Wśród GwiazdTekst

Z serii: Skyward #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

Wyglądała zaskakująco znajomo, a jednocześnie całkiem obco. Miała jasnofioletową skórę, śnieżnobiałe włosy i biały jak kość zarost na policzkach, sięgający oczu. Jednak pomimo tych obcych cech pod obcisłym skafandrem dostrzegłam wyraźnie kobiece kształty. Niemal mogłaby być jedną z nas.

Byłam zdziwiona — nie zdawałam sobie sprawy, że gdzieś tam są obcy, którzy wyglądają tak… ludzko. Zawsze wyobrażałam sobie, że większość z nich będzie podobna do Krelli, stworów tak obcych, że wydających się mieć więcej wspólnego z głazami niż z ludźmi.

Gapiłam się na jej elfią twarz, urzeczona, aż zauważyłam uszkodzoną tablicę rozdzielczą i osmalony skafander z lewej strony brzucha, mokry od płynu ciemniejszego niż ludzka krew. Najwidoczniej panel eksplodował i jego część wbiła się w jej ciało.

Zaczęłam szukać dźwigni ręcznego otwierania kokpitu, ale nie było jej tam, gdzie się spodziewałam. To miało sens — przecież tę maszynę skonstruowali obcy. Mimo wszystko wydawało się logiczne, że powinien tam być jakiś mechanizm otwierający kabinę od zewnątrz. Macałam osłonę, szukając go, gdy dołączyła do mnie Kimmalyn. Głośno westchnęła na widok obcej kobiety.

— Na świętych i gwiazdy — szepnęła, dotykając szklanej osłony. — Jest piękna. Niemal… jak diabeł ze starych opowieści…

— Jest ranna — powiedziałam. — Pomóż mi znaleźć…

Urwałam, gdyż znalazłam to, tuż za osłoną — małą klapkę, która po otwarciu odsłoniła rączkę. Pociągnęłam za nią i kabina rozszczelniła się z sykiem.

— Spensa, to niemądre — rzekła Kimmalyn. — Nie wiemy, jakim powietrzem oddycha. I możemy się zarazić jakimiś nieznanymi bakteriami albo… sama nie wiem. Jest sto powodów, żeby nie otwierać tej kabiny.

Miała rację. Powietrze, które wydobyło się ze środka, miało zdecydowanie dziwny zapach. Kwiatowy, lecz zarazem drażniący, a z doświadczenia wiedziałam, że te zapachy rzadko występują jednocześnie. Nie wydawało się jednak toksyczne, gdy nachyliłam się i — nie wiedząc, co innego mogłabym zrobić — wyciągnęłam rękę, żeby dotknąć szyi tej obcej kobiety i sprawdzić puls.

Wyczułam go. Słaby i nieregularny — chociaż kto wie, jakie było jej normalne tętno.

Nagle kobieta zatrzepotała powiekami, a ja zastygłam, napotykając spojrzenie jej fiołkowych oczu. Byłam zszokowana tym, że są tak niesamowicie ludzkie.

Powiedziała coś cicho, jakieś słowa w obcym języku, których nie zrozumiałam. Były melodyjne, ulotne, jak szmer przewracanych kartek. Brzmiały dziwnie znajomo.

— Nie rozumiem — wymamrotałam, gdy znów przemówiła. — Ja…

Cholera. Ten ciemny płyn na jej wargach to na pewno krew. Pospiesznie zaczęłam wyciągać z kieszeni spodni opatrunek.

— Trzymaj się! — powiedziałam, a Kimmalyn pierwsza wyjęła swój i wepchnęła mi go do ręki.

Nachyliłam się bardziej, opierając się o rozbitą deskę rozdzielczą, i przycisnęłam opatrunek do boku kobiety.

— Pomoc jest w drodze — powiedziała. — Wysłali…

— Człowiek — szepnęła kobieta.

Zamarłam. Powiedziała to po angielsku. Chyba zauważyła moją reakcję, bo nacisnęła wpinkę na kołnierzu. Gdy znów przemówiła w swoim języku, urządzenie przetłumaczyło jej słowa.

— Prawdziwy człowiek — rzekła i uśmiechnęła się, a krew spłynęła z kącika jej ust. — Więc to prawda. Wy wciąż istniejecie.

— Trzymaj się — powtórzyłam, próbując zatamować krew sączącą się z rany w jej boku.

Uniosła drżącą dłoń i dotknęła mojej twarzy. Jej palce były zakrwawione i poczułam wilgoć na policzku. Kimmalyn cicho odmówiła krótką modlitwę, a ja stałam tak, do połowy zanurzona w kokpicie — patrząc w oczy tej obcej kobiety.

