Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zaatakował mnie! – Hełm tłumił głos Adolina.

– Rzuciłeś mu wyzwanie, głupi dzieciaku. – Głos Zahela się przybliżył.

– Sam się o to prosił – odparł Adolin.

Ból. Ktoś u boku Kaladina. Zahel?

– Masz na sobie Pancerz, Adolinie. – Tak, to Zahel klęczał nad Kaladinem, który nadal nie mógł skupić wzroku. – Nie rzuca się nieopancerzonym partnerem do ćwiczeń, jakby był wiązką chrustu. Nie tak cię uczył ojciec!

Kaladin odetchnął głęboko i zmusił się do otwarcia oczu. Wypełniło go Burzowe Światło z sakiewki u boku. Nie za dużo. Nie pozwól, żeby zobaczyli. Nie pozwól, by ci je odebrali!

Ból zniknął. Jego ramię się uleczyło – nie wiedział, czy je złamał, czy tylko zwichnął. Zahel krzyknął z zaskoczenia, gdy Kaladin zerwał się na równe nogi i rzucił w stronę Adolina.

Książę cofnął się, wyciągając rękę do boku, wyraźnie przyzywając Ostrze. Kaladin kopnięciem wyrzucił w górę połówkę włóczni i złapał ją w powietrzu.

W tej chwili opuściła go siła. Burza wewnątrz zniknęła bez ostrzeżenia, a on zatoczył się i sapnął, czując powracający ból ramienia.

Adolin chwycił go za ramię. Ostrze Odprysku pojawiło się w jego drugiej dłoni, ale w tej właśnie chwili przy szyi Kaladina zatrzymało się drugie Ostrze.

– Jesteś martwy – powiedział z tyłu Zahel, trzymając Ostrze przy skórze Kaladina. – Znowu.

Kaladin opadł pośrodku placu i opuścił połówkę włóczni. Czuł się wyczerpany. Co się wydarzyło?

– Idź i pomóż bratu ze skokami – polecił Zahel Adolinowi.

Kim był, że miał prawo rozkazywać książętom?

Adolin odszedł, a Zahel ukląkł obok Kaladina.

– Nie wzdrygasz się, kiedy ktoś macha ci Ostrzem przed nosem. Rzeczywiście walczyłeś już wcześniej z Odpryskowymi, prawda?

– Tak.

– W takim razie masz szczęście, że żyjesz – powiedział Zahel, obmacując ramię Kaladina. – Masz w sobie nieustępliwość. Aż do przesady. Jesteś w dobrej formie i szybko myślisz podczas walki. Ale właściwie nie wiesz, co robisz, kiedy walczysz z Odpryskowymi.

– Ja...

Co mógł powiedzieć? Zahel miał rację. Gdyby się sprzeciwił, byłaby to oznaka arogancji. Dwie walki – trzy, jeśli liczyć ten dzień – nie czyniły nikogo ekspertem. Skrzywił się, kiedy Zahel dotknął bolącego ścięgna. Na ziemi pojawiły się kolejne bólospreny. Dziś miały sporo pracy.

– Nic złamanego – powiedział Zahel z chrząknięciem. – Jak żebra?

– W porządku – odparł Kaladin i położył się na piasku, wpatrując się w niebo.

– Cóż, nie zmuszę cię do nauki – stwierdził szermierz, wstając. – Właściwie nie sądzę, bym mógł cię zmusić.

Kaladin zacisnął powieki. Czuł się upokorzony, ale dlaczego? Już wcześniej przegrywał podczas ćwiczeń. To było normalne.

– Bardzo mi go przypominasz – powiedział Zahel. – Adolin też nie pozwolił, żebym go uczył. Na początku.

Kaladin otworzył oczy.

– Wcale go nie przypominam.

Zahel skwitował te słowa śmiechem i odszedł, chichocząc, jakby usłyszał najlepszy dowcip na świecie. Kaladin nadal leżał na piasku, wpatrując się w ciemnoniebieskie niebo i słuchając odgłosów walk. W końcu Syl wylądowała na jego piersi.

– Co się stało? – spytał Kaladin. – Burzowe Światło mnie opuściło. Czułem, jak odchodzi.

– Kogo chroniłeś? – spytała Syl.

– Ja... ćwiczyłem walkę, jak wtedy w rozpadlinach, gdy walczyłem z Blizną i Skałą.

– Naprawdę to właśnie robiłeś? – spytała Syl.

