Świat bez bohaterów

Tekst
Z serii: Pozaświatowcy #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy został sam, Jason zgasił pojedynczą grubą świecę i pokój zatonął w ciemności. Gdzieś daleko usłyszał słaby dźwięk dzwoneczka. Siadając na łóżku, Jason wyjął komórkę, a blask ekranu odepchnął ciemność wokół. Odczytał raz jeszcze wiadomości. Bateria już prawie się wyczerpała.

Żałował, że nie ma z nim Matta albo Tima. Od lat byli jego najlepszymi przyjaciółmi. Matt był najbardziej lojalną osobą, jaką Jason znał, a Tim był przezabawny. Gdyby tu byli, Jason pewnie w ogóle by się nie bał.

Jednakże nie było ich tutaj. Nikogo tu nie było. Zastanawiał się, czy Matt i Tim będą się obwiniać za jego zniknięcie. Pewnie pomyślą, że dostał jakiegoś zakrzepu w mózgu czy czegoś podobnego od uderzenia piłką w głowę. Wyobraził sobie, jak szukają jego ciała. Żałował, że nie może im dać znać, że żyje. Żałował, że nie może wskoczyć na rower i pojechać, by się z nimi spotkać, wpaść z nimi do kina, porzucać piłką albo zorganizować sobie mały turniej baseballowy.

Ktoś zapukał cicho do drzwi.

– Proszę – powiedział Jason.

Hermie wszedł ze świecą w ręku i zamknął za sobą drzwi. Odstawił świecę i usiadł na podłodze.

– Dziwne światło – zauważył. – Parasz się edomickim?

Jason zerknął na komórkę.

– To przedmiot ze świata Poza. Nie podziała już zbyt długo.

– Dzięki, że nie powiedziałeś nic o rzece. Nie dostałem pozwolenia, żeby tam pójść.

– Nie ma sprawy.

– Co sobie myślałeś, kiedy strzeliłeś z łuku w tratwę?

– Wydawało mi się, że upadek z wodospadu to kiepski pomysł. Chciałem ich uratować.

Chłopak się naburmuszył.

– Próbujesz być bohaterem? To dlatego myszkujesz przy górnym piętrze?

– Nie jestem bohaterem – zapewnił go Jason. – Ja tylko chcę wrócić do domu.

– Założę się, że chcesz się dostać do Harthenham.

– A co to jest?

Hermie skrzyżował ręce na piersi.

– Daj spokój, naprawdę zamierzasz udawać, że nie wiesz?

– Naprawdę nie mam pojęcia.

Bateria w komórce padła.

– I skończyło się twoje światło – zauważył Hermie.

– Tylko tyle było prądu w baterii. Wiesz, jak dostać się na piętro?

Hermie prychnął.

– Jestem wystarczająco bystry, żeby trzymać się od niego z dala. Pomagam tu tylko przy sprzątaniu i załatwianiu sprawunków. Tu jest ta książka, którą chciałeś. – Podał cienką książkę oprawioną w kremową skórę i zatytułowaną Życie, jakie znałem oraz inne historie. – Musiałbyś być tępy, żeby przegapić wskazówkę.

Jason wziął książkę.

– Dzięki. Czemu nie oszczędzisz mi straty czasu i nie wskażesz od razu podpowiedzi?

Hermie uniósł ręce.

– Ja w tym nie biorę udziału. Pies pomoże ci poruszać się po tym miejscu. W każdym razie, dzięki, że nie wspomniałeś o naszym spotkaniu. Miałbym kłopoty. Ja nic nie powiem o strzelaniu do ludzi z łuku.

– Uczciwy układ.

Hermie zabrał święcę i podszedł do drzwi.

– Prześpij się trochę.

I wyszedł, nie czekając na odpowiedź.

Jason został ciemnościach.

Miał nadzieję, że Hermie mu pomoże. Miło byłoby mieć przyjaciela. Chłopakowi jednak najwyraźniej zależało tylko na tym, żeby nie wspominać o ich pierwszym spotkaniu.

