RozjemcaTekst

Z serii: Siewca Wojny #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dar Pieśni przez chwilę się zastanawiał.

– A jeśli ja nie wierzę? – zapytał w końcu.

– W co, Wasza Miłość?

– W to wszystko – wyjaśnił Dar Pieśni. – W to, że Powracający są bogami. W to, że te wizje są czymś więcej niż chaotycznymi gierkami mojego mózgu. Co, jeśli nie wierzę, że mój Powrót miał związek z jakimkolwiek planem czy celem?

– W takim razie być może wróciłeś, żeby w to uwierzyć.

– Zaczekaj... Twierdzisz, że po drugiej stronie – tam, gdzie z pewnością wierzyłem w istnienie jakiejś drugiej strony – zdałem sobie sprawę, że jeśli Powrócę, przestanę wierzyć w drugą stronę, i wróciłem właśnie po to, by odkryć w sobie wiarę w jej istnienie, którą utraciłem tylko dlatego, że Powróciłem?

Llarimar umilkł i uśmiechnął się.

– No tak, mój ostatni argument trochę się chwieje pod ciosami logiki, prawda?

– Tak troszkę. – Dar Pieśni odpowiedział uśmiechem. Odwrócił się i jego wzrok padł na górujący nad całym dworem monumentalny pałac Króla-Boga. – Co o niej sądzisz?

– O nowej królowej? – spytał kapłan. – Nie widziałem jej, Wasza Miłość. Zostanie zaprezentowana dopiero za kilka dni.

– Nie pytam o osobę, tylko o skutki jej pojawienia się.

Llarimar spojrzał nań uważniej.

– Czyżbyś, Wasza Miłość, zainteresował się nagle polityką?

– Tak, tak, wiem, wiem. Dar Pieśni jest hipokrytą. Odpokutuję za to później. Ale teraz odpowiedz mi na pytanie.

– Nie wiem, co o tym myśleć, Wasza Miłość – odparł kapłan, uśmiechając się. – Od dwudziestu lat uważano, że sprowadzenie księżniczki z królewskiego rodu to dobry pomysł.

Tak, pomyślał bóg. Ale tamten dwór przestał istnieć. Powracający uznali, że zasilenie dynastii Hallandren królewską krwią będzie korzystne. Ale ci bogowie – ci, którzy sądzili, że wiedzą co począć po przybyciu Idrianki – od dawna już nie żyją. A ci, którzy ich zastąpili, okazali się o wiele gorsi.

Jeśli to, co powiedział Llarimar, było prawdą, to wszystko, co Dar Pieśni oglądał we śnie, było ważnym zwiastunem. Każdy ukazujący wojnę koszmar. Wszystkie dręczące go złe przeczucia. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu miał wrażenie, że Hallandren pędzi w dół po górskim zboczu, zupełnie nie wiedząc, że otwiera się przed nim bezdenna przepaść.

– Jutro odbędzie się Zgromadzenie Dworskie, prawda? – spytał Powracający, nie odrywając oczu od czarnego pałacu.

– Tak, Wasza Miłość.

– Skontaktuj się z Poranną Rosą. Dowiedz się, czy mogę jej towarzyszyć podczas spotkania. Może uda jej się mnie jakoś rozerwać. Wiesz, że od polityki boli mnie głowa.

– Ciebie nie może boleć głowa, Wasza Miłość.

Dar Pieśni widział w oddali wychodzących z dworu wyproszonych ludzi – wracali do miasta, zostawiając za sobą dwór bogów.

– A już się łudziłem – powiedział cicho.

* * *

Siri stała w ciemnej sypialni i wyglądała przez okno. Pałac Króla-Boga był wyższy od otaczających murów, a okna komnaty wychodziły na wschód. Daleko przed nią widniało morze. Dziewczyna patrzyła na fale i czuła żar popołudniowego słońca. Teraz, gdy miała na sobie tylko cienką koszulę, żar był przyjemny, zwłaszcza że wiejąca znad oceanu bryza nie pozwalała mu się rozszaleć. Wiatr igrał w jej długich włosach, szarpał za ubranie.

Powinna już nie żyć. Odezwała się bezpośrednio do Króla-Boga, usiadła, a co gorsza, postawiła mu żądanie. Cały ranek oczekiwała kary. I nic się nie wydarzyło.

