacji i mogę ci ją teraz pokazać.

— Pewnie! — zawołałam. — Tylko zostawię hełm.

Schowałam się z powrotem w kokpicie.

— W porządku, M-Bot. Powiedz mi, co mam robić.

— A skąd mam wiedzieć? — odparł. — To był twój plan.

— Teoretycznie to plan Rodge’a. Tak czy inaczej, nie jestem szpiegiem, natomiast ty zostałeś zaprojektowany do takich operacji. Dlatego powiedz mi, co mam robić. Jak powinnam się zachować?

— Spensa, ty wiesz, jak ja reaguję na organiczne formy życia. Naprawdę sądzisz, że mogę lepiej od ciebie udawać jedną z nich?

Miał rację. Cholera.

— Nie będzie łatwo. Ten obcy na dole wydaje się wiedzieć coś o Alanik i jej ziomkach. A jeśli powiem coś nie tak?

— Może powinnaś udawać małomówną i milczeć.

— Małomówną? — powtórzyłam. — Ja?

— Tak. Udawaj, że Alanik jest nieśmiała.

— Nieśmiała? Ja?

— No wiesz, właśnie dlatego nazywa się to udawaniem. Pracowaliśmy nad tym z Rodge’em — nad moją zdolnością akceptowania tego, że ludzie czasem nie są tacy, za jakich chcą uchodzić. W każdym razie może powinnaś była pomyśleć o tym, zanim zgłosiłaś się do tej szpiegowskiej misji na tyłach wroga.

— Nie mieliśmy czasu do namysłu.

No cóż, teraz nic się na to nie poradzi. Starając się zachowywać spokój godny wojowniczki, odczepiłam broń od poręczy mojego fotela i wepchnęłam ją do pojemnej kieszeni spodni mojego skafandra. Trudno mi było jednak zachować spokój, gdy zdałam sobie sprawę z ogromu czekających mnie trudności.

Wetknęłam do ucha maleńką słuchawkę, która wraz z bransoletą przenośnego receptora pozwalała M-Botowi utrzymywać ze mną kontakt, a on hologramem upodobnił ją do kolczyka. Potem umieściłam Straszliwego Ślimaka na podłodze kokpitu i pogroziłam mu palcem.

— Zostań tu — powiedziałam.

— Zostań? — zanucił.

— Mówię serio.

 

— Serio?

Byłam prawie pewna, że mnie nie rozumie — przecież to tylko ślimak. Miejmy nadzieję, że choć raz nie ruszy się z kabiny. W końcu wygramoliłam się z niej i zeszłam na lądowisko.

— Przepraszam za zwłokę — powiedziałam do Cuny.

Jej translator zadziałał, wypluwając słowa, i podobnie jak tamten pracownik obsługi lądowiska Cuna nie zauważyła, że mówię po angielsku, albo nie zwróciła na to uwagi.

— Nie ma za co, nie ma za co — powiedziała, wtykając tablet pod pachę. — Bardzo mi miło cię poznać. To na moją osobistą prośbę wysłano do was zaproszenie.

Cholera. Miałam nadzieję, że mieszkańcy stacji nie będą wiele wiedzieli o Alanik. Miałam wrażenie, że wysłano ogólne zaproszenie do wszystkich pilotów, a nie do konkretnej osoby.

— Tak cię interesuje nasz lud? — zapytałam.

— Och tak. Przygotowujemy bardzo ważną operację, do przeprowadzenia której będziemy potrzebowali niezwykle dużej liczby doświadczonych pilotów. Zdecydowano, że może to być doskonały sposób sprawdzenia umiejętności niektórych ras, które zbyt długo pozostawały poza ramami Zwierzchnictwa. Jednak porozmawiamy o tym później! Teraz pokażę ci twoją kwaterę.

Cuna ruszyła chodnikiem między stanowiskami i nie miałam innego wyjścia jak pójść za nią. Niechętnie zostawiałam statek, ale przenośny receptor M-Bota miał zasięg ponad stu kilometrów. Ponadto holograficzne maskowanie miało jeszcze większy zasięg, tak więc nie miałam powodu do obaw.

