RozjemcaTekst

Z serii: Siewca Wojny #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Podobno.

Dar Pieśni odszedł od malowidła. Jeden z młodszych kapłanów natychmiast podbiegł i wyniósł je z sali. Ofiarodawca najprawdopodobniej nie namalował go sam, tylko zamówił. Im lepszy obraz, tym bardziej korzystnej reakcji bóstw można się było spodziewać. Wyglądało więc na to, że pomyślność danej osoby zależała w dużej mierze od tego, jak dużą sumę jest w stanie zapłacić malarzowi.

Nie powinienem być aż tak cyniczny, złajał się w duchu Dar Pieśni. Gdyby nie ten system, umarłbym już pięć lat temu.

Choć oczywiście umarł pięć lat temu, mimo że wciąż nie wiedział, w jakich okolicznościach. Czy naprawdę była to heroiczna śmierć? Może nikomu nie było wolno rozmawiać o jego poprzednim życiu dlatego, że Dar Pieśni zwany Mężnym tak naprawdę umarł na zatwardzenie?

Młodszy kapłan zniknął z leśnym malowidłem. Obraz zostanie spalony. Tego rodzaju ofiary składano specjalnie wybranemu bóstwu, poza którym – i kilkoma jego kapłanami – nikt nie powinien ich oglądać. Dar Pieśni podszedł do kolejnego daru. Ten był tak naprawdę wierszem spisanym na płótnie wyrafinowanym rodzajem pisma. Gdy podchodził, rozjarzyły się barwne plamki. Pismo rzemieślników Hallandren było specyficzne, opierało się bowiem nie na kształcie, a na barwie. Każda z kolorowych plamek odpowiadała innemu dźwiękowi miejscowego języka. W połączeniu z kropkami podwójnymi – i oczywiście różnobarwnymi – tworzyło to alfabet będący koszmarem wszystkich, którzy nie rozpoznawali kolorów.

Do tej konkretnej przypadłości nie przyznawało się jednak w Hallandren wielu ludzi. Tak przynajmniej Darowi Pieśni powiedziano. Zastanowił się, czy kapłani wiedzieli, jak często ich bogowie plotkują na temat zewnętrznego świata.

Wiersz nie był szczególnie udany, najwyraźniej ułożony przez chłopa, który zapłacił komuś za spisanie utworu pismem rzemieślników. Świadczyła o tym prostota kropek. Prawdziwi poeci używali bardziej złożonych symboli – zmieniających barwę ciągłych linii albo kolorowych znaczków tworzących wyrafinowane obrazy. Wiele można było zrobić, mając do dyspozycji symbole, które mogły zmieniać kształt, nie zmieniając jednocześnie swego znaczenia.

Dobieranie właściwych barw stanowiło trudną w doskonaleniu umiejętność, do osiągnięcia perfekcji wymagającą Trzeciego lub wyższego Wywyższenia. Właśnie przy tym poziomie Oddechu zyskiwało się doskonałe wyczucie odcieni, podobnie jak przy Drugim Wywyższeniu nabierało się idealnego wyczucia intensywności barwy. Wszyscy Powracający mieli Piąte Wywyższenie. Dar Pieśni nie wiedział, jak może wyglądać życie bez umiejętności natychmiastowego oceniania kolorów i dźwięków. Sam potrafił bez trudu odróżnić idealną czerwień od takiej, z którą zmieszano choć kroplę białej farby.

Ocenił wiersz chłopa najlepiej jak mógł, choć zwykle, przyglądając się darom, starał się omawiać je uczciwie. Traktował to jako swój obowiązek i z jakiegoś powodu była to jedna z niewielu spraw, do których podchodził poważnie.

Ruszyli dalej wzdłuż szeregu darów. Dar Pieśni oceniał kolejne obrazy i wiersze. Ściana była dziś wyjątkowo gęsto obwieszona. Czyżby zbliżało się jakieś święto lub uczta, o której nie wiedział? Zanim zbliżyli się do końca, bóg poczuł już zmęczenie, choć jego ciało – ożywione dziecięcym Oddechem – wciąż było pełne sił i ekscytacji.