Pochyliła się nad parapetem i skrzyżowała przedramiona na kamiennej płycie. Zamknęła oczy, chłonąc powiew od morza. W głębi ducha wciąż była przerażona swoim postępkiem. Ale ten lęk z każdą chwilą malał. Przez cały czas postępowałam źle, pomyślała. Pozwoliłam, by kierowały mną lęki i niepokój.

Dotąd bardzo się nimi przejmowała. Robiła po prostu to, co wydawało się słuszne. Teraz zaczynała podejrzewać, że powinna była unieść głowę w obliczu władcy już kilka dni temu. A może jednak nie była dostatecznie ostrożna. Może kara nadejdzie? Niemniej w tej chwili miała wrażenie, że udało się jej czegoś dokonać.

Uśmiechnęła się i otworzyła oczy. Pozwoliła, by jej włosy przybrały jasnożółtą barwę.

Najwyższa pora, by przestać się bać.

13

– Oddam to – powiedziała z naciskiem Vivenna.

Siedziała z najemnikami w domu Lemeksa. Wczoraj została zmuszona do przyjęcia Oddechów, po czym spędziła bezsenną noc, zostawiając zajęcie się ciałem starego szpiega pielęgniarce i nowym towarzyszom. Nie mogła sobie przypomnieć chwili, gdy zasnęła wyczerpana stresem całego dnia. Pamiętała tylko, że położyła się, by przez chwilę odetchnąć w drugiej sypialni na piętrze. Kiedy się obudziła, ze zdziwieniem stwierdziła, że najemnicy wciąż tam są. Najwyraźniej, wraz z Parlinem, spali na dole.

Sen nie pomógł w rozwiązaniu jej problemów. Wciąż była w posiadaniu tego odrażającego Oddechu i nadal nie miała pojęcia, jak poradzi sobie w Hallandren bez pomocy Lemeksa. Choć, jeśli chodziło o BioChromę, wiedziała, co powinna zrobić. Mogła ją oddać.

Zebrali się w salonie. Podobnie jak większość miejsc w Hallandren, i ten pokój niemal pęczniał od barw. Ściany były wyłożone cienkimi listewkami przypominającego trzcinę drewna, pomalowanego jaskrawymi farbami. Vivenna nie mogła nie zauważyć, że każdy odcień był w tej chwili bardziej intensywny niż przedtem. Zyskała też dziwnie silną umiejętność rozróżniania barw – ich odcieni i tonów. Instynktownie wyczuwała jak daleki jest każdy z nich od ideału. Zupełnie jakby obdarzono ją wzrokiem doskonałym.

I bardzo, ale to bardzo ciężko było jej nie zwracać uwagi na piękno tych kolorów.

Denth stał oparty o przeciwległą ścianę. Tonk Fah wyciągnął się na sofie i co jakiś czas ziewał. Kolorowy ptak przysiadł na jego stopie. Parlin wyszedł i trzymał straż na zewnątrz.

– Oddasz, księżniczko? – spytał Denth.

– Tak, oddam – powiedziała Vivenna. Siedziała skromnie na kuchennym stołku, ignorując miękkie kanapy i fotele. – Poszukamy nieszczęśników, którzy zostali okradzeni przez waszą kulturę z BioChromy, i każdemu oddam jeden Oddech.

Denth rzucił okiem na Tonk Faha, który znów tylko ziewnął.

– Księżniczko – odezwał się najemnik – nie można oddać pojedynczego Oddechu. Można jedynie pozbyć się naraz całości.

– Razem z twoim własnym – dodał Tonk Fah.

Denth skinął głową.

– Co uczyniłoby cię Bezbarwną.

Na tę myśl Vivenna poczuła uścisk w żołądku. Nie tylko utraciłaby tak niedawno otrzymane piękno i barwy, ale także własny Oddech, swą duszę... Jej włosy zrobiły się niemal zupełnie białe.

– Nie – zdecydowała – w takim razie nie mogę tego zrobić.

W salonie zapadła cisza.

– Mogłaby coś Przebudzić – zauważył Tonk Fah i zamachał nogą. Papuga zaskrzeczała. – Wcisnąć Oddechy w parę gaci, czy coś takiego.

