RozjemcaTekst

Z serii: Siewca Wojny #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

1

Bycie osobą nieważną wiązało się z wieloma korzyściami.

Rzecz jasna, jeśli wziąć pod uwagę standardy większości ludzi, Siri wcale nie była nieważna – była przecież córką króla. Na szczęście jednak jej ojciec miał aż czworo dzieci, a siedemnastoletnia Siri była spośród nich najmłodsza. Fafen, starsza od Siri, wypełniła rodowy obowiązek i została mniszką. Następny w kolejności był Ridger, chłopak starszy z kolei od Fafen, najstarszy syn władcy. Dziedzic tronu.

No i była jeszcze Vivenna. Siri westchnęła i zawróciła ścieżką do miasta. Vivenna, pierworodna króla była... no cóż... była Vivenną. Piękna, wytworna, idealna niemal pod każdym względem. Co także stanowiło szczęśliwy zbieg okoliczności, zwłaszcza że to jej ręka została obiecana bogu. Tak czy inaczej, Siri jako czwarte dziecko króla była raczej zbędna. Vivenna i Ridger musieli się skupiać na nauce; Fafen ciężko pracowała, pomagając innym w domach i na pastwiskach. Siri jednak uniknęła tego wszystkiego, ponieważ była nieważna. Co między innymi oznaczało, że mogła znikać w górach na całe godziny.

Oczywiście za każdym razem ktoś to w końcu zauważał i miała przez te swoje wycieczki bezustanne kłopoty, ale nawet jej ojciec musiał przyznać, że zniknięcia córki nikomu nie przysparzały większych problemów. Miasto pod jej nieobecność nie cierpiało – co więcej, wydawało się, że bez Siri ma się nieco lepiej.

Nieważność. Dla kogoś innego stanowiłaby obrazę i dyshonor. Dla Siri była błogosławieństwem.

Uśmiechnęła się i przeszła przez bramę. W nieunikniony sposób od razu przyciągnęła ludzkie spojrzenia. Bevalis było co prawda największym miastem i stolicą Idris, ale nie było szczególnie wielkie i wszyscy mieszkańcy wiedzieli, kim dziewczyna jest. Sądząc po zasłyszanych od wędrowców opowieściach, jej rodzinne Bevalis było ledwie wsią w porównaniu z olbrzymimi metropoliami, jakie rozkwitały w innych królestwach.

Jej się jednak bardzo podobało, lubiła jego błotniste ulice, kryte strzechą chaty i te nudne – choć solidne – kamienne mury. Kobiety goniące uciekające gęsi, mężczyzn szarpiących się z osłami ciągnącymi wozy wypełnione wiosennymi zbiorami. Dzieci prowadzące stada owiec na hale. Możliwe, że wspaniałe miasta w Xace, Hudres, czy nawet Hallandren, oferowały egzotyczne widoki, ale były jednocześnie pełne obcych twarzy, rozkrzyczanych, przepychających się tłumów i wyniosłych arystokratów. To by się Siri nie podobało; w zasadzie nawet Bevalis wydawało się jej trochę zbyt rojne.

Niemniej, pomyślała przyglądając się swojej prostej i praktycznej szarej sukience, założę się, że w tamtych miastach mają więcej kolorów. I to akurat mogłabym chyba polubić.

W barwnym miejscu nie wyróżniałaby się tak bardzo odcieniem swych włosów. Jej długie loki, jak zwykle podczas wycieczki na pola, pojaśniały z radości. Skupiła się, próbując je opanować, ale jedyne, co była w stanie osiągnąć, to mdły brąz. A gdy rozproszyła uwagę, fryzura natychmiast znów przybrała piękną jasną barwę. Nigdy nie nauczyła się nad nimi panować. W odróżnieniu od Vivenny.

W miarę jak szła przez miasto, zbierał się za nią niewielki pochód. Uśmiechnęła się i udawała, że nie zauważa dzieci, do chwili, gdy jedno z nich zebrało się na odwagę, podbiegło i pociągnęło ją za sukienkę. Dziewczyna odwróciła się z uśmiechem. Maluchy popatrzyły na nią niezwykle poważnie. Wszyscy w Idris byli od dziecka uczeni, by opanowywać wstydliwe, raptowne wybuchy emocji. Doktryna Austre nie uznawała uczuć za coś złego, niemniej, srodze ganiła pretensjonalne zwracanie na siebie uwagi przez publiczne ich okazywanie.