Zatrzymał się przed ostatnim obrazem. Praca abstrakcyjna, w stylu, który ostatnimi czasy zyskiwał na popularności – szczególnie wiele takich malowideł trafiało do niego, ponieważ w przeszłości podobne obrazy oceniał przychylnie. Teraz niemal skrytykował go właśnie z tego powodu. Dobrze było utrzymywać kapłanów w niepewności co do ocen. Tak przynajmniej radzili niektórzy inni bogowie. Dar Pieśni podejrzewał, że wielu z nich recenzowało składane w darze dzieła sztuki w o wiele bardziej wyrachowany sposób, rozmyślnie używając przy tym tajemniczych, wieloznacznych sformułowań.

Nie miał cierpliwości do takich zabiegów, zwłaszcza że wszyscy pragnęli od niego tylko szczerości i niczego więcej. Poświęcił więc na ostatni obraz tyle czasu, ile było potrzeba. Płótno było pokryte grubą warstwą farby, każdy jego cal naznaczono zamaszystymi, odważnymi pociągnięciami pędzla. Dominującym odcieniem była głęboka czerwień, niemal karmazyn. Dar Pieśni od razu rozpoznał na nim czerwono-niebieską mieszankę farb z nieznaczną domieszką czerni.

Kolorowe linie przecinały się, nakładały jedna na drugą, zupełnie tak, jakby rządził nimi jakiś ukryty porządek. Wyglądały niemal jak... fale. Dar Pieśni zmrużył oczy. Gdy patrzył na obraz w odpowiedni sposób, widział na nim morze. A to w samym środku? Czy to możliwe, by to był statek?

Powróciły do niego niewyraźne wątki snu. Czerwone morze. Wypływający statek.

Mam chyba zwidy, pomyślał.

– Dobre kolory – odezwał się. – Ładne wzory. Czuję spokój. Choć jednocześnie wyczuwam w tym napięcie. Podoba mi się.

Llamar z wyraźnym zadowoleniem dał znak młodemu kapłanowi. Słowa Powracającego zostały skrzętnie zapisane.

– A zatem? – spytał bóg. – Rozumiem, że to już wszystko?

– Tak, Wasza Miłość.

Został już tylko jeden obowiązek, pomyślał Dar Pieśni. Teraz, po przyjrzeniu się darom, następowała pora na ostatni – i najmniej przyjemny – fragment codziennego rytuału. Petycje. Musiał się z nimi zmierzyć, zanim będzie mógł oddać się ważniejszym czynnościom, jak na przykład drzemce.

Llarimar nie poprowadził go jednak do komnaty próśb. Skinął tylko ręką na młodszego kapłana, po czym zaczął błyskawicznie przeglądać przyczepione do deszczułki kartki.

– No i? – ponaglił Dar Pieśni.

– O co pytasz, Wasza Miłość?

– O petycje.

Llarimar pokręcił głową.

– Dziś nie będziesz ich wysłuchiwać, Wasza Miłość. Nie pamiętasz?

– Nie. Przecież po to mam ciebie, byś za mnie o wszystkim pamiętał.

– A więc – kapłan przewrócił kolejną kartkę – proszę uznać za oficjalnie zapamiętane, że dziś nie będzie żadnych próśb. Twoi kapłani zajmą się czymś innym.

– Naprawdę? – zaciekawił się Dar Pieśni. – Czym takim?

– Pełnym czci klęczeniem na dziedzińcu, Wasza Miłość. Dziś przybywa do nas nasza nowa królowa.

Dar Pieśni zamarł. Naprawdę muszę się bardziej zainteresować polityką, pomyślał.

– Dzisiaj?

– Nie inaczej, Wasza Miłość. Nasz władca, Król-Bóg weźmie sobie żonę.

– Tak od razu?

– Gdy tylko przybędzie narzeczona, Wasza Miłość.

To ciekawe, przemknęło bogu przez głowę. Susebron się żeni. Król-Bóg był jedynym z Powracających, który mógł się żenić. Bogowie nie byli w stanie płodzić dzieci – z wyjątkiem rzecz jasna króla, który nigdy nie oddychał jako żywy człowiek. Ta różnica zawsze wydawała się Darowi Pieśni dziwna.

– Wasza Miłość – podjął Llarimar. – Będziemy potrzebować Rozkazu dla Nieżywych, aby odpowiednio rozmieścić oddziały przed miastem z okazji przybycia królowej.

– A co? Zamierzamy ją zaatakować? – Dar Pieśni uniósł brew.

