Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Będziemy chronić Czarnego Ciernia, ale nie zastąpimy tego, co miał wcześniej. Jesteśmy samodzielną drużyną.

Kaladin podrapał się po czole, ale to właśnie osiągnął, zbierając ich razem i czyniąc z nich zwartą jednostkę.

– Narysuję dla ciebie insygnia w postaci pary glifów – powiedział Rindowi. – Będziesz musiał zamówić nowe naszywki.

Korpulentny mężczyzna pozbierał z westchnieniem porzucone insygnia.

– Pewnie będę musiał. Mam tu twój mundur, kapitanie. Ciemnooki kapitan! Kto by pomyślał? Będziesz jedynym w całej armii. Jedynym w historii, o ile wiem!

Nie wydawało się, że uważa to za coś obraźliwego. Kaladin miał niewielkie doświadczenie z jasnookimi z niskich dahnów jak Rind, choć w obozach byli liczni. W jego rodzinnym mieście była jedynie rodzina pana miasta – wyższy środkowy dahn – i ciemnoocy. Dopiero gdy dotarł do armii Amarama, zorientował się, że jasnookich był pełen przekrój, a wielu z nich wykonywało pospolite prace i z trudem wiązało koniec z końcem, zupełnie jak zwykli ludzie.

Kaladin podszedł do ostatniego węzełka na ladzie. Jego mundur wyglądał inaczej. Składała się na niego również niebieska kamizelka i dwurzędowy niebieski płaszcz z białą podszewką i srebrnymi guzikami. Długi płaszcz należało nosić rozpięty, mimo rzędów guzików po obu stronach.

Często widywał takie mundury. Na jasnookich.

– Most czwarty – powiedział, odcinając z ramienia insygnia Kobaltowej Gwardii i rzucając je na ladę, gdzie leżały pozostałe.



Żołnierze donosili, że z daleka obserwuje ich niepokojąca liczba zwiadowców Parshendich. Później zauważyliśmy nowy wzorzec – nocami przenikali w pobliże obozów, a następnie szybko się wycofywali. Mogę jedynie przypuszczać, że nasi wrogowie już wtedy przygotowywali strategię zakończenia tej wojny.

Z osobistego dziennika Navani Kholin, Jeseses roku 1174.

„Badania nad czasami poprzedzającymi Hierokrację są frustrująco skomplikowane,” czytała Shallan. „W czasie rządów Hierokracji, kościół voriński niemal całkowicie panował nad wschodnim Rosharem. Wymysły, którym sprzyjali – i które później rozpowszechniali jako prawdę absolutną – zakorzeniły się w świadomości społecznej. Co bardziej niepokojące, stworzono zmodyfikowane kopie starożytnych tekstów, dostosowujące historię do hierokratycznych dogmatów”.

Shallan siedziała w kajucie ubrana w koszulę nocną i czytała przy blasku kielicha kul. W jej ciasnej kajucie brakowało prawdziwego bulaja, miała jedynie wąskie okienko biegnące u szczytu zewnętrznej ściany. Słyszała tylko odgłos wody uderzającej o kadłub. Tej nocy statek nie mógł się schronić w porcie.

„Kościół tamtej epoki z dużą podejrzliwością traktował Świetlistych Rycerzy”, czytała. „Jednak opierał się na autorytecie Heroldów. To tworzyło dychotomię, przez którą Odstępstwo i zdrada rycerzy były przesadnie podkreślane. Jednocześnie opiewano starożytnych rycerzy – tych, którzy żyli u boku Heroldów w cieniodniach.

Dlatego też badania nad Świetlistymi i miejscem zwanym Cieniomorzem są szczególnie trudne. Czym jest fakt? Które zapiski zostały napisane na nowo przez kościół w chybionej próbie oczyszczenia przeszłości z dostrzeganych sprzeczności, by pasowały do preferowanej narracji? Przetrwały jedynie nieliczne dokumenty z tego okresu, które nie przeszły przez vorińskie ręce podczas kopiowania z oryginalnego pergaminu do nowoczesnych kodeksów”.

Shallan spojrzała na okładkę książki. Tom był jednym z pierwszych opublikowanych dzieł Jasnah. Kobieta nie kazała jej go przeczytać. W rzeczy samej, wahała się, kiedy Shallan poprosiła o egzemplarz i musiała wyciągnąć go z jednej z licznych skrzyń pełnych ksiąg, które trzymała w ładowni.

Dlaczego była tak niechętna, skoro ten tom poświęciła właśnie rzeczom, które badała Shallan? Czy Jashan nie powinna dać go jej od razu? To...

Wzór powrócił.

