RozjemcaTekst

Z serii: Siewca Wojny #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

Siri jęknęła i przewróciła się na plecy. Bolał ją grzbiet, bolały ramiona i głowa. Czuła się tak fatalnie, że nie mogła już dłużej spać, nawet mimo przytłaczającego zmęczenia. Usiadła i ujęła twarz w dłonie.

Noc spędziła na podłodze w sypialnej komnacie Króla-Boga – spała, chwilami. Teraz do sali wpadały promienie słońca, odbijały się od marmurów w miejscach, gdzie nie pokrywały ich dywany.

Czarne dywany, pomyślała, siedząc na swej wymiętej błękitnej sukni, której użyła i jako koca, i jako poduszki. Czarne dywany na czarnej podłodze w komnacie z czarnymi meblami. Tu, w Hallandren, z pewnością wiedzą, co znaczy motyw wiodący.

Króla-Boga nie było. Siri rzuciła okiem na zbyt wielkie, czarne skórzane krzesło, na którym władca spędził prawdopodobnie większą część nocy. Nie pamiętała momentu, kiedy wyszedł.

Ziewnęła i podniosła się z posadzki. Wyciągnęła ze stłamszonej sukni koszulę i naciągnęła ją przez głowę. Wyjęła spod niej włosy i potrząsając głową, rozrzuciła je na plecach. Przyzwyczajenie się do tak długiej fryzury wymagało nieco czasu. Ciężkie pukle ześliznęły się po karku dziewczyny i niżej, przybierając jasny kolor.

W jakiś sposób udało się jej przeżyć tę noc i wciąż była nietknięta.

Boso podeszła do czarnego krzesła i przeciągnęła palcami po gładkim obiciu. Nie wykazała się szacunkiem. Zasnęła. Skuliła się na podłodze i przykryła się sukienką. Co gorsza, kilka razy podniosła wzrok na władcę. Nie uczyniła tego z pragnienia buntu wobec zasad, czy wrodzonej niepokorności; była po prostu zbyt senna, by pamiętać, że nie powinna patrzeć na Króla-Boga. A on nie kazał jej stracić. Niebieskopalcy przestrzegał ją przed gniewnym i gwałtownym charakterem królewskiego małżonka, ale jeśli to była prawda, to Susebron najwyraźniej powściągnął przy niej swój temperament. Zresztą co innego miał zrobić? Hallandren od dziesięcioleci czekało na księżniczkę królewskiej krwi, która weszłaby do rodu ich Królów-Bogów. Siri się uśmiechnęła. Mam więc jednak nieco władzy, pomyślała. Nie mógł jej zabić – przynajmniej dopóki nie dostanie, czego chce.

Nie była to wielka pociecha, lecz natchnęła dziewczynę pewną dozą pewności siebie. Siri okrążyła krzesło, oceniając jego rozmiary. Wszystkie sprzęty w komnacie były nieco większe od ich zwykłych odpowiedników, co zakłócało perspektywę i sprawiało, że dziewczyna czuła się niższa niż w rzeczywistości. Oparła ramię na poręczy krzesła i zaczęła się zastanawiać, dlaczego władca jej nie wziął. Czy było z nią coś nie tak? Czy nie była godna pożądania?

Durna dziewucha, złajała się w duchu, pokręciła głową i podeszła do wciąż idealnie zasłanego łoża. Przez całą podróż zamartwiasz się tym, co miało się wydarzyć w twoją noc poślubną, a potem, kiedy do niczego nie doszło, narzekasz i na to?

Rozumiała, że nie jest wolna. Król-Bóg mógł ją w końcu wziąć – właśnie na tym opierała się cała umowa. Ale zeszłej nocy do tego nie doszło. Uśmiechnęła się i ziewnęła, po czym weszła do łóżka, przykryła się i odpłynęła w sen.

* * *

Następne przebudzenie okazało się o wiele bardziej przyjemne od poprzedniego. Dziewczyna przeciągnęła się i zauważyła pewną zmianę w komnacie.

Jej suknia, którą porzuciła wymiętą na posadzce, zniknęła. Co więcej, ogień w kominku płonął jaśniejszym i większym płomieniem – choć wciąż nie rozumiała po co. Dzień był ciepły do tego stopnia, że przez sen zrzuciła z siebie pościel.

Powinnam ją spalić, przypomniała sobie. To dlatego dołożyli do ognia.

Usiadła na łożu. Wciąż była w czarnej komnacie sama. Słudzy i kapłani nie mogli wiedzieć, że całą noc przespała na podłodze, chyba że powiedział im o tym Król-Bóg. Ale czy to możliwe, żeby mężczyzna z jego pozycją rozmawiał z kapłanami o tak intymnych sprawach?

