Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jasnah opuściła niewielką komnatę w głębi pałacu i wyszła na korytarz. Skierowała się w górę. Nad nią bębny ucichły nagle, jakby ktoś przeciął struny instrumentu. Czy przyjęcie kończyło się tak wcześnie? Dalinar zrobił coś, co obraziło świętujących? On i jego wino...

Cóż, Parshendi w przeszłości ignorowali obelgi, zatem teraz też by pewnie to zrobili. W rzeczy samej, Jasnah cieszyła się nagłą obsesją ojca na punkcie traktatu. Oznaczał on szansę na spokojne zbadanie tradycji Parshendich i ich historii.

Czy to możliwe, zastanawiała się, że uczone przez te wszystkie lata prowadziły poszukiwania w niewłaściwych ruinach?

Z przodu dobiegły ją słowa odbijające się echem od ścian.

– Martwię się o Ash.

– Ty się o wszystko martwisz.

Jasnah zawahała się w korytarzu.

– Ona czuje się coraz gorzej – mówił ktoś. – Nie mieliśmy czuć się gorzej. Czy ja czuję się gorzej? Tak mi się wydaje.

– Zamknij się.

– Nie podoba mi się to. Postąpiliśmy niewłaściwie. Ten stwór nosi Ostrze mojego pana. Nie powinniśmy pozwolić, by je zachował. On...

Dwaj mężczyźni minęli miejsce przecięcia korytarzy. Byli ambasadorami z zachodu. Mężczyzna z Aziru miał białe znamię na policzku. A może to była blizna? Niższy z nich – wyglądał na Alethiego – na widok Jasnah przerwał. Pisnął i pośpiesznie ruszył dalej.

Azirczyk, odziany w czerń i srebro, zatrzymał się i obrzucił ją spojrzeniem od stóp do głów. Zmarszczył czoło.

– Czy uczta się już skończyła? – spytała Jasnah.

Jej brat zaprosił tych dwóch na święto, razem ze wszystkimi pozostałymi liczącymi się dygnitarzami z obcych krajów obecnymi w Kholinarze.

– Tak – odparł mężczyzna.

Jego spojrzenie sprawiło, że poczuła się niezręcznie. Ruszyła naprzód. Powinnam sprawdzić ich dokładniej, pomyślała. Oczywiście, już wcześniej ich sprawdziła, i nie znalazła nic ciekawego. Czy rozmawiali o Ostrzu Odprysku?

– Chodź! – powiedział niższy mężczyzna. Cofnął się i chwycił towarzysza za rękę.

Tamten pozwolił się odciągnąć. Jasnah podeszła do skrzyżowania korytarzy i odprowadziła ich wzrokiem.

Dźwięk bębnów zastąpiły nagle krzyki.

O nie...

Jasnah odwróciła się z przerażeniem, po czym uniosła spódnice i pobiegła najszybciej jak mogła.

W głowie miała dziesiątki możliwych katastrof. Co jeszcze mogło się wydarzyć w tę nieszczęsną noc, gdy cienie się buntowały, a jej własny ojciec patrzył na nią podejrzliwie? Z nerwami jak postronki dotarła do schodów i zaczęła się wspinać.

Trwało to stanowczo zbyt długo. Przy akompaniamencie wrzasków wspięła się na górę i w końcu wyłoniła wśród chaosu. Z jednej strony trupy, z drugiej zniszczona ściana. Jak...

Zniszczenia prowadziły do komnat ojca.

Cały pałac się zatrząsł i rozległ się trzask.

Nie, nie, nie!

Biegnąc, minęła ślady Ostrza Odprysku na ścianach.

Proszę.

Trupy z wypalonymi oczyma. Ciała rzucone na ziemię jak ogryzione kości na stole.

Nie to.

Zniszczone drzwi. Komnaty ojca. Jasnah zatrzymała się w korytarzu. Dyszała ciężko.

Zapanuj nad sobą, zapanuj...

Nie mogła. Nie teraz. Gorączkowo wbiegła do komnat, choć Odpryskowy zabiłby ją bez trudu. Miała mętlik w głowie. Powinna pobiec po pomoc. Dalinar? Nie, był pijany. W takim razie Sadeas.

Komnata wyglądała, jakby została zniszczona przez arcyburzę. Meble w kawałkach, wszędzie odłamki. Drzwi balkonowe zostały wyważone na zewnątrz. Ktoś rzucił się w ich stronę, mężczyzna w Pancerzu jej ojca. Strażnik Tearim?

Nie. Hełm był zniszczony. To nie był Tearim, lecz Gavilar. Ktoś na balkonie krzyknął.

– Ojcze! – zawołała Jasnah.

Gavilar zawahał się, wychodząc na balkon, i posłał jej spojrzenie.