Kapłan zmierzył boga surowym spojrzeniem.

Dar Pieśni zachichotał.

– Dojrzewający owoc – powiedział, zdradzając jeden z Rozkazów, pozwalających innym kontrolować Nieżywych.

Nie był to oczywiście Rozkaz podstawowy. Fraza, którą podał Llarimarowi umożliwiała kontrolowanie Nieżywych w sytuacjach niewymagających użycia siły, a ponadto czas jej skutecznego działania wynosił tylko jeden dzień. Dar Pieśni uważał, że system Rozkazów, dzięki którym dowodzono Nieżywymi, jest niepotrzebnie skomplikowany. Aczkolwiek, będąc jednym z czwórki bogów, którzy dysponowali Rozkazami dla Nieżywych, mógł się niekiedy poczuć dość ważną osobistością.

Kapłani zaczęli między sobą cicho rozmawiać o przygotowaniach do uroczystości. Dar Pieśni czekał, wciąż myśląc o Susebronie i zbliżającym się ślubie. Splótł ręce na piersi i oparł się o framugę drzwi.

– Wiercipięto?

– Tak, Wasza Miłość?

– Czy ja miałem żonę? Zanim umarłem?

Llarimar się zawahał.

– Wiesz, że nie wolno mi rozmawiać o czasach sprzed twego Powrotu. Wiedza o twojej przeszłości nikomu nie przysporzy żadnej korzyści.

Dar Pieśni odchylił głowę, oparł ją o ścianę i spojrzał na białą powałę.

– Niekiedy... przypominam sobie twarz – powiedział cicho. – Piękne, młode oblicze. Wydaje mi się, że to właśnie ona.

Kapłani ucichli.

– Ciepłe, brązowe włosy – ciągnął bóg. – Czerwone usta, trzy odcienie ciemniejsze od siódmej harmoniki, bardzo piękne. Ciemna, opalona skóra.

Do Llarimara podbiegł asystent z czerwoną księgą w dłoniach. Starszy kapłan zaczął gorączkowo notować. Nie dopytywał Powracającego o dalsze szczegóły. Przyjmował słowa bóstwa z dobrodziejstwem inwentarza.

Wreszcie Dar Pieśni umilkł i odwrócił się od mężczyzn i ich gęsich piór. Jakie to ma teraz znaczenie? – pomyślał. Tamtego życia już nie ma. Zamiast tego zostałem bogiem. I nieważne, czy wierzę w tę religię, czy nie, korzyści są niezaprzeczalne.

Odszedł, a za nim świta sług i kapłanów, którzy wciąż czekali na kolejne polecenia swego pana. Dary zostały ocenione, sny zapisane, a petycje odwołane. Dar Pieśni mógł wreszcie zająć się wszystkim, na co tylko przyjdzie mu ochota.

Nie wrócił jednak do swych komnat. Wyszedł na patio i nakazał rozstawić sobie altanę. Skoro dziś miała przybyć nowa królowa, to on chciał się jej przyjrzeć.

4

Powóz Siri zatrzymał się przed T’Telir, stolicą Hallandren. Dziewczyna wyjrzała przez okno i zobaczyła coś bardzo onieśmielającego. Jej pobratymcy nie mieli pojęcia, co znaczy być pretensjonalnym. Kwiaty nie były pretensjonalne. Pretensjonalna nie była dziesiątka chroniących powóz żołnierzy. Publiczne wybuchy emocji także nie.

 

Ale błonia, na których stało czterdzieści tysięcy wojowników odzianych w jaskrawe błękitno-złote stroje, rozmieszczonych w równych szeregach, z włóczniami ozdobionymi niebieskimi, łopocącymi na wietrze chorągiewkami... Tak, to było pretensjonalne. Bliźniacza linia kawalerzystów siedzących na wielkich rumakach, przystrojonych – ludzie i konie – złotą, lśniącą w słońcu tkaniną – to było pretensjonalne. Wielkie miasto, tak duże, że na jego widok poczuła zawroty głowy, miasto, którego kopuły, wieże i malowane mury zmagały się w walce o jej uwagę. Tak, to było pretensjonalne.

