Świat bez bohaterów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1. Hipopotam

Rozdział 2. Depozytariusz wiedzy

Rozdział 3. Słowo

Rozdział 4. Ślepy Król

Rozdział 5. Rachel

Rozdział 6. Podarunki

Rozdział 7. Jugard

Rozdział 8. Macroid

Rozdział 9. Tark

Rozdział 10. Ned

Rozdział 11. Ferrin

Rozdział 12. Ucieczka z więzienia

Rozdział 13. Nicholas

Rozdział 14. Pytania i odpowiedzi

Rozdział 15. Kanclerz

Rozdział 16. Białe Jezioro

Rozdział 17. Jasher

Rozdział 18. Ziemie Zatopione

Rozdział 19. Wieszczka

Rozdział 20. Wieczna Uczta

Rozdział 21. Pojedynek

Rozdział 22. Ucieczka

Rozdział 23. Słowo

Rozdział 24. Więzień

Rozdział 25. Portal w głębinie

Podziękowania

Brandon Mull

Tytuł oryginału:

Beyonders. A World Without Heroes

Copyright © 2011 by Brandon Mull

Copyright for the Polish translation © 2013 by Wydawnictwo MAG

Redakcja:

Joanna Figlewska

Korekta:

Magdalena Górnicka

Opracowanie graficzne okładki:

Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie:

Tomek Laisar Fruń

Konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

ISBN 978-83-7480-262-8

Wydanie I

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 22 813 47 43

e-mail: kurz@mag.com.pl

http://www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

Po raz kolejny – dla Mary

Jedno wiekopomne zdanie może zagwarantować nieśmiertelność.

– Autor Nieznany

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Książę zwisał w ciemnościach. Ramiona go bolały, wiekowe kajdany wcinały mu się w nadgarstki, gdy próbował się przespać. Łańcuchy nie pozwalały mu się położyć. Nie był w stanie powiedzieć, czy tak naprawdę było jasno czy ciemno, ponieważ wrogowie ukradli mu wzrok.

W oddali usłyszał krzyk – niepohamowany skowyt człowieka, który próbuje – bezowocnie – uciec od najstraszliwszej agonii. Te przerażające wrzaski dobiegały z wyższych korytarzy, tłumione przez przeszkody po drodze.

Po niezliczonych tygodniach w lochach Felrook książę potrafił odgadnąć, co musi czuć tamten człowiek. Nigdy w życiu nie wyobrażał sobie cierpienia tak różnorodnego i wyrafinowanego, jakiego doświadczył w tym miejscu.

Wyprostował się, zmniejszając nieco obciążenie na nadgarstkach. Był przekonany, że jeśli dłużej potrzymają go tutaj zakutego, odpadną mu ręce. Chociaż wolał obecne kwatery od poprzednich, gdzie podłoga jeżyła się od ostrych, zardzewiałych kolców, a wszelkie próby położenia się lub siedzenia wiązały się z przelaniem własnej krwi.

Niewidoczny, nieszczęsny więzień nadal krzyczał. Książę westchnął. Przez cały czas kiedy go torturowano, niezależnie od tego, jaką truciznę wlano mu przemocą do gardła, niezależnie od tego, jakie pytanie mu zadano, nie wypowiedział nawet jednego słowa. Nie krzyczał także z bólu. Wiedział, że niektóre z mikstur opracowanych przez Maldora albo jego sługusów były zdolne rozwiązać mu język i przyćmić umysł, więc kiedy go pochwycono, stanowczo poprzysiągł sobie nie wydać z siebie żadnego dźwięku.

Oprawcy nękali go naprawdę fachowo. Próbowali go przekupić jedzeniem i wodą. Próbowali przymusić go do mówienia bólem. Niektórzy zjawiali się i przemawiali doń spokojnie i rozsądnie. Inni występowali z kategorycznymi żądaniami. Czasem musiał stawić czoło kilku inkwizytorom z rzędu. A innym razem godziny i dni ciągnęły się w nieskończoność między kolejnymi przesłuchaniami. Nie był w stanie nazwać rozmaitości toksyn, jakie mu podano, ale niezależnie od tego, jak bardzo starano się zmącić mu myśli i osłabić determinację, książę koncentrował się na jednej konieczności: milczeniu.

W końcu przemówi. W głębi ducha czepiał się nadziei, że ostatecznie zostanie zaprowadzony przed oblicze cesarza. I wtedy wypowie jedno słowo.