Nie wiedział. Leżał tak, wpatrując się w niebo, aż w końcu złapał oddech i podniósł się z jękiem. Otrzepał się, po czym poszedł sprawdzić, co u Moasha i innych strażników. Idąc, wciągnął odrobinę Burzowego Światła, a ono zadziałało, powoli uzdrawiając ramię i zmniejszając sińce.

Przynajmniej te cielesne.


Pięć i pół roku wcześniej

Jedwab nowej sukni Shallan był gładszy niż wszystko, co należało do niej wcześniej. Dotykał jej skóry jak delikatny powiew. Lewy rękaw zapinał się na dłoni – była już dość duża, by zasłaniać bezpieczną dłoń. Niegdyś marzyła o noszeniu kobiecej sukni. Jej matka i ona...

Jej matka...

Umysł Shallan znieruchomiał. Jak zgaszona świeca, nagle przestała myśleć. Odchyliła się do tyłu na krześle, siedziała z podwiniętymi nogami i dłońmi złożonymi na kolanach. W ponurej kamiennej sali jadalnej trwała gorączkowa krzątanina – w posiadłości Davarów przygotowywano się na przybycie gości. Shallan nie wiedziała, jacy to goście, jedynie, że ojciec chciał, by wszystko było idealne.

Obok przeszły pośpiesznie dwie pokojówki.

– Ona widziała – szepnęła jedna do drugiej, nowej. – Biedulka była w komnacie, kiedy to się wydarzyło. Od pięciu miesięcy nie powiedziała ani słowa. Pan zabił własną żonę i jej kochanka, ale nie pozwól...

Mówiły dalej, lecz Shallan ich nie słyszała.

Trzymała dłonie na kolanach. Jej jaskrawoniebieska suknia była jedyną plamą barwy w sali. Siedziała na podwyższeniu, obok honorowego stołu. Kilka pokojówek w brązowych sukienkach, z rękawiczkami na bezpiecznych dłoniach, szorowało podłogę i polerowało meble. Parshmeni wnieśli jeszcze kilka stołów. Jedna z pokojówek otworzyła okna, wpuszczając świeże powietrze, wilgotne po niedawnej arcyburzy.

Shallan znów usłyszała swoje imię. Pokojówki najwyraźniej sądziły, że skoro nie mówi, to i nie słyszy. Czasami zastanawiała się, czy jest niewidzialna. Może nie była prawdziwa. To by było miłe...

Drzwi do sali otworzyły się gwałtownie i do środka wkroczył Nan Helaran. Wysoki, umięśniony, o kwadratowej szczęce. Jej najstarszy brat był mężczyzną. Wszyscy pozostali... byli dziećmi. Nawet Tet Balat, który osiągnął już wiek męski. Helaran rozejrzał się po sali, być może szukając ojca. Później podszedł do Shallan, pod pachą miał niewielki węzełek. Pokojówki skwapliwie zeszły mu z drogi.

– Witaj, Shallan – powiedział Helaran i kucnął obok niej. – Nadzorujesz wszystko?

To było miejsce, w którym miała przebywać. Ojciec nie lubił, kiedy przebywała gdzieś, gdzie nie była obserwowana. Martwił się.

– Coś ci przywiozłem – powiedział Helaran, rozwijając węzełek. – Zamówiłem dla ciebie w Uścisku Północy, a kupiec właśnie przejeżdżał.

Wyciągnął skórzaną teczkę.

Shallan wzięła ją z wahaniem. Uśmiech Helarana był tak szeroki, że właściwie promieniał. Trudno się było krzywić w pomieszczeniu, w którym on się uśmiechał. Kiedy był w pobliżu, prawie mogła udawać... Prawie udawać...

Jej umysł wypełniła pustka.

– Shallan? – spytał, trącając ją lekko.

Otworzyła teczkę. W środku był plik papieru do rysowania, tego grubego – tego drogiego – i komplet węglowych ołówków. Uniosła okrytą bezpieczną dłoń do warg.

– Brakowało mi twoich rysunków – powiedział Helaran. – Sądzę, że mogłabyś być bardzo dobra, Shallan. Powinnaś więcej ćwiczyć.

Przeciągnęła palcami prawej dłoni po papierze i sięgnęła po ołówek. Zaczęła rysować. Minęło zbyt wiele czasu.

– Musisz wrócić, Shallan – powiedział cicho Helaran.

Skuliła się, papier szeleścił pod ołówkiem.

– Shallan?

Żadnych słów. Tylko rysunek.

– W ciągu najbliższych kilku lat często mnie nie będzie – powiedział Helaran. – Musisz zatroszczyć się o pozostałych w moim imieniu. Martwię się o Balata. Dałem mu nowe szczenię ostrogara, a on... nie był dla niego dobry. Musisz być silna, Shallan. Dla nich.