Siri nie była szczególnie pobożna. Uważała, że to nie jej wina, skoro Austre tworząc jej duszę, obdarzył ją jednocześnie całkowitą niezdolnością do posłuszeństwa. Dzieci cierpliwie czekały, a dziewczyna sięgnęła do fartucha, z którego wydostała kilka jaskrawo ubarwionych kwiatów. Oczy maluchów otworzyły się szeroko i wpatrzyły w wibrujące, rozedrgane kolory płatków. Trzy kielichy były niebieskie, jeden żółty.

Wszystkie kwiaty odcinały się wyraźnie od wszechogarniającej szarości miasta. Poza kolorami skóry i oczu mieszkańców, Bevalis było całkowicie bezbarwne. Kamienne ściany bielono wapnem, stroje starannie spierano do szarości lub nudnego beżu. Wszystko po to, by trzymać kolory z daleka.

A to dlatego, że bez kolorów nie było Rozbudzających.

Mała dziewczynka, która wcześniej szarpnęła za sukienkę, chwyciła kwiaty i umknęła wraz z innymi dziećmi. Siri zauważyła naganne spojrzenia kilkorga przechodniów. Nikt jednak nie powiedział jej słowa. Bycie księżniczką – nawet zupełnie nieważną – miało jednak parę zalet.

Ruszyła dalej w stronę pałacu. Niski jednopiętrowy budynek z przestronnym dziedzińcem o ubitej ziemi. Siri ominęła tłumy handlujących przy głównej bramie ludzi, okrążyła pałac i weszła do kuchni. Mab, kuchenna posługaczka, na dźwięk otwieranych drzwi przestała śpiewać i przyjrzała się dziewczynie uważnie.

– Ojciec cię szukał, dziecko – powiedziała, po czym odwróciła się i nucąc pod nosem, zaatakowała nożem kilka cebul.

– Można się było tego spodziewać. – Siri podeszła bliżej i powąchała zawartość garnka. Wyczuła woń gotujących się ziemniaków.

– Znów poszłaś w góry, prawda? Uciekłaś z lekcji.

Dziewczyna się uśmiechnęła i wyciągnęła z kieszeni jeszcze jeden żółty kwiatek. Obróciła go w palcach.

Mab wywróciła oczyma.

– I znów niszczysz miasto. Naprawdę, dziewczyno, w twoim wieku takie rzeczy nie przystoją. Już ojciec się z tobą rozmówi. Nie podoba mu się, że unikasz swych obowiązków.

– Lubię słowa – odparła Siri rezolutnie – i zawsze uczę się kilku nowych, kiedy ojciec na mnie krzyczy. A przecież nie powinnam zaniedbywać edukacji, prawda?

Mab prychnęła, poszatkowała kilka kiszonych ogórków i zmieszała je z cebulą.

– Szczerze mówiąc, Mab – ciągnęła Siri, bawiąc się kwiatkiem i czując, jak jej włosy przybierają nieco rudawy odcień – nie rozumiem w czym problem. To przecież Austre stworzył kwiaty, nie mam racji? I to on nadał im barwy, więc nie może w nich być nic złego. W końcu sami nazywamy go Bogiem Kolorów!

– Kwiaty nie są złe – odparła Mab, dodając do potrawy czegoś, co wyglądało na trawę – ale tylko wtedy, jeśli zostawia się je tam, gdzie umieścił je Austre. Nie powinniśmy wykorzystywać jego piękna po to, żeby samemu wydawać się ważniejszymi.

– Przez kwiaty wcale nie wydaję się ważniejsza.

– Czyżby? – rzuciła Mab i cisnęła trawę, ogórki i cebulę do garnka z wrzącą wodą. Uderzyła ściankę naczynia płazem noża, posłuchała, skinęła głową i w poszukiwaniu kolejnych warzyw zanurkowała pod blat. – Sama powiedz – ciągnęła stłumionym głosem – czy naprawdę uważasz, że paradując po Bevalis z kwiatem w dłoni, nie zwracasz na siebie uwagi?

– Ale tylko dlatego, że to miasto jest takie ponure. Gdyby wokół było więcej barw, nikt nie zauważyłby jednego małego kwiatka.