Balkon załamał się pod nim.

Jasnah wrzasnęła, przebiegła przez komnatę w stronę zniszczonego balkonu i padła na kolana na krawędzi. Wiatr wyrywał kosmyki włosów z jej koka, gdy patrzyła na spadających mężczyzn.

Ojciec i Shin w bieli, którego widziała na uczcie.

Shin emanował białym blaskiem. Spadł na ścianę. Uderzył w nią, przetoczył się i zatrzymał. Wstał i jakimś sposobem pozostał na zewnętrznym murze pałacu, nie spadając. To było niemożliwe.

Odwrócił się i ruszył w stronę jej ojca.

Jasnah przyglądała się bezradnie, jak skrytobójca podchodzi do ojca i klęka nad nim.

Po jej twarzy płynęły łzy, porywał je wiatr. Co on tam robił? Nie widziała dokładnie.

Kiedy skrytobójca odszedł, pozostawił za sobą trupa ojca. Nabitego na kawał drewna. Był martwy – w rzeczy samej, obok niego pojawiło się Ostrze Odprysku, jak zawsze, gdy noszący je umierał.

– Tak bardzo się starałam... – wyszeptała Jasnah. – Wszystko, co robiłam, by chronić rodzinę...

Jak? Liss. Liss to zrobiła!

Nie. Nie myślała jasno. Ten Shin... w takim przypadku nie przyznałaby się, że do niej należał. Rzeczywiście go sprzedała.

– Współczujemy ci straty.

Jasnah odwróciła się, mrugając załzawionymi oczyma. Troje Parshendich, w tym Klade, stało w wejściu w swoich wyróżniających się strojach. Starannie uszyte okrycia z tkaniny dla mężczyzn i kobiet, związane w pasie szarfą, luźne koszule bez rękawów. Długie kamizelki, rozcięte na bokach, w jaskrawe wzory. Ich ubiór nie świadczył o płci. Sądziła jednak, że zależał od kasty i...

Przestań, pomyślała. Choć przez jeden burzowy dzień przestań myśleć jak uczona.

– Bierzemy na siebie odpowiedzialność za jego śmierć – powiedziała najważniejsza z Parshendich.

Gangnah była kobietą, choć w wypadku Parshendich różnice były minimalne. Szaty ukrywały piersi i biodra, które i tak nie były szczególnie zaznaczone. Całe szczęście brak brody stanowił wyraźną wskazówkę. Wszyscy mężczyźni Parshendich, których widziała, nosili brody, w które wplatali kawałki klejnotów i...

PRZESTAŃ.

– Co powiedziałaś? – spytała Jasnah, zmuszając się do wstania. – Dlaczego to miałaby być twoja wina, Gangnah?

– Ponieważ to my wynajęliśmy skrytobójcę – powiedziała Parshendi swoim śpiewnym głosem. – Zabiliśmy twojego ojca, Jasnah Kholin.

– Wy...

Nagle wszystkie jej uczucia zamarzły jak rzeka. Jasnah przeniosła spojrzenie z Gangnah na Klade’a i Varnali. Starszyzna, cała trójka. Członkowie rady rządzącej Parshendimi.

– Dlaczego? – wyszeptała Jasnah.

– Ponieważ tak należało zrobić – odparła Ganghan.

– Dlaczego?! – powtórzyła ostrzej Jasnah i zrobiła krok do przodu. – Walczył dla was! Powstrzymywał drapieżniki! Mój ojciec pragnął pokoju, potwory! Dlaczego właśnie dziś nas zdradziliście?

Gangnah zacisnęła wargi. Melodia jej głosu się zmieniła. Wyglądała prawie jak matka, która wyjaśnia coś trudnego małemu dziecku.

– Ponieważ twój ojciec zamierzał zrobić coś bardzo niebezpiecznego.

– Poślijcie po oświeconego Dalinara! – zawołał ktoś z korytarza. – Na burze! Czy moje rozkazy dotarły do Elhokara? Książę musi znaleźć się w bezpiecznym miejscu!

Do komnaty wpadł arcyksiążę Sadeas wraz z oddziałem żołnierzy. Jego czerwona twarz z bulwiastym nosem była mokra od potu. Miał na sobie strój Gavilara, jego dostojne szaty.

– Co te dzikusy tu robią? Na burze! Chrońcie księżniczkę Jasnah. Ten, który to zrobił, był w ich orszaku!

Żołnierze ruszyli, by otoczyć Parshendich. Jasnah ich zignorowała, odwróciła się i cofnęła do zniszczonych drzwi. Oparłszy dłoń o mur, spojrzała z góry na ciało ojca i jego Ostrze.

– Będzie wojna – wyszeptała. – A ja nie zrobię nic, by ją powstrzymać.