Od czasu przybycia Helerana pokojówki umilkły. Za pobliskim oknem leniwie wiły się pnącza. Ołówek Shallan wciąż się poruszał. Jakby to nie ona rysowała, jakby to wszystko wyłaniało się z kartki, węgiel wyłaniał się z faktury. Jak krew.

Helaran wstał z westchnieniem. Wtedy zobaczył, co rysowała. Ciała, leżące twarzą do ziemi, na podłodze z...

Chwycił papier i zgniótł go. Shallan wzdrygnęła się i cofnęła, ściskając ołówek drżącymi palcami.

– Rysuj rośliny – powiedział Helaran – i zwierzęta. Bezpieczne rzeczy, Shallan. Nie rozpamiętuj tego, co się wydarzyło.

Po jej policzkach popłynęły łzy.

– Nie możemy jeszcze się zemścić – powiedział cicho Helaran. – Balat nie nadaje się na głowę rodu, a ja muszę wyjechać. Ale już wkrótce.

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Ojciec był potężnym mężczyzną, wbrew modzie nosił brodę. Jego vedeński strój nie był zgodny z najnowszymi wzorami – składała się na niego przypominająca nieco spódnicę jedwabna szata zwana ulatu i obcisła koszula, na które narzucił płaszcz. Żadnej lamówki z futra norki, jaką mogliby nosić jego dziadowie, lecz poza tym wyglądał bardzo tradycyjnie.

Górował nad Helaranem, górował nad wszystkimi w całej posiadłości. Za nim weszli parshmeni, niosący pakunki z jedzeniem do kuchni. Wszyscy mieli marmurkową skórę, dwaj czerwoną na czarnym tle, a jeden czerwoną na białym. Ojciec lubił parshmenów. Nie odzywali się.

– Dowiedziałem się, że kazałeś stajennym przygotować jeden z moich powozów, Helaranie! – ryknął ojciec. – Nie pozwolę ci znów wyruszyć na hulankę!

– Na świecie są ważniejsze rzeczy – powiedział Helaran. – Ważniejsze nawet od ciebie i twoich zbrodni.

– Nie odzywaj się do mnie w taki sposób – powiedział ojciec i ruszył do przodu, wyciągając palec w stronę Helarana. – Jestem twoim ojcem.

Pokojówki pośpiesznie uciekły na bok, starając się nie wchodzić nikomu w drogę. Shallan przycisnęła teczkę do piersi, kuląc się na krześle.

– Jesteś mordercą – powiedział spokojnie Helaran.

Ojciec zatrzymał się w miejscu, jego twarz poczerwieniała. Później ruszył dalej.

– Jak śmiesz?! Myślisz, że nie mogę cię uwięzić? Tylko dlatego, że jesteś moim dziedzicem, myślisz...

 

Coś pojawiło się w dłoni Helarana, linia mgły, która skondensowała się w srebrzystą stal. Ostrze długości około sześciu stóp, zakrzywione i grube, ta jego strona, która nie była ostra, miała kształt płomieni, a może fal. W głowicę wprawiono klejnot, a gdy światło odbijało się od metalu, fale wyglądały, jakby się poruszały.

Helaran był Odpryskowym. Ojcze Burz! Jak? Kiedy?

Ojciec przerwał i zatrzymał się gwałtownie. Helaran zeskoczył z niskiego podwyższenia i uniósł Ostrze Odprysku w stronę ojca. Sztych dotykał jego piersi.

Ojciec uniósł dłonie do boków.

– Jesteś plugawym zepsuciem w tym domu – powiedział Helaran. – Powinienem wepchnąć ci je w pierś. To byłby akt miłosierdzia.

– Helaranie... – Zdawało się, że głos ojca opuściły wszelkie uczucia, a jego twarz wszelkie barwy. Był teraz blady jak ściana. – Nie wiesz tego, co ci się wydaje, że wiesz. Twoja matka...

– Nie będę słuchał twoich kłamstw – powiedział Helaran, przekręcając nadgarstek, a wraz z nim miecz, którego sztych wciąż dotykał piersi Ojca. – Tak łatwo.

– Nie – szepnęła Shallan.

Helaran przechylił głowę i odwrócił się, nie ruszając miecza.

– Nie – powiedziała Shallan – proszę.

– Teraz mówisz? – spytał brat. – Żeby bronić jego?!

Roześmiał się chrapliwie i odsunął miecz od piersi ojca.

Ojciec usiadł na krześle, twarz miał wciąż bladą.