– Słusznie – przyznał Denth.

– A... co wtedy? – zaniepokoiła się Vivenna.

– Mamy na myśli ożywianie przedmiotów, księżniczko – wyjaśnił najemnik. – Martwych przedmiotów. To pozbawiłoby cię części Oddechu, a przedmiot stałby się w pewnym sensie żywy. Większość Rozbudzających robi to tylko na jakiś czas, ale nie ma powodu, żebyś ty nie zostawiła swego Oddechu w Przebudzonej rzeczy na zawsze.

Rozbudzanie. Odbieranie dusz ludziom i przekazywanie ich nieumarłym potworom. Z jakiegoś powodu Vivenna czuła, że w oczach Austre byłby to czyn jeszcze bardziej odrażający niż samo tylko posiadanie Oddechu. Westchnęła i pokręciła głową. Ponadto problem BioChromy stanowił – jak się obawiała – jedynie wymówkę, z której skrzętnie korzystała, by nie myśleć o tym, co pocznie bez Lemeksa. Co robić?

Denth usiadł obok niej na krześle i oparł stopy na podnóżku. Wyglądał lepiej niż Tonk Fah – czarne włosy związał w schludny koński ogon, twarz miał gładko ogoloną.

– Nie cierpię pracy najemnika – powiedział. – Wiesz dlaczego?

Dziewczyna uniosła brew.

– Brak jakiegokolwiek ubezpieczenia – dodał najemnik. – Zajmujemy się niebezpiecznymi i nieprzewidywalnymi sprawami. A nasi pracodawcy często umierają przed wypłatą. Paskudny nawyk.

– I zazwyczaj nie na katar – zauważył Tonk Fah. – Dużo częściej wybierają miecze.

– Pomyśl, w jakim kłopocie znaleźliśmy się teraz – ciągnął Denth. – Bez pracodawcy nie wiemy co począć.

Vivenna zamarła. Czy to znaczy, że umowa wygasła? – zastanowiła się. Wiedzą, że jestem księżniczką Idris. Co zrobią z tą informacją? Czy to dlatego zostali tu na noc i nie odeszli? Czy będą mnie szantażować?

Denth przyjrzał jej się bacznie.

– Widzisz? – zwrócił się do Tonk Faha.

– Tak – odpowiedział krępy najemnik. – Myśli o tym.

Denth oparł się wygodniej na krześle.

– Właśnie to mnie denerwuje. Dlaczego wszyscy zakładają, że kiedy skończy się umowa, zostaną przez najemników zdradzeni? Uważasz, że biegamy po świecie, dźgając ludzi dla zabawy? Myślisz, że medycy mają ten problem? Czy ktokolwiek się niepokoi, że gdy tylko przestanie opłacać lekarza, ten zaśmieje się demonicznie i odrąbie mu palce u stóp?

– Oj, lubię obcinać palce – wtrącił Tonk Fah.

– To co innego – skomentował Denth. – Nie zrobiłbyś tego tylko dlatego, że umowa dobiegła końca, prawda?

– No nie – przyznał Tonk Fah. – Palce to palce.

Vivenna uniosła oczy ku niebu.

– Zmierzacie do czegoś?

– Zmierzamy do tego, księżniczko, że właśnie obawiałaś się, że cię zdradzimy. Obrabujemy albo sprzedamy w niewolę, lub zrobimy coś podobnie okropnego.

– Nonsens – zaprotestowała dziewczyna. – O niczym takim nie pomyślałam.

– Jestem pewien – odparł z przekąsem Denth. – Tymczasem nasz zawód jest bardzo szacowny. Jest legalny w niemal każdym znanym mi królestwie. Jesteśmy takimi samymi graczami na rynku jak piekarze czy rybacy.

 

– Chociaż podatków nie płacimy – zauważył Tonk Fah. – Poborców zabijamy dla zabawy.

Vivenna tylko pokręciła głową.

Denth pochylił się i odezwał już poważniejszym tonem.

– Próbuję przez to powiedzieć, księżniczko, że nie jesteśmy przestępcami. Jesteśmy zwykłymi pracownikami. Twój przyjaciel Lemex był naszym szefem. Teraz już nie żyje i według mnie nasza umowa przechodzi na ciebie. O ile tego oczywiście chcesz.