Z wolna wyszła z łóżka i zdjęła z niego pościel. Zwinęła ją w kłąb, przeszła przez salę i cisnęła zawiniątko w buchające płomienie. Zapatrzyła się w ogień. Nadal nie pojmowała, dlaczego Król-Bóg nie obudził jej w nocy. Zdecydowała, że dopóki się tego nie dowie, pozwoli wszystkim myśleć, że małżeństwo zostało skonsumowane.

Gdy pościel spłonęła, Siri rozejrzała się, szukając jakiegoś ubrania. Nie znalazła. Westchnęła i ubrana tylko w koszulę podeszła do drzwi. Otworzyła je i aż podskoczyła. Na zewnątrz klęczały dwa tuziny służących w różnym wieku.

Boże Kolorów! – przemknęło jej przez głowę. Jak długo one tu klęczą?

Nagle przestała czuć się oburzona tym, że Król-Bóg kazał jej dla kaprysu czekać tyle czasu.

Kobiety podniosły się z pokornie schylonymi głowami i weszły do sypialni. Siri cofnęła się do środka. Zauważyła, że niektóre służki dźwigają sporych rozmiarów skrzynie. Były ubrane w inne barwy niż wczoraj, ale krój ich strojów był ten sam – spódnice z rozcięciami, przypominające luźne spodnie, oraz pozbawione rękawów bluzki i małe czepki, spod których wylewały się włosy. Zamiast wczorajszego srebra i błękitu dziś ubrania służących połyskiwały żółcią i miedzią.

Kobiety otworzyły kufry i wydobyły z nich stroje. Wszystkie w jaskrawych barwach, każdy w innym stylu. Rozłożyły je przed Siri na podłodze, po czym na powrót uklękły wyczekująco.

Dziewczyna się zawahała. Dorastała jako królewska córka, więc nigdy niczego jej nie brakowało. Niemniej, życie w Idris było o wiele bardziej surowe. Miała pięć sukienek, a ich liczba i tak graniczyła z ekstrawagancją. Jedna z nich była biała, a pozostałe cztery w identycznym bladobłękitnym odcieniu.

Teraz, stojąc naprzeciw takiej wielości barw i krojów, poczuła się nieco przytłoczona. Spróbowała sobie wyobrazić, jak każda z tych sukni będzie na niej wyglądać. Wiele było niebezpiecznie głęboko wyciętych – dekolty wydawały się głębsze nawet niż u służących, które według standardów z Idris i tak były skandalicznie odważne.

Wreszcie, wciąż z wahaniem, Siri wskazała na jedną z nich. Dwuczęściowa suknia, czerwona spódnica i dopasowana do niej bluzka. Służki, widząc gest dziewczyny, podniosły się. Kilka z nich odłożyło pozostałe stroje do kufrów, inne zbliżyły się do Siri i rozebrały ją z koszuli.

Po kilku minutach dziewczyna była już ubrana. Gdy się okazało, że choć cały strój leży na niej doskonale, to bluzka odsłania talię, poczuła zalewającą ją falę wstydu. Niemniej dekolt nie był tak głęboki, a spódnica kończyła się na wysokości łydek. Jedwabisty materiał był o wiele bardziej delikatny od grubej wełny, z której szyto większość ubrań, do jakich była przyzwyczajona. Suknia migotała i wirowała przy każdym ruchu, ponadto Siri nie miała pewności, czy tkanina nie jest zbyt prześwitująca. Stojąc w niej, czuła się niemal tak samo naga jak ostatniej nocy na posadzce.

Wygląda na to, że nie uwolnię się tu od wstydu, pomyślała, gdy odstąpiły od niej służące. Chwilę potem dwie inne przyniosły stołek. Siri usiadła i pozwoliła kobietom obmyć swe ręce i twarz przyjemnie ciepłym ręcznikiem. Następnie poprawiły jej makijaż, uczesały włosy i spryskały dziewczynę pachnidłem.

Gdy otworzyła oczy, wśród otaczającej ją wonnej mgiełki ujrzała stojącego w komnacie Niebieskopalcego.

– Ach, doskonale – powiedział. Za plecami skryby posłusznie stał młody pomocnik z atramentem, pergaminem i gęsim piórem. – Już wstałaś.

Już? – zdziwiła się w duchu Siri. Musi być dobrze po południu!

Starzec obejrzał ją dokładnie, skinął głową, po czym rzucił okiem na łoże, najwyraźniej sprawdzając, czy było używane.

– Cóż – podjął – ufam, że twoja służba zajmie się wszystkim, czego zapragniesz, Kielichu – powiedział, po czym ruszył ku wyjściu, z miną człowieka, którego czeka o wiele za dużo obowiązków.