Jason położył się na łóżku. To już jego druga noc w alternatywnej rzeczywistości. Dzięki depozytariuszowi wiedzy miał teraz powód wierzyć, że inni też przechodzili z jego świata do tego. To mu dało pewną nadzieję, że gdzieś, ktoś może znać drogę powrotną. Przy odrobinie szczęścia odpowiedź może znajdować się w pobliżu, czekać za zakazanymi drzwiami.

W domu rodzice pewnie już obdzwonili szpitale i powiadomili policję. Może nawet mówią o nim w wiadomościach! Pewnie szukają go w całym zoo – w ostatnim miejscu, w którym go widziano. Ciekawe, czy jakieś dowody wskażą na udział hipopotama.

Rozdział 3
Słowo

Jason obudził się następnego ranka w ciemnościach. Przekręcił się na drugi bok i zobaczył linię migoczącego światła pod drzwiami. Wygrzebał się z łóżka, opłukał twarz wodą, przeczesał palcami włosy, złapał książkę i wyszedł. Mrugająca lampa w korytarzu okazała się źródłem migotliwego oświetlenia.

Wielki, biały pies leżał pod drzwiami. Wstał i poprowadził Jasona na śniadanie.

– Dzień dobry – powitał chłopca depozytariusz wiedzy.

– Dzień dobry.

– Widzę, że Hermie przyniósł ci Życie, jakie znałem. Częstuj się. Ja idę siąść przy frontowym biurku.

– Jak się wabi pies?

– Feraclestinius Androbrelium Pathershin Siódmy.

– Nie pytałem o pełne imię.

– W skrócie wołam na niego Feracles. Zajrzyj do mnie, gdybyś czegoś potrzebował.

Depozytariusz wiedzy wyszedł. Jason wypił gorący, czarny napój, który nie przypominał zapachem kawy. Przy pierwszym łyku był niewiarygodnie gorzki, ale posłodzony ogromną ilością cukru okazał się do przyjęcia. Lepkie kawałki cieknącego owocu i mała miseczka naprawdę chrupiących orzechów dopełniały posiłku.

Wytarłszy ręce serwetką, Jason wziął się za książkę. Jak wczorajszy wolumin i to dzieło przypisano Autorowi Nieznanemu. Otworzył na spisie treści i znalazł tam tytuły różnych krótkich historii. Niektóre wyróżniały się na tle pozostałych. Obok Życia, jakie znałem Jason zauważył Rozmowy z rybołowem, Tajemnice głębiny i Ostatnie życzenia trzmiela.

Otworzył na losowej stronie i zaczął czytać:

– Jak nauczysz swoje dzieci latać? – zapytałem matkę. – Nie mam pojęcia, w jakiś sposób nakłonisz je, by skoczyły w powietrze.

– Nie rozumiesz, ponieważ jesteś człowiekiem. Nauka latania dla ptaka przypomina naukę pływania dla człowieka. Potrafisz pływać?

– Tak.

– Bałeś się, kiedy się uczyłeś? Bałeś się, że utoniesz?

– Naturalnie.

– Tak samo jest z uczeniem ptaków latania. Tyle, że my lepiej latamy niż ty pływasz. Powietrze to nasz żywioł. Jesteśmy równie niezgrabne, chodząc po ziemi, jak wy, pływając w wodzie.

Dziwaczna opowieść. Charakter pisma wydawał się znajomy. Jason zgadywał, kto jest autorem. Przekartkował kilka stron, szukając wskazówek.

W końcu doszedł do wyklejki tylnej okładki. Na poza tym całkiem pustej stronie nagryzmolono dwa słowa: „zegar księżycowy”.

Jason nigdy nie słyszał o „zegarze księżycowym”, miał więc nadzieję, że chodzi o zegar słoneczny obok studni.

Kiedy zamknął książkę, biały pies spojrzał na niego – siedział z przekrzywioną głową, a jego gęsta sierść błyszczała. Pies znał bibliotekę wystarczająco dobrze, żeby zaprowadzić go na miejsce?

– Ej, Feracles? – odezwał się do wielkiego psa swoim specjalnym głosem. – Zaprowadzisz mnie do atrium?