Vivenna poczuła przypływ nadziei. Ale czy mogła im zaufać? Mimo przemowy Dentha, wciąż ciężko jej było uwierzyć w motywy i altruizm mężczyzn, którzy walczą i zabijają dla pieniędzy. A jednak nie wykorzystali choroby Lemeksa. I zostali, mimo że mogli obrabować dom i uciec jeszcze nocą.

– No dobrze – powiedziała. – Ile wam zostało zgodnie z umową?

– Nie mam pojęcia – przyznał Denth. – Tymi sprawami zajmuje się Perełka.

– Perełka? – zdziwiła się Vivenna.

– Najemniczka z naszej grupy – wyjaśnił Tonk Fah. – Nie ma jej teraz. Zajmuje się perlistymi sprawami.

Vivenna zmarszczyła brwi.

– Ilu was jest?

– Tylko troje – odpowiedział Denth.

– No, chyba żeby doliczyć zwierzaki – dodał Tonk Fah, znacząco kołysząc nogą, na której siedział jego ptak.

– Ona niedługo wróci – rzekł Denth. – Wpadła na chwilę zeszłej nocy, ale spałaś. Tak czy inaczej, umowa wiązała nas na co najmniej kilka miesięcy, a połowę pieniędzy dostaliśmy z góry. Nawet jeśli zdecydujesz nie zapłacić nam reszty, to prawdopodobnie jesteśmy ci winni jeszcze kilka tygodni.

Tonk Fah skinął głową.

– Więc jeśli chcesz, żebyśmy kogoś dla ciebie zabili, to właśnie nadeszła pora decyzji.

Vivenna otworzyła szeroko oczy. Tonk Fah zachichotał.

– Naprawdę powinnaś się już przyzwyczaić do naszego żołdackiego poczucia humoru, księżniczko – stwierdził Denth. – Chyba że już nie chcesz nas przy sobie trzymać.

– Przecież, zdaje się, sugerowałam, że chcę – zauważyła Vivenna.

– No dobra – rzucił Denth. – Ale co mamy dla ciebie robić? Po co w ogóle przyjechałaś do T’Telir?

Vivenna nie odpowiedziała od razu. Nie ma chyba sensu niczego ukrywać, pomyślała. Przecież oni i tak znają mój największy sekret. Wiedzą, kim jestem.

– Przyjechałam tu, by uratować swoją siostrę – wyjaśniła. – Chcę ją wykraść z pałacu Króla-Boga i całą i zdrową odwieźć do Idris.

Najemnicy umilkli. Wreszcie Tonk Fah zagwizdał.

– Ambitnie – podsumował. Papuga też zagwizdała.

– W końcu to księżniczka – zauważył Denth. – One zazwyczaj są ambitne.

– Siri nie została odpowiednio przygotowana. Nie poradzi sobie w Hallandren – powiedziała Vivenna, pochylając się lekko. – Nasz ojciec przysłał ją tu zamiast mnie, ale nie jestem w stanie znieść myśli o tym, że to nie ja, a ona służy Idris jako żona Króla-Boga. Niestety, jeśli po prostu ją porwiemy i uciekniemy, Hallandren zaatakuje moją ojczyznę. Musimy więc sprawić, by zniknęła tak, żeby w żaden sposób nie kojarzyło się to z moim królestwem. W razie potrzeby sama zajmę jej miejsce.

Denth podrapał się po głowie.

– No więc? – rzuciła Vivenna.

– To nie do końca nasza specjalność – powiedział Denth.

– Jesteśmy raczej od bicia i zabijania – poparł go Tonk Fah.

Szczuplejszy najemnik skinął głową.

– A także od pilnowania, by nikt naszego klienta nie pobił i nie zabił. Dla Lemeksa byliśmy przede wszystkim prywatną strażą.

– Dlaczego w takim razie nie poprosił mojego ojca o przysłanie kilku idriańskich żołnierzy? Oni też mogliby go chronić.

Denth i Tonk Fah wymienili się spojrzeniami.

– Jak by ci to najdelikatniej powiedzieć, księżniczko... – Najemnik się zawahał. – Twój Lemex defraudował pieniądze waszego króla. Kupował za nie Oddechy.