– Jak? Ostrze Odprysku. Skąd? – Spojrzał nagle w górę. – Ale nie. Jest inne. Twoi nowi przyjaciele? Powierzyli ci takie bogactwo?

– Mamy ważne zadanie – powiedział Helaran, odwrócił się i ruszył w stronę Shallan. Łagodnym gestem położył jej dłoń na ramieniu. Mówił już ciszej. – Kiedyś ci o tym opowiem, siostro. Dobrze było znów usłyszeć twój głos przed wyjazdem.

– Nie odchodź – szepnęła.

Słowa były jak tkanina w jej ustach. Nie odzywała się od miesięcy.

– Muszę. Proszę, narysuj coś dla mnie podczas mojej nieobecności. Coś fantazyjnego. Radosnego. Możesz to zrobić?

Pokiwała głową.

– Żegnaj, ojcze – powiedział Helaran i odwrócił się do wyjścia. – Spróbuj nie zniszczyć zbyt wiele pod moją nieobecność. Będę od czasu do czasu wracał, by to sprawdzić.

Jego głos odbijał się echem w korytarzu, gdy odszedł.

Oświecony Davar wstał i ryknął. Nieliczne pokojówki, które jeszcze zostały w sali, uciekły bocznymi drzwiami do ogrodu. Shallan cofnęła się przerażona, gdy ojciec podniósł krzesło i uderzył nim w ścianę. Kopniakiem przewrócił niewielki stół, po czym brał kolejne krzesła i brutalnymi uderzeniami rozbijał je o podłogę.

Oddychając głęboko, zwrócił wzrok na nią.

Shallan jęknęła, widząc wściekłość i brak ludzkich uczuć w jego oczach. Kiedy jednak skupił wzrok na niej, powróciło do nich życie. Ojciec upuścił zniszczone krzesło i odwrócił się do niej plecami, jakby zawstydzony, zanim uciekł z sali.


Sztukoformy szukamy dla barwy i piękna.

Tęsknotę czujemy za jej pieśniami.

Choć często niezrozumiała, taka jest prawda,

Przyzywa spreny naszymi losami.

90. zwrotka Pieśni wyliczenia słuchaczy.

Słońce było żarzącym się węgielkiem na horyzoncie, opadającym w stronę nicości, gdy Shallan wraz z małą karawaną przybliżyła się do źródła dymu. Choć kolumna się zmniejszyła, widziała teraz, że wznosi się z trzech różnych miejsc i łączy w jedno.

Stanęła prosto na trzęsącym się wozie, gdy wspinali się po zboczu ostatniego wzgórza. Jednak zatrzymali się, kiedy zaledwie kilka stóp dzieliło ją od możliwości zobaczenia, co się tam działo. Oczywiście, wjechanie na sam szczyt wzgórza byłoby bardzo złym pomysłem, gdyby na dole czekali bandyci.

Bluth zszedł z kozła i podbiegł do przodu. Nie był szczególnie zręczny, ale lepszego zwiadowcy nie mieli. Skulił się i zdjął zbyt elegancki kapelusz, po czym wspiął się na wzgórze, by wyjrzeć na zewnątrz. Chwilę później wstał i już nie próbował się ukrywać.

Shallan zeskoczyła z wozu i podbiegła bliżej, jej spódnice zaczepiały się o pędy skałokolców. Dotarła do szczytu wzgórza tuż przed Tvlakvem.

Poniżej dymiły trzy wozy, a na ziemi widać było ślady walki. Leżące strzały, sterta trupów. Shallan drgnęła, gdy wśród martwych zobaczyła żywych. Garstka zmęczonych postaci przeglądała zgliszcza albo przenosiła ciała. Nie wyglądali na bandytów, lecz raczej uczciwych robotników z karawany. Na drugim końcu obozowiska stało pięć wozów. Niektóre były osmalone, ale wszystkie wydawały się sprawne i wciąż obciążone towarami.

Uzbrojeni mężczyźni i kobiety opatrywali rany. Strażnicy. Grupa przerażonych parshmenów zajmowała się chullami. Ci ludzie zostali zaatakowani, ale przeżyli.

– Na oddech Keleka... – powiedział Tvlakv. Odwrócił się i zaczął wyganiać Blutha i Shallan do tyłu. – Cofnijcie się, zanim nas zobaczą.

– Co takiego? – spytał Bluth, choć był posłuszny. – Ale to inna karawana, jak liczyliśmy.

– Tak, i nie muszą wiedzieć, że tu jesteśmy. Mogą chcieć z nami porozmawiać, a to nas spowolni. Popatrzcie!