Wydawało jej się przedtem, że jest na to gotowa. W końcu zmierzający do T’Telir powóz przejeżdżał już przez inne miasta. Siri widziała więc malowane domy, jaskrawe barwy i wzory. Sypiała w gospodach na miękkich łożach. Jadała potrawy przyprawione tak, że przez cały posiłek chciało jej się kichać.

Ale na swoje przyjęcie w T’Telir nie była gotowa. Ani trochę.

Błogosławiony Panie Kolorów... – jęknęła w duchu.

Jej żołnierze zbili się ciasno wokół powozu, jakby chcąc się pod nim ukryć i uniknąć powalającego widoku. T’Telir zostało wzniesione na brzegu Morza Jasnego, dużego lecz ograniczonego z każdej strony lądem akwenu. Dziewczyna widziała je w oddali. Fale odbijały blask słońca. Nazwa nie wydawała się ani trochę przesadzona.

Do powozu podjechał mężczyzna odziany w srebro i błękity. Jego szata nie była prosta ani skromna, w niczym nie przypominała strojów, jakie nosili kapłani w Idris. Miała potężne pikowane ramiona, które sprawiały, że kostium ten wyglądał niemal jak zbroja. Na głowę założył wysoką, pasującą kolorem do reszty ozdobę. Wszystko to razem – wielowarstwowy, intensywnie kolorowy strój – sprawiło, że włosy Siri zbladły do lękliwej bieli.

Nieznajomy się ukłonił.

– Lady Sisirinah, córko królewskiego rodu – odezwał się głębokim, donośnym głosem. – Nazywam się Treledees, jestem wysokim kapłanem Jego Nieśmiertelnej Wysokości, Susebrona Wspaniałego, Boga Który Powrócił i Króla Hallandren. Przyjmij, proszę, w geście szacunku tę symboliczną gwardię honorową, która odprowadzi cię na Dwór Bogów.

Symboliczną? – przemknęło przez myśl oszołomionej Siri.

Kapłan, nie czekając na jej reakcję, zawrócił konia i ruszył szeroką aleją w stronę miasta. Powóz potoczył się jego śladem, żołnierze niepewnie maszerowali obok. Dżungla ustąpiła sporadycznie rosnącym kępom palm. Siri stwierdziła ze zdumieniem, że ziemia jest tu bardzo piaszczysta. Krajobraz przesłoniło jej wielkie pole, na którym roiło się od żołnierzy, stojących na baczność po obu stronach traktu.

– Austre, Boże Kolorów! – wyszeptał jeden z jej gwardzistów. – To przecież Nieżywi!

Włosy Siri – które już zaczęły dryfować powoli w rejony beżu – na powrót skoczyły w pełną strachu biel. Żołnierz miał rację. Wojownicy Hallandren byli pod swymi barwnymi mundurami szarzy i bezbarwni. Ich oczy, skóra, a nawet włosy – wszystko zostało całkowicie pozbawione koloru. Byli monochromatyczni.

To niemożliwe, żeby to byli Nieżywi! – pomyślała. Przecież wyglądają jak ludzie!

Dotąd wyobrażała sobie Nieżywych na podobieństwo kościotrupów, z odpadającymi od wyschniętych piszczeli resztkami gnijącego ciała. W końcu byli to ludzie, którzy umarli i zostali wskrzeszeni, by służyć w armii bezmyślnych potworów. Jednakże wszyscy, których mijała, wyglądali całkiem zwyczajnie. Poza bezbarwnością i pozbawionymi wyrazu twarzami niczym nie różnili się od żyjących. I jeszcze ten ich przyprawiający o ciarki bezruch. Nie drgnęła ani jedna noga, nie oddychali, nie poruszyła się ani jedna twarz czy ramię. Nieruchome były nawet ich spojrzenia. Wydawali się posągami, które to wrażenie potęgowała dodatkowo szarość skóry.

I ja... ja mam poślubić coś takiego? – zastanowiła się lękliwie. Ale nie – Powracający byli czymś innym niż Nieżywi i czymś innym niż Bezbarwni, ludzie, którzy utracili swój Oddech. Dziewczyna pamiętała niejasno Powrót pewnego mieszkańca Bevalis. Wydarzyło się to niemal dziesięć lat temu i ojciec nie pozwolił jej tego mężczyzny odwiedzić. Pamiętała jednak, że był w stanie swobodnie rozmawiać z członkami swej rodziny, choć w ogóle ich nie pamiętał.