Pospieszyłam za Cuną i opuściłyśmy lądowisko. Nie gap się, powiedziałam sobie. Nie rozdziawiaj ust. Nie wytrzeszczaj oczu.

Wytrzeszczyłam oczy.

Nie mogłam się powstrzymać. Wysokie budynki po obu stronach chodnika zdawały się sięgać gwiazd. Wokół przepływał potok istot rozmaitej wielkości, kształtów i kolorów — w strojach, jakich jeszcze nigdy nie widziałam. Nikt nie miał na sobie niczego przypominającego mundur.

Trudno było to wszystko ogarnąć. Wysoko nad naszymi głowami śmigały statki, lecz nieco bliżej latające dyski z pierścieniami unoszącymi pod spodem błyskawicznie przewoziły pasażerów z jednej części miasta do drugiej. Otaczał nas nieustanny ruch i ostentacyjna obfitość. Ogrody na każdym rogu, sklepy sprzedające rozmaite stroje. Nieznajome zapachy unoszące się ze straganów z żywnością.

Musieli tu być przedstawiciele co najmniej tysiąca ras, ale dwie były reprezentowane znacznie liczniej od pozostałych. Pierwszą z nich byli Krelle. Mimo woli drgnęłam, gdy obok mnie przemaszerował jeden z nich, chociaż nieco różnił się od tych, których ciała wyciągaliśmy z zestrzelonych załogowych statków. Jego pancerz nie był metalowy, ale krystaliczny i wyglądał jak z brązowo-różowego piaskowca. Kształt miał taki sam — trochę jak z obrazów przedstawiających dawnych ziemskich rycerzy. Tylko że ten Krell nosił hełm z przezroczystą szybą, ukazującą wypełnione płynem wnętrze i tkwiące w nim krabopodobne stworzenie.

Zawsze postrzegałam Krelli jako niebezpiecznych agresorów. Byli wojownikami, okrytymi pancerzem i gotowymi do walki. Tutaj jednak widziałam ich głównie za straganami, sprzedających różne towary przechodniom i zachęcająco machających opancerzonymi kończynami. Mój translator wyłapywał ich nawoływania, tłumacząc słowa kolejnych mijanych sprzedawców.

— Podejdźcie, przyjaciele! Witajcie!

— Cudowny masz strój i dobre towarzystwo!

— Czy słyszeliście o akcji werbunkowej? Nie szkodzi, jeśli nie chcecie słuchać!

Jeden podszedł trochę za blisko mnie i już instynktownie sięgnęłam do kieszeni po ukrytą w niej broń, ale stwór cofnął się, przepraszając co najmniej sześć razy.

— To dziwne — powiedział mi do ucha M-Bot. — Rejestruję to wszystko do późniejszej analizy.

— To są…

— Nie mów do mnie! — rzekł mi do ucha M-Bot. — Translator Cuny przetłumaczy im twoje słowa. Moje oprogramowanie zapewnia nam niewykrywalną łączność, ale staraj się nie zdradzić, że z kimś rozmawiasz. Później ustawimy bransoletę tak, żebyś mogła wystukiwać mi polecenia szyfrem używanym przez SPŚ. Na razie proponuję, żebyś po prostu była cicho.

Zamknęłam się. Cuna posłała mi pytające spojrzenie, lecz ja tylko pokręciłam głową i z uśmiechem poszłam dalej.

Cholera, ci Krelle. Gdy przed kilkoma miesiącami po raz pierwszy poleciałam w kosmos i stawiłam im czoło, mój widok ich przeraził. Może częściowo dlatego, że mój lud niemal podbił galaktykę, ale oni wszyscy wydawali się bojaźliwi. Jak to możliwe, że przez osiemdziesiąt lat więzili ludzkość na Detritusie?

Doszłam do wniosku, że ta stacja jest przykrywką. Elementem strategii mającym poprawić wizerunek Zwierzchnictwa. To miało sens. Stwórzcie wielki ośrodek odwiedzany przez wszystkie galaktyczne rasy, żeby udawać nieszkodliwych i łagodnych.