Mab wyprostowała się, dźwigając w rękach pudło pełne różnorakich bulw.

– Wolałabyś, żebyśmy ozdobili nasze miasto jak Hallandren? Może powinniśmy też zacząć zapraszać do siebie Rozbudzających? Co ty na to? Te diabły wysysają dusze dzieciom i duszą ludzi ich własnymi ubraniami. Trzeba ci też wiedzieć, że wskrzeszają umarłych i wykorzystują ich jako tanią siłę roboczą. Nie mówiąc o tym, że składają na swoich heretyckich ołtarzach ofiary z kobiet.

Siri poczuła, jak jej włosy bieleją lekko na skutek ogarniającego ją niepokoju. Przestańcie! – pomyślała. Jej fryzura żyła własnym życiem i reagowała na emocje w niekontrolowany sposób.

– Historie z poświęcaniem dziewic są wyssane z palca – stwierdziła dziewczyna. – Oni tego wcale nie robią.

– Bez powodu nikt by tego nie powtarzał.

– Moim zdaniem wymyślają je stare kobiety, grzejące zimą przy ogniu swoje kości. Nie sądzę, żebyśmy musieli się aż tak bać. Niech sobie ci z Hallandren robią, co im się żywnie podoba, przynajmniej dopóki zostawiają nas w spokoju.

Mab, nie podnosząc wzroku, siekała warzywa.

– Podpiszemy nowy traktat, Mab – dodała Siri. – Ojciec i Vivenna dopilnują naszego bezpieczeństwa, a Hallandren nic nam nie zrobi.

– A jeśli nie?

– Zobaczysz. Nie ma się czym martwić.

– Mają silniejszą armię – zauważyła Mab, siekając, ze wzrokiem wbitym w blat. – Lepszą stal, więcej jedzenia i te... te rzeczy. Ludzie się niepokoją. Może nie ty, ale ci rozsądniejsi, owszem.

Trudno było tak od razu zaprzeczyć słowom kucharki. Mab, poza wyjątkowym instynktem do gotowania rosołów i mieszania przypraw, dysponowała swoistą mądrością. Z drugiej jednak strony stanowczo zbyt często zrzędziła.

– Zamartwiasz się bez potrzeby, Mab, przekonasz się.

– Mówię tylko, że to nie jest czas na to, żeby księżniczka biegała po mieście z kwiatami, ani żeby się wyróżniała, ściągając na siebie gniew Austre.

Siri westchnęła.

– No dobrze – powiedziała i cisnęła ostatni kwiatek do garnka z potrawką. – Teraz wyróżnimy się wszyscy.

Mab zmartwiała, po czym wzniosła oczy ku niebu, nie przerywając szatkowania warzyw.

– To był kwiat vanavel?

– Oczywiście – odpowiedziała dziewczyna i powąchała unoszącą się nad garnkiem parę. – Przecież nie zniszczyłabym czegoś tak smacznego. I wciąż uważam, że przesadzasz.

Mab pociągnęła nosem.

– Masz – rzuciła, podając księżniczce drugi nóż. – Przydaj się do czegoś. Ktoś musi to wszystko posiekać.

– A nie powinnam iść do ojca? – spytała Siri, łapiąc za gruby i nierówny korzeń vanavel. Zaczęła szatkować.

– Przecież on i tak za karę odeśle cię do kuchni i każe ze mną pracować – stwierdziła Mab i znów uderzyła w garnek nożem. Od zawsze uważała, że potrafi stwierdzić po dźwięku naczynia, kiedy potrawa jest gotowa.

 

– Austre, dopomóż, jeśli ojciec się kiedyś dowie, że ja to lubię.

– Ty po prostu lubisz być blisko jedzenia – rzuciła Mab. Wyłowiła z garnka kwiat i cisnęła go na bok. – Tak czy inaczej, nie możesz się teraz z nim widzieć. Naradza się z Yardą.

Siri nie zareagowała, dalej siekała warzywa. Włosy jednak pojaśniały jej z emocji. Narady ojca z Yardą zwykle ciągną się godzinami, pomyślała. Nie ma sensu czekać, aż skończy...