– Zaczekaj! – zawołała za nim Siri i gwałtownie podniosła się ze stołka, płosząc kilka służek.

– Tak, Kielichu? – Niebieskopalcy się zatrzymał.

Siri zmieszała się, niepewna, w jaki sposób powinna wyrazić, co czuje.

– Czy wiesz... co powinnam robić?

– Robić, Kielichu? – zdziwił się skryba. – Masz na myśli coś związanego z... – Znów spojrzał przelotnie na łóżko.

Dziewczyna zalała się rumieńcem.

– Nie, nie o to pytam. Chodzi mi o to, jak mam spędzać czas. Jakie są moje obowiązki? Czego się po mnie oczekuje?

– Zapewnienia nam następcy tronu.

– A poza tym?

Niebieskopalcy zmarszczył czoło.

– Ja... cóż, szczerze mówiąc, Kielichu, nie mam pojęcia. Muszę przyznać, że twoje przybycie na Dwór Bogów spowodowało tu pewne zamieszanie.

W moje życie też wkradło się pewne zamieszanie, pomyślała Siri i zaczerwieniła się po cebulki włosów.

– Oczywiście to nie twoja wina – dodał pośpiesznie Niebieskopalcy. – Ale cóż... żałuję, że nie miałem więcej czasu na przygotowania.

– Więcej czasu? – spytała Siri. – Przecież traktat, którego wynikiem jest moje małżeństwo podpisano ponad dwadzieścia lat temu!

– Owszem, ale cóż, nikt nie myślał... – Urwał i odchrząknął. – Tak czy inaczej, zrobimy co w naszej mocy, byś mogła się poczuć w pałacu naszego władcy jak w domu.

Co to miało znaczyć? – zastanowiła się Siri. Nikt nie myślał...? Nie spodziewali się, że do tego wszystkiego naprawdę dojdzie? Dlaczego nie? Czyżby zakładali, że Idris nie dotrzyma warunków układu?

Wciąż jednak nie otrzymała odpowiedzi na swoje pytanie.

– No dobrze, ale co ja mam robić? – powtórzyła, siadając z powrotem na stołku. – Mam siedzieć w tej komnacie i przez cały dzień wpatrywać się w kominek?

Skryba zachichotał.

– Och, na Kolory! Nie! Moja pani, to jest Dwór Bogów! Znajdziesz tu wiele zajęć. Codziennie na dziedzińcu występują artyści, którzy zabawiają bóstwa swymi sztukami. Możesz poprosić, by przyprowadzono ci dowolnego z nich, żeby wystąpił wyłącznie dla ciebie.

 

– Ach – westchnęła dziewczyna. – A czy mogłabym może... pojeździć konno?

Niebieskopalcy zastanowił się i potarł brodę.

– Myślę, że moglibyśmy przyprowadzić ci kilka wierzchowców. Oczywiście musielibyśmy z tym zaczekać do końca Uroczystości Zaślubin.

– Uroczystości Zaślubin? – zapytała Siri.

– Czyli... ty nic nie wiesz? Nie zostałaś na to wszystko przygotowana?

Siri była wyraźnie zmieszana.

– Nie miałem na myśli nic złego, Kielichu – powiedział uspokajająco starzec. – Uroczystość Zaślubin to tygodniowa feta uświetniająca małżeństwo Króla-Boga. Przez cały ten czas nie będziesz mogła opuścić pałacu. Po tym okresie zostaniesz oficjalnie zaprezentowana na Dworze Bogów.

– Och... I będzie mi wtedy wolno opuścić miasto?

– Opuścić miasto?! – Niebieskopalcy aż jęknął. – Kielichu, tobie nie wolno opuszczać Dworu!

– Co???

– Sama nie jesteś co prawda boginią – ciągnął skryba – ale jesteś żoną Króla-Boga. Wypuszczanie cię stąd byłoby ogromnie niebezpieczne. Nie frasuj się jednak, czegokolwiek zażądasz lub zapragniesz, zostanie ci zapewnione.

Poza wolnością, pomyślała Siri i poczuła lekkie mdłości.

– Zapewniam cię – mówił dalej – że gdy tylko Uroczystości Zaślubin dobiegną końca, nie będziesz narzekać. Znajdziesz tu wszystko, o czym mogłabyś zamarzyć: wszelakie rozrywki, dowolne luksusy, każdy rodzaj zabaw.

Dziewczyna skinęła głową, ale nadal nie czuła się zbyt dobrze.