Shallan zaparło dech w piersi, kiedy zobaczyła go na ścianie kajuty obok koi, na lewo od niej. Ostrożnie przeniosła spojrzenie na księgę. Wzór wyglądał tak samo jak wcześniej, jak kształt, który pojawił się na kartce.

Od tego czasu widywała go kątem oka, pojawiał się na desce, na tkaninie koszuli marynarza, w blasku wody. Za każdym razem, kiedy spoglądała prosto na niego, wzór znikał. Jasnah nie powiedziała nic więcej, stwierdziła jedynie, że prawdopodobnie jest nieszkodliwy.

Shallan przewróciła kartkę i uspokoiła oddech. Już wcześniej doświadczyła czegoś podobnego z dziwacznymi istotami o głowach z symboli, które pojawiały się nieproszone na jej rysunkach. Pozwoliła, by jej wzrok zsunął się z kartki na ścianę – nie prosto na wzór, lecz obok niego, jakby go wcale nie zauważyła.

Tak, był tam. Wypukły i obdarzony niepokojącą symetrią. Cienkie linie zwijały się i przenikały jego wnętrze, w jakiś sposób podnosząc powierzchnię drewna, jak żelazna ślimacznica pod mocno naciągniętym obrusem.

To była jedna z tych istot. Symbologłowych. Wzór przypominał ich dziwaczne głowy. Znów spojrzała na kartkę, ale nie czytała. Statek zakołysał się, a świetliste białe kule w kielichu zabrzęczały. Odetchnęła głęboko.

I spojrzała prostu na wzór.

Natychmiast zaczął znikać, jego krawędzie się rozpływały. Jednakże, zanim to zrobił, przyjrzała mu się uważnie i stworzyła Wspomnienie.

– Nie tym razem – mruknęła, gdy zniknął. – Tym razem cię mam.

Odrzuciła książkę i sięgnęła po węglowy ołówek i arkusz papieru do rysowania. Skuliła się przy świetle, a rude włosy opadały jej na ramiona.

Pracowała gorączkowo, przepełniona pragnieniem, by wykonać ten rysunek. Jej palce poruszały się jakby z własnej woli, odsłonięta bezpieczna ręka unosiła arkusz do kielicha, który zalewał papier promieniami światła.

Odrzuciła ołówek. Potrzebowała czegoś dokładniejszego, zdolnego rysować cieńsze linie. Tusz. Ołówek był świetny do rysowania miękkich odcieni życia, ale to coś, co rysowała, nie żyło. To było coś innego, nierealnego. Wyciągnęła pióro i kałamarz, po czym wróciła do pracy, odwzorowując delikatne, skomplikowane linie.

Przy pracy nie myślała. Sztuka ją pochłaniała i wszędzie wokół pojawiły się stworzeniospreny. Wkrótce dziesiątki drobnych kształtów tłoczyły się na niewielkim stoliku przy koi i podłodze kajuty w miejscu, gdzie klęczała. Spreny przeobrażały się i wirowały, każdy był nie większy od łyżki, i stawały się kształtami, które niedawno napotkała. W dużej mierze je ignorowała, choć nigdy nie widziała tak wielu naraz.

Rysowała skupiona, a one przeobrażały się coraz szybciej. Wzór wydawał się niemożliwy do oddania. Jego skomplikowane powtórzenia dążyły do nieskończoności. Nie, pióro nie mogło doskonale oddać tego stwora, ale Shallan była blisko. Narysowała, jak wyrasta spiralą ze środka, a później odtworzyła wszystkie gałązki poza centrum, z których każda miała swój własny kłąb malutkich linii. Przypominało to labirynt stworzony, by doprowadzić więźnia do szaleństwa.

Kiedy skończyła ostatnią linię, odkryła, że oddycha ciężko, jakby po długim biegu. Zamrugała, znów zauważając otaczające ją stworzeniospreny – były ich setki. Po chwili zaczęły znikać, jeden po drugim. Shallan ułożyła pióro obok kałamarza z tuszem, który przymocowała do blatu woskiem, by nie przesuwał się przy kołysaniu statku. Podniosła arkusz, czekając, aż ostatnie linie wyschną, i czuła się tak, jakby dokonała czegoś znaczącego – choć nie wiedziała czego.

W chwili, gdy wyschła ostatnia linia, wzór uniósł się przed nią. Usłyszała wyraźne westchnienie, jakby ulgi.

Podskoczyła, rzuciła papier i wspięła się na łóżko. W przeciwieństwie do poprzednich razów, wypukłość nie zniknęła, choć opuściła papier – wykiełkowała z jej rysunku – i przeszła na podłogę.