Mab odwróciła się, sięgając po coś ze stołu, a gdy ponownie stanęła przed blatem, Siri była już za drzwiami i biegła ku stajniom. Kilka minut potem odjechała z pałacu galopem, w swym ulubionym brązowym płaszczu. Czuła upojne emocje. Jej włosy znów przybrały złocisty odcień. Szybka przejażdżka to doskonały sposób na zwieńczenie dnia.

W końcu i tak przecież zostanie ukarana.

* * *

Dedelin, król Idris, odłożył list na stół. Czytał go już zbyt wiele razy. Nadeszła pora, by wreszcie podjął decyzję, czy posłać swą najstarszą córkę na śmierć.

Mimo że wiosna rozpoczęła się już jakiś czas temu, w pomieszczeniu wciąż było chłodno. Na wyżynach Idris ciepło nie było częstym gościem; wszyscy go pragnęli i cieszyli się z jego nadejścia, ponieważ lato zazwyczaj trwało tu krótko. Komnaty pałacu były bardzo skąpo umeblowane. W prostocie kryło się piękno. I nawet król Idris nie miał prawa pokazywać ostentacyjnej arogancji ani pretensjonalności.

Dedelin wstał z miejsca i wyjrzał przez okno na dziedziniec. Według światowych standardów jego pałac był mały – miał tylko jedno piętro, spadzisty drewniany dach i niskie kamienne ściany. Jak na panujące w Idris warunki był jednak duży i niebezpiecznie graniczył z luksusem. To jednak można mu było wybaczyć, ponieważ budynek ten służył również za miejsce zgromadzeń i administracyjne centrum królestwa.

Kątem oka władca widział generała Yardę. Krzepki mężczyzna czekał z rękami zaplecionymi na plecach. Grubą brodę miał przewiązaną w trzech miejscach rzemykami. Poza królem był jedyną osobą w pomieszczeniu.

Dedelin ponownie spojrzał na list. Papier był jasnoróżowy i krzykliwa barwa odznaczała się na jego biurku niczym kropla krwi na śniegu. Róż był kolorem, którego w Idris nigdy się nie widywało. W Hallandren jednakże – w ośrodku światowego przemysłu farbiarskiego – tak pozbawione smaku odcienie były na porządku dziennym.

– Cóż więc, stary przyjacielu – zapytał Dedelin – masz dla mnie jakąś radę?

Generał Yarda pokręcił głową.

– Zbliża się wojna, Wasza Wysokość. Mogę to wyczytać w wietrze nad naszymi głowami, a także z raportów naszych szpiegów. Hallandren wciąż uważa nas za rebeliantów, a nasze północne przełęcze kuszą ich niepomiernie. Zaatakują.

– W takim razie powinienem ją wysłać – stwierdził król i na powrót wyjrzał przez okno. Na dziedzińcu zaroiło się od odzianych w płaszcze i futra ludzi zmierzających na targ.

– Wasza Wysokość, tej wojnie nie uda się nam zapobiec – podjął Yarda. – Możemy jednak... opóźnić jej wybuch.

Dedelin odwrócił się ku żołnierzowi.

Generał podszedł o krok bliżej.

– To nie jest dobry czas na wojnę – powiedział cicho. – Nasi żołnierze wciąż jeszcze nie doszli do siebie po najazdach Vendis zeszłej jesieni i po zimowych pożarach spichrza... – Yarda pokręcił głową. – Nie stać nas na tak poważny, rozstrzygający konflikt jeszcze tego lata. Naszym najlepszym sprzymierzeńcem w walce z Hallandren jest śnieg. Nie możemy dopuścić, by ta wojna potoczyła się na ich warunkach. Jeśli na to pozwolimy, to już jesteśmy martwi.

Trudno było odmówić mu racji.

– Wasza Wysokość – ciągnął Yarda – oni tylko czekają, aż złamiemy traktat. Wtedy ich atak będzie usprawiedliwiony. Jeśli zrobimy to pierwsi, uderzą.

– Ale nawet jeśli dotrzymamy postanowień traktatu, uderzą i tak – zauważył Dedelin.

– Tak, choć później. Może nawet kilka miesięcy później. Dobrze wiesz, jak powoli działają tryby polityki w Hallandren. Jeżeli dochowamy ustalonych w traktacie zasad, będą debatować i spierać się bez końca. Gdyby zamarudzili do pierwszych śniegów, dostalibyśmy to, na czym zależy nam najbardziej.

