Droga królówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Podziękowania

Preludium do Archiwum Burzowego Światła

Księga pierwsza. Droga królów

Część pierwsza. Ponad ciszą

Interludia

Część druga. Rozświetlające burze

Interludia

Część trzecia. Umierając

Interludia

Część czwarta. Burze rozświetlają

Część piąta. Cisza ponad

Posłowie

Ars Arcanum


Tytuł oryginału: The Way of Kings

Copyright © 2010 by Dragonsteel Entertainment, LLC

Copyright for the Polish translation © 2014 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Dominik Broniek

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Ilustracje wewnętrzne: Greg Call, Issac Stewart i Ben McSweeney

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-66409-67-5

Wydanie IV

Wydawca: Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227 335 010

www.dressler.com.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Emily,

Która jest bardziej cierpliwa

Bardziej życzliwa

I bardziej cudowna

Niż można wyrazić to słowami.

Ale i tak próbuję.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Podziękowania

Pierwszą wersję „Drogi królów” ukończyłem w roku 2003, ale pracę nad fragmentami książki rozpocząłem pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Nad pewnymi wątkami zastanawiałem się jeszcze wcześniej. Praca nad żadnym z moich utworów nie trwała tak długo – tworzeniu tej powieści poświęciłem ponad dziesięć lat. I dlatego nikogo nie powinno dziwić, że tak wielu ludzi mi przy niej pomagało. Nie udałoby mi się wymienić ich wszystkich – moja pamięć nie jest aż tak doskonała. Chciałbym jednak podziękować z głębi serca kilku najważniejszym osobom.

Po pierwsze, mojej żonie, Emily, której zadedykowałem tę książkę. Wiele z siebie dała, by ta powieść mogła powstać. Nie chodzi tu jedynie o czytanie manuskryptu i udzielanie rad, ale też brak mojego towarzystwa podczas długich okresów pracy pisarskiej. Jeśli ktoś z czytelników będzie miał okazję się z nią spotkać, należą się jej podziękowania (lubi czekoladę).

Jak zawsze, moi doskonali: redaktor i agent – Moshe Feder i Joshua Bilmes – ciężko pracowali nad tą książką. Należy zwrócić szczególną uwagę na fakt, że Moshe nie zarabia więcej, kiedy jego autorzy przynoszą mu koszmarki o objętości ponad czterystu tysięcy słów. Zredagował tę powieść bez słowa narzekania i był nieocenioną pomocą w uczynieniu z niej książki, którą trzymacie teraz w ręku. Udało mu się również namówić F. Paula Wilsona do sprawdzenia scen dotyczących spraw medycznych, co bardzo dużo im dało.

Szczególne podziękowania kieruję również do Harriet McDougal, jednej z najlepszych redaktorek naszych czasów, która z dobroci serca przeczytała manuskrypt i zajęła się redakcją stylistyczną. Fani „Koła czasu” znają ją jako kobietę, która odkryła, redagowała, a później poślubiła Roberta Jordana. W ostatnich latach zazwyczaj nie podejmuje się pracy redaktorskiej, poza „Kołem czasu”, i dlatego czuję się zaszczycony jej wkładem w tę książkę i pomocą. Alanowi Romanczukowi, który pracował razem z nią, również należą się podziękowania.

Wielką pomoc okazał Paul Stevens z wydawnictwa Tor Books. Pełnił on funkcję łącznika z wydawnictwem i wykonał kawał dobrej roboty. Moshe i ja bardzo cieszymy się, że nam pomagał. Irene Gallo – dyrektor artystyczny – również była wspaniale pomocna i cierpliwa w kontaktach z upartym autorem, który chciał zrobić różne dziwne rzeczy z ilustracjami w tej książce. Dziękuję Irene, Justinowi Golenbockowi, Gregowi Collinsowi, Karlowi Goldowi, Nathanowi Weaverowi, Heather Saunders, Meryl Gross i wszystkim pracownikom Tor Books. Dot Lin, która aż do tej chwili zajmowała się reklamą (a teraz ciężko pracuje, by zdobyć kilka dodatkowych literek przed nazwiskiem), była cudowną pomocą nie tylko w kwestii reklamy, ale też udzielała mi rad i zajęła się mną w Nowym Jorku. Dziękuję Wam wszystkim.