Wskazał za plecy.

W słabym świetle zachodzącego słońca Shallan widziała cień wspinający się na wzgórze niedaleko za nimi.

Dezerterzy.

Gestem kazała Tvlakvowi oddać lunetę, co niechętnie zrobił. Soczewka była pęknięta, ale Shallan i tak dobrze przyjrzała się tamtym siłom. Około trzydziestu mężczyzn rzeczywiście było żołnierzami, jak powiedział Bluth. Nie mieli sztandaru i nie maszerowali w szyku, a ich mundury były bardzo różne, ale wydawali się dobrze wyposażeni.

– Musimy zejść na dół i poprosić drugą karawanę o pomoc – powiedziała Shallan.

– Nie! – sprzeciwił się Tvlakv, odbierając lunetę. – Musimy uciekać! Bandyci zobaczą tę bogatszą, ale osłabioną grupę i rzucą się na nich zamiast na nas!

– A myślisz, że potem nie zaczną ścigać nas? – spytała Shallan. – Nasze ślady są doskonale widoczne. Myślisz, że w ciągu najbliższych dni nas nie dogonią?

– Dziś w nocy ma być arcyburza – stwierdził Tvlakv. – Może ukryć nasze ślady, rozwiać skorupy zmiażdżonych przez nas roślin.

– Mało prawdopodobne – sprzeciwiła się Shallan. – Jeśli wesprzemy tę nową karawanę, możemy się utrzymać. To...

Bluth nagle uniósł rękę i odwrócił się.

– Hałas. – Obrócił się na pięcie i sięgnął po pałkę.

W pobliskich cieniach stała postać. Najwyraźniej karawana na dole miała własnego zwiadowcę.

– Poprowadziliście ich prosto na nas, prawda? – spytał kobiecy głos. – Kim oni są? Kolejni bandyci?

Tvlakv uniósł kulę, w której blasku ukazała się jasnooka kobieta średniego wzrostu i szczupłej budowy. Miała na sobie spodnie i długi płaszcz, który niemal przypominał suknię, spięty pasem. Na bezpiecznej dłoni nosiła jasnobrązową rękawiczkę i mówiła po alethyjsku bez akcentu.

– Ja... – powiedział Tvlakv. – Jestem tylko pokornym kupcem i...

– Ci, którzy nas gonią, to z pewnością bandyci – wtrąciła Shallan. – Cały dzień podążali za nami.

Kobieta zaklęła i uniosła własną lunetę.

– Dobre wyposażenie – mruknęła. – Pewnie dezerterzy. Jakbyśmy nie mieli dość kłopotów. Yix!

W pobliżu wstała druga postać, w ubraniu barwy kamienia. Shallan podskoczyła. Jak mogła go nie zauważyć? Był tak blisko! U pasa nosił miecz. Jasnooki? Nie, cudzoziemiec, oceniając po złocistych włosach. Nigdy nie wiedziała, jakie ma dla nich znaczenie kolor oczu. W krainach Makabaków nie było żadnych jasnookich, choć mieli królów, a właściwie wszyscy mieszkańcy Iri mieli jasnożółte oczy.

Podbiegł bliżej z dłonią na rękojeści miecza, na Blutha i Taga patrzył z wyraźną wrogością. Kobieta powiedziała mu coś w języku, którego Shallan nie znała, a on skinął głową i odbiegł w stronę karawany poniżej. Kobieta ruszyła za nim.

– Zaczekaj! – zawołała za nią Shallan.

– Nie mam czasu na rozmowy – warknęła kobieta. – Musimy walczyć z dwiema grupami bandytów.

– Dwiema? – powtórzyła Shallan. – Nie pokonaliście tych, którzy zaatakowali was wcześniej?

– Odpędziliśmy ich, ale wkrótce wrócą. – Kobieta się zawahała. – Sądzę, że pożar był przypadkiem. Nieśli pochodnie, by nas przestraszyć. Cofnęli się, pozwalając nam ugasić ogień, bo nie chcieli stracić zbyt wiele towarów.

Dwie siły. Bandyci z przodu i z tyłu. Shallan odkryła, że się poci, mimo że po zachodzie słońca powietrze zrobiło się chłodne.

Kobieta patrzyła na północ, w stronę miejsca, gdzie musiała wycofać się jej grupka bandytów.

– Tak, wrócą – powtórzyła. – Będą chcieli z nami skończyć przed nadejściem arcyburzy.

– Proponuję wam swoją ochronę – powiedziała niespodziewanie dla samej siebie Shallan.