– To zrozumiałe – powiedziała za jej plecami Gangnah.

– Skrytobójca – odezwała się Jasnah. – On szedł po murze.

Gangnah nie odpowiedziała.

Kiedy cały jej świat został zniszczony, Jasnah chwyciła się tego fragmentu. Tej nocy coś widziała. Coś, co nie powinno być możliwe. Czy wiązało się z dziwnymi sprenami? Jej doświadczeniem w miejscu szklanych paciorków i ciemnego nieba?

Te pytania stały się liną ratunkową, która pozwalała jej zachować zdrowe zmysły. Sadeas żądał odpowiedzi od przywódców Parshendich. Żadnych nie uzyskał. Kiedy stanął obok niej i zobaczył zniszczenia poniżej, wybiegł na zewnątrz, wzywając strażników, i pobiegł na dół.

Wiele godzin później okazało się, że skrytobójstwo – i poddanie się trójki przywódców Parshendich – pomogło w ucieczce większej grupy. Szybko opuścili miasto, a konnica, którą posłał za nimi Dalinar, została zniszczona. Setka koni, a każdy z nich bezcenny, zginęła z jeźdźcami.

Przywódcy Parshendich nic nie powiedzieli i nie udzielili żadnych wskazówek, nawet kiedy za swoją zbrodnię zostali zawieszeni do góry nogami przed arcyburzą.

Jasnah ignorowała wszystko. Miast tego przesłuchała ocalałych strażników, pytając, co widzieli. Szukała wskazówek na temat natury sławnego skrytobójcy, próbowała wyciągnąć informacje od Liss. Niewiele się dowiedziała. Liss miała go jedynie przez krótki czas i twierdziła, że nie wiedziała o jego dziwnych mocach. Jasnah nie udało się znaleźć wcześniejszego właściciela.

Później nadszedł czas na księgi. Pełen oddania, gorączkowy wysiłek, by odwrócić uwagę od straty.

Tamtej nocy Jasnah widziała niemożliwe.

I zamierzała się dowiedzieć, co to oznaczało.

Część pierwsza
Rozpalone

Shallan • Kaladin • Dalinar




Jeśli mam być całkowicie szczera, to, co wydarzyło się przez te ostatnie dwa miesiące, spoczywa na mnie. Śmierć, zniszczenie, strata i ból to mój ciężar. Powinnam była to przewidzieć. I powstrzymać.

 

Z osobistego dziennika Navani Kholin, Jeseses roku 1174.

Shallan ścisnęła wąski kawałek węgla drzewnego i narysowała serię prostych linii emanujących z kuli na horyzoncie. Ta kula nie była do końca słońcem, ani też żadnym z księżyców. Wydawało się, że naszkicowane węglem chmury płyną w jej stronę. A morze poniżej... Rysunek nie mógł ukazać dziwacznej natury tego oceanu, który składał się nie z wody, lecz z niewielkich paciorków przezroczystego szkła.

Zadrżała, przypominając sobie to miejsce. Jasnah wiedziała o nim o wiele więcej, lecz nie dzieliła się tą wiedzą ze swoją podopieczną, a Shallan nie miała pojęcia, jak spytać. Jak mogła żądać odpowiedzi po zdradzie, której się dopuściła? Od tamtego wydarzenia minęło zaledwie kilka dni i dziewczyna nadal nie wiedziała, jak rozwiną się jej kontakty z Jasnah.

Pokład zakołysał się, gdy statek zrobił zwrot, nad jej głową załopotały potężne żagle. Shallan musiała zacisnąć bezpieczną dłoń na relingu, żeby odzyskać równowagę. Kapitan Tozbek twierdził, że na razie morze nie jest szczególnie wzburzone jak na tę część Cieśniny Długobrewych. Jednakże, gdyby fale i kołysanie się wzmogły, musiałaby zejść pod pokład.

Shallan odetchnęła i spróbowała się rozluźnić, gdy statek wyprostował kurs. Wiał chłodny wiatr, a na jego niewidocznych prądach unosiły się wiatrospreny. Za każdym razem, gdy wzbierały fale, Shallan przypominała sobie ten dzień, ten obcy ocean szklanych paciorków...

Spojrzała z góry na to, co narysowała. Widziała jedynie mignięcie tego miejsca, a jej szkic nie był doskonały. On...

Zmarszczyła czoło. Na papierze wznosił się wzór, jakby był wytłoczony. Co ona narobiła? Wzór był niemal szerokości kartki, sekwencja skomplikowanych linii przecinających się pod ostrymi kątami i powtarzających się kształtów przypominających grot strzały. Czy to wynik narysowania tego dziwnego miejsca, które Jasnah nazywała Cieniomorzem? Shallan z wahaniem przesunęła swobodną rękę, by poczuć nienaturalne wybrzuszenia kartki.