– Lemex był patriotą! – odparła natychmiast Vivenna.

– Mogło być, jak mówisz – przytaknął Denth – ale nawet najwierniejsi kapłani ściągają czasem ze świątynnych skarbców po kilka monet. Myślę, że Lemex uznał po prostu, że lepiej, by jego ochronę stanowili ludzie z zewnątrz.

Vivenna milczała. Ciężko jej było pogodzić się z myślą, że ten znany jej z listów, rozsądny, mądry i zaangażowany w sprawę mężczyzna okazał się złodziejem. Oczywiście przedtem nie pomyślałaby nawet, że szpieg kupował BioChromę.

Ale defraudacja? Okradanie Idris?

– W naszej pracy człowiek wiele się uczy – podjął Denth i oparł się wygodniej, splatając ręce za głową. – Walczymy z tyloma ludźmi, że zaczynamy ich rozumieć. Udaje się nam przeżyć tylko dlatego, że zawczasu przewidujemy ich posunięcia. I najważniejszą nauką, jaką wynosimy, jest ta, że ludzie są skomplikowani. Nawet Idrianie.

– Tak. Są śmiertelnie nudni, ale skomplikowani – dodał Tonk Fah.

– Twój Lemex miał szeroko zakrojone plany – ciągnął Denth. – Naprawdę uważam, że był szczerym i oddanym patriotą. W tym mieście wciąż ktoś spiskuje, księżniczko. Niektóre z projektów, w jakich mu pomagaliśmy, były naprawdę poważne i miały na celu dobro Idris. Tak przynajmniej myślę. Wydaje mi się, że twój szpieg uznał po prostu, że za ten patriotyzm należy mu się coś więcej.

– Uprzejmy był z niego gość – stwierdził Tonk Fah. – Nie chciał kłopotać twojego ojca. Sam sobie przeliczył wydatki, wyznaczył sobie podwyżkę, a w raportach wskazywał na wyższe koszty, niż ponosił w rzeczywistości.

Vivenna trawiła w milczeniu zaskakujące informacje. Jak to możliwe, by ktoś, kto kradł pieniądze z idriańskiego skarbca, był jednocześnie patriotą? Jak to możliwe, że wierny wyznawca Austre nosił w sobie kilkaset BioChromatycznych Oddechów?

Pokręciła ze smutkiem głową. „Widywałem ludzi wynoszących się ponad bliźnich i widziałem ich upadek” – zacytowała w duchu. Była to jedna z Pięciu Wizji. Nie powinna osądzać Lemeksa, szczególnie, że już nie żył.

– Zaraz – rzuciła, bacznie przyglądając się najemnikom. – Mówicie, że byliście po prostu jego gwardzistami. Na czym więc polegała wasza pomoc w jego „projektach”?

Obaj mężczyźni spojrzeli po sobie.

– Mówiłem, że nie jest głupia – skwitował Tonk Fah. – To pewnie dlatego nie jest najemniczką.

– Jesteśmy żołnierzami, księżniczko – powiedział Denth. – Niemniej posiadamy też pewne inne... umiejętności. Potrafimy załatwiać niektóre sprawy.

– Sprawy? – spytała Vivenna.

Denth wzruszył ramionami.

– Znamy odpowiednie osoby. Mamy kontakty. Dzięki temu jesteśmy przydatni. Pozwól, że zastanowię się nad problemem twojej siostry. Może coś wymyślę. W zasadzie to przypomina porwanie dziecka...

– Co – wtrącił Tonk Fah – nie jest naszym ulubionym rodzajem zlecenia. Wspominaliśmy już o tym?

– Tak – przytaknęła dziewczyna. – Kiepski interes. Nie da się na tym zarobić. Więc nad jakimi projektami pracował Lemex?

– Nie jestem pewny – przyznał Denth. – Nie wtajemniczał nas w całość. My tylko załatwialiśmy konkretne zlecenia, organizowaliśmy spotkania, zastraszaliśmy ludzi. Ale na pewno miało to związek z pracą dla twojego ojca. Jeśli chcesz, możemy to wszystko sprawdzić.

– Tak, chcę. – Vivenna kiwnęła głową.