– Ponadto – dodał skryba, unosząc splamiony atramentem palec – jeśli sobie tego zażyczysz... Zgromadzenie Dworskie to rada, która zbiera się, by podejmować decyzje w sprawach ludu. Pełne spotkania odbywają się raz na tydzień, choć codziennie należy rozstrzygać o drobniejszych sprawach. Sama nie musisz oczywiście brać w tym udziału, ale z pewnością, gdy tylko skończą się Uroczystości, otrzymasz pozwolenie na uczestnictwo w posiedzeniach. Jeśli nic z tego nie spełni twoich wymagań, zawsze możesz poprosić o obecność artysty, któregoś spośród kapłanów Króla-Boga. Jego kapłani to utalentowani, znakomici artyści wszelkich sztuk: muzycy, malarze, tancerze, poeci, rzeźbiarze, lalkarze, aktorzy, malarze piasku i inni.

Siri zamrugała, zaskoczona. Boże Kolorów! – pomyślała. Tutaj nawet nieróbstwo jest zniechęcające.

– Czy jednak jest coś, w czym muszę brać udział? Coś, co by stanowiło mój obowiązek?

– Nie, nie sądzę – odparł Niebieskopalcy. – Kielichu, wyglądasz na niezadowoloną?

– Ja...

Jak mogła mu to wyjaśnić? Przez całe życie, ktoś od niej czegoś oczekiwał – i przez większość czasu unikała spełniania tych oczekiwań. Teraz jednak to wszystko się skończyło. Nie mogła już być nieposłuszna, chyba że pozwoliłaby się zabić i wywołała tym samym wojnę z Idris. Tym razem więc, być może po raz pierwszy, chciała służyć, starać się i być posłuszną. Ironią losu było jednak to, że w tej chwili nikt już od niej niczego nie chciał. Poza, oczywiście, urodzeniem dziecka.

– No dobrze – westchnęła. – Gdzie są moje komnaty? Pójdę tam i spróbuję się zadomowić.

– Twoje komnaty, Kielichu?

– Tak, domyślam się, że nie powinnam zamieszkać w tej sypialni.

– Nie. – Niebieskopalcy zachichotał. – Oczywiście, że nie będziesz mieszkać w Komnacie Poczęcia.

– Gdzie w takim razie?

– Kielichu – zaczął skryba – w pewnym sensie cały pałac należy do ciebie. Nie rozumiem po co chcesz, by wyznaczono ci którąś jego konkretną część. Jeśli poprosisz o jedzenie, służba przyniesie i zastawi dla ciebie stół. Jeśli zapragniesz odpocząć, służący dostarczą ci krzesło, leżak lub kanapę. Poszukasz rozrywki, przyprowadzą ci artystów.

Wszystko, co dotąd robiły jej służące – przyniesienie strojów do wyboru, makijaż i czesanie – nabrało większego sensu.

– Rozumiem – odpowiedziała. – Czy żołnierze, z którymi tu przybyłam, usłuchali mojego rozkazu?

– Tak, Kielichu – powiedział skryba. – Wyjechali dziś rano. Podjęłaś mądrą decyzję. Nie są oddanymi sługami Odcieni i nie mogliby pozostać na Dworze. Nie mogliby ci służyć. – Starzec umilkł na chwilę. – Kielichu, czy wolno mi się oddalić...?

Siri skinęła głową z roztargnioną miną i Niebieskopalcy odszedł, zostawiając ją z myślami o czekającej ją okropnej samotności. Nie mogę się na tym skupiać, zdecydowała w myślach i zwróciła się ku jednej ze służek – młodej, mniej więcej swej rówieśniczki.

– Cóż, nadal nie bardzo wiem, jak powinnam spędzać czas, nieprawdaż?

Służąca zarumieniła się w milczeniu i spuściła głowę.

– Co prawda, gdybym się zastanowiła, to myślę, że coś by się znalazło – dodała Siri. – Tego wszystkiego jest chyba nawet zbyt wiele.

Dziewczyna skłoniła się jej ponownie.

Czuję, że niedługo zacznie mnie to drażnić, przemknęło Siri przez myśl i zacisnęła zęby. Korciło ją, by zrobić coś szokującego, by to poruszyło służącą, ale wiedziała, że byłoby to po prostu głupie. Odniosła przy tym wrażenie, że tu, w Hallandren, większość jej naturalnych odruchów i impulsywnych reakcji nie byłaby na miejscu. Żeby więc powstrzymać się przed czymś niemądrym, wstała z mocnym postanowieniem zwiedzenia nowego domu. Wyszła z tonącej w czerni sypialni i zajrzała w głąb korytarza. Po chwili odwróciła się do służących, które stały za nią w szeregu.

– Czy jest tu jakieś miejsce, do którego nie wolno mi wchodzić? – spytała.

Kobieta, na którą patrzyła, pokręciła głową.