— Kiedyś byliśmy sojusznikami — powiedziała. — Mówią, że jesteście potworami. Ja jedna myślałam… że nic nie może być potworniejsze od tego, czym oni są… I jeśli ktoś może walczyć… to ci, których uwięzili… z tym koszmarem, który raz już niemal ich pokonał…

— Nie rozumiem — odparłam.

— Otworzyłam się — tak długo was szukałam. I dopiero teraz w końcu cię usłyszałam, twoje wołanie. Nie wierz… w ich kłamstwa. Nie wierz… w ich udawany pokój.

— Czyj? — zapytałam. Jej słowa były zbyt dziwne. — Gdzie?

— Tam — szepnęła, wciąż dotykając mojej twarzy. — Wśród gwiazd.

Poczułam coś, gdy wymówiła to słowo; ukrytą w nim moc. Byłam oszołomiona.

Jej dłoń opadła. Zamknęła oczy i bałam się, że umarła, lecz z trudem zbierałam myśli, tak dziwne wrażenie wywarło na mnie to słowo.

— Święci i gwiazdy w niebiesiech — powiedziała Kimmalyn. — Spensa? — Sprawdziła puls kobiety. — Nie umarła, tylko straciła przytomność. Cholera, mam nadzieję, że wśród naszych będą sanitariusze.

Oszołomiona sięgnęłam i od kołnierza obcej odpięłam tę wpinkę, która tłumaczyła jej słowa. Miała kształt stylizowanej gwiazdy lub supernowej. Co ta obca powiedziała na końcu? To słowo utkwiło w mojej pamięci… prosiła, żebym udała się gdzieś. Na stację „Wśród gwiazd”?

Instynktownie wyczułam, że ta kobieta była taka jak ja. Nie tylko miała cytoniczne zdolności, ale była zagubiona i szukała wyjaśnień. I miała nadzieję znaleźć je w tym miejscu, którego nazwa utkwiła w mojej pamięci.

Ja… Ja mogłabym się tam udać, pojęłam. W jakiś sposób wiedziałam, że gdybym chciała, mogłabym wykorzystać koordynaty, które umieściła w mojej pamięci, żeby teleportować się wprost do tego miejsca.

Wyprostowałam się, gdy obok statku zgrabnie wylądowały na błękitnych pierścieniach unoszących trzy transportowce SPŚ. Towarzyszyło im siedem myśliwców, reszta eskadry Do Gwiazd, jakie przyleciały, aby dać mi osłonę, której ostatecznie nie potrzebowałam.

Zeskoczyłam na ziemię i odeszłam na bok, do M-Bota, gdy wokół statku obcej zaczęła się ożywiona krzątanina. Schowawszy wpinkę do kieszeni, wspięłam się na skrzydło mojego myśliwca. Proszę, żyj, posłałam myśl rannej. Muszę się dowiedzieć, kim jesteś.

— Hmm — powiedział M-Bot. — Fascynujące. Fascynujące. Ona pochodzi z małej, odległej planety nienależącej do Zwierzchnictwa. Wygląda na to, że Zwierzchnictwo niedawno wysłało do nich wiadomość, zachęcając pilotów, aby wstępowali do ich sił powietrznych. Ona była reakcją na to żądanie; wysłano ją, by starała się dostać do lotnictwa Zwierzchnictwa.

Zamrugałam i podbiegłam do otwartego kokpitu M-Bota.

— Co takiego? — spytałam. — Skąd o tym wiesz?

— Hmmm? Och, włamałem się do jej komputera pokładowego. Niestety, to niezbyt zaawansowana maszyna. Miałem nadzieję odkryć następną sztuczną inteligencję, żeby razem z nią ponarzekać na organiczne formy życia. Czy to nie byłoby zabawne?

— Zabawne! — rzekł Straszliwy Ślimak z poręczy mojego fotela.

Wskoczyłam do kokpitu.

— Naprawdę to zrobiłeś? — zapytałam.

— Narzekałem na organiczne formy życia? Owszem, to łatwe. Czy wiesz, ile martwych komórek gubisz każdego dnia? A wszystkie one zaśmiecają mój kokpit.

— M-Bot, skup się. Włamałeś się do jej komputera?

— Och! Tak. Jak powiedziałem, nie jest zbyt zaawansowany. Uzyskałem całą bazę danych o jej planecie, ludzie, kulturze i historii. Co chcesz wiedzieć? Podczas ostatniej wojny byli sojusznikami ludzi — chociaż obecnie wielu ich polityków nazywa obecność ludzi na ich planecie okupacją — i cywilizacja ludzi wywarła znaczący wpływ na ich kulturę. Na przykład ich język niewiele się różni od waszego.