– No dobrze. – Denth wstał i przeszedł obok sofy Tonk Faha. Klepnął towarzysza po nodze. Papuga zaskrzeczała. – Chodź, Tonk. Czas rozbebeszyć dom.

Tonk Fah ziewnął i usiadł prosto.

– Zaczekajcie! – zawołała Vivenna. – Jak to rozbebeszyć?

– Zupełnie normalnie – odparł Denth, idąc w stronę schodów. – Odnaleźć wszystkie skrytki. Przetrząsnąć dokumenty i archiwa. Trzeba się dowiedzieć, co planował Lemex.

– On raczej nie będzie mieć nic przeciwko – dodał Tonk Fah. – W końcu nie żyje.

Vivenna zadrżała. Wciąż żałowała, że nie była w stanie zapewnić staremu szpiegowi należytego idriańskiego pochówku i musiała odesłać ciało Lemeksa do miejscowej kostnicy. A myśl o tych dwóch zabijakach przeglądających jego osobiste rzeczy wcale nie była bardziej przyjemna.

Denth zauważył wyraz jej twarzy.

– Jeśli nie chcesz, nie musimy tego robić.

– Jasne – zgodził się Tonk Fah – tyle że wtedy nie dowiemy się niczego o jego planach.

– Zróbcie to – powiedziała dziewczyna. – Ale będę mieć na was oko.

– W to akurat wątpię – odparł Denth.

– A to dlaczego?

– Ponieważ... – odpowiedział. – Cóż, wiem, że nikt nigdy nie pyta najemników o zdanie. Ale widzisz...

– No mów! – rzuciła poirytowana Vivenna i natychmiast zganiła się w duchu za brak opanowania.

Co się ze mną dzieje? – pomyślała. To zapewne wpływ przeżyć kilku ostatnich dni.

Denth tylko się uśmiechnął, jakby rozbawiony jej wybuchem.

– Dzisiaj odbędzie się Zgromadzenie Dworskie. Powracający będą radzić nad sprawami królestwa, księżniczko.

– No i? – spytała dziewczyna, siląc się na spokój.

– No i – wyjaśnił najemnik – również dzisiaj twoja siostra zostanie zaprezentowana bogom. Spodziewam się, że zechcesz rzucić na nią okiem i sprawdzić, jak się czuje. A jeśli chcesz to zrobić, powinnaś się pośpieszyć. Zgromadzenie rozpoczyna się już niedługo.

Vivenna splotła ręce na piersi, ale poza tym nawet nie drgnęła.

– Uczyłam się tego wszystkiego, Denth. Zwykli ludzie nie mogą wchodzić na teren Dworu Bogów. Aby uczestniczyć w Zgromadzeniu Dworskim, trzeba być albo faworytem jednego z bogów, albo niebywale wpływowym człowiekiem, albo wygrać na loterii.

– To wszystko prawda – przyznał Denth. – Szkoda, że nie znamy nikogo posiadającego znaczną ilość BioChromatycznych Oddechów. Taka osoba natychmiast zostałaby uznana za godną wstępu na Dwór Bogów. I to bez zbędnych pytań.

– Ach, Denth – rzucił Tonk Fah. – Ale przecież taki ktoś musi mieć co najmniej pięćdziesiąt Oddechów! To strasznie dużo!

Vivenna przez moment milczała.

– A... ile ja mam Oddechów?

– Och, coś koło pięciuset – odpowiedział Denth. – Tak przynajmniej twierdził Lemex. Skłaniam się ku temu, by w to wierzyć. W końcu to przez ciebie nasz dywan tak świeci.

Dziewczyna spojrzała pod nogi i po raz pierwszy spostrzegła, że wokół niej tworzy się krąg intensywniejszych barw. Nie było to zjawisko zbytnio rzucające się w oczy, ale z pewnością zauważalne.

– Powinnaś już iść, księżniczko – dodał ze schodów Denth. – Nie spóźnij się.

* * *

Jasnowłosa z podenerwowania Siri siedziała niespokojnie i starała się zapanować nad własnym ciałem. Służące układały jej włosy. Uroczystości Zaślubin – coś, co według niej nosiło wyjątkowo nietrafioną nazwę – dobiegły wreszcie końca i nadszedł czas na oficjalną prezentację nowej królowej przed bogami Hallandren.