Świetnie, pomyślała Siri. Mam tylko nadzieję, że nie wpadnę na Króla-Boga zażywającego kąpieli. Przeszła korytarzem, otworzyła drzwi i weszła do żółtej sali, którą widziała dzień wcześniej. Krzesło i ławka, z których korzystała, zniknęły, zastąpione kilkoma żółtymi kanapami. Siri uniosła brew i ruszyła do kolejnej sali – tej z wannami.

Wanien również już nie było. Dziewczyna zatrzymała się w osłupieniu. To na pewno była ta sama komnata – czerwona. A jednak wyłożone kafelkami podwyższenia z umieszczonymi w nich wannami zniknęły. Najwyraźniej były przenośne, umieszczone tu tylko z powodu jej kąpieli, po której zostały uprzątnięte.

Potrafią przebudować każde pomieszczenie, pomyślała ze zdumieniem. Pewnie mają magazyny pełne mebli, wanien i gobelinów we wszystkich kolorach i czekają tylko na kaprysy swego boga.

Zaciekawiona wyszła z czerwonej komnaty i zaczęła się przechadzać, na chybił trafił wybierając kolejne kierunki. W każdej sali znajdowało się czworo drzwi, po jednej parze w ścianie. Część pomieszczeń była większa od innych. W niektórych otwierały się na zewnątrz okna, inne znajdowały się całkowicie wewnątrz pałacu. Każda sala była ubarwiona inaczej, choć poza tym niewiele się od siebie różniły. Nieskończony ciąg komnat, nieskazitelnych w swej jednobarwnej kolorystyce. Wkrótce dziewczyna się zgubiła, ale to i tak nie miało znaczenia. Wszędzie bowiem było pod pewnym względem tak samo jak gdzie indziej.

– Zjadłabym śniadanie – powiedziała w pewnej chwili do służących.

Wszystko przebiegło o wiele szybciej, niż się tego spodziewała. Kilka kobiet wymknęło się z komnaty i powróciły z miękkim zielonym fotelikiem, pasującym kolorem do sali, w której akurat zatrzymała się Siri. Dziewczyna usiadła i czekała na kolejno przynoszone krzesła, stół i na końcu jedzenie. Nie minęło piętnaście minut, a przed Siri parował ciepły posiłek.

Z wahaniem sięgnęła po widelec i skosztowała. Dopiero teraz dotarło do niej, jak była głodna. Śniadanie składało się z kiełbas i warzyw. Smaki były o wiele bardziej wyraziste od tych, do których przywykła w Idris. Niemniej im dłużej jadła, tym bardziej tutejsze mocno przyprawione potrawy jej smakowały.

Mimo to dziwnie się czuła, jedząc w zupełnej ciszy. Siri przywykła do posiłków spożywanych w kuchni w towarzystwie sług ojca, do posiłków z nim samym, jego generałami, lub mieszkańcami wioski czy kapłanami, którzy akurat odwiedzali ich dom. Tam nigdy nie było cicho, a tutaj w Hallandren – w krainie barw, dźwięków i ostentacji – jadła samotnie, w milczeniu, w komnacie, która mimo swej krzykliwej dekoracji, była koszmarnie nudna.

Służące cały czas jej się przyglądały. Żadna się nie odezwała. Siri wiedziała, że to milczenie stanowi wyraz szacunku, ale nie czuła się z nim komfortowo. Kilka razy próbowała nawiązać z kobietami rozmowę, ale otrzymywała jedynie zwięzłe, lakoniczne odpowiedzi.

Wzięła do ust aromatycznego od przypraw kapara.

Czy tak właśnie będzie teraz wyglądać całe moje życie? – zastanowiła się. Noc spędziłam na pół wykorzystana i na pół zignorowana przez własnego męża, a dzień spędzam otoczona tyloma ludźmi, lecz i tak samotna.

Zadrżała i poczuła, że traci apetyt. Odłożyła widelec i przyglądając się stygnącemu jedzeniu zaczęła żałować, że w ogóle wyszła z wygodnego czarnego łoża.

9

Vivenna – pierworodna córka króla Idris, Dedelina – przyglądała się wielkiemu T’Telir. Nigdy dotąd nie widziała brzydszego miasta.

Ludzie tłoczyli się na ulicach, wszyscy ubrani w rażące, wrzaskliwie kolorowe stroje. Krzyczeli i rozmawiali i chodzili i cuchnęli i kaszleli i wpadali jedni na drugich. Włosy Vivenny poszarzały. Otuliła twarz ciaśniej wełnianym szalem, starając się nadal wyglądać jak podstarzała kobieta. Całą drogę bardzo się bała, że będzie się tu wyróżniać. Niepotrzebnie. Jak można się wyróżniać wśród takiego chaosu?