A skoro już mowa o ilustracjach, mogliście zauważyć, że wnętrze tej książki jest o wiele bardziej skomplikowane niż można się było spodziewać po epickiej fantasy. To nadzwyczajne dzieła Grega Calla, Issaca Stewarta i Bena McSweeneya. Pracowali ciężko, tworząc kolejne nowe szkice, by wszystko było tak, jak trzeba. Stworzone przez Bena kartki ze szkicownika Shellan są po prostu piękne, łączą moją wyobraźnię z jego artystyczną interpretacją. Isaac, który stworzył wewnętrzne elementy dekoracyjne w powieściach z cyklu „Z mgły zrodzony” osiągnął znacznie więcej niż można było oczekiwać. W wypadku tej powieści normą była praca po godzinach i wymagające terminy. (Jeśli chcielibyście wiedzieć, to jego dziełem są oznaczenia rozdziałów, mapy, kolorowe wyklejki i kartki z notesu Navani).

Jak zawsze wielką pomocą była moja grupa pisarska. Do jej członków dołącza kilku czytelników alfa i beta. Wymieniając bez określonego porządku, są to: Karen Ahlstrom, Geoff i Rachel Biesinger, Ethan Skarstedt, Nathan Hatfield, Dan Wells, Kaylynn ZoBell, Alan i Jeanette Layton. Janci Olds, Kristina Kugler, Steve Diamond, Brian Delambre, Jason Denzel, Mi’chelle Trammel, Josh Walker, Chris King, Austin i Adam Hussey, Brian T. Hill i ten Ben, którego nazwiska nigdy nie umiem poprawnie zapisać. Jestem pewien, że o kimś zapomniałem. Jesteście cudownymi ludźmi, i gdybym tylko mógł, dałbym wam Ostrza Odprysku.

Uff. Te podziękowania zaczynają nabierać epickich rozmiarów. Ale wciąż pozostało kilka osób, o których należy wspomnieć. Słowa te piszę niemal dokładnie w pierwszą rocznicę dnia, w którym zatrudniłem Nieuniknionego Petera Ahlstroma jako osobistego asystenta, redaktora i dodatkowy mózg. Jeśli przejrzycie podziękowania we wcześniejszych książkach, zawsze na niego natraficie. Jest moim drogim przyjacielem i od lat orędownikiem mojej twórczości. Mam szczęście, że teraz pracuje dla mnie na pełen etat. Dziś wstał o trzeciej nad ranem, żeby zrobić ostatnią korektę tej książki. Jeśli spotkacie go na konwencie, kupcie mu krąg sera.

Byłoby niedbalstwem z mojej strony, gdybym nie podziękował Tomowi Doherty’emu za to, że pozwolił mi napisać tę książkę. Jedynie wiara Toma w ten projekt sprawiła, że mogłem sobie pozwolić na napisanie powieści o takiej objętości, do tego osobiście zadzwonił do Michaela Whelana, namawiając go do stworzenie okładki. Tom dał mi więcej niż zasługuję – przed powieściami tego rodzaju (takiej długości, z tak wieloma ilustracjami) wydawcy uciekają, gdzie pieprz rośnie. Dzięki temu człowiekowi Tor ciągle wydaje takie wspaniałe dzieła.

W końcu poświęcę chwilę cudownej okładce Michaela Whelana. Dla tych, którzy jeszcze nie słyszeli tej historii: jako nastolatek zacząłem czytać powieści fantasy (właściwie w ogóle zacząłem czytać) dzięki pięknym okładkom Michaela Whelana. Ma on niezwykły dar odzwierciedlenia ducha powieści w obrazie – zawsze wiedziałem, że mogę zaufać powieści z jego okładką. Marzyłem, że pewnego dnia będę miał jego dzieło na okładce jednej ze swoich książek. Wydawało mi się to jednak mało prawdopodobne.

Fakt, że w końcu do tego doszło – i to w przypadku tak ważnej dla mnie powieści, nad którą tak długo pracowałem – jest niezwykłym, przyprawiającym o zawrót głowy zaszczytem.


Preludium do
Archiwum Burzowego Światła

Kalak obszedł kamienną grań i zatrzymał się przed ciałem umierającego skałogrzmota. Ogromna kamienna bestia leżała na boku, przypominające żebra wypustki na jej piersi były połamane i popękane. Potwór kształtem przypominał szkielet, jego nienaturalnie długie kończyny wyrastały z granitowych ramion. Oczy były ciemnoczerwonymi plamami pośrodku twarzy o kształcie strzały, jakby w głębi kamienia płonął ogień. Zgasły.

 

Nawet po tak wielu stuleciach widok skałogrzmota sprawił, że Kalaka przeszedł dreszcz. Dłoń bestii była wielkości człowieka. Już wcześniej ginął z takich rąk i nie było to przyjemne.

Oczywiście śmierć rzadko taka była.