Wzór poruszył się, przesunął się po kartce jak szczenię ostrogara pod prześcieradłem.

Shallan jęknęła i zerwała się z miejsca, upuszczając szkicownik na pokład. Luźne kartki spadły na deski, zatrzepotały i rozsypały się na wietrze. Pobliscy marynarze – Thaylenowie o długich białych brwiach, które zaczesywali za uszy – rzucili się na pomoc, łapali kartki, nim wyleciały za reling.

– Wszystko w porządku, panienko? – spytał Tozbek, przerywając rozmowę z jednym z matów. Niski, korpulentny Tozbek nosił szeroką szarfę i czerwono-złoty płaszcz oraz pasującą do niego czapkę. Zaczesywał brwi do góry i usztywniał je, przez co tworzyły wachlarze nad jego oczami.

– Nic się nie stało, kapitanie – odparła Shallan. – Po prostu się przestraszyłam.

Yalb podszedł i podał jej kartki.

– Wasze akcesoria, panienko.

Shallan uniosła brew.

– Akcesoria?

– Pewnie – stwierdził młody marynarz i uśmiechnął się szeroko. – Ćwiczę wyszukane słownictwo. Pomaga młodzieńcowi zapewnić sobie stosowne niewieście towarzystwo. Wiecie, tego rodzaju młodą damę, która nie śmierdzi za bardzo i ma przynajmniej kilka zębów.

– Śliczna – powiedziała Shallan i wzięła kartki. – W każdym razie, jeśli taka jest twoja definicja ślicznej.

Powstrzymała się przed dalszymi przytykami i podejrzliwie wpatrzyła w stertę kartek w ręku. Rysunek Cieniomorza spoczywał na wierzchu, ale nie było na nim żadnego wytłaczanego wzoru.

– Co się stało? – spytał Yalb. – Nagle wypełzł skądś kremlik?

Jak zwykle, miał na sobie rozpiętą kamizelę i parę luźnych spodni.

– Nic takiego – odpowiedziała cicho Shallan i schowała kartki do teczki.

Yalb zasalutował jej – nie miała pojęcia, dlaczego zaczął to robić – i wrócił do wiązania olinowania razem z pozostałymi marynarzami. Wkrótce usłyszała głośne śmiechy pobliskich mężczyzn, a kiedy spojrzała na Yalba, wokół jego głowy tańczyły chwałospreny – przybrały postać niewielkich kul światła. Wyraźnie był bardzo dumny ze swojego żartu.

Uśmiechnęła się. W rzeczy samej, miały wielkie szczęście, że Tozbek musiał zostać dłużej w Kharbranth. Lubiła tę załogę i cieszyła się, że Jasnah wybrała właśnie ich na podróż. Shallan znów usiadła na skrzyni, którą kapitan Tozbek nakazał przymocować obok relingu, by mogła podziwiać morze, kiedy żeglowali. Musiała uważać na pianę, ta bowiem nie służyła jej szkicom, ale jak długo morze nie było wzburzone, okazja oglądania fal była tego warta.

Obserwator na szczycie masztu krzyknął. Shallan zmrużyła oczy i spojrzała w kierunku, który wskazał. W zasięgu wzroku mieli odległy ląd i płynęli równolegle do niego. Poprzedniego wieczoru nawet przybili do portu, by uchronić się przed arcyburzą. Żaden żeglarz nie lubił zbytnio oddalać się od portów – wyjście na otwarte morze, na którym statek mogła zaskoczyć arcyburza, było samobójstwem.

Plamą ciemności na północy były Krainy Lodu, w większości niezamieszkany region wzdłuż południowej krawędzi Rosharu. Od czasu do czasu mignął jej zarys wyższych klifów na południu. Thaylenah, wielkie wyspiarskie królestwo, tworzyło tam kolejną barierę. Cieśnina prowadziła między nimi.

Obserwator zobaczył coś w falach na północ od statku, podskakujący kształt, który z początku wydawał się dużą kłodą. Nie, był o wiele większy i szerszy. Shallan wstała i zmrużyła oczy. Okazało się, że to sklepiona, brązowo-zielona skorupa wielkości trzech związanych razem łódek. Kiedy ją mijali, skorupa zrównała się ze statkiem i jakimś sposobem dotrzymywała im tempa, wystając na sześć, może osiem stóp nad powierzchnię.

Santhid! Shallan wychyliła się przez reling i patrzyła w dół. Marynarze rozmawiali podekscytowanymi głosami, kilku dołączyło do niej i wpatrywało się w istotę. Santhidyn prowadziły tak samotnicze życie, że niektóre księgi uważały je za wymarłe, a wszystkie współczesne doniesienia o spotkaniach za wątpliwe.