— Jak się nazywa? — cicho spytałam, zerkając na jej statek. Krzątanina sanitariuszy wokół kokpitu dawała mi nadzieję, że ranna przeżyje.

— Alanik z UrDail — odparł. — Z zapisu jej lotu wynika, że miała odwiedzić największą stację kosmiczną Zwierzchnictwa. Nigdy jednak tam nie dotarła. W jakiś sposób odkryła, gdzie jesteśmy, i przyleciała tutaj. Och! Spensa, ona jest cytoniczką, jak ty? Jest jedyną z jej ludu, która ma te zdolności.

Opadłam na fotel, oszołomiona.

M-Bot nie zauważył, jak bardzo jestem wzburzona tym wszystkim, i nie przestawał mówić.

— No, ten zapis jest zaszyfrowany, ale złamałem szyfr. Miała nadzieję, że w Zwierzchnictwie znajdzie wyjaśnienie swoich zdolności, chociaż jej ziomkowie niezbyt je cenią. Ma to coś wspólnego z ich systemem rządów.

Wyczuwam, dokąd zamierzała polecieć… ponownie pomyślałam. Te koordynaty utkwiły w moim mózgu, ale powoli słabły, jak gasnący silnik. Prychający i tracący moc. Mogłam skoczyć. Mogłam się tam udać. Jednak tylko jeśli zrobię to szybko.

Przez moment siedziałam bez ruchu, niezdecydowana. Potem wstałam i zawołałam Jorgena, który wysiadł ze swojej maszyny i obserwował personel medyczny.

— Jorgen! — zawołałam. — Musisz zaraz tu przyjść i przekonać mnie, żebym nie robiła czegoś niewiarygodnie głupiego.

Spojrzał na mnie, a potem — z wyraźnie przerażoną miną — przybiegł i wspiął się na skrzydło M-Bota. Nie wiedziałam, czy powinnam być mu wdzięczna za tak szybką reakcję, czy zawstydzona tym, że tak poważnie potraktował moją groźbę.

— Co jest, Spin? — zapytał, wchodząc do mojego kokpitu.

— Ta obca umieściła w moim umyśle koordynaty — wyjaśniłam pospiesznie. — Zamierzała wstąpić do sił kosmicznych Zwierzchnictwa, które werbuje pilotów, i chciała sprawdzić, czy oni coś wiedzą o cytonice, a ja właśnie uświadomiłam sobie, że to doskonała okazja, by wprowadzić w życie plan Rodge’a. Jeśli polecę tam i podszyję się pod nią, nie będzie to takie podejrzane, jak gdybym próbowała udawać Krella. M-Bot ma cały zapis jej lotu i bazę danych o jej planecie, więc mogę zająć jej miejsce. Musisz mnie powstrzymać, ponieważ, niech mnie święci mają w opiece, jestem gotowa zaraz to zrobić, zanim te koordynaty wyparują z mojego mózgu.

Zamrugał, słysząc ten potok słów płynący z moich ust.

— Ile mamy czasu? — zapytał.

 

— Nie jestem pewna — odrzekłam, czując, jak szybko te dane blakną. — Niewiele. Pięć minut? Może mniej? A przeczucie mi mówi, że powinnam ruszyć natychmiast. Dlatego chcę, żebyś mnie powstrzymał!

— W porządku, zastanówmy się.

— Nie mamy czasu do namysłu!

— Powiedziałaś, że mamy pięć minut. Pięciominutowy namysł jest lepszy niż żaden. — Jorgen — jak zwykle będący uosobieniem dobrych manier — starannie postawił swój hełm na skrzydle. — Zgodnie z planem Rodge’a miałaś udawać pilota Krelli i dostać się na ich stację w pobliżu Detritusa.

— Tak, ale Cobb uważa, że nigdy nie zdołałabym udać Krella.

— A dlaczego myślisz, że mogłabyś udawać tę obcą?

— Ona jest z odległego świata — wtrącił M-Bot. — Oficjalnie nienależącego do Zwierzchnictwa. Nikt ze Zwierzchnictwa nigdy nie spotkał przedstawiciela jej gatunku, więc cokolwiek zrobi Spensa, nie będzie budziło podejrzeń.

— Mimo to mogą w niej rozpoznać człowieka — rzekł Jorgen.

— I dobrze — powiedziałam. — Ponieważ Alanik — tak się nazywa — pochodzi ze świata, który niedawno był sojusznikiem ludzi.