Prawdopodobnie za bardzo się emocjonowała. W końcu to wszystko nie miało trwać zbyt długo. Jednakże perspektywa opuszczenia pałacowych murów – nawet jeśli miała wyjść jedynie na dziedziniec – przyprawiała ją niemal o zawrót głowy. Wreszcie będzie miała okazję porozmawiać z kimś poza kapłanami, skrybami i służącymi. Wreszcie spotka bogów, o których tak wiele słyszała.

Poza tym przy prezentacji miał być obecny także i on. Króla-Boga widywała dotąd tylko podczas nocnych sesji, kiedy to jego postać była skryta w cieniu. Dziś przynajmniej zobaczy go w świetle dnia.

Spojrzała na swoje odbicie w dużym zwierciadle i uśmiechnęła się. Służące ułożyły jej niebywale skomplikowaną fryzurę, część włosów splotły w warkocze, pozwalając reszcie swobodnie spływać na plecy. Warkoczyki ozdobiły kilkoma wstążkami, które wiły się również między luźnymi puklami. Przy każdym ruchu głowy wstążki migotały. Gdyby ktokolwiek z jej rodu zobaczył tak krzykliwe barwy, wpadłby z pewnością w przerażenie. Siri wyszczerzyła się w zbójeckim uśmieszku i zmieniła kolor włosów na bardziej złoty odcień, który lepiej pasował do ozdób.

Służki uśmiechnęły się z aprobatą, kilka z nich jęknęło cicho z zachwytu nad przemianą. Siri oparła się wygodniej i złożyła dłonie na kolanach. Spojrzała na przygotowane dla niej stroje. Jeden z nich musiała wybrać na dworską uroczystość. Suknie były niezwykle bogate – nie tak wyrafinowane jak te, które wkładała przed wizytami w komnacie sypialnej władcy, lecz o wiele bardziej oficjalne.

Kapłani i służba byli dziś odziani w czerwień. Samo to sprawiło, że Siri poczuła ochotę włożyć coś w innym kolorze. Wybór padł na złoto i wskazała palcem dwie złociste suknie. Kobiety przyniosły je bliżej, by mogła lepiej im się przyjrzeć. Niestety, służące pokazały jej jeszcze trzy inne złote sukienki z przenośnej szafy stojącej w korytarzu.

 

Dziewczyna westchnęła. Miała wrażenie, że służki starają się ze wszystkich sił utrudnić jej dokonanie wyboru. Poza tym cierpiała, wiedząc, ile pięknych strojów znika bezpowrotnie każdego dnia. Gdyby tylko...

– Czy mogę przymierzyć je wszystkie? – spytała po chwili namysłu.

Służące wymieniły spojrzenia, po czym skinęły głowami. Ich miny zawierały prosty przekaz: „Oczywiście, że możesz”. Siri poczuła się głupio, ale w Idris nigdy nie miała w czym przebierać. Uśmiechnęła się i wstała, pozwalając kobietom zdjąć jej szatę i włożyć pierwszą suknię. Uczyniły to starannie, bacząc, by nie zepsuć jej fryzury. Dziewczyna przejrzała się w lustrze i stwierdziła, że dekolt jest nieco zbyt odważny. Miała ochotę poszaleć z kolorami, ale publiczne pokazywanie ciała wciąż wydawało jej się skandaliczne.

Skinęła głową, pozwalając służącym zdjąć z niej sukienkę. Po chwili ubrały ją w następną – dwuczęściową z dodanym gorsetem. Siri chętnie przymierzyła i ten strój. Spodobał się jej, ale chciała sprawdzić, jak leżą na niej pozostałe. Obróciła się więc kilka razy, obejrzała plecy i przeszła do kolejnych sukien.

Ubrania były frywolne, ale czemu właściwie tak bardzo się tym przejmowała? Nie było przy niej ojca, który mógłby spojrzeć na nią swoim surowym, pełnym dezaprobaty wzrokiem. Vivenna również znajdowała się w sąsiednim królestwie, a Siri została królową Hallandren. Chyba zatem powinna nauczyć się tutejszego sposobu życia? Uśmiechnęła się, zdając sobie sprawę, że to usprawiedliwienie jest dość śmieszne, ale i tak przymierzyła jeszcze jedną suknię.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?