Obszedł stwora, ostrożnie stawiając stopy na polu walki. Równina była pełna zniekształconych głazów i skał, wokół niego wznosiły się naturalne kolumny, na ziemi leżały sterty ciał. Rosło tu niewiele roślin.

Skalne granie i kopce nosiły liczne ślady. Zmiażdżone, wypalone odcinki, na których walczyli Mocowiązcy. Z rzadka mijał również popękane, dziwnie ukształtowane wgłębienia – to z nich wyrwały się skałogrzmoty, by dołączyć do walki.

Wiele z otaczających go ciał było ludzkich, lecz równie wiele – nie. Mieszały się różne odcienie krwi. Czerwona. Pomarańczowa. Fioletowa. Choć żadne z widzianych przez niego ciał się nie poruszało, w powietrzu unosiły się niewyraźne dźwięki. Jęki bólu, żałosny płacz. To nie były odgłosy zwycięstwa. Z nielicznych kęp roślinności i stert trupów unosił się dym. Tliły się nawet niektóre skały. Pyłowcy porządnie wykonali swoją pracę.

Ale ja przeżyłem, pomyślał Kalak, unosząc rękę do piersi, gdy pośpiesznie kierował się w stronę miejsca spotkania. Tym razem jednak przeżyłem.

To było niebezpieczne. Kiedy umierał, zostawał odesłany, nie miał wyboru. Jeśli przeżył Spustoszenie, również miał powrócić. Do tego miejsca, którego tak się bał. Do miejsca cierpienia i ognia. A gdyby po prostu zdecydował się... nie pójść?

Niebezpieczne myśli, może zdradzieckie. Pośpiesznie ruszył dalej.

Miejsce spotkania leżało w cieniu dużej formacji skalnej, wznoszącej się ku niebu iglicy. Jak zawsze ich dziesiątka wybrała je przed bitwą. Ci, którzy przeżyją, mieli dotrzeć do tego miejsca. Co dziwne, czekał na niego tylko jeden. Jezrien. Czy pozostała ósemka zginęła? To było możliwe. Ta bitwa była bardzo gwałtowna, jedna z najgorszych. Wróg stawał się coraz bardziej nieustępliwy.

Ale nie. Kalak zmarszczył czoło, kiedy znalazł się u podstawy iglicy. Ujrzał tam siedem wspaniałych mieczy, dumnie wbitych pionowo w skalistą ziemię. Każdy był istnym dziełem sztuki, eleganckim, zdobionym glifami i wzorami. Rozpoznawał każdy z nich. Gdyby ich właściciele zginęli, Ostrza by zniknęły.

Te Ostrza były bronią o mocy wykraczającej nawet poza Ostrza Odprysku. Niezwykłe. Cenne. Jezrien stał przed kręgiem mieczy i spoglądał na wschód.

– Jezrienie?

Postać w bieli i błękicie zwróciła się w jego stronę. Po tak wielu stuleciach Jezrien wciąż wydawał się młody, jakby dopiero osiągnął trzydziesty rok życia. Krótką czarną bródkę nosił starannie przystrzyżoną, choć jego niegdyś piękne szaty były osmalone i splamione krwią. Odwróciwszy się do Kalaka, splótł ręce za plecami.

– Co to takiego, Jezrienie? – spytał Kalak. – Gdzie są pozostali?

– Odeszli. – Głos Jezriena był spokojny, głęboki, władczy. Choć od stuleci nie nosił korony, nadal miał królewskie maniery. Wydawało się, że zawsze wie, co należy zrobić. – Możesz nazwać to cudem. Tym razem zginął tylko jeden z nas.

– Talenel – stwierdził Kalak. Tylko jego Ostrza brakowało.

– Tak. Zginął, broniąc przejścia przy północnym kanale.

Kalak pokiwał głową. Talenel miał tendencję do wybierania z pozoru beznadziejnych bitew i wygrywania ich. Miał również tendencję do umierania w ich trakcie. Wrócił już do miejsca, do którego udawali się między Spustoszeniami. Miejsca koszmarów.

Poczuł, że drży. Kiedy stał się taki słaby?

– Jezrienie, tym razem nie mogę powrócić. – Kalak wyszeptał te słowa, podszedł i chwycił towarzysza za ramię. – Nie mogę.

Poczuł, jak coś w nim pęka. Jak długo to trwało? Stulecia, może tysiąclecia udręki. Tak trudno było to zliczyć. Te ognie, te haki, codziennie od nowa wbijające się w jego ciało. Wypalające skórę jego ręki, później tłuszcz, aż do kości. Czuł ten smród. Na Wszechmocnego, czuł go!