— Istotnie — dodał M-Bot — prowadzili ożywioną wymianę kulturalną.

— Nie znasz języka Zwierzchnictwa — zauważył Jorgen.

Zawahałam się, po czym sięgnęłam do kieszeni i wyjęłam wpinkę translatora, który zabrałam obcej. Medycy podłączyli ranną do sztucznych płuc i ostrożnie wyciągali ją ze statku. Poczułam ukłucie niepokoju, chociaż dopiero co ją poznałam.

Wciąż czułam ten myślowy kontakt z jej umysłem. Jej błaganie. I tę blaknącą w moim mózgu wskazówkę, kierującą mnie do gwiazd.

Pokazałam Jorgenowi wpinkę.

— Myślę, że ta wpinka może mi posłużyć za tłumacza.

— Potwierdzam — rzekł M-Bot. — Mogę ustawić go tak, by tłumaczył angielskie słowa.

— No dobrze, zawsze to jakiś początek — stwierdził Jorgen. — A czy możesz holograficznie upodobnić M-Bota do jej statku?

— Musiałabym go zeskanować.

— Cóż, chyba nie mamy na to czasu…

— Zrobione — zgłosił M-Bot i natychmiast upodobnił się do statku obcej. Wyszło mu to o wiele lepiej niż imitowanie maszyny Krelli — statek Alanik był bardziej zbliżony kształtem i rozmiarem.

Jorgen skinął głową.

— Uważasz, że powinnam lecieć — powiedziałam. — Cholera, ty naprawdę myślisz, że powinnam to zrobić!

— Sądzę, że powinniśmy rozważyć wszystkie możliwości, zanim podejmiemy decyzję. Ile zostało czasu?

— Niewiele! Minuta lub dwie! Nie mam zegara w głowie. Te koordynaty znikają. Pospiesz się.

— M-Bot, czy naprawdę możesz upodobnić ją do tej obcej?

— Jeśli będzie nosiła bransoletę — odparł.

Pospiesznie zerwałam ją z konsoli i zatrzasnęłam na przegubie.

— Dobrze się składa — oznajmi M-Bot — że nasi medycy właśnie skończyli badać jej organizm. To… już.

Moje dłonie zmieniły kolor na jasnofioletowy, gdy M-Bot nałożył na moją twarz i ciało hologram Alanik. Zmienił nawet skafander na taki, jaki miała ona, więc była to doskonała imitacja.

Popatrzyłam na swoje dłonie, a potem na Jorgena.

— Cholera — szepnął. — To niesamowite. No dobrze. Jaki więc jest plan?

— Nie ma czasu na układanie planu!

— Mamy czas na krótki zarys. Udasz się do biura werbunkowego na tej stacji obcych, podając się za nią. Postarasz się dostać do ich wojska… Zaczekaj, po co werbują pilotów? Zapewne zwiększają liczebność swoich sił, aby z nami walczyć, prawda?

— Taak — przyznałam. To miałoby sens.

— Możemy to wykorzystać. Jeśli tam polecisz, możesz zebrać cenne informacje o ich działaniach. Będąc tam, spróbujesz ukraść hipernapęd — lub zdobyć jego rysunki dla naszych inżynierów — po czym teleportujesz się z powrotem tutaj. Myślisz, że poradzisz sobie tam sama?

Skrzywiłam się.

— Nie wiem. Moje zdolności… są dość kapryśne. Jednak z dziennika pokładowego Alanik wynika, że leciała do Zwierzchnictwa, ponieważ miała nadzieję dowiedzieć się od nich czegoś o swoich zdolnościach.

— Zatem to też będziesz musiała rozpracować, ponadto ukraść hipernapęd, a potem wrócić do nas z nim i M-Botem.

— Tak. — Kiedy tak to podsumował, wydało się to niemożliwe. Jednak patrzyłam w gwiazdy i czułam płonący we mnie ogień. — To szaleństwo — powiedziałam mu. — Myślę jednak, że muszę tam polecieć, Jorgenie. Muszę spróbować.

Popatrzyłam na niego, stojącego na skrzydle obok kokpitu, i napotkałam jego spojrzenie. Po chwili, o dziwo, skinął głową.

— Zgadzam się.

— Naprawdę?

— Spin, potrafisz być zuchwała — a nawet lekkomyślna — ale latam z tobą już od roku. Ufam twojemu instynktowi.

— Ten instynkt pakuje mnie w kłopoty.

Wyciągnął rękę i położył dłoń na moim policzku.