Umarł tydzień później.

Wreszcie powóz wyjechał spomiędzy szeregów Nieżywych. Zbliżyli się do miejskich murów. Były ogromne i onieśmielające, choć jednocześnie wydawały się bardziej dziełem sztuki niż funkcjonalną fortyfikacją. U szczytu były zakończone wielkimi, przypominającymi wzgórza kopułami, których krawędzie wyłożono złotymi płytami. Same bramy zostały wyrzeźbione na kształt dwóch wijących się gibkich morskich stworzeń, splatających się u szczytu łukowatego sklepienia. Siri przejechała pomiędzy nimi w towarzystwie eskorty kawalerzystów z Hallandren. Jeźdźcy wyglądali na żywych ludzi.

Zawsze uważała Hallandren za królestwo śmierci. Myślała tak, wnioskując z opowieści wędrowców i starych bab, gadających zimą przy paleniskach. W ich historiach pojawiały się miejskie mury wzniesione z czaszek, z grubsza tylko pokryte brzydkimi, niestarannymi maźnięciami farby. Wyobrażała sobie budynki ochlapane niedopasowanymi do siebie kolorami. Wyobrażała sobie wulgarność.

Myliła się. Owszem, T’Telir było aroganckie i pretensjonalne. Miała wrażenie, że każdy cudowny widok chce zagarnąć jej uwagę tylko dla siebie i wstrząsnąć nią. Wzdłuż ulicy stały tłumy – ludzi było tu więcej, niż Siri widziała w całym swoim dotychczasowym życiu – przyglądające się jej orszakowi. Dziewczyna nie była w stanie stwierdzić, czy na jej powitanie wyszli też biedacy, ponieważ wszyscy mieli na sobie jaskrawe barwne stroje. Niektórzy byli ubrani w bardziej od innych ekstrawaganckie ubrania – prawdopodobnie byli to kupcy. W Hallandren podobno nie było arystokracji, tylko bogowie. Jednak nawet skromniejsze stroje wyglądały wesoło i żywo.

Wiele z malowanych budynków wyraźnie wymagało remontu, ale żaden nie był udekorowany niestarannie czy niechlujnie. Wszystko tu wydawało się dziełem sztuki, począwszy od sklepowych witryn, przez stroje mieszkańców, po posągi wielkich wojowników, jakich wiele stało na placach. Wszystko to przytłaczało. Krzyczało. Siri zdała sobie sprawę, że mimowolnie się uśmiecha – jej włosy przybrały nieśmiały złotawy odcień – poczuła zbliżający się ból głowy.

Może... – pomyślała, może to dlatego ojciec mnie tu wysłał. Ze szkoleniem czy bez, Vivenna nigdy by tu nie pasowała. A ja zawsze interesowałam się kolorami. Aż za bardzo.

Dedelin był dobrym władcą, obdarzonym wyjątkowym instynktem. Co, jeśli – po dwudziestu latach strawionych na uczenie i wychowywanie Vivenny – stwierdził, że to nie ona powinna pomóc Idris? Czyżby to właśnie z tego powodu, po raz pierwszy w życiu, postawił nie na nią, a na Siri?

Tylko co ja mam właściwie robić?

Wiedziała, że wszyscy obawiali się inwazji Hallandren na Idris. Nie podejrzewała jednak, by ojciec wysłał tu którąkolwiek z nich, gdyby ta groźba była realna. Może miał nadzieję, że jej podróż spowoduje załagodzenie napięcia pomiędzy oboma królestwami?

Taka możliwość niepokoiła ją jeszcze bardziej. Siri nie nawykła do myślenia w kategoriach obowiązku. Tymczasem ojciec powierzył jej los i życie swych poddanych, a ona nie mogła przed tą odpowiedzialnością uciec.

Nie mogła też uniknąć ślubu.

Wskutek rosnącego strachu przed przyszłością jej włosy znów pokryły się bielą. Ponownie zwróciła uwagę na miasto. Bez trudu dała się mu pochłonąć. T’Telir było wielkie, rozciągnięte jak zmęczona, owinięta wokół wzgórz bestia. Powóz wspiął się na wzniesienie w południowej części metropolii i dziewczyna ujrzała pomiędzy budynkami, że Morze Jasne dotyka stolicy wodami szerokiej zatoki. Miasto otaczało ją na kształt półksiężyca, schodząc aż do brzegu. Mury nie musiały więc okrążać całego T’Telir. Ich półkole kończyło się na plaży.