– Twoją ochronę? – spytała kobieta, z wyraźnym zaskoczeniem odwracając się do Shallan.

– Możecie przyjąć mnie i moich ludzi w waszym obozie – wyjaśniła Shallan. – Zatroszczę się dziś o wasze bezpieczeństwo. Później będę potrzebować waszej pomocy w dotarciu na Strzaskane Równiny.

Kobieta się roześmiała.

– Kimkolwiek jesteś, jesteś odważna. Możesz dołączyć do nas, ale zginiesz z nami wszystkimi!

Na dole rozległy się krzyki. Kilka chwil później z mroku wypadł deszcz strzał, zasypując wozy i robotników.

Krzyki.

Później z ciemności wyłonili się bandyci. Nie byli tak dobrze wyposażeni jak dezerterzy, ale nie musieli. Karawanie pozostało może dziesięciu strażników. Kobieta zaklęła i ruszyła w dół zbocza.

Shallan zadrżała i szeroko otwartymi oczyma wpatrzyła się w rzeź poniżej. Później odwróciła się i podeszła do wozów Tvlakva. Dobrze znała ten nagły dreszcz. Chłód pewności. Wiedziała, co musiała zrobić. Nie wiedziała, czy się uda, ale widziała rozwiązanie – jak linie na rysunku, łączące się ze sobą, by przeobrazić przypadkowe bazgroły w kompletny obraz.

– Tvlakv – powiedziała – weź ze sobą Taga i pomóżcie tym ludziom w walce.

– Co takiego?! Nie. Nie, nie zaryzykuję życia dla waszego szaleństwa.

Spojrzała mu w oczy w niemal całkowitych ciemnościach, a on zamilkł. Wiedziała, że emanuje słabym blaskiem, czuła w sobie burzę.

– Zrób to. – Zostawiła go i podeszła do swojego wozu. – Bluth, zawróć wóz.

Stał z kulą obok wozu, wpatrując się w coś w dłoni. Arkusz papieru? Kto jak kto, ale Bluth z pewnością nie czytał glifów.

– Bluth! – warknęła Shallan i wsiadła na wóz. – Musimy ruszać. Już!

Otrząsnął się, schował papier i zajął miejsce obok niej. Uderzył chulla, skłaniając go do odwrócenia się.

– Co robimy?

– Jedziemy na południe.

– Prosto na bandytów?

– Tak.

Ten jeden raz bez słowa wypełnił jej polecenie, szybko uderzał skorupę chulla – jakby chciał mieć to wszystko już za sobą. Wóz grzechotał i kołysał się, gdy zjechali z jednego wzgórza i wspięli się na kolejne.

Dotarli do szczytu i spojrzeli z góry na oddział wspinający się w ich stronę. Mężczyźni nieśli pochodnie i lampy z kulami, więc widziała ich twarze. Zacięte miny ponurych mężczyzn z wyciągniętą bronią. Na ich napierśnikach lub skórzanych kamizelach były kiedyś znaki oddziałów, ale zostały wycięte lub zdrapane.

Dezerterzy patrzyli na nią z wyraźnym zaskoczeniem. Nie spodziewali się, że ofiara przyjdzie do nich. Jej przybycie oszołomiło ich na chwilę. Ważną chwilę.

Będzie oficer, pomyślała Shallan, stając na koźle. Są żołnierzami albo kiedyś byli. Będą mieli struktury dowodzenia.

Odetchnęła głęboko. Bluth uniósł kulę, spojrzał na nią i sapnął, zaskoczony.

– Chwała niech będzie Ojcu Burz, że tu jesteście! – krzyknęła Shallan do mężczyzn. – Rozpaczliwie potrzebuję waszej pomocy.

Dezerterzy gapili się na nią.

– Bandyci – powiedziała Shallan. – Atakują naszych przyjaciół w karawanie dwa wzgórza stąd. To rzeź! Powiedziałam, że widziałam tu żołnierzy, kierujących się w stronę Strzaskanych Równin. Nikt mi nie uwierzył. Proszę. Musicie pomóc.

Wciąż się na nią gapili.

Trochę jak norka wchodząca do jamy białogrzbieta i pytająca, kiedy będzie obiad... – pomyślała. W końcu dezerterzy poruszyli się i odwrócili w stronę mężczyzny pośrodku. Wysoki, brodaty, miał ręce, które wydawały się zbyt długie w porównaniu z resztą ciała.

– Bandyci, powiadasz – powiedział mężczyzna głosem pozbawionym uczuć.