— Wyciągnęłaś nas z większych kłopotów, niż ich sobie przysporzyłaś, Spensa. Cholera, nie wiem, czy dobrze robię, pozwalając ci lecieć. Wiem jednak, że nasz świat jest w ogromnym niebezpieczeństwie. Silimy się na optymizm, ale dowództwo zna prawdę. Zginiemy tutaj, jeśli nie znajdziemy sposobu, aby zdobyć hipernapęd i wydostać się stąd.

Nakryłam dłonią jego dłoń. Informacja znikała z mojego umysłu. Zostały tylko sekundy.

— Możesz to zrobić? — zapytał mnie. — Czy przeczucie mówi ci, że możesz?

— Tak — szepnęłam. A potem, bardziej zdecydowanie, z siłą wojowniczki, powtórzyłam to. — Tak. Mogę to zrobić, Jorgenie. Zdobędę dla nas hipernapęd i przywiozę go tu. Obiecuję.

— Zatem leć. Ufam ci.

Uświadomiłam sobie, że właśnie tego potrzebowałam. Nie jego pozwolenia, ani nawet aprobaty. Potrzebowałam jego zaufania.

Pod wpływem nagłego impulsu wyskoczyłam z kokpitu, złapałam go za skafander i przyciągnęłam do siebie, żeby go pocałować. Zapewne nie byliśmy na to gotowi i może nie była to odpowiednia chwila, ale i tak to zrobiłam. Ponieważ… do cholery. Właśnie kazał mi ufać mojemu instynktowi.

To było cudowne. Czułam jego siłę, gdy odwzajemnił mój pocałunek, niemal jak elektryczny ładunek przepływający od niego do mnie — i z powrotem, wzmocniony żarem płonącym w mojej piersi. Przeciągnęłam ten pocałunek najdłużej, jak mogłam, a potem odsunęłam się.

— Powinienem lecieć z tobą — rzekł.

— Niestety — rzekł M-Bot — mam tylko jeden przenośny receptor. Natychmiast rozpoznaliby w tobie człowieka.

Jorgen przytaknął.

— Poza tym chyba ktoś musi wyjaśnić to Cobbowi.

— Będzie wściekły… — mruknęłam.

— Zrozumie. Powzięliśmy najlepszą decyzję, jaką mogliśmy podjąć, mając tak mało czasu i informacji. Niech nas święci mają w opiece, myślę, że musimy spróbować. Leć.

Przez moment patrzyłam mu w oczy, a następnie wyrwałam się z transu i wskoczyłam z powrotem do kokpitu.

Jorgen dotknął dłonią ust, po czym otrząsnął się, wziął swój hełm i zeskoczył ze skrzydła M-Bota. Wrócił tam, gdzie wszyscy byli zajęci statkiem obcych, nieświadomi tych doniosłych zdarzeń, które przed chwilą miały miejsce.

— Nie pojmuję, co właśnie zaszło między wami — rzekł M-Bot. — Wydawało mi się, że kilkakrotnie twierdziłaś, że nie żywisz żadnych romantycznych uczuć wobec Jorgena.

— Kłamałam — powiedziałam, skupiając się na tym wrażeniu, które obca umieściła w moim umyśle. Niemal znikło, ale wciąż wyraźnie wskazywało kierunek. W chwili, gdy już miało całkowicie zniknąć, jakimś cudem uchwyciłam je.

— Napęd cytoniczny włączony — zameldował M-Bot. — To naprawdę…

Zniknęliśmy.


CZĘŚĆ DRUGA

CZĘŚĆ DRUGA

9

Zaledwie przez moment byłam w niebycie, lecz tam czas zdawał się nie mieć znaczenia. Unosiłam się w próżni, bez statku. Otaczała mnie nieskończona ciemność, upstrzona światełkami tak bardzo podobnymi do gwiazd — ale złowrogimi. Widziały, że unoszę się tam, bezbronna. Czułam się jak szczur nagle opuszczony na sznurku do klatki pełnej wygłodniałych wilków.

Oczy skupiały na mnie swe spojrzenie i ich gniew rósł. Byłam intruzem w ich królestwie. Byłam nędznym robakiem… lecz moja obecność powodowała ich ból. Nasze światy nie pasowały do siebie. Światełka pomknęły ku mnie. Rozszarpią moją duszę na strzępy i zostawią tylko…

Pojawiłam się w kokpicie M-Bota.

— …działa! — dokończył.

— Ach! — wykrzyknęłam, podekscytowana. Złapałam poręcz mojego fotela. — Widziałeś to?