Niemniej nie zamierzała podejmować zbędnego ryzyka. Bezpieczeństwo było najważniejsze. Przybyła w końcu – kilka godzin temu – po to, by uratować swoją siostrę, a nie po to, by dać się porwać.

Plan był odważny. Vivenna ledwie była w stanie uwierzyć, że w ogóle podjęła się czegoś takiego. Ze wszystkiego, czego nauczyła się w trakcie swego szkolenia, jedno zapamiętała najlepiej: zwycięzcą może zostać tylko ktoś, kto działa. Poza nią nikt nie był w stanie pomóc Siri, więc to zadanie spoczęło właśnie na jej barkach.

Zdawała sobie sprawę z własnego braku doświadczenia. Miała jednak nadzieję, że ta świadomość powstrzyma ją przed zbytnią brawurą. Z drugiej jednak strony nie zapomniała, że otrzymała najlepszą edukację polityczną i wykształcenie, na jakie mogła w swoim królestwie liczyć. Ponadto większa część wykładów, jakich wysłuchała, była poświęcona Hallandren. Jako oddana córka Austre, przez całe życie starała się jak najmniej wyróżniać. Dlatego była w stanie się ukryć nawet w tak ogromnym i zdezorganizowanym mieście jak T’Telir.

A miasto było rzeczywiście olbrzymie. Pamiętała co prawda plany metropolii, których uczono ją na pamięć, ale nawet one nie przygotowały jej na ten widok, na te dźwięki i barwy stolicy, do której trafiła akurat w dzień targowy. Nawet bydło przechadzało się tu przybrane kolorowymi wstążkami. Vivenna stała na poboczu drogi, oparta o budynek, na którym powiewały łopocące proporce. Przed nią pasterz wiódł w kierunku rynku niewielkie stado owiec. Sierść każdego zwierzęcia była pomalowana na inny kolor. Czy to nie zniszczy wełny? – zapytała się w duchu Vivenna. Jaskrawe barwy owczego runa raziły ją tak bardzo, że musiała odwrócić wzrok.

Biedna Siri, pomyślała Vivenna. Wciągnięta w sam środek tego wszystkiego, zamknięta na Dworze Bogów. Jest najpewniej tak przytłoczona, że nie potrafi zebrać myśli.

Ona sama była szkolona do wytrwania nawet wśród okropieństw Hallandren. Od przepychu kolorów doznawała zawrotów głowy, ale była na tyle silna, że wiedziała, że uda się jej wytrwać. Jak poradzi sobie mała Siri?

Vivenna tupnęła nogą. Stała w pobliżu budynku, w cieniu dużego kamiennego pomnika. Gdzie on jest? – przemknęło jej przez myśl. Parlin nie wrócił jeszcze ze zwiadu.

Mogła tylko czekać. Spojrzała na posąg: postać jednego ze słynnych D’Denirów, Celabrina. Większość postumentów w tym mieście przedstawiała wojowników. Stali w każdej możliwej do wyobrażenia pozie, rozsiani po całym mieście, uzbrojeni i nierzadko ubrani w barwne szaty. Pamiętała z lekcji, że mieszkańcy T’Telir uznawali przebieranie pomników za wspaniałą rozrywkę. Według tradycji, wykonanie pierwszych z nich zostało zlecone przez Dawcę Pokoju zwanego Błogosławionym, Powracającego, który stanął na czele Hallandren pod koniec Wielowojnia. Liczba posągów zwiększała się z każdym rokiem. Powracający hojnie opłacali tworzących je rzeźbiarzy, oczywiście za pieniądze pochodzące od ludu.

Ekstrawagancja i marnotrawstwo, pomyślała i pokręciła z niesmakiem głową.

Po jakimś czasie zauważyła wreszcie zmierzającego ku niej ulicą Parlina. Zmarszczyła brwi, widząc, że jej towarzysz ma na głowie jakąś niedorzeczną ozdobę – wyglądało to jak skarpeta, choć o wiele za duża. Długi, jasnozielony kapelusz opadał na bok i wyglądał bardzo nieprzystojnie, mocno kontrastując z wyblakłym brązowym ubraniem podróżnym, w jakim Parlin przybył z Idris. Mężczyzna był wysoki, choć nie tyczkowaty, i starszy od Vivenny ledwie o kilka lat. Znała go niemal przez całe swoje życie; syn generała Yardy w zasadzie dorastał w jej rodzinnym pałacu. Ostatnimi czasy przebywał głównie w lasach na pograniczu, obserwując ruchy wojsk Hallandren, lub strzegąc północnych przełęczy.

 

– Parlin? – spytała, gdy podszedł bliżej. Starała się, by jej irytacja nie wyraziła się w tonie głosu czy barwie włosów. – Co ty masz na głowie?

– Kapelusz – odparł w charakterystyczny dla siebie zwięzły sposób.