Nie mogła inaczej tego opisać. Wzór jakimś sposobem przeszedł z papieru na podłogę. Podszedł do nogi jej posłania i owinął się wokół niej, później wspiął się na koc. Nie wyglądał, jak coś poruszającego się pod kocem, to było jedynie przybliżenie. Linie były na to zbyt precyzyjne, nie pojawiło się też rozciąganie. Coś ukrytego pod kocem byłoby jedynie niewyraźnym wybrzuszeniem, a tu widziała dokładny zarys.

Zbliżył się. Nie wydawał się niebezpieczny, ale Shallan i tak zadrżała. Ten wzór różnił się od symbologłowych na jej rysunkach, ale jednocześnie był taki sam. Spłaszczona wersja, bez torsu i kończyn. Wyglądał jak abstrakcyjna wersja jednego z nich, krąg z kilkoma liniami, które mogły oznaczać na kartce ludzką twarz.

Tamte stwory ją przerażały, nawiedzały jej sny, napełniały ją obawą, że oszalała. Dlatego też, kiedy ten się zbliżył, zeszła z łóżka i odeszła najdalej, jak mogła. Później z bijącym sercem otworzyła drzwi, by pójść po Jasnah.

Odkryła, że kobieta czeka na zewnątrz z ręką uniesioną do gałki drzwi. W jej wyciągniętej lewej dłoni stała malutka postać z atramentowej ciemności – wyglądała jak mężczyzna w modnym stroju z długim płaszczem. Na widok Shallan roztopił się w cieniu. Jasnah spojrzała na dziewczynę, po czym rzuciła okiem na podłogę kajuty, gdzie wzór wędrował po drewnie.

– Ubierz się, dziecko – powiedziała Jasnah. – Musimy porozmawiać.

* * *

– Początkowo miałam nadzieję, że będziemy mieć sprena tego samego typu – stwierdziła Jasnah, siadając na zydlu w kajucie Shallan.

Wzór pozostał na podłodze między nią a dziewczyną, która leżała wyciągnięta na koi, w szlafroku narzuconym na koszulę nocną i cienkiej białej rękawiczce na lewej dłoni.

– Ale oczywiście to by było za proste. Już w Kharbranth podejrzewałam, że należymy do różnych zakonów.

 

– Zakonów, jasności? – spytała Shallan i za pomocą ołówka ostrożnie trąciła wzór na podłodze. Cofnął się jak szturchnięte zwierzę.

Shallan fascynowało, jak podnosił powierzchnię podłogi, choć z drugiej strony nie chciała mieć nic wspólnego z nim samym i jego nienaturalną, mącącą umysł geometrią.

– Tak – odpowiedziała Jasnah. Atramentowy spren, który towarzyszył jej wcześniej, już się nie pojawił. – Każdy zakon podobno miał dostęp do dwóch Mocy, które częściowo się nakładały. Nazywamy je Wiązaniem Mocy. Jedną z nich jest Dusznikowanie, i to mamy wspólne, choć nasze zakony się różnią.

Shallan pokiwała głową. Wiązanie Mocy. Dusznikowanie. To były talenty Zaginionych Świetlistych, umiejętności – podobno jedynie legendarne – które były ich błogosławieństwem lub przekleństwem, zależnie od tego, kto je opisywał. Tak w każdym razie utrzymywały księgi, które Jasnah dała jej do przeczytania w czasie rejsu.

– Nie jestem jedną ze Świetlistych – powiedziała dziewczyna.

– Oczywiście, że nie – odparła Jasnah – tak samo zresztą jak ja. Zakony rycerzy były konstruktem, jak i całe społeczeństwo jest konstruktem, wykorzystywanym przez ludzi, by definiować i wyjaśniać. Nie każdy mężczyzna, który posługuje się włócznią, jest żołnierzem, i nie każda kobieta, która piecze chleb, jest piekarzem. A jednak broń albo pieczenie chleba stały się znakami szczególnymi pewnych określonych zawodów.

– Mówisz więc, że to, co potrafimy...

– Niegdyś definiowało tych, których przyjmowano w szeregi Świetlistych Rycerzy – dokończyła Jasnah.

– Ale jesteśmy kobietami!

– Owszem – powiedziała lekkim tonem Jasnah. – Spreny nie podzielają uprzedzeń ludzkiego społeczeństwa. To dość nowoczesne, nie sądzisz?

Shallan przerwała trącanie wzoru.

– Wśród Świetlistych Rycerzy były kobiety?

– Statystycznie właściwa liczba – powiedziała Jasnah. – Ale nie obawiaj się, że wkrótce zaczniesz machać mieczem, dziecko. Archetyp Świetlistych na polu bitwy był przesadzony. Z tego, co czytałam, choć oczywiście świadectwa historyczne nie są pewne, na każdego Świetlistego, który poświęcił się bitwie, przypadało trzech innych, zajmujących się dyplomacją, nauką lub w inny sposób pomagających społeczeństwu.