Pies natychmiast wybiegł z pokoju. Jason ruszył za nim, sceptyczny, ale okazało się, że po długiej, pokrętnej wędrówce pies rzeczywiście zaprowadził go do szklanych ścian otaczających ogród.

Jason wyszedł przez przesuwane drzwi. Dzisiejszy dzień był bardziej pochmurny od poprzedniego, ale słońce akurat przedzierało się przez chmury.

Podszedł do zegara słonecznego i przyjrzał mu się uważnie. Na kamiennym piedestale wyrzeźbiono po jednej stronie marszczące brwi słońce i uśmiechnięty księżyc po drugiej. Na twarzy zegara znajdowało się dziesięć symboli wyżłobionych na półkolu, a każdy miał niepowtarzalny kształt składający się z delikatnych, złotych linii. Dziesięć symboli budziło pewne podejrzenia, gdy pomyśleć o dziesięciu kołkach w siatce z otworków. Żaden nie wyglądał znajomo, ale Jason miał nadzieję, że znajdzie ich odpowiedniki wśród symboli na drzwiach.

Poklepał się po kieszeniach. Pod kombinezonem miał dżinsy i koszulę z krótkim rękawem. Wyjął portfel i klucze. W portfelu znalazł dwadzieścia siedem dolarów, legitymację uczniowską, kartę ubezpieczenia zdrowotnego i kartę do bankomatu. Klucze były od domu i kłódek przy szafkach w zoo i w szkole. Żałował, że nie ma w kieszeniach więcej użytecznych rzeczy.

– Myślisz, że twój pan pożyczy mi długopis i kartkę? – zapytał psa.

***

Tej nocy Jason nie zgasił świecy, kiedy poszedł do łóżka. Zamiast tego otworzył dziennik, który dał mu depozytariusz wiedzy. Nowa oprawa zatrzeszczała. Pierwszą stronę Jason zamazał bazgrołami, ucząc się posługiwać piórem. Na następnych dwóch widniały niezwykle pieczołowicie przerysowane symbole z tarczy zegara słonecznego.

Dziesięć symboli reprezentowało połowę współrzędnych z siatki. Jason podpytywał o dalsze wskazówki przy kolacji, ale usłyszał tylko po raz kolejny, że wstęp na piętro jest zakazany. Jeśli depozytariusz wiedzy pogrywał sobie z Jasonem, żeby pobudzić jego zaciekawienie, to świetnie mu to wychodziło.

Jason uważał, że nie potrzebuje już kolejnej wskazówki. Wpadł na równie szalony pomysł jak szalone było to miejsce.

Kiedy odczekał tak długo, jak pozwalała mu na to cierpliwość, zebrał przybory do pisania i wziął mosiężny lichtarzyk. Uchylił drzwi i wyjrzał na korytarz. Biblioteka wyglądała o wiele bardziej złowieszczo w migotliwym świetle pojedynczego, niczym nieosłoniętego płomienia.

Podkradł się do pierwszych regałów. Ciche skomlenie za plecami tak go przestraszyło, że prawie wypuścił świecę. Biały pies trącił go nosem w nogę.

– Zabierz mnie do atrium, Feracklesie – szepnął Jason.

Ruszył powoli za psem, osłaniając dłonią słaby płomyk.

Wszedł do atrium za przewodnikiem i zamknął za sobą drzwi. Ukryty księżyc podświetlał wielką chmurę, obrębiając ją srebrem. Jason odstawił ostrożnie świecę na brzeg studni i odwrócił się, żeby przyjrzeć się zegarowi księżycowemu. Złote znaki w bladym księżycowym świetle wydawały się srebrne. Przyjrzał im się uważniej, mrużąc oczy, i zauważył, że symbole mają inny kształt niż te, które przerysował za dnia.

 

Patrzył niecierpliwie, jak chmura przesuwa się po niebie. Jedna strona chmury stawała się coraz jaśniejsza, podczas gdy druga ciemniała. I wreszcie księżyc się wynurzył – był niemal w pełni.