– Zostaw swój miecz – powiedział Jezrien.

– Co takiego?

Jezrien wskazał na krąg Ostrzy.

– Zostałem wybrany, by na ciebie zaczekać. Nie byliśmy pewni, czy przeżyłeś. Podjęto... decyzję. Nadszedł czas końca Przysięgi.

Kalak poczuł ukłucie przerażenia.

– I co się stanie?

– Ishar wierzy, że dopóki jeden z nas jest związany Przysięgą, to może wystarczyć. Istnieje możliwość, że zakończymy cykl Spustoszeń.

Kalak spojrzał nieśmiertelnemu królowi w oczy. Po ich lewej ku niebu wznosił się czarny dym. Zza pleców dochodziły jęki umierających. W oczach Jezriena widział cierpienie i smutek. Może nawet tchórzostwo. To był człowiek, który na nitce wisiał nad krawędzią urwiska.

Wszechmocny w niebiosach, pomyślał Kalak. Ty też się złamałeś? Wszyscy to czuli.

Kalak odwrócił się i zrobił kilka kroków w bok, w stronę niskiej półki wznoszącej się nad polem bitwy.

Leżało tam tak wiele trupów, a między nimi poruszali się żywi. Mężczyźni w prymitywnych strojach, dzierżący włócznie z brązowymi grotami. Pośród nich inni, w błyszczących zbrojach płytowych. Minęła ich grupka czterech mężczyzn w poszarpanych skórach, którzy dołączyli do potężnej postaci w pięknej srebrzystej zbroi płytowej ozdobionej skomplikowanym wzorem. Cóż za kontrast.

Jezrien podszedł do niego.

– Uważają nas za bóstwa – wyszeptał Kalak. – Polegają na nas. Tylko nas mają.

– Mają Świetlistych. To wystarczy.

Kalak pokręcił głową.

– Jego to nie ograniczy. Przeciwnika. Znajdzie sposób, żeby to obejść. Wiesz, że to zrobi.

– Może.

– A Taln? – spytał Kalak. Płonące ciało. Ognie. Ciągłe cierpienie...

– Lepiej, żeby cierpiał jeden człowiek niż dziesięciu – wyszeptał Jezrien.

Wydawał się taki zimny. Jakby światło i ciepło padało na kogoś pełnego honoru i uczciwego, rzucając tę czarną imitację jak cień.

Jezrien wrócił do kręgu mieczy. W jego dłoniach pojawiło się Ostrze, wyłoniwszy się spośród mgły, wilgotne od pary.

– To postanowione, Kalaku. Każdy z nas ruszy w swoją stronę i nie będziemy próbowali się odnaleźć. Musimy zostawić Ostrza. Przysięga się skończyła.

Uniósł miecz i wbił go w ziemię razem z pozostałymi siedmioma. Zawahał się, spoglądając na miecz, pochylił głowę i odwrócił się, jakby zawstydzony.

– Z własnej woli przyjęliśmy na siebie ten ciężar. Możemy więc również go odrzucić.

– A co powiemy ludziom? – spytał Kalak. – Co oni będą mówić o tym dniu?

– To proste – odparł Jezrien, odchodząc. – Powiemy im, że w końcu zwyciężyliśmy. To łatwe kłamstwo. Kto wie, może w końcu okaże się prawdą?

Kalak odprowadzał wzrokiem Jezriena idącego przez spaloną krainę. W końcu przyzwał własne Ostrze i wbił je w kamień obok pozostałej ósemki. Odwrócił się i ruszył w stronę przeciwną niż Jezrien.

A jednak nie mógł nie odwrócić się w stronę kręgu mieczy i jednej luki. Miejsca, w którym powinien znajdować się dziesiąty miecz.

Ten z nich, który zaginął. Ten, którego porzucili.

Wybacz nam, pomyślał Kalak i odszedł.

Księga pierwsza
Droga królów

4500 lat później



„Miłość mężczyzny jest lodowata jak górski strumień trzy kroki od lodu. Należymy do niego. Och, Ojcze Burz... należymy do niego. Zaledwie tysiąc dni, a nadejdzie Wieczna Burza”.

Zebrane pierwszego dnia tygodnia Palah miesiąca Shash roku 1171, trzydzieści jeden sekund przed śmiercią. Badaną była ciemnooka ciężarna kobieta w średnim wieku. Dziecko nie przeżyło.

Szeth-syn-syn-Vallano, Kłamca z Shinovaru, miał na sobie biel w dniu, w którym miał zabić króla. Białe ubranie było zgodne z tradycją Parshendich, zupełnie mu obcą. Ale zrobił to, czego chcieli od niego panowie, i nie prosił o wyjaśnienie.