– Ach. – Czy Shallan to rozczarowało?

Głupia. W jej głowie pojawiło się nieproszone wspomnienie. Srebrzysty miecz. Wzorzec światła. Prawdy, którym nie umiała stawić czoła. Odepchnęła je, mocno zaciskając powieki.

Dziesięć uderzeń serca.

– Zajęłam się tymi sprenami, o których mi opowiadałaś – mówiła dalej Jasnah. – Stworami o głowach z symboli.

Shallan odetchnęła głęboko i otworzyła oczy.

– To jeden z nich – powiedziała, wskazując ołówkiem na wzór.

Istota przybliżyła się do skrzyni i to wchodziła na nią, to z niej schodziła, zupełnie jak dziecko skaczące na kanapie. Nie wydawał się groźny, raczej niewinny, nawet swawolny – i niezbyt inteligentny. Bała się czegoś takiego?

– Tak przypuszczam – stwierdziła Jasnah. – Większość sprenów prezentuje się tu inaczej niż w Cieniomorzu. Wcześniej rysowałaś ich postać tam.

– Ten tu nie robi wielkiego wrażenia.

– Owszem. Muszę przyznać, że jestem rozczarowana. Wydaje mi się, że przegapiłyśmy coś bardzo ważnego, co mnie irytuje. Zagadkowi mają przerażającą reputację, a jednak ten, pierwszy okaz, jaki kiedykolwiek widziałam, wydaje się...

Spren wspiął się na ścianę, ześlizgnął z powrotem, znów się wspiął i ześlizgnął.

– Tępy? – spytała Shallan.

– Może po prostu potrzebuje więcej czasu – powiedziała Jasnah. – Kiedy związałam się z Kością Słoniową... – Przerwała gwałtownie.

– O co chodzi? – spytała dziewczyna.

– Przepraszam. On nie lubi, kiedy o nim mówię. Robi się wtedy niespokojny. Złamanie przysięgi przez rycerzy było bardzo bolesne dla sprenów. Wiele z nich umarło, tego jestem pewna. Choć Kość Słoniowa o tym nie mówi, wydaje mi się, że jego rodzaj postrzega to, co zrobił, jako zdradę.

– Ale...

– Ani słowa więcej – przerwała jej Jasnah. – Przepraszam.

– Dobrze. Wspominałaś o Zagadkowych?

– Tak. – Jasnah sięgnęła do rękawa, który ukrywał jej bezpieczną rękę, i wyciągnęła z niego złożony arkusz papieru... jeden z rysunków symbologłowych, które wykonała Shallan. – Tak sami mówią o sobie, choć my pewnie nazwalibyśmy je kłamstwosprenami. Nie lubią tego określenia. Tak czy inaczej, Zagadkowi rządzą jednym z większych miast Cieniomorza. Możesz ich uznać za jasnookich Krainy Umysłu.

– Czyli to coś – powiedziała Shallan, wskazując na wzór, który kręcił kółka pośrodku kajuty – jest... księciem po tamtej stronie?

– Coś w tym rodzaju. Pozostają w trudnym do zrozumienia konflikcie z honorsprenami. Polityka sprenów nie jest czymś, czemu mogłam poświęcić dużo czasu. Ten spren będzie twoim towarzyszem i zapewni ci między innymi umiejętność Dusznikowania.

– Między innymi?

– To się jeszcze zobaczy – powiedziała Jasnah. – Wszystko zależy od natury sprena. Czego dowiedziałaś się ze swoich badań?

Przy Jasnah wszystko wydawało się sprawdzianem umiejętności. Shallan stłumiła westchnienie. Dlatego właśnie poszła z Jasnah, zamiast wrócić do domu. Mimo to czasami chciałaby, by kobieta udzieliła jej odpowiedzi zamiast zmuszać ją do ciężkiej pracy, by sama do nich dotarła.

– Alai twierdzi, że spreny są fragmentami mocy stworzenia. Wiele uczonych, których prace czytałam, zgadza się z tym.

– To jedno zdanie. Co ono oznacza?

Shallan próbowała nie patrzeć na sprena na podłodze, który ją rozpraszał.

– Istnieje dziesięć podstawowych Mocy – sił – dzięki którym działa świat. Ciążenie, ciśnienie, przeobrażenie, tego rodzaju rzeczy. Powiedziałaś mi, że spreny są fragmentami Krainy Umysłu, które dzięki ludzkiej uwadze jakimś sposobem zyskały świadomość. Cóż, wydaje się rozsądne, że wcześniej też czymś były... jak obraz był płótnem zanim zyskał życie.