— Co takiego? — spytał M-Bot. — Mój chronometr nie zarejestrował żadnego upływu czasu. Włączyłaś hipernapęd cytoniczny… a właściwie myślę, że to ty jesteś hipernapędem cytonicznym.

Przyłożyłam dłoń do piersi, przyciskając ją do grubego materiału skafandra, który dziwnie kontrastował ze zmienionym kolorem mojej skóry. Serce mocno mi biło i kręciło mi się w głowie. To miejsce… ten niebyt. Jakbym bez światła pływała w podziemnym jeziorze. Przez cały czas wiedząc, że coś znajduje się pode mną, obserwuje mnie, czai się…

To byli oni, pomyślałam. Ci, którzy zgładzili mieszkańców Detritusa. Wnikacze istnieją naprawdę. Oni i te oczy to jedno i to samo.

Zrobiłam głęboki wdech i wydech, uspokajając się. Przynajmniej skok nadprzestrzenny się udał. Ponownie wykorzystałam moje zdolności, dzięki koordynatom, które Alanik umieściła w moim umyśle.

No dobrze. Czas zostać bohaterką. Mogę zrealizować ten plan.

— Spensa! — rzucił M-Bot. — Kontaktują się z nami!

— Kto? — spytałam.

— No kto? — spytał Straszliwy Ślimak siedzący obok.

— Wyłoniliśmy się w pobliżu stacji kosmicznej Zwierzchnictwa o sporych rozmiarach — wyjaśnił M-Bot. — Na piątej godzinie. Transmisje radiowe są ciche, ale dobrze słyszalne.

Uspokajająco pogłaskałam Straszliwego Ślimaka, który gniewnie nucił, zapewne wyczuwając moje zaniepokojenie. Spojrzałam we wskazanym przez M-Bota kierunku i w oddali zobaczyłam coś, co przeoczyłam, wykonując pobieżny skan rejonu. Była to swego rodzaju stacja kosmiczna, na co wskazywały światełka skupione w ciemności wokół głównej platformy.

— „Wśród gwiazd” — powiedziałam. — Tak nazywała ją ta obca, Alanik. — Pospiesznie założyłam hełm i zapięłam go. — Próbują nawiązać z nami kontakt? Co mówią?

— Ktoś na tej stacji chce, żebyśmy się zidentyfikowali — odparł M-Bot. — Mówi dion, standardowym językiem Zwierzchnictwa.

— Możesz im wysłać sygnał transpondera Alanik?

— Już to robię.

— Świetnie. Potem staraj się zyskać trochę czasu, a ja się zastanowię.

M-Bot najwyraźniej wciąż wyglądał jak statek obcych, a — sądząc po fioletowym kolorze moich rąk — mój hologram maskujący też działał. Jeśli ta misja się nie powiedzie, to nie z powodu ograniczeń technologicznych, tylko nieudolności szpiega.

— Po kolei — powiedziałam. — Musimy wytyczyć powrotny kurs, żebyśmy mogli szybko wrócić do domu, gdyby sprawy źle się potoczyły. Daj mi jeszcze parę minut.

Miarowo oddychałam, uspokajając się, wykonując ćwiczenia, których nauczyła mnie Babka. A ona nauczyła się ich od swojej matki, która przeprowadziła przez nadprzestrzeń naszą flotę, żeby awaryjnie wylądowała na Detritusie.

Ja przeniosłam się tutaj, żeby wykonać zadanie, ale chciałam wiedzieć, czy w razie potrzeby zdołam skoczyć z powrotem? Wszystko byłoby znacznie łatwiejsze, gdybym znów mogła użyć moich zdolności, rozbudzonych kontaktem z Alanik.

Wyobraziłam sobie, jak unoszę się w przestrzeni… a gwiazdy przelatują obok… Cóż, dopiero co wykonawszy skok nadprzestrzenny, miałam wrażenie, że dobrze to znam. Niebyt był blisko. Właśnie w nim byłam. Mogę wrócić.

Te stworzenia znów mnie zobaczą.

Nie myśl o tym, nakazałam sobie stanowczo. Skupiłam się na oddychaniu. Leciałam, mknąc wśród gwiazd, zmierzając do…

Dokąd? W tym problem. Aby wykonać jakikolwiek nieco dłuższy skok, musiałam dokładnie wiedzieć, dokąd zmierzam. Nie mogłam po prostu przenieść się w przeciwnym kierunku do tego, który pokazała mi Alanik, ponieważ koordynaty nie określały mojego punktu początkowego na Detritusie, jedynie współrzędne tej stacji kosmicznej.

— M-Bot — powiedziałam, wychodząc z transu. — Czy możesz obliczyć nasze obecne współrzędne?