Siedział w wielkiej kamiennej sali, podgrzewanej przez ogromne paleniska, które rzucały jaskrawy blask na bawiących się. Na ich skórze pojawiały się krople potu, kiedy tańczyli i pili, ryczeli, śpiewali i klaskali w dłonie. Niektórzy padali na ziemię, czerwoni na twarzy, zabawa ich przerosła, ich żołądki okazały się słabymi bukłakami. Wydawali się martwi, przynajmniej do chwili, kiedy przyjaciele zabrali ich z sali i zanieśli do przygotowanych łóżek.

Szeth nie kołysał się w rytm bębnów, nie pił szafirowego wina ani nie wstał, by zatańczyć. Siedział na ławie z tyłu, nieruchomy sługa w białych szatach. Na uroczystościach z okazji podpisania traktatu niewiele osób zwracało na niego uwagę. Był tylko służącym, a Shinów łatwo się ignorowało. Na wschodzie większość sądziła, że rodacy Szetha byli potulni i nieszkodliwi. Przeważnie się nie mylili.

Bębniarze zagrali w nowym rytmie. Uderzenia wstrząsały Szethem jak cztery walące serca, pompujące fale niewidzialnej krwi przez salę. Panowie Szetha – których w bardziej cywilizowanych krajach lekceważono jako dzikusów – siedzieli przy swoich stołach. Mieli czarną skórę z czerwonym żyłkowaniem. Parshendi, tak ich zwano – spokrewnieni z bardziej uległą rasą służących, którą większość świata nazywała parshmenami. Dziwactwo. Oni sami nie mówili o sobie Parshendi, to słowo pochodziło z języka alethyjskiego. Znaczyło w przybliżeniu „parshmeni, którzy umieją myśleć”. Żadna ze stron najwyraźniej nie postrzegała tego jako obelgi.

Parshendi sprowadzili muzyków. Z początku jasnoocy Alethi się wahali. Dla nich bębny były prymitywnymi instrumentami ciemnookiego pospólstwa. Jednakże wino zabijało zarówno tradycję, jak i konwenanse, i teraz elita Alethich tańczyła z zapamiętaniem.

Szeth wstał i ruszył przez salę. Zabawa trwała długo, sam król już przed wieloma godzinami udał się na spoczynek. Ale wielu wciąż świętowało. Szeth musiał ominąć Dalinara Kholina – rodzonego brata króla – który oparł głowę na niewielkim stoliku. Starzejący się, lecz potężnie zbudowany mężczyzna odsyłał gestem wszystkich, którzy próbowali zachęcić go, by poszedł spać. Gdzie była Jasnah, córka króla? Elhokar, królewski syn i dziedzic, siedział u szczytu stołu, pod nieobecność ojca rządząc ucztą. Rozmawiał z dwoma mężczyznami, ciemnoskórym z Aziru, który miał na policzku dziwną jasną plamę, i szczuplejszym Alethim, ciągle oglądającym się przez ramię.

Towarzysze dziedzica byli pozbawieni znaczenia. Szeth trzymał się z dala, prześlizgiwał się wzdłuż ścian sali, mijając bębniarzy. Muzykospreny unosiły się w powietrzu wokół nich, niewielkie duchy przyjmowały postać wirujących przezroczystych wstęg. Kiedy Szeth mijał bębniarzy, zauważyli go. Mieli wkrótce się wycofać, razem ze wszystkimi pozostałymi Parshendi.

Nie wydawali się obrażeni. Nie wydawali się źli. A jednak mieli zamiar po kilku godzinach złamać przymierze. To nie miało sensu. Szeth jednak nie zadawał pytań.

Na końcu sali minął rzędy nieruchomych lazurowych świateł, które wyrastały w miejscu, gdzie ściana stykała się z podłogą. Trzymali szafiry napełnione Burzowym Światłem. Bluźnierstwo. Jak ludzie z tych krain mogli wykorzystywać coś tak uświęconego jako banalne źródło światła? Co gorsza, uczeni Alethich podobno byli bliscy stworzenia nowych Ostrzy Odprysku. Szeth miał nadzieję, że to jedynie bezpodstawne przechwałki. Ponieważ, gdyby tak się stało, świat by się odmienił. Prawdopodobnie w sposób, który skończyłby się tym, że mieszkańcy wszystkich krain – od odległego Thaylenah do szczytów Jah Keved – mówiliby do swoich dzieci po alethyjsku.