Z nieco większym przekonaniem, że wiem, co się dzieje, nadal badałam otoczenie. Drugą pod względem liczebności grupą obcych byli tacy jak Cuna, moja przewodniczka. Nosili rozmaite stroje, od zwykłych spodni i koszul po togi, i najwyraźniej mieli trzy różne kolory skóry — szkarłatny, niebieski i ciemnofioletowy.

— Oszałamiające, prawda? — spytała Cuna.

Skinęłam głową. Przynajmniej to było prawdą.

— Jeśli mogę być szczera — ciągnęła Cuna. — Twój lud mądrze postąpił, zgadzając się przysłać nam pilota. Jeśli dobrze sobie poradzisz podczas szkolenia, możemy zawrzeć z wami umowę o bliższej współpracy. W zamian za większą liczbę pilotów zaoferujemy UrDail członkostwo. Od dawna się na to zanosiło i cieszę się, że stosunki między nami się normalizują.

— To dobra umowa — powiedziałam, starannie dobierając słowa. — Wy dostaniecie pilotów. My dołączymy do Zwierzchnictwa.

— Jako drugorzędni obywatele — dodała Cuna. — Oczywiście.

— Oczywiście — powiedziałam, ale widocznie lekko się zawahałam, ponieważ Cuna spojrzała na mnie.

— Czy to rozróżnienie wydaje ci się niejasne?

— Jestem pewna, że politycy to rozumieją — odparłam. — Ja jestem tylko pilotem.

— Jednak byłoby dobrze, gdybyś wiedziała, co jest stawką twojego testu. Widzisz, wasz lud to szczególny przypadek. Te rasy, które jeszcze nie dołączyły do Zwierzchnictwa, przeważnie są dość prymitywne — o niskiej inteligencji. Zwykle są agresywne, wojownicze i zacofane. Natomiast mieszkańcy UrDail już od wieków podróżują w kosmosie. Niemal osiągnęliście inteligencję pierwszego rzędu i macie sprawnie funkcjonujący rząd. Już kilka pokoleń temu bym wam zaproponowano przystąpienie do Zwierzchnictwa. Gdyby nie jedna czarna plama w waszych dziejach.

Cytonika? — zadałam sobie pytanie.

— Ludzie — powiedziała Cuna. — Sto lat temu walczyliście po stronie ludzkiej zarazy podczas trzeciej wojny galaktycznej.

— Zmusili nas do tego — odparłam.

— Nie zamierzam dyskutować z waszą interpretacją faktów — powiedziała Cuna. — Powiem tylko, że wielu Zwierzchników jest przekonanych, że jesteście zbyt agresywni, żeby do nas dołączyć.

— Zbyt agresywni? — zapytałam, marszcząc brwi. — A czy nie zwróciliście się do nas, szukając pilotów myśliwców?

— To delikatna sprawa — odparła Cuna. — Mamy plany operacji, do wykonania których są potrzebni piloci, ale nie chcemy w naszym wojsku takich, którzy są zbyt agresywni. Niektórzy twierdzą, że w wyniku bliskiego kontaktu z ludźmi wasze społeczeństwo przejęło ich sposób myślenia.

— A… co ty o tym myślisz? — zapytałam.

— Jestem z Departamentu Integracji Gatunków — powiedziała Cuna. — Osobiście uważam, że w Zwierzchnictwie jest miejsce dla wielu różnych gatunków. Możecie się nam przydać, jeśli okażecie się godni.

— Brzmi wspaniale — odrzekłam sucho i natychmiast skręciło mnie, gdy usłyszałam ton własnego głosu. Może naprawdę nie powinnam się odzywać.

Cuna zmierzyła mnie wzrokiem, ale jej głos brzmiał spokojnie.