Stopniowo, jak przez mgłę, do księcia zaczęło docierać, że odzyskuje niezwykłą jak na obecne warunki jasność umysłu. Ból głowy nie ustępował, głód nadal szarpał mu trzewia, ale książę odkrył, że może świadomie kierować myślami – uważał to za rzecz zupełnie naturalną, dopóki nie zaczęto faszerować jego posiłków dodatkami wpływającymi na pracę umysłu. Jeśli pominąć fakt, że nieustannie trzymał się naczelnej zasady zachowania milczenia, to w ciągu ostatnich tygodni jego myśli błądziły zupełnie bezwładnie, a poczucie tożsamości zaczęło się rozmywać.

Drzwi do celi otworzyły się ze skrzypieniem. Zesztywniał, gotując się na wszystko. Zachowaj milczenie, przestrzegł się w myślach. Choćby nie wiadomo co zrobili czy powiedzieli.

– No, proszę, proszę – usłyszał ciepły, znany mu głos. – Z każdym dniem wyglądasz coraz gorzej.

Książę nie odpowiedział. Do celi weszli także inni mężczyźni. Trzech, nie licząc tego, który mówił.

– Skoro masz mieć gościa, to lepiej, żebyśmy cię obmyli – kontynuował przyjazny głos prawie bez chwili przerwy.

Brutalne ręce rozpięły kajdany. Książę był skonsternowany. Nie myto go, odkąd trafił do lochów. Może to była jakaś sztuczka? A może wreszcie stanie przed obliczem cesarza?

Wielkie łapska chwyciły go za ramiona. Pociągnęły go do przodu, a potem pchnęły na kolana. Szorstkie szmaty tarły jego nagie ciało. Niebawem niewidoczne dłonie zaczęły przycinać mu zarost. Kilka minut później prosta brzytwa przesunęła się po policzkach.

Przytrzymywało go dwóch mężczyzn, po jednym z każdego boku, co podsunęło księciu myśl, jak mógłby ich zaatakować. Gdyby posłużył się nogami i uderzył w ich kolana, a potem dorwałby brzytwę, zdołałby dorzucić cztery trupy na swoje konto. Odkąd go uwięziono, zabił już sześciu strażników.

Nie. Nawet gdyby pokonał tych mężczyzn, bez wzroku nigdy nie zdołałby uciec z lochów. Za to mógłby zaprzepaścić audiencję u Maldora. Książę zadrżał. Wielu jego najlepszych ludzi i najbliższych przyjaciół oddało życie, a on – mimo ich ofiary – zawiódł. Jego jedyną szansą na odkupienie było stanąć przed cesarzem.

– Wydajesz się dzisiaj wyjątkowo potulny. Czyżbyś wreszcie postanowił zostać wzorcowym więźniem?

W myślach księcia pojawiły się kąśliwie riposty. Od tak dawna mąciło mu się w głowie, że teraz kusiło go, by odpowiedzieć. Nie, nawet jeśli wydawało mu się, że myśli klarownie, i choćby to pytanie było niewinne, to, jeżeli złamie zasadę milczenia, w końcu oprawcy zmuszą go do zdradzenia tajemnic. Miał do przekazania tylko jedno słowo i wypowie je w obecności Maldora.

– Gotowy na spacer?

Mężczyźni stojący po bokach pomogli księciu wstać, a potem wyprowadzili go z celi. Szedł, powłócząc nogami. Jak zawsze, brakowało mu oczu, ale z całą determinacją badał otoczenie pozostałymi zmysłami, zwracając uwagę na kierunek i temperaturę ciągu powietrza, akustykę korytarza, zapachy zgnilizny i płonących pochodni.

 

Po pewnym czasie usłyszał, że otwierają się drzwi, i wszedł do jakiegoś pomieszczenia. Eskorta zmusiła go do uklęknięcia, nakładając mu okowy na kostki i nadgarstki, a potem zamykając ciężki, żelazny kołnierz na szyi. Strażnicy wyszli bez słowa. A przynajmniej część z nich. Jeden lub kilku mogło zostać potajemnie.

Mijały minuty. Godziny. W końcu drzwi celi otworzyły się i znowu zamknęły.

– Nareszcie ponownie się spotykamy – rozległ się znajomy głos.

Dreszcz przebiegł księciu po plecach. Maldor odwiedził Trensicourt wiele lat temu, próbując wynegocjować sojusz. Jako mały chłopiec książę studiował każdy ruch tego człowieka – człowieka, który zdaniem jego ojca był bardzo niebezpieczny.