Jasne, srebrne litery rozbłysły w księżycowej poświacie, równie pięknie wyryte jak ich dzienne odpowiedniki, ale o zupełnie innym kształcie.

Jason zaczął rysować oświetlone przez księżyc znaki, cierpliwie zanurzając pióro, uważając, żeby uchwycić każdy szczegół. Ponieważ oświetlone przez księżyc symbole odpowiadały swoją pozycją znakom słonecznym, pogrupował je w pary, uznając, że to najpewniej koordynaty położenia kołków w siatce otworów. Chmury zakrywały księżyc dwa razy, kiedy Jason rysował, zmuszając go do przeciągających się przerw. Wreszcie, gdy księżyc miał zniknąć za chmurami po raz trzeci, Jason skończył przerysowywać dziesiąty symbol.

Podszedł do drzwi atrium.

– Do nogi, Feracles – zawołał cicho.

Pies podbiegł, podzwaniając dzwoneczkiem u szyi.

– Zabierz mnie do schodów. Zabierz mnie na piętro.

Feracles poprowadził go przez ogród do drugich szklanych drzwi. Jason odsunął je i ruszył zawiłymi przejściami. Po dłuższej wędrówce przez mrok dotarli do podnóża schodów.

– Dobry psiak.

Jason przystanął i podrapał psa po karku.

Kiedy wszedł na stopnie, Feracles nie poszedł za nim.

Na końcu schodów Jason przyklęknął przy drzwiach i przyjrzał się symbolom u podnóża kolumn otworów. Znalazł wśród nich księżycowe znaki. Przyglądając się symbolom obok rzędów, wypatrzył wszystkie te, które przerysował za dnia.

Zebrał dziesięć kołków i zaczął dopasowywać każdą przerysowaną do zeszytu parę do znaków przy kolumnach i rzędach. Kiedy już połączył w pary określone kolumny i rzędy, powędrował wzdłuż prostopadłych linii otworów do miejsca, w którym się przecinały, i włożył tam kołeczek. Znalezienie wszystkich dziesięciu punktów okazało się żmudnym zadaniem. Oczy zaczęły go piec ze zmęczenia, kiedy po trzy razy sprawdzał koordynaty, żeby nie popełnić błędu i nie musieć zaczynać wszystkiego od początku. Wreszcie wsunął ostatni kołek. Pstryknięciu towarzyszył krótki, metaliczny szczęk wewnątrz drzwi. Jason złapał za klamkę. Obróciła się i ciężkie drzwi otworzyły się do środka.

– Trafiony zatopiony – mruknął Jason.

Z wnętrza zaleciało stęchlizną. Mrużąc oczy w ciemnościach, uniósł wysoko świecę i dostrzegł zacienione półki pełne zakurzonych książek.

Jason wrócił do schodów.

– Do nogi, Feracles – zawołał. – Zabierz mnie na piętro.

Pies zaskamlał i cofnął się kilka kroków.

– No chodź – powtórzył chłopiec, pochylając się i klepiąc się zachęcająco w kolano.

Pies parsknął i lekko zjeżył sierść.

Jason wrócił do złowieszczych drzwi. Teraz, kiedy udało mu się je otworzyć, jego przekonane jakoś straciło na sile. Wahanie psa było bardziej niepokojące niż wszystkie ostrzeżenia depozytariusza wiedzy. Jednakże niezależnie od tego, jak bardzo upiorne wydawało się to miejsce, musiał spróbować, jeśli miał szansę znaleźć tu drogę do domu.

Przekroczył próg, a światło świecy odepchnęło ciemność. Przy każdym jego kroku podnosiły się niskie obłoki kurzu. Na piętrze sufit wisiał niżej niż na parterze, ale poza tym pomieszczenie nie różniło się specjalnie od dolnych. Tyle że większość grzbietów tutejszych ksiąg była przesłonięta pajęczynami i pokryta kurzem, przez co nie dało się odczytać tytułów i autorów. Może zakazano wchodzenia na górne piętro, bo depozytariusz wiedzy był zbyt leniwy, by tu sprzątać? Każdy szanujący się bibliotekarz wstydziłby się tak zapuścić księgozbiór.