To nie wynika jednak z opryskliwości – chłopak po prostu rzadko uważał, że ma cokolwiek do powiedzenia.

– Widzę, że kapelusz. Skąd go masz?

– Sprzedawca na rynku powiedział, że są bardzo modne.

Vivenna westchnęła. Przedtem wahała się, czy zabrać ze sobą Parlina na południe. Był dobrym człowiekiem – godnym zaufania i solidnym – ale znał dotąd tylko życie w głuszy lub oddalonych od cywilizacji strażnicach. Wielka metropolia prawdopodobnie go przytłoczyła.

– Ten kapelusz wygląda komicznie, Parlin – oceniła Vivenna, wciąż kontrolując swe włosy, by nie stały się czerwone. – Poza tym sprawia, że się wyróżniasz.

Chłopak zdjął kapelusz i wcisnął go do kieszeni. Nie powiedział nic więcej, tylko odwrócił się i spojrzał na przechodzących ludzi. Wydawało się, że obecność tłumu niepokoi go i męczy tak samo jak Vivennę. Może nawet bardziej. Mimo to księżniczka była zadowolona, że ma go przy sobie. Był jedyną osobą, której mogła zaufać, jedynym człowiekiem, który nie zdradziłby jej planów ojcu. Poza tym zdawała sobie sprawę, że mu się podoba. Za młodu często przynosił jej z lasów prezenty. Zazwyczaj pod postacią własnoręcznie upolowanych zwierząt.

Według Parlina nic nie wyrażało uczuć lepiej niż martwe, zakrwawione stworzenie rzucone na kuchenny stół.

– Dziwne jest to miejsce – odezwał się po chwili. – Ludzie chodzą stadami.

Powiódł oczyma za ładną dziewczyną. Latawica nie miała na sobie – podobnie jak większość kobiet w T’Telir – praktycznie nic. Bluzki z głębokimi dekoltami, spódnice kończące się wysoko nad kolanem – niektóre z dziewcząt w Hallandren wkładały nawet spodnie. Zupełnie jak mężczyźni.

– Czego się dowiedziałeś na targu? – spytała Vivenna, odwracając jego uwagę od nóg przechodzącej.

– Jest tu wielu Idrian – odpowiedział.

– Co?! – rzuciła zaskoczona Vivenna, zapominając się i uzewnętrzniając swe uczucia.

– Mieszkają tu Idrianie – powtórzył Parlin. – Byli na targu. Niektórzy handlują, inni wyglądają jak zwykli robotnicy. Widziałem ich na własne oczy.

Vivenna zmarszczyła brwi i zaplotła ręce na piersi.

– A restauracja? – zapytała. – Zbadałeś ją, jak prosiłam?

– Wygląda na czyste miejsce. To dziwne, że ludzie jedzą coś, co gotują inni.

– Zauważyłeś może coś podejrzanego?

– A co w tym mieście nie jest według ciebie podejrzane?

– Sama nie wiem. Ale to ty nalegałeś na przeprowadzenie zwiadu.

– Na polowaniu to zawsze pomaga. Jeśli się dobrze rozpozna teren, nie płoszy się potem zwierzyny.

– Niestety, Parlin – zauważyła Vivenna – ludzie to nie zwierzęta.

– Ja to rozumiem – przytaknął chłopak. – Zwierzęta zachowują się rozsądnie.

Vivenna znów westchnęła. Po chwili dotarło do niej, że co najmniej pod jednym względem Parlin ma rację. Spostrzegła grupę Idrian idących nieopodal ulicą. Jeden z nich ciągnął wózek, w którym zapewne przywieziono towary na targ. Łatwo było ich rozpoznać po niemal bezbarwnym stroju i nieco odmiennym akcencie. Dziewczyna była zaskoczona, że jej krajanie wybierają się na handel w tak odległe strony. Zdawała sobie jednak sprawę, że gospodarka Idris nie jest ostatnio w najlepszym stanie.

Ociągając się, zamknęła oczy i – maskując przemianę szalem – zmieniła barwę swych włosów z szarości na brąz. Skoro w mieście pojawiali się inni Idrianie, nie będzie się wyróżniać. Gdyby nadal udawała starą kobietę i ktoś ją zdemaskował, ryzyko wpadki byłoby większe.

Niemniej wciąż czuła się nieprzyjemnie odsłonięta. W Bevalis zostałaby rozpoznana natychmiast. Oczywiście w Bevalis mieszkało jedynie kilka tysięcy ludzi. Wiedziała, że musi się przystosować do znacznie większej skali T’Telir.

Zacisnęła zęby, skinęła ręką na Parlina i wmieszała się w tłum. Ruszyli w stronę targu.