– Obiecałem, że pewnego dnia uklękniesz przede mną – rzucił oschłym tonem cesarz.

Książę poruszył ramionami – dość, żeby łańcuchy zabrzęczały.

– Owszem, wolałbym, abyś z własnej woli okazał mi szacunek – dodał cesarz. – Może i na to przyjdzie czas. Rozumiem, że zapomniałeś języka w gębie.

Książę się zawahał. Musiał mieć pewność. Poznał to słowo mocy ogromnym kosztem. Cesarz nie miał prawa podejrzewać, że książę znał wszystkie sylaby. W przeciwnym wypadku nigdy nie zjawiłby się osobiście. Tylko czy to nie była jakaś sztuczka? Czy mówca nie podszywał się pod cesarza? Książę wiedział, że będzie miał tylko jedną szansę.

– Nie widziałem potrzeby, by zwracać się do twoich podwładnych – powiedział książę zaskoczony, jak chrapliwie i słabo zabrzmiał jego własny głos.

– Następca tronu Trensicourt mówi! – wykrzyknął Maldor. – Wdychałeś żrącą substancję, więc już zacząłem podejrzewać, że straciłeś zdolność artykułowania. Doprawdy masz żelazny charakter. Gdybym wiedział, że potrzebujesz jedynie mojej obecności, odwiedziłbym cię wcześniej.

Jeśli to był impostor, to naprawdę świetny.

– Co cię sprowadza do lochów?

Cesarz się zawahał.

– Zjawiłem się, żeby świętować koniec moich zmartwień.

– Masz jeszcze wiele królestw do podbicia – zaprotestował książę. – Ja jestem tylko pojedynczym człowiekiem.

– Zwornikiem konstrukcji – mruknął cesarz. – Wystarczy go usunąć, żeby całość się zawaliła.

– Są jeszcze inni – upierał się książę. – Przyjdzie czas, że oni powstaną.

– Mówisz, jakby już było po tobie. – Maldor się zaśmiał. – Przyjacielu, nigdy nie zamierzałem cię zabijać. Chciałem tylko udowodnić, że nie możesz mi się przeciwstawić, a do tego potrzebowałem po prostu cię pokonać. Boli mnie twój widok w tym stanie. Wolałbym odziać cię w strojne szaty i opatrzyć twe rany. Jak zapewne pamiętasz, już kiedyś ofiarowałem ci przyjaźń. Nie dość, że ją odrzuciłeś, to jeszcze podjąłeś walkę przeciwko mnie i podjudzałeś innych, by uczynili to samo.

– Nigdy nie pozyskasz mojej lojalności.

– Żałuję, że nie jesteś rozsądny – ubolewał cesarz. – Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie dorównuje ci żaden z moich sług. Mógłbyś być moim głównym przybocznym. Uczyniłbym cię lordem Trensicourt, a nawet więcej: mógłbyś swobodnie rządzić niczym król pod każdym względem prócz tytułu. Mógłbym zwrócić ci wzrok, przedłużyć życie. Mógłbyś dokonać wiele dobrego.

– A cały Lyrian znalazłby się pod twoim zwierzchnictwem – odparł książę. – Skąd mam wiedzieć, że to naprawdę ty? Straciłem oczy.

– Z pewnością poznajesz mój głos – odparł z rozbawieniem cesarz.

– Wiele lat temu rozmawiałeś ze mną w salonie Trensicourt. Pokazałem ci zabawkę.

– Zaczynamy bawić się w zagadki?

– Pamiętasz tę zabawkę?

– Nakręcana karuzela z wyjmowanymi konikami. Wyjąłeś z karuzeli emaliowanego konika, jak mi się zdaje, w większości niebieskiego, i poprosiłeś, żebym się z tobą pobawił.

Książę skinął głową. Tylko cesarz mógł znać te szczegóły. Kto inny by o nich słyszał. Książę prawie bez chwili pauzy wypowiedział Słowo, które trzymał w tajemnicy od chwili uwięzienia. Poczuł jego moc, gdy opuściło jego usta, prawdziwe edomickie słowo-klucz.

Książę czekał w ciemnościach.

– Cóż za przedziwny okrzyk – zauważył cesarz.

Przerażenie i konsternacja wyprowadziły księcia z równowagi. To słowo powinno być zgubą cesarza! Gorączkowo próbował je sobie przypomnieć, ale wypowiedzenie go na głos sprawiało, że znikało z pamięci.

– Wyglądasz na zatroskanego – rzucił Maldor.