— Z pewnością dostrzegasz korzyści płynące z tego dla waszego ludu. Będziecie mieli dostęp do galaktycznych węzłów komunikacyjnych, takich jak ta stacja, oraz prawo zakupu miejscówek i przesyłania ładunków w naszych statkach handlowych. Nie będziecie już uwięzieni w waszym małym układzie planetarnym, ale będziecie mogli poznać całą galaktykę.

— Już możemy — powiedziałam. — Przecież tu przybyłam.

Cuna przystanęła i w pierwszej chwili przestraszyłam się, że powiedziałam coś niewłaściwego. Potem uśmiechnęła się. Był to zdecydowanie niepokojący wyraz twarzy, drapieżny grymas, ukazujący zbyt wiele zębów.

— Cóż — mruknęła. — To druga sprawa, którą omówimy.

Odwróciła się i wskazała ręką mały, wąski budynek stojący nieopodal. Wciśnięty między dwa wyższe, był dwupiętrowy. Jak wszystkie zabudowania na tej stacji najwyraźniej był z metalu, który pomalowano tak, żeby wyglądał na ceglany.

— Oto budynek, który proponujemy ci jako kwaterę — oznajmiła Cuna. — Jest za duży dla jednej osoby, ale mamy nadzieję, że — gdy dowiedziesz swojej wartości — umieścimy tu całą eskadrę lub dwie waszych pilotów. Uznaliśmy za właściwe zakwaterować cię tu na początek. Jak widzisz, na dachu jest prywatne lądowisko, gdybyś zechciała posadzić na nim twój statek. Chociaż ten budynek znajduje się w niewielkiej odległości od głównego lądowiska, a także blisko kilku parków i sklepów.

Zaczęła wchodzić po schodkach do budynku.

— Nie podoba mi się to — rzekł mi do ucha M-Bot. — Spensa? Jeśli dasz się zabić w zasadzce, będę bardzo zdziwiony.

Zawahałam się. Czy to mogła być pułapka? Po co? Przecież mogli mnie po prostu zestrzelić — a przynajmniej próbować to zrobić — kiedy zbliżałam się do stacji.

— Skłamałem — wyjaśnił M-Bot. — Nie byłbym zdziwiony, ponieważ właśnie to przewidziałem. Byłbym tylko rozczarowany. A raczej symulowałbym rozczarowanie.

Poszłam po schodkach do góry. Cuna wydawała się przekonana, że ja to Alanik. Nie wyglądało mi to na pułapkę.

Razem weszłyśmy do budynku. Przywykłam do tego, że zawsze jestem najniższą osobą w każdym towarzystwie, lecz przy smukłej Cunie — zbyt wiotkiej, by uznać ją za człowieka — czułam się nie tylko niska, ale wręcz przysadzista i niezgrabna. Budynek miał wysokie sklepienia sal i korytarzy, nawet kontuary były dla mnie trochę zbyt wysokie. Wydawały się przeznaczone dla osobników innego gatunku, chociaż Alanik była mojego wzrostu.

Cuna zaprowadziła mnie do pokoiku od frontu, z oświetleniem podtynkowym i oknem wychodzącym na ulicę. Pokój wyglądał na wygodny, wyposażony w miękkie fotele i stół konferencyjny. Farba na ścianach imitowała drewno, ale stukając w nie palcem, odkryłam, że są metalowe.

Cuna zgrabnie usiadła, kładąc tablet na stole, po czym znów uśmiechnęła się do mnie w ten drapieżny sposób. Przystanęłam przy drzwiach, nie chcąc siadać plecami do nich.

— Jesteś jedną z osób, które nazywamy cytonikami, Alanik — odezwała się do mnie Cuna. — Wasz lud nie potrafi podróżować z nadświetlną prędkością i nie odkrył hipernapędu, więc musicie polegać na cytonikach. A ponieważ jest was niewielu, praktycznie pozostajecie zamknięci w waszym zakątku galaktyki.

Spojrzała na mnie i mogłabym przysiąc, że w jej oczach dostrzegłam wyrachowanie.

Byłam coraz bardziej spięta. Zwierzchnicy zdawali się wiedzieć o Alanik więcej, niż bym chciała.