Jason wziął kilka najbliższych książek i zablokował nimi drzwi. Nie zamierzał ryzykować, że zamkną się same.

Ruszył krętą ścieżką korytarzy zastawionych książkami. Długie półki ciągnęły się, tworząc rozfalowaną powierzchnię i sprawiając, że ponure korytarze przypominały spaczone serpentyny. Im dalej Jason odsuwał się od drzwi, tym ciaśniej zasłaniał dłonią płomyk świecy. Panowała tu niczym niezmącona cisza. Kroki stawiał uważnie, oddychał cicho. Cienie wokół drżały. Miejsce były upiorne, ale nic nie wyglądało tu wystarczająco ciekawie, żeby chronić to niewiarygodnie skomplikowanym zamkiem. Jason nie widział skarbu, broni ani intrygujących przedmiotów. To wiedza zawarta w książkach musiała być powodem, dla którego zakazano tu wstępu.

Kręta droga doprowadziła go wreszcie do małej czytelni z kilkoma stołami i krzesłami. Meble wyrzeźbiono w czarnym kamieniu. Na podłokietnikach ukazano łypiące złym wzrokiem twarze, a stołowe nogi miały kształt węży szczerzących zęby jadowe. Starł przykurzone pajęczyny z grzbietu pierwszej lepszej książki. Subtelności manipulacji. U dołu grzbietu widniało imię „Damak”.

Stawiając lichtarzyk na pobliskim stole, zdjął książkę i otworzył na „Wstępie”.

Manipulacja to dyskretne narzędzie o monumentalnej potędze. Umiejętne kreowanie cudzymi pragnieniami, by odpowiadały one potrzebom zainteresowanego, można osiągnąć na poziomie indywidualnym, jak i na skalę światową. Niewątpliwie studia nad manipulacją wymagają dogłębnego zrozumienia samolubnych pobudek, które skłaniają ludzi do działania. Różnorakie pobudki działają najlepiej zależnie od natury umysłów, które pragniemy zdominować. Różnorodne bodźce wchodzą w grę, łącznie ze strachem, pragnieniem bogactwa, poważania lub władzy, żądzą, poczuciem obowiązku, posłuszeństwem, miłością, a nawet altruizmem. Posłużyć się można nieskończonymi kombinacjami, by zredukować najbardziej nieugiętą wolę do poziomu uległej zabawki. Wiedza, jak odkryć stosowną mieszankę bodźców dla danej jednostki lub grupy, i opanowanie umiejętności uruchamiania ich zręcznym ruchem stanowi esencję studiów nad manipulacją.

Mistrz manipulacji jak najmniej kłamie. Wierzy w większość tego – jeśli nie we wszystko – co oznajmia. Ta cecha sprawia, że trudno go zdemaskować. Wystarczy, że raz przedmiot naszych zainteresowań pojmie, że podlega manipulacji, a pojawia się obrona, sprawiając, że przyszłe machinacje staną się znacząco trudniejsze. Najbardziej satysfakcjonujące zwycięstwa dotyczą przeciwników, którzy nie zdają sobie sprawy, że zostali pokonani.

Jason zamknął książkę.

Zaczynał rozumieć, dlaczego zakazano wstępu na piętro. Poczuł wyraźnie coś mrocznego, kiedy tylko zaczął czytać wstęp.

Otarł kilka kolejnych grzbietów, by odsłonić tytuły. Religia i zniewolenie. Pamiętniki potępionej duszy. Nieugaszone pragnienie.

Nic nie brzmiało zbyt przyzwoicie.

Rozejrzał się po niezliczonych zakurzonych woluminach, które go otaczały. Kilka złowrogich ksiąg nie oznaczało, że nie da się tu odnaleźć użytecznych informacji. Dowolny z tomów w pobliżu mógł zawierać informację na temat portali w hipopotamach albo wskazówki, w jaki sposób dostać się do domu. Czy taka szansa nie usprawiedliwiała poświęcenia i zniesienie odrobiny upiorności? Pewnie tak. Jednak nie w tej chwili. Jasona ogarnął taki wielki niepokój, że postanowił opuścić piętro na chwilę i wrócić tu z jaśniejszym światłem.