— Właśnie to robię, na podstawie tabel astronomicznych. Ostrzegam cię jednak, Spensa, że nie zdołałem zyskać na czasie. Wysyłają statki, żeby się nam przyjrzały.

— A co robiłeś?

— Wysyłałem im kod dwójkowy.

— Co? — zdziwiłam się. — Tak chciałeś zyskać na czasie?

 

— Skąd miałem wiedzieć? Pomyślałem, że organiczne formy życia są głupie, a to jest głupi pomysł. Patrząc wstecz, może nie był wystarczająco głupi? W każdym razie za niecałą minutę nawiążą z nami kontakt wzrokowy.

Chwila prawdy. Nabrałam tchu. Byłam wojowniczką. Od dziecka szkoloną przez Babkę, abym odważnie stawiła czoło mojemu przeznaczeniu. Możesz to zrobić, powiedziałam sobie. To bitwa, tylko innego rodzaju. Jak Hua Mulan lub Epipole z Carystus, pójdziesz w bój, przyjąwszy tożsamość innej osoby.

Dziesiątki razy słyszałam te opowieści od Babki. Problem w tym, że obie te kobiety zostały w końcu zdemaskowane. I dla obu źle się to skończyło.

Muszę się postarać nie skończyć jak one. Obróciłam mój statek, gdy zbliżały się te dwie jednostki z odległej stacji. Kanciaste i pomalowane na biało, były podobne do promu kosmicznego Krelli, który widziałam przy stacji kosmicznej w pobliżu Detritusa.

Oba ustawiły się równolegle do mnie i obróciły wokół własnej osi tak, żebyśmy mogli spojrzeć na siebie przez szklane kopuły kabin. Pilotowali je dwaj obcy o szkarłatnej skórze. Nie nosili hełmów, więc zauważyłam, że byli nieowłosieni, mieli wydatne czoła i kości policzkowe. W zasadzie przypominali humanoidy — z dwiema rękami i jedną głową — lecz wyglądali tak obco, że nie byłam w stanie określić ich płci.

M-Bot podłączył się do ich kanału i mój kokpit wypełniły obce słowa. Wyjęłam i włączyłam urządzenie Alanik, a wtedy ten zgiełk zmienił się w słowa jej języka, co nic mi nie dało.

— M-Bot — syknęłam. — Mówiłeś, że to załatwisz.

— Ups — powiedział. — Włamuję się do archiwów językowych tego translatora… Ha! Znalazłem angielską wersję.

— Do niezidentyfikowanej jednostki — powiedział obcy. — Czy potrzebujesz pomocy? Proszę, przedstaw się.

Natychmiast to zrobiłam. Nie miałam innego wyjścia.

— Mówi Alanik z UrDail. Jestem pilotem i wysłanniczką planety…

— ReDawn — podpowiedział M-Bot.

— Planety ReDawn. Przybywam, żeby być u was pilotem. Hmm, w waszych siłach powietrznych. Tego chcieliście? — Skrzywiłam się. Nie było to zbyt przekonujące. — Przepraszam za wcześniejszy brak łączności. Mój komputer czasem potrafi zirytować.

— Ha, ha — rzekł na to M-Bot. — To był sarkazm. Poznaję, ponieważ wcale nie był śmieszny.

Te dwa patrolowce przez chwilę milczały, zapewne przełączywszy się na inną częstotliwość. Zostawiły mnie, żebym czekała, tkwiąc w tej przestrzeni i niepokojąc się. Ich statki były smukłe i wyglądały na przystosowane do latania w atmosferze, lecz — co dziwne — nie dostrzegłam na nich żadnych furt strzelniczych,

— Emisariuszko Alanik — powiedział jeden z obcych, ponownie się łącząc. — Kapitanat portu wita cię. Najwyraźniej oczekiwano twojego przybycia, chociaż zauważono, że zjawiłaś się później, niż zapowiadałaś.

— Hmm — mruknęłam. — To tylko drobne kłopoty w domu. Może jednak będę musiała tam wrócić na chwilę, a potem przybyć znowu tutaj.

— Jak chcesz. Na razie masz zezwolenie na cumowanie. Stanowisko 1182, w siódmym sektorze. Tam powita cię oficjalna delegacja. Miłego pobytu.

Po tych słowach zawrócili i polecieli z powrotem ku stacji.

Nadal byłam spięta. To z pewnością pułapka. Na pewno przejrzeli mój nieudolny podstęp. Pochyliłam się nad dźwignią przepustnicy, podążając za tymi dwoma statkami — które wcale na to nie zareagowały.