– Naprawdę przynosicie szczęście, panienko! – powiedział ze śmiechem Yalb, mijając ją z liną. – Od lat nie widzieliśmy santhida.

– Nadal go nie widzicie – zauważyła Shallan. – Jedynie szczyt jego skorupy.

Ku jej rozczarowaniu woda ukrywała całą resztę – poza cieniami czegoś w głębinie, co mogło być długimi ramionami sięgającymi w głąb. Wedle opowieści stwory czasem przez wiele dni podążały za statkami, czekały na morzu, kiedy żaglowiec zawijał do portu, a później znów za nim podążały.

– I nic poza skorupą nie zobaczycie – stwierdził Yalb. – Na Pasje, to dobry znak!

Shallan ścisnęła torbę. Zamknąwszy powieki, utrwaliła Wspomnienie istoty przy statku, by móc ją później precyzyjnie narysować.

Ale co właściwie mam narysować? – pomyślała. Bryłę w wodzie?

W jej głowie zaczęła kształtować się myśl. Wypowiedziała ją na głos, zanim zdążyła przemyśleć całą kwestię.

– Przynieś mi tę linę – powiedziała, odwracając się do Yalba.

– Jasności? – spytał, zatrzymując się w miejscu.

– Zawiąż pętlę na końcu – dodała, pośpiesznie odkładając torbę. – Muszę przyjrzeć się santhidowi. Nigdy wcześniej nie zanurzałam głowy w oceanie. Czy słona woda utrudnia widzenie?

– Woda? – spytał łamiącym się głosem Yalb.

– Widzę, że nie wiążesz liny.

– Bo nie jestem burzowym głupcem! Kapitan łeb mi urwie, jeżeli...

– Zawołaj kolegę – powiedziała Shallan, ignorując jego sprzeciw. Wzięła linę i zawiązała na końcu niewielką pętlę. – Opuścicie mnie przy burcie, a ja zobaczę, co jest pod skorupą. Czy masz pojęcie, że nikt jeszcze nie narysował żywego santhida? Wszystkie, które morze wyrzuciło na plażę, były już w stanie rozkładu. A ponieważ marynarze uważają, że polowanie na te stwory przynosi pecha...

– Bo tak jest! – wtrącił Yalb. – Nikt ich nie zabija.

Shallan dokończyła pętlę i pośpieszyła w stronę burty. Gdy wychyliła się za reling, wiatr szarpał jej rude włosy. Santhid wciąż tam był. Jak za nimi nadążał? Nie widziała płetw.

Spojrzała na Yalba, który z uśmiechem trzymał linę.

– Ach, jasności. Czy chcecie się odegrać na mnie za to, co powiedziałem Beznkowi o waszych kształtach? To był tylko żart, ale naprawdę mnie nabraliście! Ja... – Przerwał, gdy napotkał jej spojrzenie. – Na burze. Mówicie poważnie.

– To dla mnie jedyna taka okazja. Naladan większość życia spędziła, goniąc te istoty, i nigdy nie miała okazji dobrze im się przyjrzeć.

– To szaleństwo!

– Nie, to nauka! Nie wiem, co uda mi się zobaczyć przez wodę, ale muszę spróbować.

Yalb westchnął.

– Mamy maski. Zrobione ze skorup żółwi, z wydrążonymi otworami z przodu i pęcherzami wzdłuż krawędzi, żeby woda nie wlewała się do środka. Można zanurzyć głowę pod wodę i widzieć. Wykorzystujemy je, żeby w dokach sprawdzać stan kadłuba.

– Wspaniale!

– Oczywiście musiałbym pójść do kapitana, by uzyskać jego pozwolenie na wzięcie jednej z nich...

Shallan założyła ręce na piersi.

– Sprytny jesteś. Dobrze, zabieraj się za to.

Było i tak mało prawdopodobne, by udało jej się zrealizować plan bez wiedzy kapitana.

Yalb uśmiechnął się szeroko.

– Co się z wami stało w Kharbranth? Podczas pierwszego rejsu spodziewałem się, że zemdlejecie na samą myśl o opuszczeniu ojczystego kraju, taka była panienka nieśmiała.

Shallan zawahała się, po czym zarumieniła.

– To ryzykowny pomysł, prawda?

– Wiszenie za burtą płynącego statku z głową pod wodą? – spytał Yalb. – Odrobinkę.

– Sądzisz... że moglibyśmy zatrzymać statek?

Yalb roześmiał się, ale odbiegł, żeby porozmawiać z kapitanem, traktując jej pytanie jako wskazówkę, że wciąż zamierza zrealizować swój plan. Tak też zresztą było.