Śródlądowe morze zmieniało wszystko. T’Telir było rozwiniętym portem i sprzedawane w mieście farby – produkowane z Łez Edgli, miejscowego gatunku kwiatów – sprawiały, że miasto stanowiło ważny ośrodek handlu. Dowody na to widziała wszędzie dokoła. Egzotyczne jedwabie i stroje. Brązowoskórzy kupcy z Tedradel ze swymi długimi czarnymi brodami, związanymi skórzanymi paskami w ciasne, podłużne rurki. Świeże produkty spożywcze z leżących na wybrzeżu miast. W Idris większość ludności zamieszkiwała w rozsianych po całym królestwie farmach. W Hallandren – kraju kontrolującym trzecią część morskiego wybrzeża – sprawy miały się inaczej. To królestwo miało szansę kwitnąć. Rosnąć.

I pozwalać sobie na ekstrawagancje.

W oddali widziała płaskowyż, na którym wzniesiono Dwór Bogów, najbardziej bezbożne z miejsc, na jakich kiedykolwiek spoczął święty wzrok Austre. Za jego murami, w straszliwym pałacu Króla-Boga, trzymano w niewoli Siri. Więził ją sam Susebron. Vivenna rozumiała logikę kierującą decyzją jej ojca. Pod czysto politycznym względem Vivenna była dla Idris o wiele bardziej wartościowa od siostry. Jeżeli wojna była nieunikniona, to odesłanie Siri stanowiło sprytne posunięcie na zyskanie czasu.

Vivenna jednak nie mogła tak po prostu myśleć o siostrze jako o „mniej wartościowej księżniczce”. Owszem, była zanadto towarzyska i żywiołowa, ale to również ona się uśmiechała, gdy inni poddawali się złemu nastrojowi. To ona przynosiła podarki, których obdarowany zupełnie się nie spodziewał. Bywała irytująca, ale zarazem niewinna. Była młodszą siostrą Vivenny i ktoś musi jej teraz pomóc.

Król-Bóg domagał się następcy tronu. I to było zadanie dla Vivenny – to ona miała się poświęcić dla dobra swych poddanych. Była na to przygotowana. A myśl o Siri robiącej coś tak strasznego wydawała się niemal nie do zniesienia.

Ojciec podjął decyzję: decyzję najlepszą dla Idris. Vivenna również podjęła decyzję. Skoro wojna wisiała na włosku, to trzeba wydostać Siri z miasta, zanim zrobi się tu zbyt niebezpiecznie. Czuła, że znajdzie sposób na wykradzenie siostry jeszcze przed wybuchem konfliktu – planowała upozorować śmierć Siri, tylko dzięki temu uratowałaby dziewczynę i jednocześnie nie przyśpieszyła wybuchu wojny.

Jej ojciec nigdy by czegoś podobnego nie zaakceptował. Dlatego właśnie nic mu nie powiedziała. Dzięki temu, gdyby coś poszło nie tak, będzie mu łatwiej wyprzeć się jakiegokolwiek związku z jej misją.

Vivenna szła ulicą ze spuszczonym wzrokiem i przez cały czas starała się ściągać na siebie jak najmniej spojrzeń. Wydostanie się z Idris okazało się zaskakująco łatwe. Kto by się po niej spodziewał takiego kroku? Po niej, która zawsze była idealna? Nikomu nie przyszło do głowy zadawać niewygodnych pytań, gdy prosiła o zapas jedzenia i inne, potrzebne w podróży rzeczy. Tłumaczyła, że chce przygotować racje na czarną godzinę. Nikt nie zaprotestował, gdy zaproponowała, że wyruszy na wyprawę w wyższe partie gór, by zebrać rzadkie korzenie. To miała być przykrywka na kilka pierwszych tygodni jej nieobecności.

Także i Parlina przekonała z łatwością. Ufał jej, być może aż za bardzo, i doskonale znał wszystkie prowadzące do Hallandren szlaki. Rok temu dotarł ze zwiadem aż pod miejskie mury. Dzięki niemu zyskała też pomoc kilku innych mężczyzn – przyjaciół Parlina – którzy stanowili ochronę jej „ekspedycji”. Odesłała ich z powrotem dzisiejszego ranka. W mieście ich pomoc na niewiele by się zdała. Poza tym miała tutaj zapewnione usługi innych sprzymierzeńców. Wiedziała oczywiście, że znajomi Parlina poinformują o wszystkim jej ojca, ale zanim to uczynią, on i tak już wszystkiego się dowie. Przed wyjazdem zostawiła swej służce list, który miała przekazać Dedelinowi po upłynięciu określonego czasu. Według obliczeń księżniczki, służąca powinna przekazać pismo królowi jeszcze tego wieczoru.