Shallan zeskoczyła z wozu i podeszła do mężczyzny, pozostawiając milczącego, znieruchomiałego Blutha. Dezerterzy odsuwali się od niej, mężczyźni w poszarpanym i brudnym ubraniu, posiwiali i rozczochrani, o twarzach, które od dawna nie widziały brzytwy – ani mydła. A jednak w blasku pochodni ich broń błyszczała bez śladu rdzy, a napierśniki były tak wypolerowane, że odbijała się w nich jej twarz.

 

Kobieta, którą zobaczyła w jednym napierśniku, wydawała się zbyt wysoka, zbyt majestatyczna, by być samą Shallan. Zamiast rozczochranych włosów miała falujące rude loki. Zamiast łachmanów uciekinierki nosiła suknię haftowaną złotem. Wcześniej nie miała naszyjnika, a kiedy uniosła dłoń w stronę przywódcy bandy, jej połamane paznokcie wydawały się idealnie zadbane.

– Jasności – powiedział mężczyzna, gdy podeszła do niego – nie jesteśmy tym, za kogo nas uważacie.

– Nie – odparła Shallan. – To wy nie jesteście tymi, za kogo się uważacie.

Ci, którzy ją otaczali, wpatrywali się w nią uważnie, aż poczuła, że dostaje gęsiej skórki. W rzeczy samej, znalazła się w leżu drapieżnika. Jednak burza w jej wnętrzu zachęcała ją do działania i dodawała pewności siebie.

Przywódca otworzył usta, by wydać rozkaz. Przerwała mu.

– Jak się nazywasz?

– Zwą mnie Vathah – powiedział mężczyzna, odwracając się do sojuszników. To było vorińskie imię, jak samej Shallan. – I później zdecyduję, co z tobą zrobić. Gaz, weź ją i...

– Co byś zrobił, Vathahu – spytała głośno Shallan – by wymazać przeszłość?

Spojrzał znów na nią, blask pochodni oświetlał połowę jego twarzy.

– Czy chroniłbyś, zamiast zabijać, gdybyś miał wybór? – spytała. – Czy ratowałbyś, zamiast rabować, gdybyś mógł zacząć od nowa? Kiedy tu rozmawiamy, giną dobrzy ludzie. Możesz to powstrzymać.

Jego ciemne oczy wydawały się martwe.

– Nie możemy zmienić przeszłości.

– Ja mogę zmienić waszą przyszłość.

– Jesteśmy poszukiwani.

– Tak, przybyłam tu, poszukując mężczyzn. I z nadzieją, że znajdę mężczyzn. Macie szansę, by znów stać się żołnierzami. Chodźcie ze mną. Upewnię się, że dostaniecie nowe życie. A zacznie się ono od ratowania zamiast zabijania.

Vathah prychnął pogardliwie. W mroku jego twarz wydawała się niedokończona, surowa jak szkic.

– Oświeceni w przeszłości nas zawiedli.

– Posłuchajcie – powiedziała Shallan. – Posłuchajcie krzyków.

Z tyłu dobiegły żałosne dźwięki. Wołanie o pomoc. Robotnicy z karawany, mężczyźni i kobiety. Umierający. Dręczące odgłosy. Shallan była zaskoczona, jak dobrze niosły się dźwięki, choć sama zwróciła na nie uwagę. Jak bardzo przypominały błaganie o pomoc.

– Dajcie sobie drugą szansę – powiedziała cicho. – Jeśli wrócicie ze mną, upewnię się, że wasze zbrodnie zostaną wymazane. Przysięgam to wam, na wszystko co mam, na samego Wszechmocnego. Możecie zacząć od nowa. Zacząć jako bohaterowie.

Vathah patrzył jej w oczy. Był z kamienia. Widziała, że nie udało jej się go przekonać. Burza w jej wnętrzu zaczęła przygasać, a strach się wzmógł. Co ona wyprawiała? To było szaleństwo!

Vathah znów odwrócił wzrok i wiedziała, że go straciła. Warknął rozkaz, by ją pojmać.

Nikt się nie poruszył. Shallan skupiała się tylko na nim, nie na dwóch tuzinach mężczyzn, którzy podeszli bliżej z wzniesionymi pochodniami. Patrzyli na nią otwarcie i nie widziała w ich oczach pożądania, które zauważyła wcześniej. Miast tego mieli szeroko otwarte oczy, pełne tęsknoty, reagujące na odległe krzyki. Dotykali swoich mundurów w miejscach, gdzie wcześniej mieli insygnia. Inni spoglądali na włócznie i topory, broń całkiem niedawnej służby.

– Głupcy, naprawdę o tym myślicie? – spytał Vathah.