Wszystko to brzmiało sensownie. Uczciwie, brutalnie i sensownie. Przez wiele lat Dedelin starał się nie dopuścić do konfliktu, obserwując jednocześnie, jak na dworze w Hallandren narasta agresja, jak władcy sąsiedniego królestwa stają się coraz bardziej niespokojni. Z każdym rokiem pojawiały się głosy nawołujące do ataku na wyżyny zamieszkane przez „rebelianckich Idrian”. I z każdym rokiem głosy te stawały się głośniejsze i bardziej liczne. Z każdym rokiem pokojowa, negocjacyjna polityka Dedelina sprawiała, że armie zostawały w domach. Być może król miał nadzieję, że przywódca rebeliantów Vahr i jego dysydenci z Pahn Kahl odwrócą uwagę od Idris, ale Vahr został schwytany, a jego tak zwana armia rozbita. Skutkiem jego buntu zaś było to tylko, że Hallandren zwróciło baczniejszą uwagę na swych dawnych wrogów.

Pokoju nie można było utrzymać. Nie, skoro Idris miało tak żyzne ziemie, nie wówczas, kiedy kontrolowało tak cenne szlaki handlowe. I nie, kiedy Hallandren było rządzone przez bogów, którzy wydawali się jeszcze mniej obliczalni od swych poprzedników. Władca to wszystko rozumiał. Ale zdawał sobie również sprawę, że zerwanie traktatu byłoby postępkiem głupim. Kiedy ktoś trafia do leża dzikiej bestii, nie powinien prowokować jej gniewu.

Yarda stanął u jego boku przy oknie i wyjrzał na zewnątrz, opierając się łokciami o framugę. Generał był twardym człowiekiem, zrodzonym z surowych idriańskich zim. Był zarazem jednym z najlepszych ludzi, jakich kiedykolwiek poznał Dedelin – co więcej, król zastanawiał się czasem, czy nie powinien wydać Vivenny za syna wiernego oficera.

To były jednak głupie, nierozsądne myśli. Przecież Dedelin od zawsze wiedział, że ten dzień nadejdzie. Sam przygotował traktat, w którego myśl musiał wysłać córkę, by poślubiła Króla-Boga. Hallandren potrzebowało kobiety z królewską krwią w żyłach, by odnowić i uprawomocnić swą monarchię. Ci próżni, żądni chwały ludzie z nizin pragnęli tego od dawna, a Idris mogło się cieszyć spokojem przez ostatnie dwadzieścia lat tylko i wyłącznie dzięki temu jednemu postanowieniu układu.

Traktat był pierwszym oficjalnym dokumentem podpisanym za rządów Dedelina, jego treść wynegocjowano w nabrzmiałej wściekłością atmosferze, jaka zapanowała po zabójstwie jego ojca. Król zacisnął zęby. Jakże szybko ugiął się przed kaprysami wrogów! A jednak wiedział, że zrobiłby to raz jeszcze; jako władca Idris uczyniłby dla swych poddanych wszystko. Na tym właśnie polegała wielka różnica pomiędzy Idris i Hallandren.

– Yarda, jeśli ją tam wyślemy – odezwał się król – poślemy ją na śmierć.

– Może jej nie skrzywdzą – powiedział po dłuższej chwili generał.

– Dobrze wiesz, jak będzie. Gdy tylko wybuchnie wojna, wykorzystają ją przeciwko mnie. Mówimy przecież o Hallandren. Na Austre, przecież oni zapraszają Rozbudzających do swych pałaców!

Yarda umilkł. Wreszcie pokręcił głową.

– Według ostatnich doniesień w skład ich armii wchodzi już jakieś czterdzieści tysięcy Nieżywych.

Panie Kolorów, pomyślał Dedelin, raz jeszcze rzucając okiem na list. Język, jakim posługiwał się jego autor, był prosty. Nadeszły dwudzieste urodziny Vivenny, a traktat stanowił, że Dedelin nie może czekać już ani roku dłużej.