— Co możesz mi powiedzieć? — spytałam. — O tym kim jestem. I co potrafię.

Cuna wyciągnęła się na fotelu, splotła palce i beznamiętnie zacisnęła wargi.

— To, co potrafisz, jest niebezpieczne, emisariuszko Alanik. Z pewnością wyczuwasz skupioną na tobie uwagę wnikaczy, w tym nibyświecie, do którego przechodzisz, kiedy wykonujesz skok nadprzestrzenny?

Skinęłam głową.

— Nazywam to niebytem.

— Nigdy tego nie doświadczyłam — lodowatym tonem oznajmiła Cuna. — A wnikacze? Wyczuwasz je?

— Widzę obserwujące mnie oczy. To oczy czegoś, co tam żyje.

— To oni — powiedziała Cuna. — Przed wiekami mój gatunek boleśnie się przekonał, jak niebezpieczni są wnikacze. Trzynaście tych… stworów wdarło się do naszego świata. Szalały, niszcząc planetę za planetą. W końcu zrozumieliśmy, że przyciągnęli ich do nas cytonicy — a znalazłszy się tu, wnikacze słyszą nasze transmisje. Nie tylko cytoniczne — słyszą nawet transmisje radiowe. Dokonaliśmy bolesnej transformacji, przestając korzystać z cytoniki, a nawet normalnych środków łączności. Nakazaliśmy milczenie naszym planetom i flotom. Wtedy wnikacze, na szczęście, odeszli. Trwało to kilkadziesiąt lat, ale jeden po drugim wrócili do swojego świata. Galaktyka powoli wydostała się ze skorupy, ale z nową wiedzą i zasadami.

— Bez cytoniki — szepnęłam. — Rozważnie korzystając z łączności bezprzewodowej, nawet radiowej.

 

— Tak — potwierdziła Cuna. — I unikając korzystania ze sztucznej inteligencji, która rozwściecza wnikaczy. Większość zwykłych środków łączności nie przyciąga ich do naszego świata, lecz jeśli już tu są, słyszą nasze rozmowy, które wabią ich na żer. Nawet teraz, po kilkuset latach, przestrzegamy tych zasad. Chociaż w naszym świecie nie ma wnikaczy, lepiej zachować ostrożność.

Przełknęłam ślinę.

— Dziwię się… że pozostawiliście przy życiu cytoników.

Cuna uniosła dłoń, dotykając szyi gestem, który prawdopodobnie świadczył, że jest wstrząśnięta.

— A co twoim zdaniem mieliśmy zrobić?

— Wyeliminować wszystkich cytoników.

— Barbarzyństwo! Takie zachowanie nie przystoi ludowi, który osiągnął inteligencję pierwszego stopnia. Nie, my nie dokonujemy eksterminacji gatunków. Nawet ludzka zaraza została starannie odizolowana, a nie zlikwidowana!

Wiedziałam, że to kłamstwo — przynajmniej częściowe. Ostatnio usiłowali nas unicestwić.

— Takie drastyczne rozwiązania nie są konieczne — mówiła Cuna. — Paru cytoników tu i ówdzie nie stanowi zagrożenia. Szczególnie jeśli są niewyszkoleni, tak jak ty. Nasi pierwsi cytonicy dopiero po kilku pokoleniach wypracowali umiejętności, które zwabiły wnikaczy. Tak więc jesteś niebezpieczeństwem, ale nie natychmiastowym. Na razie uważamy, że najlepiej przekonać takich jak ty, żeby przestrzegali naszych zasad, zamiast narażać… nas wszystkich. Widzisz, Zwierzchność opanowała lepsze sposoby podróżowania do gwiazd — hipernapęd, który nie przyciąga wnikaczy.

— Wiem o tym — powiedziałam. I zamierzam ukraść jeden z nich.