– Życie? – powtórzyła Jasnah, unosząc brew.

– Ależ oczywiście – powiedziała Shallan. Obrazy żyły. Nie tak jak człowiek albo spren, ale... dla niej w każdym razie było to oczywiste. – Czyli, zanim spreny ożyły, były czymś. Siłą. Energią. Zen-córka-Vath rysowała malutkie spreny, które widywała wokół ciężkich przedmiotów. Ciążeniospreny – fragmenty mocy lub siły, która sprawia, że spadamy. Wydaje się rozsądne, że każdy spren, zanim stał się sprenem, był siłą. Spreny można podzielić na dwie kategorie – te, które reagują na uczucia i te, które reagują na siły w rodzaju ognia czy wiatru.

– Wierzysz więc w teorię kategoryzacji sprenów autorstwa Namar?

– Tak.

– Dobrze – powiedziała Jasnah. – Podobnie jak ja. Osobiście podejrzewam, że z tego podziału sprenów – spreny uczuć kontra spreny natury – wywodzą się pierwotne wizje „bogów” ludzkości. Honor, który stał się Wszechmocnym vorinizmu, został stworzony przez mężczyzn pragnących uosobienia ideału ludzkich uczuć, jaki postrzegali w sprenach. Pielęgnacja, bogini, której oddają cześć na zachodzie, to ucieleśnienie natury i sprenów natury. Różnorakie Pustkospreny oraz ich niewidzialny pan – którego imię zmienia się zależnie od kultury – przywołują na myśl wroga lub antagonistę. Oczywiście, Ojciec Burz to dziwaczne następstwo tego wszystkiego, jego teoretyczna natura zmienia się w zależności od ery vorinizmu...

Umilkła. Shallan zarumieniła się, kiedy uświadomiła sobie, że odwróciła wzrok i zaczęła kreślić na kocu glif strzegący, by obronić się przed złem w słowach Jasnah.

– To była dygresja – powiedziała Jasnah. – Przepraszam.

– Jesteś taka pewna, że on nie jest prawdziwy. To znaczy Wszechmocny – powiedziała Shallan.

– Nie mam lepszego dowodu na jego istnienie niż na istnienie Pasji Thaylenów, Nu Ralika z Czystego Jeziora czy jakiejkolwiek innej religii.

– A Heroldowie? Sądzisz, że istnieli?

– Nie wiem – przyznała Jasnah. – Tak wielu rzeczy na tym świecie nie rozumiem. Na przykład, istnieją pewne nie do końca przekonujące dowody, że zarówno Ojciec Burz, jak i Wszechmocny są realnymi istotami, po prostu potężnymi sprenami, jak Strażniczka Nocy.

– W takim razie byłby prawdziwy.

– Nigdy nie mówiłam, że nie jest – stwierdziła Jasnah. – Twierdziłam jedynie, że nie uznaję go za Boga, nie czuję też potrzeby, by oddawać mu cześć. Ale to znów jest dygresja. – Jasnah wstała. – Jesteś zwolniona z innych obowiązków. Przez następne kilka dni masz się skupiać na jednym. – Wskazała na podłogę.

– Na wzorze? – spytała Shallan.

– Jesteś pierwszą od wielu stuleci osobą, która ma szansę kontaktu z Zagadkowym – powiedziała Jasnah. – Badaj go i zapisuj swoje doświadczenia, i to szczegółowo. Najpewniej będzie to pierwsze twoje znaczące dzieło, może się też okazać niezwykle ważne dla naszej przyszłości.

Shallan wpatrywała się we wzór, który podszedł bliżej i uderzył ją w stopę – czuła go bardzo słabo – a teraz uderzał w nią co chwila.

– Cudownie – powiedziała.


Następna wskazówka pojawiła się na murach. Nie zignorowałam tego znaku, ale nie pojęłam też w pełni jego implikacji.

Z dziennika Navani Kholin, Jeseses roku 1174.

– Biegnę przez wodę – powiedział Dalinar, przychodząc do siebie.

Rzeczywiście się poruszał, nacierał naprzód.

Wizja zmaterializowała się wokół niego. Jego nogi zalewała woda. Po obu stronach tuzin mężczyzn z młotami i włóczniami biegł przez płyciznę. Z każdym krokiem unosili wysoko nogi – stopy opuszczone, uda równoległe do powierzchni wody, jakby maszerowali na paradzie – ale w żadnej paradzie nikt nie próbował biec tak szybko. Najwyraźniej poruszanie się w taki sposób pomagało. Spróbował naśladować dziwny krok.