A co właściwie się ze mną stało? – zastanawiała się.

Odpowiedź była prosta. Utraciła wszystko. Okradła Jasnah Kholin, jedną z najpotężniejszych kobiet na świecie – a robiąc to, utraciła nie tylko jedyną szansę, by się uczyć, o czym zawsze marzyła, ale też skazała na zagładę braci i ród. Całkowicie zawiodła.

I przetrwała to.

Nie pozostała nietknięta. Niemal całkowicie utraciła wiarygodność w oczach Jasnah, czuła też, że właściwie porzuciła rodzinę. Ale coś w doświadczeniu kradzieży należącego do Jasnah Dusznika – który i tak okazał się falsyfikatem – a później niemal śmierci z rąk mężczyzny, o którym sądziła, że się w niej zakochał...

Cóż, teraz miała większe pojęcie, jak źle mogły się potoczyć sprawy. Zupełnie jakby... kiedyś bała się ciemności, ale teraz w nią wkroczyła. Doświadczyła niektórych potworności, które tam na nią czekały. Były straszliwe, ale przynajmniej już wiedziała.

Zawsze wiedziałaś, dobiegł głos z głębi jej duszy. Dorastałaś z potwornościami, Shallan. Po prostu nie pozwalasz sobie o nich pamiętać.

– O co chodzi? – spytał Tozbek, podchodząc do niej z żoną Ashlv u boku.

Drobna kobieta, ubrana w jaskrawożółtą spódnicę i bluzkę, prawie się nie odzywała. Chusta zakrywała niemal wszystkie jej włosy, poza białymi brwiami, które opadały w lokach na policzki.

– Panienko – odezwał się Tozbek – chcecie pójść popływać? Nie możecie poczekać, aż wpłyniemy do portu? Znam kilka przyjemnych miejsc, gdzie woda nie jest aż tak zimna.

– Nie zamierzam pływać – odparła Shallan, rumieniąc się jeszcze bardziej. Co by włożyła, gdyby miała pójść popływać w obecności mężczyzn? Ludzie naprawdę robili coś takiego? – Chciałam przyjrzeć się z bliska naszemu towarzyszowi.

Gestem wskazała na morską istotę.

– Panienko, wiecie, że nie pozwolę wam zrobić czegoś tak niebezpiecznego. Nawet gdybyśmy zatrzymali statek, co by się stało, gdyby bestia zrobiła wam krzywdę?

– Podobno są nieszkodliwe.

– Pojawiają się tak rzadko, więc czy możemy mieć pewność? Poza tym, w tych morzach żyją inne zwierzęta, które mogłyby was skrzywdzić. Te okolice z pewnością nawiedzają czerwonowody, a może tu być dość płytko, by pojawiły się również khornaki. – Tozbek pokręcił głową. – Przykro mi, po prostu nie mogę na to pozwolić.

Shallan zagryzła wargi. Zorientowała się, że jej serce bije zdradliwie szybko. Chciała naciskać, ale jego zdecydowane spojrzenie odebrało jej odwagę.

– Dobrze.

 

Tozbek uśmiechnął się szeroko.

– Pokażę wam skorupy w porcie w Amydlatn, kiedy się tam zatrzymamy, panienko. Mają dużą kolekcję!

Nie wiedziała, gdzie to jest, ale oceniając po zbitkach spółgłosek, najpewniej po thayleńskiej stronie. Tak daleko na południe to tam była większość miast. Choć Thaylenah było niemal równie zimne, jak Krainy Lodu, mieszkańcy wyraźnie je lubili.

Oczywiście, Thaylenowie byli dość dziwni. Bo jak inaczej opisać Yalba i pozostałych chodzących bez koszul w tak chłodną pogodę?

To nie oni rozważali zanurzenie w oceanie, pomyślała Shallan. Znów wyjrzała za burtę, patrząc, jak fale rozbijają się o skorupę łagodnego santhida. Czym był? Wielkoskorupem, jak straszliwe przepastne bestie ze Strzaskanych Równin? Pod spodem bardziej przypominał rybę czy może żółwia? Santhidyn były tak rzadkie – a sytuacje, gdy uczone widziały je na własne oczy, tak unikatowe – że teorie były ze sobą sprzeczne.

Westchnęła i otworzyła teczkę, po czym zabrała się za porządkowanie papierów, z których większość przedstawiała marynarzy w różnych pozach, kiedy manewrowali potężnymi żaglami, ustawiając je do wiatru. Ojciec nigdy by nie pozwolił, by spędziła dzień, patrząc na ciemnookich bez koszul. Jakże zmieniło się jej życie przez ten krótki czas.

Pracowała nad szkicem skorupy santhida, kiedy na pokład wkroczyła Jasnah.