– Wysłanie im Vivenny to niedobry pomysł, ale nie mamy innych atutów – zauważył Yarda. – Jeśli zyskamy więcej czasu, mógłbym przeciągnąć na naszą stronę Tedradel. Oni nienawidzą Hallandren jeszcze od czasów Wielowojnia. Może mógłbym też podburzyć niedobitki buntowników Vahra w samym Hallandren. Wtedy zyskalibyśmy przynajmniej czas, by rozbudować fortyfikacje, przygotować zaopatrzenie, przeżyć jeszcze rok. – Yarda spojrzał na władcę. – Jeśli Hallandren nie dostanie od nas księżniczki, wojna wybuchnie z naszej winy. Tak pomyślą wszyscy, i kto nas wtedy poprze? Zaczną się pytania: dlaczego nasz władca złamał traktat, który sam napisał?

– Ale jeśli oddamy Vivennę, jej krew sprawi, że ich pretensje dotyczące gór i przełęczy będą mieć jeszcze mocniejsze podstawy!

– Możliwe – przyznał Yarda – tyle że skoro obaj zdajemy sobie sprawę, że oni zaatakują tak czy inaczej, to dlaczego przejmować się ugruntowaniem ich żądań? A tak przynajmniej poczekają z najazdem do chwili narodzin spadkobiercy.

Czas. Generał zawsze prosił o więcej czasu. Tylko co począć, jeśli ten czas ma zostać zyskany kosztem własnego dziecka?

Yarda nie wahałby się przed posłaniem żołnierza na śmierć, gdyby dzięki temu cała armia mogła zyskać czas na zajęcie lepszej pozycji, pomyślał król. – Jesteśmy Idrianami. Jak mogę nie prosić własnej córki o coś, czego bez zastanowienia oczekiwałbym od żołnierza?

Ale myśl o Vivennie w ramionach Króla-Boga, o Vivennie zmuszonej do noszenia dziecka tego potwora... przez to Dedelin niemal siwiał. Jej dziecko urodziłoby się jako kolejny martwy noworodek potwór, który stałby się następnym Powracającym Bogiem.

Jest jeszcze inny sposób... – pomyślał ze wstydem w głębi ducha. Nie musisz posyłać tam Vivenny...

Ktoś zapukał do drzwi sali. Obaj z Yardą odwrócili się i Dedelin zaprosił przybysza do wejścia. Od razu wiedział kto to taki.

Vivenna miała na sobie stonowaną, szarą sukienkę. W oczach króla wciąż wyglądała bardzo młodo. Z drugiej strony była doskonałym ucieleśnieniem Idrianki – włosy związane w skromny kok, brak makijażu, który przyciągałby uwagę do jej twarzy. Nie była przy tym miękka ani nieśmiała jak niektóre inne arystokratki z królestw północy. Była po prostu spokojna. Opanowana, prosta, twarda i wytrzymała. Idrianka.

– Ojcze, naradzacie się tu w zamknięciu już kilka godzin – odezwała się dziewczyna, z szacunkiem kłaniając się Yardzie. – Słudzy mówili mi o kolorowej kopercie, którą przyniósł ze sobą generał. Wydaje mi się, że wiem, co się w niej znajdowało.

Dedelin spojrzał córce w oczy i gestem zaprosił ją do zajęcia miejsca. Dziewczyna zamknęła cicho drzwi i usiadła na jednym z drewnianych krzeseł stojących pod ścianą komnaty. Yarda, jak mężczyźnie przystało, wciąż stał. Vivenna spojrzała na leżący na biurku list. Niezmiennie spokojna, panowała nad swymi włosami, które ani na chwilę nie zmieniały odcienia i wciąż miały barwę szacownej czerni. Była dwakroć tak nabożna jak jej ojciec i w odróżnieniu od swojej młodszej siostry nigdy nie poddawała się nagłym wybuchom emocji.

– Rozumiem więc, że powinnam się przygotować do drogi – odezwała się, składając dłonie na kolanach.

Dedelin otworzył usta, ale nie potrafił zaprzeczyć. Rzucił okiem na Yardę, który pełnym rezygnacji gestem pokręcił głową.

– Ojcze, przygotowywałam się do tego całe życie – podjęła Vivenna. – Jestem gotowa. Wiem jednak, że Siri nie przyjmie tego dobrze. Godzinę temu wyjechała na przejażdżkę. Powinnam opuścić miasto jeszcze zanim wróci. W ten sposób unikniemy nieprzystojnych scen, jakie mogłaby urządzić.