– Wydaje mi się, że jestem w Czystym Jeziorze – mruknął pod nosem. – Ciepła woda, która sięga tylko do kolan, na horyzoncie żadnego lądu. Ale zapada zmierzch, więc niewiele widzę. Ze mną biegną inni mężczyźni. Nie wiem, czy biegniemy w stronę czegoś, czy przed czymś uciekamy. Nie widzę nic przez ramię. Ci ludzie są zdecydowanie żołnierzami, choć ich mundury wyglądają staroświecko. Skórzane spódniczki, hełmy i napierśniki z brązu. Gołe nogi i ramiona. – Spojrzał na siebie z góry. – Ja również jestem tak ubrany.

Niektórzy wysoko urodzeni z Alethkaru i Jah Keved nadal wykorzystywali ten rodzaj mundurów, więc nie mógł dokładnie ocenić epoki. Współcześnie używali ich dowódcy tradycjonaliści, którzy liczyli, że klasyczny wygląd poprawi morale ich ludzi. W takich przypadkach jednak starożytnym mundurom towarzyszyło nowoczesne stalowe uzbrojenie, a tu go nie widział.

Dalinar nie zadawał pytań. Odkrył, że jeśli dawał się ponieść wizji, dowiadywał się więcej, niż gdy próbował się zatrzymać i zadawać pytania.

Bieg przez wodę był trudny. Choć zaczął na początku grupy, teraz zostawał z tyłu. Grupka biegła w stronę dużego kamiennego kopca skrytego w cieniu. Może to jednak nie było Czyste Jezioro, tam nie było takich formacji skalnych...

To nie był kopiec, lecz forteca. Dalinar zatrzymał się i spojrzał w stronę spiczastej, przypominającej zamek budowli, która wznosiła się pośród nieruchomych wód jeziora. Czarny kamień. Obsydian? Może to miejsce zostało Dusznikowane.

– Przede mną jest forteca – powiedział, ruszając dalej. – Z pewnością już nie istnieje, inaczej byłaby bardzo sławna. Wygląda, jakby powstała w całości z obsydianu. Ściany jak płetwy wznoszą się w stronę spiczastych szczytów, do tego wieże jak groty strzał... Ojcze Burz, wygląda majestatycznie. Zbliżamy się do kolejnej grupy żołnierzy, która stoi w wodzie i trzyma uniesione włócznie zwrócone we wszystkie strony. Jest ich może tuzin, mnie towarzyszy kolejny tuzin. I... tak, pośród nich ktoś stoi. Odpryskowy. Świecący pancerz.

Nie tylko Odpryskowy. Świetlisty. Rycerz w olśniewającym Pancerzu Odprysku, którego połączenia, jak również narysowane na nim znaki emanowały głębokim czerwonym blaskiem. W cieniodniach Pancerze tak wyglądały. Ta wizja nastąpiła przed Odstępstwem.

Podobnie jak wszystkie Pancerze Odprysku, tak i ten był charakterystyczny. Ta kolcza spódniczka, te gładkie połączenia, te zarękawia wyciągnięte do tyłu w taki sposób... Na burze, wyglądał zupełnie jak pancerz Adolina, choć był węższy w talii. Kobieta? Dalinar nie mógł tego ocenić, miała opuszczoną zasłonę.

– Ustawić się w szyku – rozkazał rycerz, gdy przybyła grupka Dalinara, a on sam pokiwał głową. Tak, kobieta.

 

Dalinar i pozostali żołnierze ustawili się w kręgu wokół kobiety, wystawiając broń. W pewnej odległości kolejna grupka żołnierzy z rycerzem na czele maszerowała przez wodę.

– Dlaczego wezwałaś nas z powrotem? – spytał jeden z towarzyszy Dalinara.

– Caeb sądzi, że coś widział – odpowiedziała. – Bądźcie czujni. Musimy iść ostrożnie.

Grupka ruszyła w kierunku przeciwnym niż ten, z którego przyszli. Dalinar trzymał włócznię i pocił się na skroniach. We własnych oczach wyglądał tak samo, jak zawsze. Pozostali jednak postrzegali go jako jednego ze swoich.

Wciąż nie wiedział zbyt wiele o tych wizjach. Wszechmocny mu je w jakiś sposób zsyłał.

Ale Wszechmocny nie żył, co sam przyznał. Zatem, jak to działało?

– Szukamy czegoś – mruknął Dalinar. – Grupki rycerzy i żołnierzy zostały wysłane w noc, żeby znaleźć coś, co ktoś zauważył.

– Wszystko w porządku, nowy? – spytał jeden z żołnierzy obok niego.