Podobnie jak Shallan, Jasnah nosiła havah, tradycyjną vorińską suknię o specyficznym kroju. Rąbek sięgał do samej ziemi, a dekolt niemal pod szyję. Niektórzy z Thaylenów – kiedy sądzili, że ich nie słyszy – nazywali ten strój pruderyjnym. Shallan się z tym nie zgadzała, havah nie była pruderyjna, lecz elegancka. Jedwab podkreślał figurę, zwłaszcza klatkę piersiową, a sposób, w jaki marynarze gapili się na Jasnah, świadczył, że nie uważali sukni za mało twarzową.

Jasnah była ładna. Kobieca figura, śniada cera. Idealne brwi, wargi pomalowane ciemnoczerwoną szminką, włosy zaplecione w warkocz. Choć Jasnah była dwa razy starsza od Shallan, jej dojrzałą urodę należało podziwiać, może nawet jej zazdrościć. Dlaczego ona musiała być tak doskonała?

Jasnah ignorowała spojrzenia marynarzy. Nie chodziło o to, że ich nie zauważała. O nie, ona zauważała wszystko i wszystkich. Po prostu wydawało się, że nie obchodzi jej, jak ją postrzegają mężczyźni.

Nie, to nieprawda, pomyślała Shallan, gdy Jasnah podeszła do niej. Nie poświęciłaby tyle czasu na czesanie włosów i nakładanie makijażu, gdyby nie obchodziło jej, jak jest postrzegana. W tym aspekcie Jasnah była zagadką. Z jednej strony wydawała się uczoną zajętą wyłącznie badaniami. Z drugiej, starannie pielęgnowała aurę opanowania i godności, która pasowała królewskiej córce – a czasami wykorzystywała je jak pałkę.

– Tu jesteś – powiedziała Jasnah, podchodząc do Shallan.

Fontanna piany wybrała tę właśnie chwilę, by poderwać się do góry i ją opryskać. Jasnah zmarszczyła czoło na widok kropli wody na jedwabiu, po czym spojrzała znów na Shallan i uniosła brew.

– Jak mogłaś zauważyć, na statku są dwie bardzo przyzwoite kajuty, które sporym kosztem dla nas wynajęłam.

– Owszem, ale one są w środku.

– Jak to zwykle pokoje.

– Większość życia spędziłam w środku.

– A jeśli zamierzasz być uczoną, to spędzisz go jeszcze więcej.

Shallan zagryzła wargi, czekając na polecenie zejścia pod pokład. Co zadziwiające, nie usłyszała go. Jasnah gestem wezwała kapitana Tozbeka, a on wypełnił polecenie i podszedł potulnie, z czapką w dłoniach.

– Tak, jasności? – spytał.

– Poprosiłabym o jeszcze jedno takie... siedzisko – powiedziała Jasnah, spoglądając na skrzynię Shallan.

Jeden z ludzi Tozbeka pośpiesznie przywiązał kolejną skrzynię. Czekając na przygotowanie siedzenia, Jasnah gestem poprosiła Shallan o szkice. Przyjrzała się rysunkowi santhida, po czym wyjrzała za burtę.

– Nic dziwnego, że marynarze zrobili takie zamieszanie.

– To szczęście, jasności! – powiedział jeden z marynarzy. – Dobry omen dla waszej wyprawy, nie sądzicie?

– Przyjmę wszystko, co przyniesie mi los, Nanhelu Eltorvie – odpowiedziała. – Dziękuję za siedzisko.

Marynarz ukłonił się niezręcznie i wycofał.

– Uważasz ich za głupców wierzących w przesądy – zauważyła cicho Shallan, odprowadzając marynarza wzrokiem.

– Z tego, co widziałam – stwierdziła Jasnah – ci marynarze są ludźmi, którzy znaleźli cel w życiu i teraz czerpią z niego prostą radość. – Spojrzała na kolejny rysunek. – Wielu ludzi nie wykorzystuje życia tak dobrze. Kapitan Tozbek ma udaną załogę. Dobrze, że mi o nich powiedziałaś.

Shallan uśmiechnęła się.

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

– Nie zadałaś pytania – odparła Jasnah. – Te szkice są jak zawsze świetne technicznie, Shallan, ale czy nie miałaś czytać?

– Ja... miałam problem ze skupieniem.

– Wyszłaś więc na pokład, by szkicować młodych mężczyzn pracujących bez koszul. I spodziewałaś się, że to ci pomoże się skupić?

Na twarzy Shallan pojawił się rumieniec. Jasnah tymczasem zatrzymała się nad jednym z arkuszy. Dziewczyna siedziała cierpliwie – ojciec dobrze ją w tym wyszkolił – aż Jasnah odwróciła go w jej stronę. Oczywiście, rysunek przedstawiający Cieniomorze.