Jeden z mężczyzn, niewysoki, z bliznami na twarzy i opaską na jednym oku, pokiwał głową.

– Nie miałbym nic przeciwko, by zacząć od nowa – mruknął. – Na burze, to by było miłe.

– Raz uratowałem życie pewnej kobiecie – dodał inny, wysoki i łysiejący, z pewnością po czterdziestce. – Przez całe tygodnie czułem się bohaterem. Toasty w tawernach. Ciepło. Na Potępienie! Giniemy tu.

– Odeszliśmy, by uciec przed ich uciskiem! – ryknął Vathah.

– A co zrobiliśmy z naszą wolnością, Vathahu? – zapytał ktoś z tyłu.

W ciszy, która nastąpiła, Shallan słyszała jedynie wołanie o pomoc.

– Niech to burza, idę – powiedział niski mężczyzna z opaską na oku i zaczął biec po zboczu. Inni dołączyli do niego.

Shallan odwróciła się, z rękami założonymi na piersi, gdy niemal cała grupa ruszyła do natarcia. Bluth wstał na wozie, blask pochodni ukazał jego zaskoczoną twarz. Później krzyknął radośnie, zeskoczył z wozu i uniósł wysoko pałkę, dołączając o dezerterów.

Shallan została z Vathahem i dwoma mężczyznami. Wydawali się całkowicie zbici z tropu tym, co się wydarzyło. Vathah zaplótł ręce na piersi i westchnął głośno.

– Głupcy, co do jednego.

– Nie są głupcami dlatego, że pragną stać się lepsi niż są – powiedziała Shallan.

Prychnął i popatrzył na nią. Poczuła ukłucie strachu. Jeszcze przed chwilą był gotów ją obrabować i zrobić pewnie coś gorszego. Nie ruszył w jej stronę, choć jego twarz wydawała się jeszcze groźniejsza, gdy zniknęła większość pochodni.

– Kim jesteście? – spytał.

– Shallan Davar.

– Cóż, jasności Shallan – powiedział. – Dla waszego własnego dobra liczę, że dotrzymacie słowa. Chodźcie, chłopcy. Postarajmy się utrzymać tych głupców przy życiu.

Odszedł z pozostałymi dwoma, wspinając się po zboczu w stronę walki.

Shallan stała samotnie w nocy. Odetchnęła lekko. Nie zobaczyła chmurki Światła – całe zużyła. Stopy miała już tylko obolałe, ale czuła się wyczerpana, opróżniona jak przedziurawiony bukłak. Podeszła do wozu i oparła się o niego, a w końcu usiadła na ziemi. Uniósłszy głowę, wpatrzyła się w niebo. Wokół niej wzniosło się kilka wyczerpaniosprenów, małych wirów pyłu.

Salas, pierwszy księżyc, był fioletowym dyskiem pośród skupiska jasnych gwiazd. Krzyki i wrzaski wciąż trwały. Czy dezerterzy wystarczą? Nie wiedziała, ilu było bandytów.

Byłaby tam bezużyteczna, tylko wchodziła im w drogę. Zacisnęła powieki, po czym wspięła się na siedzenie i wyjęła notatnik. Przy dźwiękach walki i śmierci naszkicowała glify modlitwy o nadzieję.

– Posłuchali – powiedział Wzór, brzęcząc z boku. – Zmieniłaś ich.

– Nie wierzę, że mi się udało – powiedziała Shallan.

– Ach... umiesz dobrze kłamać.

– Nie, to była figura retoryczna. Wydaje się niemożliwe, że rzeczywiście mnie wysłuchali. Zatwardziali zbrodniarze.

– Jesteś kłamstwami i prawdą – powiedział cicho Wzór. – One przeobrażają.

– Co to znaczy?

Trudno było rysować z Salasem jako jedynym źródłem światła, ale dała z siebie wszystko.

– Niedawno mówiłaś o jednej Mocy – powiedział Wzór. – Tkanie Światła, moc światła. Ale masz coś jeszcze. Moc przeobrażenia.

– Dusznikowanie? – spytała Shallan. – Już nie Dusznikuję.

– Mmmm. A jednak ich przeobraziłaś. A jednak. Mmmm.

Shallan dokończyła modlitwę i uniosła ją, zauważając jednocześnie, że poprzednia strona notatnika została wyrwana. Kto to zrobił?

Nie mogła spalić modlitwy, ale sądziła, że Wszechmocny się nie obrazi. Przycisnęła ją do piersi i zamknęła oczy, czekając, aż ucichną krzyki na dole.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?