– Pewnie – odpowiedział Dalinar. – Tylko trochę się niepokoję. To znaczy, nie wiem nawet, czego tak naprawdę szukamy.

– Sprena, który nie zachowuje się tak, jak powinien – wyjaśnił mężczyzna. – Miej oczy szeroko otwarte. Kiedy Sja-anat dotknie sprena, ten zaczyna się dziwnie zachowywać. Zawołaj, jeśli cokolwiek zauważysz.

Dalinar kiwnął głową, po czym pod nosem powtórzył te słowa, mając nadzieję, że Navani go słyszy. Razem z innymi żołnierzami kontynuowali poszukiwania, kobieta-rycerz wśród nich rozmawiała z... nikim? Brzmiało to tak, jakby prowadziła rozmowę, ale Dalinar nie widział ani nie słyszał nikogo obok niej.

Skupił się na otoczeniu. Zawsze chciał zobaczyć środek Czystego Jeziora, ale udało mu się jedynie odwiedzić granice. Nie znalazł czasu na wycieczkę w tę stronę podczas ostatnich odwiedzin w Azirze. Azirczycy zawsze udawali zaskoczonych, że chciałby zobaczyć takie miejsce, i twierdzili, że „tam nic nie ma”.

Dalinar miał na nogach ciasne buty, być może miały chronić stopy przed zranieniem o coś, co kryło się w wodzie. Dno było miejscami nierówne, otwory i krawędzie raczej wyczuwał niż widział. Odkrył, że wpatruje się w rybki przemykające we wszystkich kierunkach, cienie w wodzie, a obok nich twarz.

Twarz.

Dalinar krzyknął, odskoczył i wskazał włócznią w dół.

– Tam była twarz! W wodzie!

– Rzekospren? – spytała kobieta-rycerz, podchodząc bliżej.

– Wyglądała jak cień – rzekł Dalinar. – O czerwonych oczach.

– W takim razie jest tutaj. Szpieg Sja-anata. Caeb, pobiegnij do punktu kontrolnego. Wy obserwujcie dalej. Bez nosiciela daleko nie ucieknie.

Wyrwała coś zza pasa, niewielką sakiewkę.

– Tam! – zawołał Dalinar, zauważając niewielką czerwoną kropkę w wodzie.

Odpłynęła od niego jak ryba. Rzucił się za nią, biegnąc tak, jak nauczył się wcześniej. Ale czy gonienie za sprenem mogło coś dać? Nie dało się ich złapać, a w każdym razie nie znał żadnego sposobu.

Inni pobiegli za nim. Ryby rozproszyły się, przestraszone chlupotem.

– Gonię sprena – powiedział pod nosem Dalinar. – Na to polowaliśmy. Wygląda trochę jak twarz, cienista, o czerwonych oczach. Pływa w wodzie jak ryba. Zaczekaj! Jest jeszcze jeden. Dołączył do niego. Większy, pełna postać, dobre sześć stóp. Płynąca istota, ale jak cień. To...

– Na burze! – wykrzyknęła nagle kobieta. – Przyprowadził eskortę!

Większy spren przekręcił się, po czym zanurkował w wodzie i zniknął w kamienistym dnie. Dalinar zatrzymał się, niepewny, czy powinien dalej gonić tego mniejszego, czy zostać tutaj.

Pozostali odwrócili się i zaczęli biec w przeciwną stronę.

Oho...

Dalinar cofał się niezgrabnie, kiedy kamienne dno zaczęło się trząść. Potknął się, przewrócił w płytką wodę. Była tak czysta, że widział, jak dno pęka pod nim, jakby coś wielkiego uderzało w nie od spodu.

– Chodź! – krzyknął jeden z żołnierzy i chwycił go za ramię.

Dalinar został poderwany na nogi w chwili, gdy pęknięcia się poszerzyły. Powierzchnia jeziora, jeszcze przed chwilą nieruchoma, wzburzyła się.

Ziemia się zatrzęsła, niemal znów przewracając Dalinara. Kilku innych żołnierzy rzeczywiście upadło.

Kobieta-rycerz stała nieruchomo, a w jej dłoniach zmaterializowało się ogromne Ostrze Odprysku.

Dalinar obejrzał się przez ramię i ujrzał skałę wyłaniającą się z wody. Długa ręka! Smukła, długa na może piętnaście stóp, wyrywała się z wody, a później znów opadła, jakby chciała się wesprzeć na dnie jeziora. W pobliżu podniosło się drugie ramię, łokciem do nieba, a później oba się uniosły, jakby połączone z ciałem robiącym pompki.