Unosząc święcę w drżącej dłoni, spróbował wrócić do wejścia. W końcu zdał sobie sprawę, że zgubił się wśród krętych korytarzy. Powinien był zostawić ślad z okruszków chleba.

Spróbował powrócić do kącika czytelnianego, ale jego też nie mógł znaleźć. Zamiast tego trafił na inną otwartą przestrzeń, gdzie jedynym meblem był czarny postument, na którym leżała ogromna księga. Podłogę przykrywał gruby, ciemny dywan z wzorami przedstawiającymi okrutne ciernie.

Jason zbliżył się do książki. Musiała być ważna, skoro umieszczono ją osobno w tak wyróżnionym miejscu. Kiedy podszedł bliżej, stłumił okrzyk. Mimo to, ciekawość zmusiła go do kolejnego kroku.

Książka wyglądała jak oprawiona w ludzką skórę. Po bliższej inspekcji Jason zauważył, że mięsista oprawa jest pokryta maleńkimi porami, delikatnymi włoskami jak te na jego ręce i niebieskawymi żyłkami widocznymi pod powierzchnią.

Wstrząśnięty, dotknął niepewnie powierzchni i natychmiast zabrał rękę. Książka była ciepła w dotyku i miękka, co sugerowało, że oprawa jest grubsza, niż się spodziewał. Wydawała się żywa.

Chorobliwa ciekawość sprawiła, że stał, jakby mu nogi wrosły w ziemię. Jakiego rodzaju księga mogła być oprawiona w żywą skórę? Na okładce nie było żadnego napisu zdradzającego tytuł lub autora. Najwyraźniej wydawca nie miał igły do tatuażu.

Pocierając kark, Jason zauważył, że włosy mu stanęły dęba. Zerknął na ciemne półki z książkami na obrzeżu światła rzucanego przez święcę. Poza blaskiem ciemność i cisza wydawały się jeszcze bardziej przytłaczające niż dotąd.

Powierzchnia piedestału była pochyła, więc książka spoczywała pod kątem. Jason wsunął palec pod narożnik okładki i otworzył księgę na tytułowej stronie wypisanej ekstrawaganckim charakterem pisma. Atrament był ciemnordzawy.

Księga Salzareda, oprawiona w jego skórę i spisana jego krwią.

Jason obrócił stronę.

Strzeż się, Czytelniku. Pewne rodzaje wiedzy, raz poznane, na zawsze Cię naznaczają. Tak jest właśnie z sekretem zawartym w niniejszej księdze. Kontynuuj lekturę tylko w świadomym sprzeciwie wobec najsurowszych przestróg, gdyż straszliwe słowa, która padną później, raz na zawsze umieszczą Cię w opozycji do Maldora.

Jason przeczytał te słowa z rozdziawionymi ustami. Jaka informacja może być aż tak niebezpieczna? Skąd Maldor mógłby wiedzieć, że ktoś w ogóle czytał tę księgę?

Depozytariusz wiedzy uparcie twierdził, że rozmowy o podróżach do Poza zostały zakazane przez Maldora. Jason pogryzł knykieć. A co, jeśli ta księga zawiera wiedzę, jakiej on potrzebuje, by wrócić do domu? To możliwe! Już na następnej stronie mógł się znajdować jego paszport do rzeczywistości.

Odwrócił stronicę. Treść zapisano tym samym wyrafinowanym charakterem pisma, niemal zbyt ostentacyjnym, żeby dało się go odczytać mimo wielgachnych liter.

Ja, Salzared, główny skryba Maldora, w rozpaczliwym akcie zdrady przekazuję niniejszym wiedzę tyczącą się jedynej słabości mego Pana i Władcy i oprawiam te słowa we własne śmiertelne ciało, by przetrwały mimo rozlicznych rąk, które w przeciwnym razie natychmiast by je zniszczyły.