Miałam je na celowniku. Mogłam zdmuchnąć je z nieba, szczególnie że leciały tak blisko siebie. I jakby beztrosko. Jak, na Siedemdziesięciu Świętych, mogli odwrócić się do mnie tyłem? Powinni kazać mi lecieć przodem i w bezpiecznej odległości, żeby obserwować mnie z dogodnej pozycji.

Przyspieszyłam, ale utrzymywałam odległość pozwalającą na ostrzelanie tych jednostek, gdyby próbowały mnie zaatakować. Najwyraźniej nawet tego nie zauważyli. Jeśli to była pułapka, doskonale to ukrywali.

Straszliwy Ślimak nerwowo zagwizdał. Zgadzałam się z nim.

— M-Bot? — zapytałam. — Czy już obliczyłeś, gdzie jesteśmy?

— Istotnie — odrzekł. — Jesteśmy niedaleko Detritusa, zaledwie jakieś czterdzieści lat świetlnych od niego. Ta stacja, którą prawidłowo nazwałaś śródgwiezdną, jest ważną placówką handlową. To siedziba władz Zwierzchnictwa w tym rejonie.

— Podaj mi koordynaty — kierunek skoku i odległość od Detritusa.

— Łatwizna — oświadczył M-Bot. — Masz dane na ekranie.

Na ekranie mojego monitora zbliżeniowego pojawiło się kilka rzędów cyfr. Zmarszczyłam brwi, usiłując zlokalizować miejsce moimi cytonicznymi zdolnościami. Dotarłam jedynie do… gdzie właściwie? Te liczby były zbyt duże i prawie nic mi nie mówiły. Pewnie, podawały mi położenie Detritusa, ale nie potrafiłam go zlokalizować. Nie wyczuwałam go tak jak wtedy, gdy Alanik przesłała mi cytoniczny obraz lokalizacji stacji „Wśród gwiazd”.

— To się nie uda — powiedziałam. — Nie zdołam nas stąd zabrać, dopóki nie poznam lepiej moich umiejętności.

— Teoretycznie — rzekł M-Bot — odlecimy stąd ze skradzionym napędem hiperprzestrzennym, prawda?

— Taki jest plan. Tylko że czułabym się lepiej, gdybym wiedziała, że mamy drogę ucieczki. Jak długo potrwałby zwykły lot powrotny na Detritusa?

— Mówiąc „zwykły”, masz na myśli z prędkością podświetlną? — spytał M-Bot. — Zapewne zajęłoby nam to około czterystu lat, zależy, jak bliską świetlnej prędkość zdołalibyśmy rozwinąć, zużywając połowę paliwa, zachowując resztę na hamowanie. Oczywiście, dylatacja czasu sprawiłaby, że dla nas upłynęłoby mniej czasu, ale przy takiej prędkości różnica wyniosłaby zaledwie cztery lata, zatem dotarłabyś tam najzupełniej martwa.

Świetnie. To nie wchodziło w grę. Jednak Jorgen i ja wiedzieliśmy, że mogę tutaj utknąć. Miałam zadanie do wykonania. Niepodobne do żadnego, jakiego podejmowałam się dotychczas, ale tylko ja mogłam je wykonać.

Przyspieszyłam, zbliżając się do stacji, która była większa, niż początkowo sądziłam. W kosmosie trudno ocenić skalę i rozmiar. Wyglądała jak jedna z platform broniących Detritusa. Unoszące się w kosmosie miasto — w kształcie dysku, z zabudowaniami sterczącymi po obu stronach. Otaczała je bańka z czegoś jarzącego się i błękitnego.

Zawsze zakładałam, że ludzie mieszkali wewnątrz takich stacji, ale zbliżając się do niej, odkryłam, że tak nie jest. Mieszkańcy chodzili po powierzchni tej stacji, pod otaczającą ich ciemnością kosmosu. Widocznie ta bańka zatrzymuje powietrze i ciepło, umożliwiając to. Istotnie, gdy podlecieliśmy bliżej, dwa statki patrolowe przeleciały przez tę błękitną osłonę.

Zatrzymałam się przed nią. Potem, po raz ostatni, spróbowałam użyć moich cytonicznych zdolności. Skierowałam je tam, gdzie wskazywał M-Bot, i poczułam jakieś słabe… mrowienie podświadomości. Kierunek był właściwy. Wyczuwałam tam kogoś. Może Alanik?

To jednak nie wystarczało. Nie mogłam teleportować się z powrotem. Tak więc czas wlecieć do bazy wroga. Sprężyłam się i przeleciałam moim myśliwcem przez osłonę otaczającą bazę.