Ze skalistego dna wyrwało się ogromne ciało. Wyglądało to tak, jakby ktoś był zakopany w piasku, a teraz się wyłaniał. Woda spływała z nierównego grzbietu istoty, porośniętego łupkokorą i podwodnymi grzybami. Spren jakimś sposobem ożywił skałę.

Kiedy stwór tak stał i przekręcał się, Dalinar zobaczył świecące czerwone oczy – jak stopiona skała – zagłębione w paskudnej kamiennej twarzy. Ciało niczym szkielet, o chudych członkach i spiczastych palcach zakończonych kamiennymi szponami, kamienny tors.

– Skałogrzmot! – wrzasnęli żołnierze. – Młoty! Szykować młoty!

Kobieta-rycerz stała przed podnoszącym się stworem, wysokim na trzydzieści stóp i ociekającym wodą. Zaczęła emanować spokojnym, białym blaskiem, który Dalinarowi przypominał światło kul. Burzowe Światło. Uniosła Ostrze Odprysku i rzuciła się do ataku, krocząc przez wodę z niesamowitą łatwością, jakby w ogóle jej nie dotykała. Może to wynikało z siły Pancerza.

– Zostali stworzeni, by strzec – powiedział ktoś z boku.

Dalinar spojrzał na żołnierza, który pomógł mu wcześniej, Selaya o pociągłej twarzy, przerzedzonych włosach i szerokim nosie. Sięgnął w dół, by pomóc mu się podnieść.

Mężczyzna wcześniej mówił inaczej, ale Dalinar rozpoznał głos brzmiący na końcu większości wizji. Wszechmocny.

– Świetliści Rycerze – powiedział Wszechmocny, stając obok Dalinara i patrząc, jak kobieta-rycerz atakuje koszmarną bestię. – Byli rozwiązaniem, sposobem, by powstrzymać zniszczenia Spustoszeń. Dziesięć zakonów rycerzy, utworzonych, by pomagać ludziom walczyć, a później odbudowywać.

Dalinar powtórzył to, słowo po słowie, skupiając się, by pochwycić każde z nich, a nie na ich znaczeniu.

Wszechmocny odwrócił się do niego.

– Pojawienie się tych zakonów mnie zaskoczyło. Nie nauczyłem tego swoich Heroldów. Umożliwiły to spreny, które pragnęły naśladować to, co dałem ludziom. Będziesz musiał stworzyć je na nowo. Takie jest twoje zadanie. Zjednocz ich. Stwórz fortecę, która wytrzyma burzę. Rozdrażnij Odium, przekonaj go, że może przegrać, i wyznacz czempiona. Wykorzysta tę szansę, zamiast ryzykować kolejną przegraną, których doznawał tak często. To najlepsza rada, jaką mogę ci dać.

Dalinar skończył powtarzanie słów. Za nim walka zaczęła się na dobre, woda chlapała, skały zgrzytały. Pojawili się żołnierze niosący młoty. Ku jego zaskoczeniu oni również emanowali Burzowym Światłem, choć o wiele słabiej.

– Zaskoczyło cię pojawienie się rycerzy – powiedział Dalinar do Wszechmocnego. – A ta siła, ten wróg zdołał cię zabić. Nigdy nie byłeś Bogiem. Bóg wie wszystko. Boga nie można zabić. Kim więc byłeś?

Wszechmocny nie odpowiedział. Nie mógł. Dalinar wiedział już, że te wizje były ustalonym z góry doświadczeniem, jak sztuka teatralna. Ludzie wewnątrz nich mogli reagować na Dalinara, jak aktorzy, którzy do pewnego stopnia mogli improwizować. Sam Wszechmocny nigdy tego nie robił.

– Zrobię co mogę – powiedział Dalinar. – Stworzę je na nowo. Przygotuję się. Powiedziałeś mi wiele rzeczy, ale do tego jednego doszedłem samodzielnie. Skoro ciebie można było zabić, to tego drugiego, podobnego tobie, twojego wroga, też pewnie można.

Dalinara spowiła ciemność. Wrzaski i chlupot ucichły. Czy to się wydarzyło podczas Spustoszenia, czy pomiędzy nimi? Wizje zawsze mówiły mu za mało. Kiedy ciemność się rozproszyła, odkrył, że leży w niewielkiej kamiennej komnacie wewnątrz własnej siedziby.

Navani klęczała obok niego, przed sobą trzymała podkładkę, a jej dłonie poruszały się szybko, gdy notowała. Na burze, była piękna. Dojrzała, wargi pomalowane na czerwono, włosy zaplecione w skomplikowany warkocz otaczający głowę, w którym błyszczały rubiny. Suknia czerwona jak krew. Spojrzała na niego, zauważyła, że się budzi, i na jej twarzy pojawił się uśmiech.