Spójrzcie, Maldor panuje nieulękły, i słusznie, nic bowiem nie może go skrzywdzić, z wyjątkiem jednego Słowa, którego istnienie jest Jego najpilniej strzeżonym sekretem.

Słowo to wypowiedziane w Jego obecności całkowicie go unicestwi.

Nikt, łącznie ze mną, nie zna wszystkich sylab Słowa-Klucza. Jednakże jego fragmenty znają moi towarzysze spiskowcy, którzy przebywają w strzeżonych miejscach i czekają na tego, któremu wystarczy odwagi, by połączyć sylaby w całość.

Wypowiedz Słowo na głos raz jeden w obecności Maldora i w żadnych innych okolicznościach, ponieważ wyartykułowanie go wymaże z twej pamięci wszelką świadomość jego istnienia. Spisanie całego Słowa wywoła podobny skutek.

Czytając te słowa, wysunąłeś swoją kandydaturę do odszukania Słowa-Klucza, jedynej nadziei na obalenie Pana mojego i Tyrana.

Działaj szybko. Wiedza, którą właśnie posiadłeś, naznacza cię do natychmiastowej egzekucji.

Pierwsza sylaba brzmi „a”.

A teraz odejdź! Niech moja ofiara nie pójdzie na marne. Odejdźże!

Salzared

Kartkując resztę pożółkłych kart, Jason odkrył, że wszystkie są puste. Zamknął tom.

Okładka księgi pokryła się gęsią skórką. Tak samo jak ciało Jasona.

Czy ostrzeżenia, które przeczytał, mogły być prawdziwe? Z pewnością nie mogła to być aż tak ważna księga, skoro leżała sobie na zakurzonym poddaszu. Za drzwiami zaopatrzonymi w najbardziej wyrafinowany zamek, jaki w życiu widział. W bibliotece ukrytej w środku lasu. Ożeż!

Nagle płat skóry pośrodku okładki uniósł się, odsłaniając piorunujące wzrokiem oko. Ludzkie oko.

Jason wrzasnął i upuścił świecę, zatapiając pokój w natychmiastowej ciemności. Odruchowy krzyk wyrwał mu się znowu, kiedy skulił się na podłodze, szukając po omacku świecy. Przycisnął dłoń do gorącego wosku i krzyknął jeszcze głośniej.

W świadomym wysiłku zacisnął usta, zduszając wyrywający się nadal krzyk. Potarł sparzoną ręką o rękaw kombinezonu. Oko, które spojrzało wprost na niego, nieco przekrwione wokół ciemnej tęczówki, o źrenicy reagującej na światło świecy. Zadygotał.

Panika niemal go dusiła. Przytłaczająca ciemność sprawiała, że czuł się samotny we wszechświecie, nie licząc faktury dywanu pod nim. Krew pulsowała mu w gardle. Co miał teraz zrobić?

I wtedy usłyszał ciche dzwonienie. Szybko się zbliżało.

Po omacku znalazł wskaźnik laserowy przypięty do kluczy. Cieniutki promień posłał czerwoną kropkę przez pomieszczenie. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy, jak mało światła dawał wskaźnik w porównaniu ze świecą. Ale lepsze to niż nic.

 

Czerwona kropka wystarczyła, żeby ukazać Feraclesa, który wyskoczył przez szparę między książkami na regale. Jason schował do kieszeni klucze i złapał się psa jak wybawiciela. Feracles nie chciał stać nieruchomo i szturchał Jasona, żeby wstał. Chłopak podniósł się, nie puszczając sierści na grzbiecie psa, i pobiegł za nim na oślep krętą i niewidoczną drogą.

Wkrótce dostrzegł przed sobą światło. Dotarli do otwartych drzwi i wybiegli za nie ku schodom. Stał tam depozytariusz wiedzy i czekał z na wpół przesłoniętą latarnią w ręce.

– Nie mogłeś się oprzeć.

– Mam kłopoty?

Depozytariusz wiedzy prychnął.

– A cóż to za pytanie?

– Być może popełniłem wielki błąd.