Ci Alethi byli wielkimi ludźmi. Nawet pijani emanowali naturalną szlachetnością. Wysocy i dobrze zbudowani mężczyźni nosili ciemne jedwabne surduty, zapinane z boku i bogato wyszywane srebrną lub złotą nicią. Każdy z nich wyglądał jak generał.

Kobiety robiły jeszcze większe wrażenie. Były odziane we wspaniałe jedwabne suknie, dobrze dopasowane, a ich jaskrawe barwy kontrastowały z ciemnymi odcieniami preferowanymi przez mężczyzn. Lewy rękaw każdej sukni był dłuższy od prawego i zakrywał dłoń. Alethi mieli dziwne poczucie przyzwoitości.

Gładkie czarne włosy upinały na szczycie głowy, w skomplikowanych warkoczykach albo luźnych kokach. Często wplatały w nie złote wstążki lub ozdoby, jak również klejnoty błyszczące Burzowym Światłem. Piękne. Bluźnierstwo, ale piękne.

Szeth pozostawił za sobą salę, na której trwała uczta. Po chwili minął drzwi prowadzące do Uczty Żebraków. To była tradycja Alethich, w tym pomieszczeniu niektórzy z najuboższych mieszkańców miasta ucztowali podobnie jak król i jego goście. Mężczyzna o długiej, siwiejącej czarnej brodzie osunął się w wejściu i uśmiechał idiotycznie – Szeth nie mógł ocenić, czy z nadmiaru trunku, czy słabości umysłu.

 

– Widziałeś mnie? – spytał niewyraźnie mężczyzna.

Roześmiał się i zaczął coś bełkotać, po czym sięgnął po bukłak. Czyli jednak trunek. Szeth minął go i ruszył dalej wzdłuż szeregu rzeźb przedstawiających Dziesięciu Heroldów ze starożytnej vorińskiej teologii. Jezerezeh, Ishi, Kelek, Talenelat. Wymienił każdą i zorientował się, że jest ich tylko dziewięć. Jednej brakowało. Dlaczego usunięto rzeźbę Shalash? Króla Gavilara uważano za gorliwego wyznawcę vorińskiej religii. Zbyt gorliwego, jak na gusta niektórych.

Korytarz skręcał w prawo i biegł wzdłuż ścian zwieńczonego kopułą pałacu. Znajdował się na piętrze króla, dwie kondygnacje nad ziemią, otoczony kamiennymi ścianami, sklepieniem i podłogą. To było bluźnierstwo. Po kamieniu nie należało chodzić. Ale co miał zrobić? Był Kłamcą. Robił to, czego żądali od niego panowie.

Dziś oznaczało to biały strój. Luźne białe spodnie związane w pasie sznurem, a na nich cienka biała koszula z długimi rękawami, rozpięta z przodu. Biały strój dla zabójcy był tradycją Parshendich. Choć Szeth nie pytał, jego panowie wyjaśnili powody.

Biel, by być odważnym. Biel, by nie wtapiać się w ciemność. Biel, by dać ostrzeżenie.

Jeśli ktoś miał zamordować człowieka, ofiara miała prawo go zobaczyć.

Szeth skręcił w prawo i ruszył korytarzem w stronę królewskich komnat. Na ścianach płonęły pochodnie, ich blask go nie zadowalał, jak posiłek z rzadkiego bulionu po długim poście. Wokół nich tańczyły ogniospreny, przypominające owady z zakrzepłego światła. Pochodnie były dla niego bezużyteczne. Sięgnął po sakiewkę i znajdujące się w niej kule, lecz zawahał się, kiedy zobaczył przed sobą kolejne niebieskie światła – na ścianie wisiały dwie lampy wypełnione Burzowym Światłem, znajdujące się w ich wnętrzu szafiry emanowały jasnym blaskiem. Szeth podszedł do jednej i wyciągnął dłoń, by wziąć w nią otoczony szkłem klejnot.

– Hej, ty! – zawołał ktoś po alethyjsku.

Na skrzyżowaniu korytarzy stało dwóch strażników. Podwójna straż, gdyż w Kholinarze tej nocy byli dzicy. Owszem, ci dzicy mieli stać się sojusznikami. Tyle że sojusze potrafią być słabe.

Ten miał przetrwać jeszcze niecałą godzinę.

Szeth spojrzał na zbliżających się strażników. Nosili włócznie – nie byli jasnoocy i dlatego nie mieli prawa do miecza. Jednak ich pomalowane na czerwono napierśniki były zdobione, podobnie jak hełmy. Być może mieli ciemne oczy, ale byli wysoko postawionymi obywatelami i pełnili zaszczytną funkcję w pałacowej straży.