— Cała galaktyka będzie bezpieczniejsza, gdy wszystkie zamieszkujące ją rasy będą używać statków Zwierzchnictwa. To wiąże się z naszą propozycją — jeśli dostarczycie nam pilotów, będziecie jego obywatelami, mającymi prawo podróżować naszymi statkami nadświetlnymi. Nie dostaniecie samej technologii — musimy trzymać ją w sekrecie. Jednak wasi kupcy, turyści i urzędnicy będą mogli korzystać z naszych statków, tak jak wszyscy w Zwierzchnictwie. W galaktyce jesteśmy jedynymi dysponującymi tą technologią. Nie można kupić czarnorynkowego hipernapędu, gdyż takowych nie ma. Żadnej rasie nie udało się ukraść nam nawet jednego hipernapędu. Tak więc jedynym bezpiecznym sposobem podróży do gwiazd jest zaskarbienie sobie naszej przychylności. Udowodnij mi, że wasi piloci są tak zręczni, jak raportowano, a w zamian otworzę przed wami galaktykę.

Nie wierzyłam w tę propagandową gadkę. Oczywiście, Cuna musiała twierdzić, że tej technologii nie da się ukraść. Niestety, z jej słów wynikało, że inni już tego próbowali.

Musiałam znaleźć jakiś sposób dokonania tego, co nie udało się innym, a na dodatek Zwierzchnictwo miało mnie obserwować.

— Ale dlaczego potrzebujecie pilotów? — spytałam, usiłując zdobyć więcej informacji. — Przecież populacja Zwierzchnictwa jest ogromna. Z pewnością macie mnóstwo swoich pilotów. Co to za tajny plan, do którego nas potrzebujecie?

Czy do walki z nami, tak ja przypuszczał Jorgen? Nie mogło być zbiegiem okoliczności to, że Zwierzchnictwo zaczęło werbować pilotów do jakiejś specjalnej operacji akurat teraz, kiedy mój lud był bliski wyrwania się z Detritusa.

Cuna przez moment milczała, patrząc mi w oczy.

— To bardzo delikatna sprawa, emisariuszko Alanik. Byłabym wdzięczna, gdybyś zachowała dyskrecję.

— Jasne. Oczywiście.

— Mamy powód wierzyć, że wnikacze nas obserwują. I że mogą wrócić.

Zaparło mi dech. Miałam świeżo w pamięci zapis wideo tego, co stało się z poprzednimi mieszkańcami Detritusa. Słowa Cuny powinny być szokujące, ale jedynie obudziły poczucie ponurej rzeczywistości. Jak ostatnia nuta pieśni.

— Nie jest to winą cytoników — ciągnęła Cuna. — Nie tym razem. Obawiamy się, że wnikacze po prostu postanowili znów skupić uwagę na naszym świecie.

— I co zrobimy? — zapytałam.

— Nie damy się ponownie zmusić do biernego oczekiwania, aż wnikacze postanowią odejść. Pracowaliśmy nad tajną bronią do zwalczania ich w razie potrzeby. Niestety, żeby użyć tej broni, potrzebujemy doświadczonych pilotów myśliwców. Wbrew twoim przypuszczeniom mamy bardzo nieliczne wojska. To… uboczny efekt naszej pokojowej natury. Zwierzchnictwo nie rządzi siłą, lecz poprzez umożliwianie technologicznego rozwoju.

— Co oznacza — wtrąciłam — że nie walczycie z gatunkami, których nie lubicie. Po prostu zostawiacie ich samym sobie, bez możliwości podróży nadświetlnych. Nie musicie mieć wojska, ponieważ kontrolujecie samą możliwość podróżowania.

Cuna znów splotła palce. Nie odpowiedziała. Uznałam to za wystarczające potwierdzenie i nagle wiele faktów nabrało sensu. Dlaczego Zwierzchnictwo nie wysyłało dużej liczby myśliwców, żeby nas wybić co do nogi? Dlaczego spotykałam tak niewiele ich załogowych statków i myśliwskich asów? Dlaczego atakowało nas najwyżej sto dronów jednocześnie? Zwierzchnictwo po prostu nie miało wielu pilotów.