– Za późno. – Yarda skrzywił się i skinął głową w stronę okna. Zebrani na dziedzińcu ludzie pierzchali na wszystkie strony, uciekając przed jeźdźcem, który galopem wpadł przez bramę. Jeździec miał na sobie intensywnie brązowy płaszcz – niemal zbyt kolorowy – i oczywiście rozpuszczone włosy.

Złote włosy.

Dedelin poczuł, jak narasta w nim gniew i frustracja. Tylko Siri potrafiła doprowadzić go do utraty panowania nad sobą i – jakby w ironicznym kontrapunkcie wobec powodu swego wzburzenia – poczuł, jak zmienia się kolor jego własnej fryzury. Obserwatorzy mogli zauważyć, jak kilka loków na jego głowie przeszło z czerni w krwawiącą czerwień. Była to cecha wyróżniająca osoby z królewskiego rodu, którego członkowie uciekli na wyżyny Idris w szczytowej fazie Wielowojnia. Pozostali mogli ukrywać emocje. Głowy członków rodziny Dedelina jednak wszem wobec obwieszczały, co się dzieje w ich sercach.

Vivenna przyglądała się ojcu, nieskazitelna jak zawsze. Siła i opanowanie dziewczyny pomogły władcy, który zmusił włosy do przybrania na powrót ciemniejszego odcienia. Kontrolowanie zdradzieckich Królewskich Loków wymagało większej siły woli, niż się to większości ludzi zdawało. Dedelin sam nie był pewien, w jaki sposób Vivennie udało się tak doskonale opanować tę umiejętność.

Biedna dziewczyna, nie miała nawet dzieciństwa, przemknęło mu przez głowę. Życie Vivenny od urodzenia zmierzało ku temu jednemu wydarzeniu. Jego pierworodna, dziecko, które wydawało mu się częścią jego osoby. Dziewczyna stanowiąca niewyczerpane źródło dumy; kobieta, która już teraz zyskała sobie miłość i szacunek poddanych. Oczyma duszy widział, jak wspaniałą stałaby się królową, silniejszą zapewne nawet od niego. Byłaby kimś, kto zdołałby przeprowadzić Idris przez czekające królestwo mroczne czasy.

 

Pod warunkiem, że udałoby się jej tego wszystkiego dożyć.

– Przygotuję się do drogi – oświadczyła Vivenna i wstała z miejsca.

– Nie – rzucił Dedelin.

Oboje, Yarda i Vivenna unieśli wzrok.

– Ojcze – przypomniała dziewczyna – jeśli złamiemy traktat, wybuchnie wojna. Jestem gotowa poświęcić się dla naszego ludu. Sam mnie tego uczyłeś.

– Nie pojedziesz – powiedział z naciskiem Dedelin i odwrócił się do okna.

Na dworze Siri zaśmiewała się z czegoś w towarzystwie stajennych. Władca słyszał wybuchy jej chichotu nawet z tej odległości: włosy młodszej córki przybrały barwę ognistej czerwieni.

Panie Kolorów, wybacz mi, pomyślał. To dla ojca najcięższy z wyborów. Traktat stanowi jednak dokładnie: Kiedy Vivenna skończy dwudziesty rok życia, muszę odesłać córkę do Hallandren. W tekście umowy nie ma jednak słowa o tym, którą córkę mam wyprawić w drogę.

Gdyby Dedelin nie wysłał do Hallandren córki, południowi sąsiedzi zaatakowaliby natychmiast. Jeśli pośle nie tę, której się spodziewają, mogą się rozgniewać, ale nie rozpętają wojny. Tego był pewien. Zaczekają do przyjścia na świat dziedzica Idris. Dziecka z królewską krwią w żyłach. A to oznacza co najmniej dziewięć miesięcy.

Poza tym... – myślał. Gdyby mnie szantażowali, używając jako zakładniczki Vivenny, nie poradziłbym sobie i poddał się od razu.

Czuł wstyd na tę myśl, ale tak naprawdę to właśnie dlatego podjął taką decyzję.

Dedelin spojrzał na zebranych.

– Vivenno, nie pojedziesz tam i nie poślubisz boga tyrana naszych wrogów. Zamiast ciebie poślę im Siri.