Dziewczyna dostrzegła wiele otwartych przestrzeni – rynki, targi i ogrody, szerokie połacie niewykorzystanego terenu. Wzdłuż ulic rosły palmy i inne rozmaite rośliny. Dzięki wiejącej od morza bryzie panował tu o wiele przyjemniejszy klimat niż się tego spodziewała. Droga prowadziła ku wznoszącemu się pośrodku miasta płaskowyżowi, z którego musiał się roztaczać wspaniały widok. Tyle tylko, że przesłaniał go potężny mur. Siri patrzyła z rosnącym szacunkiem, jak otwierają się bramy tego mniejszego miasta w mieście, przez które wkroczył pochód.

Gapie zostali na zewnątrz.

Wewnątrz znajdował się jeszcze jeden mur, bariera zatrzymująca ludzkie spojrzenia. Orszak skręcił w lewo, okrążył drugi mur i wkroczyli na teren Dworu Bogów Hallandren: znaleźli się na zamkniętym, porośniętym trawnikiem dziedzińcu. Na jego drugim końcu wznosiła się potężna czarna budowla, znacznie większa od pozostałych budynków.

Dziedziniec tonął w ciszy. Siri widziała siedzących na balkonach ludzi, którzy obserwowali jej toczący się po trawie powóz. Przed każdym z mijanych pałaców klęczały grupki pochylonych mężczyzn i kobiet. Barwy ich strojów były dopasowane do kolorów budowli, ale Siri nie poświęciła im wiele uwagi. Nerwowo spoglądała na wielki czarny gmach. Miał kształt piramidy wzniesionej z potężnych kamiennych bloków, przypominających stopnie gigantycznych schodów.

Czerń, pomyślała, Czerń w mieście kolorów. Włosy zbielały jej jeszcze bardziej. Nagle zaczęła żałować, że nigdy nie była zbyt pobożna. Wątpiła, by Austre cenił sobie jej wybuchy emocji, a poza tym najczęściej nie potrafiła nawet wymienić Pięciu Wizji. Żywiła jednak gorącą nadzieję, że choćby dla dobra jej ludu bóg zadba nawet i o nią.

Pochód zatrzymał się pod wysokim stożkowatym budynkiem. Siri wyjrzała z powozu i zerknęła w górę, popatrzyła na kamienne stopnie i masywne rzeźby na jego szczycie. Wydawał się niezmiernie ciężki. Odniosła wrażenie, że ciemne skalne bloki za moment stoczą się w dół i pogrzebią wszystkich na wieki. Kapłan podjechał konno do powozu. Kawalerzyści czekali w milczeniu. Jedynym dźwiękiem na przestronnym dziedzińcu był teraz cichy stukot kopyt przestępujących z nogi na nogę koni.

– Przybyliśmy, Kielichu – odezwał się. – Po wejściu do środka zostaniesz przygotowana i zaprowadzona do męża.

– Męża? – spytała niepewnie Siri. – Czy nie odbędzie się żadna ceremonia?

Kapłan uśmiechnął się nieprzyjemnie.

– Król-Bóg nie potrzebuje oficjalnego uprawomocnienia swych decyzji. Stałaś się jego żoną w chwili, w której tego zapragnął.

Siri zadrżała.

– Miałam nadzieję, że będę mogła go zobaczyć, zanim... no wiesz...

Kapłan rzucił jej srogie spojrzenie.

– Król-Bóg nie dostosuje się do twoich kaprysów, kobieto. Dostąpiłaś największego błogosławieństwa z możliwych. Będziesz mogła go dotknąć – o ile ci na to pozwoli. Nie udawaj, że jesteś czymś innym, niż jesteś. Zjawiłaś się tu, bo on sobie tego zażyczył, i będziesz mu posłuszna. Inaczej zostaniesz odsunięta i twoje miejsce zajmie inna, a myślę, że to nie przyniosłoby żadnej korzyści twoim przyjaciołom, buntownikom z gór.

Kapłan spiął konia i pojechał stępa w stronę szerokiej kamiennej rampy prowadzącej do piramidy. Powóz ruszył i Siri pojechała ku swemu przeznaczeniu.