Zakładałam, że można rządzić imperium tylko wtedy, gdy ma się ogromną armię. Oni znaleźli inny sposób. Jeśli masz wyłączność na dostęp do hipernapędu, nie musisz walczyć z nieprzyjaciółmi. Podświetlna podróż międzyplanetarna trwa wiele lat. Nikt cię nie zaatakuje, jeśli nie zdoła do ciebie dolecieć.

Cuna nachyliła się do mnie.

— Mam pewne wpływy w rządzie, Alanik, a ponadto osobiście interesuję się waszym ludem. Uważam, że zagrożenie ze strony wnikaczy jest jak najbardziej realne. Jeśli UrDail dostarczą pilotów, których potrzebuję, mogę ułatwić wam przystąpienie do Zwierzchnictwa — może nawet ze statusem pierwszorzędnych obywateli.

— W porządku — powiedziałam. — Od czego zaczniemy?

— Chociaż należę do ugrupowania zamierzającego walczyć z wnikaczami, nie dowodzę tą operacją. Kieruje nią Departament Ochrony. Ich głównym zadaniem jest usuwanie wewnętrznych zagrożeń dla Zwierzchnictwa. Na przykład izolowanie ludzkiej zarazy.

— Ludzi?

— Tak. Zapewniam cię, że wasi dawni… okupanci nie są już dla was zagrożeniem. Departament Ochrony ma posterunki obserwacyjne na platformach wokół ich więzień i dopilnuje, żeby żaden człowiek z nich nie uciekł.

Więzień.

Liczba mnoga. Więzień.

Nie byliśmy jedynymi. Z trudem powstrzymałam okrzyk radości — częściowo dzięki temu, że uświadomiłam sobie coś jeszcze. Ten Departament Ochrony, o którym wspomniała Cuna… najwidoczniej to oni byli tymi, których nazywaliśmy Krellami.

Zatem miałam współpracować z Krellami?

— Będziesz musiała zdać ich egzamin na pilota — stwierdziła Cuna. — Pozwolili mi wybrać kilka osób do tych sprawdzianów. Zauważysz pewne rozbieżności między naszymi departamentami, ponieważ mamy różne… teorie na temat tego, jak najlepiej walczyć z wnikaczami. Uważam wasz gatunek za idealny do tego zadania. Od czasu tamtych niefortunnych kontaktów z ludźmi macie wojskowe tradycje, a jednocześnie jesteście wystarczająco pokojowo nastawieni, żeby móc wam ufać. Chcę, abyś dowiodła, że mam rację. Zdaj jutro ten egzamin, a potem reprezentuj moje interesy podczas szkolenia. Jeśli ci się powiedzie, osobiście pomogę waszemu ludowi w uzyskaniu obywatelstwa.

Cuna znów się uśmiechnęła. Na widok tego groźnego grymasu przeszedł mnie dreszcz. Nagle poczułam się nieswojo. Początkowo wzięłam Cunę za urzędniczkę niskiego szczebla, przydzieloną jako przewodniczkę Alanik. Myliłam się. Cuna chciała wykorzystać Alanik jako pionka w jakiejś swojej politycznej rozgrywce, o której nie miałam pojęcia.

Zdałam sobie sprawę, że się pocę, i natychmiast zaniepokoiłam się, jak hologram zamaskuje pot spływający mi po policzkach — i czy zdoła. Oblizałam wargi, bo zaschło mi w ustach pod badawczym spojrzeniem Cuny.

Nie przejmuj się ich politycznymi gierkami, powiedziałam sobie. Masz tylko jedno zadanie: ukraść hipernapęd. Zrób wszystko, co trzeba, żeby obdarzyli cię zaufaniem i dopuścili do niego.

— Ja… postaram się — powiedziałam.

— Wspaniale. Zobaczymy się na jutrzejszym egzaminie; koordynaty i instrukcje są w tym tablecie, który ci zostawię. Pamiętaj jednak, że tutaj twoje cytoniczne zdolności będą ograniczone przez cytoosłonę i nie będziesz w stanie odskoczyć w nadprzestrzeń, chyba że do uprzednio wytyczonego punktu.