Starzec pokiwał głową, mrużąc oczy.

– Masz pojęcie, co oznacza wrogość Maldora?

– Domyślam się, że to nic dobrego?

Depozytariusz wiedzy pokręcił ze smutkiem głową.

– Być może naprawdę jesteś Pozaświatowcem. Niech ci dopomoże Opaczność. Chodź.

Poprowadził Jasona po schodach i przez bibliotekę. Idąc szybkim krokiem, Jason poczuł, jak bardzo jest wyczerpany.

– Niemalże każda dusza na Lyrianie stara się nie ściągnąć na siebie uwagi Maldora. Ty właśnie dokonałeś czegoś przeciwnego.

– Ja tylko przeczytałem...

Depozytariusz wiedzy uniósł rękę, odwracając głowę.

– Nie mów nic o tym, czego się dowiedziałeś. To twoje brzemię. Nie narzucaj tej informacji nikomu, kto z własnej woli zatrzymał się na stronie tytułowej.

– Zatem pan wie o książce! Tej oprawionej w prawdziwą skórę?

– Oczywiście, mój chłopcze. – Popukał się w skroń. – Fakt, że nie przeczytałem tego konkretnego tomu, tłumaczy, dlaczego nadal żyję. Widziałeś?

– Co ma pan...

– Wiesz, co mam na myśli.

Jason przełknął ślinę, bo nagle zaschło mu w gardle.

– Tak.

– Musisz natychmiast odejść.

– Właśnie to w ks...

– Nigdy nie mów o tym, co przeczytałeś! Bo inaczej mógłbyś od razu ściąć mi głowę.

– Zamierza pan odesłać mnie w ciemną noc?

– Noc już prawie się kończy. Znajdziesz drogę. Przez dzień albo dwa idź w stronę świtu. Szukaj Ślepego Króla. Być może będzie mógł ci pomóc.

Przy frontowym biurku depozytariusz wiedzy dał Jasonowi brązowy płaszcz podróżny, koc i mały worek wypełniony grzybami. Hermie czekał obok głównych drzwi, przyglądając się Jasonowi z chorobliwą fascynacją.

– Zjedz te jagody teraz – powiedział depozytariusz wiedzy, podając mu garść owoców. – Pomogą ci przezwyciężyć zmęczenie. Więcej ich znajdziesz w torbie.

– Nie rozumiem, co się dzieje.

– Poznałeś sekret, po który właśnie przybywają do tego miejsca śmiałkowie.

– Nie chciałem.

Depozytariusz wiedzy zmarszczył czoło.

– Czyniłeś aluzje, jakbyś chciał, i reagowałeś na wskazówki, jakie ci podsunąłem.

Jasonowi zrobiło się niedobrze.

– To pomyłka! Miałem nadzieję, że dowiem się z książki, jak wrócić do domu, a nagle stałem się wrogiem publicznym numer jeden. Nic nie rozumiem!

– Żałuję, jeśli to prawda. Faktów nie da się już cofnąć. Musisz uciekać. – Depozytariusz wiedzy skierował Jasona ku drzwiom. – Głowa do góry. Potężni mężczyźni zawiedli, gdy przyszło przeczytać słowa, które poznałeś, struchleli w obliczu odpowiedzialności i odeszli jak tchórze. Ty odchodzisz jako bohater. Idź już. Życzę ci szczęśliwej drogi. – Depozytariusz wiedzy pośpiesznie wypchnął go za drzwi.

– Dziękuję – powiedział Jason i wyszedł, potykając się.

Feracles szczeknął raz, kiedy Hermie szarpnięciem zamknął drzwi.

Jason został sam.

Szary przedświt jaśniał na krańcu nieba.

Jason odetchnął głęboko, zerkając za siebie na zamknięte drzwi. Nie wątpił już w realność tego wszystkiego. Znalazł się w straszliwym niebezpieczeństwie. Jako obcy bez przyjaciół w nieznanym kraju stał się wrogiem potężnego cesarza. Po raz pierwszy Jason w pełni pogodził się z myślą, że być może nigdy nie wróci do domu.