Zatrzymawszy się w odległości kilku stóp, pierwszy strażnik machnął włócznią.

– Ruszaj. To nie jest miejsce dla ciebie.

Miał śniadą skórę typową dla Alethich i cienki wąsik, który otaczał jego wargi, na dole zmieniając się w brodę.

Szeth się nie ruszył.

– No? – odezwał się strażnik. – Na co czekasz?

Szeth odetchnął głęboko, wciągając Burzowe Światło. Wpłynęło weń, wyciągnięte z bliźniaczych szafirowych lamp na ścianach, jakby przywołane oddechem. Burzowe Światło szalało w jego wnętrzu, a na korytarzu nagle zrobiło się ciemniej, jakby chmura zasłoniła słońce, rzucając cień na zbocze góry.

Szeth czuł ciepło Światła, jego wściekłość, jakby ktoś wstrzyknął mu do żył burzę. Moc dodawała mu sił, ale była niebezpieczna. Popychała go do działania. Ruchu. Ataku.

Wstrzymując oddech, zatrzymał Światło. I tak czuł, jak wypływa na zewnątrz. Burzowe Światło dawało się utrzymać bardzo krótko, najwyżej kilka minut. Wypływało, ludzkie ciało było zbyt porowatym pojemnikiem. Słyszał, że Pustkowcy mogli je całkowicie zachować. Ale czy oni w ogóle istnieli? Jego kara głosiła, że ich nie ma. Jego honor wymagał, by byli.

Płonąc świętą energią, Szeth zwrócił się do strażników. Widzieli, że wycieka z niego Burzowe Światło, jego strużki unosiły się znad skóry jak świetlisty dym. Pierwszy strażnik zmrużył oczy i zmarszczył czoło. Szeth był pewien, że mężczyzna nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. O ile wiedział, zabił wszystkich chodzących po kamieniu, którzy widzieli, do czego jest zdolny.

– Kim... kim ty jesteś? – Z głosu strażnika zniknęła pewność. – Duchem czy człowiekiem?

– Kim jestem? – powtórzył Szeth, a odrobina Światła wypłynęła z jego warg, kiedy spojrzał ponad ramieniem mężczyzny na długi korytarz. – Jestem... pełen żalu.

Szeth zamrugał i Związał się z tamtym odległym punktem w korytarzu. Burzowe Światło opuściło go w mgnieniu oka, chłodząc mu skórę, a ziemia natychmiast przestała go przyciągać. Zamiast tego czuł przyciąganie tamtego punktu, jakby tamten kierunek nagle stał się dla niego dołem.

To było Podstawowe Wiązanie, pierwsze z trzech rodzajów Wiązania. Pozwalało mu manipulować nieznaną bliżej mocą, sprenem czy bogiem, który przywiązywał ludzi do ziemi. Tym Wiązaniem mógł mocować ludzi lub przedmioty do różnych powierzchni lub w różnych kierunkach.

Z jego perspektywy korytarz był teraz głębokim szybem, w głąb którego spadał, a dwaj strażnicy stali na jednej ze ścian. Zaskoczyło ich, kiedy trafiły ich stopy Szetha, jedna w twarz pierwszego, druga w drugiego, przewracając obu. Szeth zmienił punkt widzenia i Związał się z podłogą. Wypływało z niego Światło. Podłoga korytarza znów stała się dołem, wylądował między strażnikami, a jego ubranie trzaskało i sypało płatkami śniegu. Wstał i rozpoczął proces przyzywania Ostrza Odprysku.

Jeden ze strażników sięgnął po włócznię. Szeth opuścił rękę, dotknął ramienia żołnierza i podniósł wzrok. Skupił się na punkcie nad głową, jednocześnie siłą woli przekazując Światło w ciało strażnika, Wiążąc biedaka do sufitu.

Strażnik jęknął, kiedy dół nagle zmienił się w górę. Ciągnąc za sobą Światło, uderzył w sufit i puścił włócznię. Broń nie została bezpośrednio Związania i spadła z brzękiem na podłogę obok Szetha.

Zabić. To był największy z grzechów. A jednak oto Szeth, Kłamca, bluźnierczo kroczył po kamieniach wykorzystywanych do budowy. I na tym się nigdy nie kończyło. Kłamcy nie wolno było odebrać tylko jednego życia.

Swojego własnego.

Po dziesięciu uderzeniach serca jego Ostrze Odprysku wpadło w nadstawioną dłoń. Wydawało się, że formuje się z mgły, wzdłuż jego klingi skropliła się woda. Klinga była długa i wąska, o dwóch ostrzach, mniejsza niż większość pozostałych. Szeth zamachnął się nią, pozostawiając ślad na kamiennej posadzce i przecinając gardło drugiego strażnika.