– Nie złamałaś mojego polecenia, by nie zaglądać więcej do tej krainy? – spytała Jasnah.

– Nie, jasności. Narysowałam to ze wspomnień swojego pierwszego... potknięcia.

Jasnah opuściła arkusz. Shallan wydawało się, że na twarzy kobiety maluje się jakieś uczucie. Czyżby zastanawiała się, czy może uwierzyć jej na słowo?

– Zakładam, że to właśnie cię dręczy? – spytała Jasnah.

– Tak, jasności.

– W takim razie sądzę, że powinnam ci to wyjaśnić.

– Naprawdę? Zrobiłabyś to?

– Nie musisz być tak zaskoczona.

– Wydaje mi się, że to bardzo potężna wiedza – stwierdziła Shallan. – To, jak zakazałaś mi... Założyłam, że wiedza o istnieniu tego miejsca to tajemnica, a w każdym razie coś, o czym nie powinien dowiedzieć się ktoś w moim wieku.

Jasnah pociągnęła nosem.

– Odkryłam, że odmowa wyjawienia tajemnic młodym ludziom sprawia, iż stają się bardziej skłonni do pakowania się w kłopoty, nie mniej. Twój eksperyment wskazuje, że już wpakowałaś się w to wszystko... jak ja przed laty, jeśli chcesz wiedzieć. Bolesne doświadczenia uświadomiły mi, że Cieniomorze bywa niebezpieczne. Jeśli nie rozjaśnię twojej ignorancji, będę się winić, jeśli dasz się tam zabić.

– Czyli odpowiedziałabyś mi, gdybym zapytała wcześniej podczas naszej podróży?

– Pewnie nie – przyznała Jasnah. – Musiałam zobaczyć, jak skłonna jesteś mnie posłuchać. Tym razem.

Shallan oklapła i stłumiła pragnienie, by zauważyć, że w czasach, gdy była pracowitą i posłuszną podopieczną, Jasnah nie zdradziła jej aż tak wielu tajemnic.

– Co to w takim razie jest? To... miejsce.

– Tak naprawdę to nie jest miejsce – stwierdziła Jasnah. – Nie w taki sposób, jak zazwyczaj rozumiemy to pojęcie. Cieniomorze jest tutaj, wszędzie wokół nas, w tej chwili. Wszystkie rzeczy istnieją w nim w pewnej postaci, podobnie jak wszystkie rzeczy istnieją tutaj.

Shallan zmarszczyła czoło.

– Ja nie...

Jasnah uniosła palec, by ją uciszyć.

– Wszystko składa się z trzech elementów: duszy, ciała i umysłu. Miejsce, które widziałaś, Cieniomorze, jest tym, co nazywamy Krainą Umysłu, miejscem myśli. Wszędzie wokół nas widzisz świat materialny. Możesz go dotknąć, widzieć, słyszeć. Tak twoje materialne ciało doświadcza świata. Cieniomorze zaś, cóż, to sposób, w jaki twoja umysłowa jaźń, twoja nieświadomość, doświadcza świata. Poprzez ukryte zmysły, które dotykają tej krainy, wyciągasz nieoczywiste wnioski i wyrażasz nadzieje. Najprawdopodobniej przez te właśnie zmysły ty, Shallan, tworzysz sztukę.

Statek wbił się w falę, woda zalała dziób. Shallan wytarła kropelkę słonej wody z policzka, próbując rozważyć to, co właśnie powiedziała Jasnah.

– To prawie wcale nie miało dla mnie sensu, jasności.

– Miałam taką nadzieję – odparła kobieta. – Poświęciłam sześć lat badaniu Cieniomorza i wciąż nie do końca wiem co o nim sądzić. Będę ci musiała towarzyszyć podczas pierwszych kilku odwiedzin w tym miejscu, zanim zrozumiesz, choć w części, jego prawdziwe znaczenie.

Jasnah skrzywiła się na tę myśl. Shallan zawsze zaskakiwało, gdy widziała malujące się na jej twarzy uczucia. Emocje były czymś, do czego mogła się odnieść, czymś ludzkim – Shallan zaś postrzegała Jasnah Kholin jako istotę niemal boską. Po namyśle stwierdziła, że to dziwny sposób postrzegania zadeklarowanej ateistki.

– Posłuchaj mnie tylko – stwierdziła Jasnah. – Moje własne słowa zdradzają moją niewiedzę. Powiedziałam ci, że Cieniomorze nie jest miejscem, a jednak zaraz sama je tak nazwałam. Mówię o tym, że je odwiedzimy, choć jest wszędzie wokół nas. Po prostu nie mamy właściwej terminologii, by o nim rozmawiać. Spróbujmy innego podejścia.