Jak zawsze Ostrze zabijało w dziwaczny sposób – choć bez trudu przecinało kamień, stal czy cokolwiek nieożywionego, metal zamazywał się, kiedy dotykał żywej skóry. Przeszedł przez szyję strażnika, nie pozostawiając śladu, lecz kiedy to nastąpiło, oczy mężczyzny zaczęły dymić i się palić. Poczerniały i skurczyły się, a strażnik padł martwy. Ostrze Odprysku nie przecinało żywego ciała, lecz samą duszę.

Na górze pierwszy strażnik sapnął. Udało mu się podnieść, nawet jeśli nogami opierał się o sufit korytarza.

– Odpryskowy! – krzyknął. – Odpryskowy atakuje króla! Do broni!

W końcu, pomyślał Szeth. Strażnicy nie rozpoznali, kiedy skorzystał z Burzowego Światła, ale umieli rozpoznać Ostrze Odprysku.

Szeth pochylił się i podniósł włócznię, która spadła z góry. Jednocześnie wypuścił powietrze, które wstrzymywał od chwili, kiedy zaczerpnął Burzowego Światła. Dodawało mu sił, kiedy je trzymał, ale w tych dwóch latarniach nie było go dużo i wkrótce musiał znów zacząć oddychać. Światło zaczęło wypływać coraz szybciej, gdy przestał wstrzymywać oddech.

Shin oparł drzewce włóczni o kamienną posadzkę, po czym spojrzał w górę. Strażnik pod sklepieniem przestał krzyczeć i szerzej otworzył oczy, kiedy poły jego koszuli zaczęły opadać, a ziemia poniżej odzyskiwać swoją władzę. Smużki Światła wypływające z jego ciała skurczyły się.

Spojrzał na Szetha. Wpatrzył się w grot włóczni wycelowany prosto w jego serce. Fioletowe strachospreny strachu krążyły wokół niego po suficie.

Światło się wyczerpało. Strażnik spadł.

Wrzasnął w chwili, gdy włócznia przebiła jego pierś. Szeth wypuścił broń z ręki, pozwolił, by się przewróciła, a drżące ciało na jej końcu ze stłumionym łomotem upadło na ziemię. Trzymając w dłoni Ostrze Odprysku, skręcił w boczne przejście, zgodnie ze wskazówkami mapy, której nauczył się na pamięć. Wyskoczył za róg i przylgnął do ściany w chwili, kiedy oddział strażników dotarł do trupów. Przybyli natychmiast zaczęli krzyczeć.

Dostał wyraźne polecenia. Miał zabić króla, ale dać się przy tym zobaczyć. Niech Alethi wiedzą, że nadchodzi i co robi. Dlaczego? Dlaczego Parshendi zgodzili się podpisać traktat, lecz jeszcze tego samego wieczoru wysłali skrytobójcę?

Na ścianach tego korytarza świeciły liczne klejnoty. Król Gavilar lubił olśniewać przepychem, a nie mógł wiedzieć, że pozostawia w ten sposób źródła mocy, którą Szeth mógł wykorzystywać w swoich Wiązaniach. Tego, co robił Szeth, nie widziano od tysiącleci. Kroniki historyczne z tamtych czasów właściwie nie istniały, a legendy znacznie wypaczały prawdę.

Szeth wyjrzał znów na korytarz. Jeden ze strażników na skrzyżowaniu zobaczył go, wskazał palcem i zaczął wrzeszczeć. Szeth upewnił się, że wszyscy mogli mu się przyjrzeć, po czym znów się cofnął. Ruszając biegiem, odetchnął głęboko, wciągając Burzowe Światło z lamp. Wypełniło jego ciało, przyśpieszył, mięśnie wręcz spuchły od energii. Światło stało się burzą w jego wnętrzu, krew grzmiała mu w uszach. To było jednocześnie straszliwe i cudowne.

Przebiegł kolejnymi dwoma korytarzami, skręcił w bok. Otworzył drzwi do magazynu, po czym się zawahał – wystarczająco długo, by jeden ze strażników wybiegł zza rogu, zobaczył go – i wpadł do środka. Przygotowując Pełne Wiązanie, uniósł rękę i rozkazał Burzowemu Światłu, by zebrało się w tym miejscu, aż jego skóra zapłonęła blaskiem. Wyciągnął dłoń w stronę futryny, pokrywając ją światłością jak farbą. Zatrzasnął drzwi w chwili, kiedy strażnicy się do nich zbliżyli.