– To słowo powinno było cię zniszczyć – szepnął książę, gdy umarły w nim resztki determinacji, a jego wewnętrzny świat skurczył się do zimnego zakątka, w którym pozostały tylko popioły nadziei.

Cesarz się roześmiał.

– Dajże spokój, mój niezłomny książę, z pewnością nie mogłeś wierzyć, że nie jestem świadom celu twojej misji! W rzeczy samej, rozmawiamy, ale nie bezpośrednio. Korzystam z pośrednika. W końcu bycie czarnoksiężnikiem powinno wiązać się z pewnymi dobrodziejstwami! Mój emisariusz mówi z moją modulacją i z łatwością możemy porozumiewać się na odległość. Ponieważ jednak nie jest mną, owo niebezpieczne słowo nie może wpłynąć na żadnego z nas. A teraz, kiedy straciłeś swą ostatnią broń, czy rozważysz moją propozycję?

– Nigdy – szepnął książę.

Zostało mu tylko to jedno – nigdy nie pozwoli, by cesarz skłonił go do zmiany stron. Przynajmniej tyle był winien wszystkim, którzy w niego wierzyli.

– Jestem pod wielkim wrażeniem faktu, że nauczyłeś się Słowa – kontynuował cesarz. – Ty jesteś pierwszym. Dawno temu obiecałem sobie, że ten, kto nauczy się Słowa, zostanie zaproszony do najściślejszego kręgu moich współpracowników. Nie masz innego wyboru. Nie giń bez powodu. Dalszy opór nic ci nie da. Współpracuj ze mną, a nadal będziesz mógł dokonać wiele dobrego. Tym razem odpowiedz z namysłem, bo nie otrzymasz następnej szansy. W końcu dopiero co próbowałeś mnie zabić. A wstępne zapoznanie się z mymi gościnnymi lochami było łagodne z porównaniu z grozą, która jeszcze cię czeka.

Książę spuścił głowę i przez chwilę milczał. Tyle planów, zręcznych manewrów, śmiałych aliansów, szczęśliwych ucieczek o włos od klęski – a on zawiódł! Wypowiedział Słowo przed przynętą! Nawet przewidział taką możliwość, lecz ostatecznie Maldor go przechytrzył i zniszczył, jak czynił nieodmiennie ze wszystkimi wrogami. Książę szukał w sobie nadziei lub wiary, ale niczego nie znalazł. Być może powinien pogodzić się z tym co nieuniknione. Nie był pewien, jak długo jeszcze zdoła zachować jasność umysłu w tym miejscu.

Uniósł głowę.

– Nigdy nie będę ci służył. Pokonałeś mnie, lecz nigdy mnie nie kupisz.

Był winien te słowa tym, którzy za niego zginęli. Był winien te słowa samemu sobie. Zostać zniszczonym to jedno, a on przynajmniej się nie poddał.

– Dobrze więc. Byłeś najlepszym z moich adwersarzy, to muszę ci przyznać. Wiedz jednak, że tu zostaniesz złamany. Możesz liczyć na mój podziw, ale nie na litość.

Rozległ się dźwięk oddalających się kroków i drzwi zatrzasnęły się z ostatecznością, z jaką opada płyta grobowca.

Rozdział 1
Hipopotam

Na przestrzeni wieków pojedyncze osoby przechodziły z naszego świata do Lyrianu na wiele sposobów. Chociaż niektórzy wędrowcy podróżowali między wszechświatami rozmyślnie, większość podróżników dawało się całkowicie zaskoczyć. Gubili się w głębokich jaskiniach, a gdy wreszcie wychodzili, rozpościerał się przed nimi nieznajomy krajobraz. Przechodzili pod naturalnymi kamiennymi łukami, które niekiedy łączą nasze rzeczywistości. Wpadali do głębokich studni, wchodzili do przejść w pobliżu szczytów gór albo – rzadziej – przeczołgiwali się między skamieniałymi kłodami. Jednakże nikt nie przeszedł z Ziemi do Lyrianu w bardziej nieprawdopodobny sposób niż Jason Walker.

W wieku lat trzynastu Jason mieszkał w miasteczku Vista, w stanie Kolorado. Ponieważ jego ojciec robił wspaniałą karierę w dziedzinie stomatologii, a jego starszego brata właśnie przyjęto do szkoły medycznej o profilu stomatologicznym, większość osób z jego znajomych spodziewała się, że pewnego dnia Jason również zostanie dentystą. Rodzice otwarcie go do tego zachęcali. Te oczekiwania wpłynęły na Jasona, którego mgliste plany życiowe wiązały się ze zdobyciem baseballowego stypendium sportowego i pójściu na uniwersytet, gdzie mógłby rozpocząć starania o dyplom stomatologa.

Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek świadomie wybrał ten kierunek – nie miał prawdziwego zamiłowania do leczenia zębów. Zajęcie to uderzało go jako szczególnie nudne i monotonne. Skrobanie zębów. Robienie prześwietleń. Fluoryzowanie. W głębi ducha Jason pragnął czegoś innego.

Odkąd sięgał pamięcią, zawsze ciągnęło go do zwierząt. Czytał na ich temat książki, oglądał programy przyrodnicze i błagał rodziców o domowe zwierzątka. Po konsultacji z ojcem jego zamiłowania zainspirowały go do wyboru zoologii jako przedmiotu kierunkowego na drodze do dyplomu stomatologa. W przeciwieństwie do wielu przyszłych studentów zoologii Jason rzeczywiście pracował w zoo. Naturalnie, nie przeszłoby mu przez myśl, że jego wolontariat zaprowadzi go do alternatywnego wszechświata.

Trwał wyjątkowo – jak na koniec lutego – ciepły tydzień. Jason opierał się o poręcz przed ogrodzonym boksem do ćwiczenia szybkich piłek baseballowych w lokalnym parku. Tim stał w środku, na lekko ugiętych nogach i wybijał mnóstwo piłek za boczne linie, usiłując odzyskać wyczucie czasu. Matt, najlepszy pałkarz w ich klubowej drużynie, ćwiczył jako pierwszy; płynnymi i potężnymi zamachami posyłał niemal każdą narzuconą piłkę w głąb boksu.

– Nie próbuj zamordować piłki – zasugerował Jason.

– Wystarczy mi napad z pobiciem – burknął Tim.

Przy następnym narzucie Tim odbił piłkę mocno, trafiając w ziemię i kierując ją w lewą część siatki. Jason zerkał to na Tima, to na opatrzony podpisami rysunek w podręczniku biologii. Uczył się na pamięć ludzkiego układu kostnego przed sprawdzianem.

– Wyciągnij nos z książki – mruknął Matt do Jasona, kiedy Tim zawalił kolejne odbicie.

– Potem muszę iść do zoo – tłumaczył się Jason. – Nie będę miał dzisiaj dużo czasu na naukę.

– Zaufaj mi – powiedział Matt, skinieniem głowy wskazując coś po lewej stronie.

Jason odwrócił się i zobaczył dwie dziewczyny idące w ich kierunku. To były April i Holly Knudsen, bliźniaczki dwujajowe z jego klasy w gimnazjum imienia Kennedy’ego. Nie były do siebie specjalnie podobne ani pod względem wyglądu, ani zainteresowań – zwłaszcza jak na bliźniaczki. Ładniejsza i pilniejsza April chodziła z Jasonem na zajęcia zaawansowane z trzech przedmiotów, w tym biologii. Głośniejsza i bardziej wysportowana Holly trzymała kij do softballu w jednej ręce i kask pałkarza w drugiej.

Tylko dwie dziewczyny w szkole sprawiały, że Jasonowi zaciskał się żołądek i łapało go nagłe onieśmielenie: Jen Miller i April Knudsen. Były ładne, bystre i sprawiały wrażenie twardo stąpających po ziemi. Jason podkochiwał się skrycie w obydwu.

– Cześć! – zawołała Holly.

Jason spróbował się uśmiechnąć. Nagle zdał sobie sprawę, że trzyma w ręku podręcznik. Czy wyjdzie na frajera, bo czyta podręcznik w takim miejscu?

Matt nic nie powiedział. Rzadko kiedy odzywał się przy dziewczynach. Jason starał się, żeby jego głos zabrzmiał zwyczajnie.

– Cześć, Holly. April.

– Przygotowujecie się do ostatniego sezonu przed szkołą średnią? – zaciekawiła się Holly.

Tim przywalił kijem w piłkę i posłał ją wysoko w niebo.

– Trener Thayer już oglądał Jasona – powiedział Matt. – Możliwe, że Jason zostanie miotaczem w szkolnej reprezentacji już w pierwszej klasie.

Mówił prawdę. Jason zaczął gwałtownie rosnąć pod koniec szóstej klasy. Początkowo zupełnie posypał się przy uderzeniach, dopóki nie przyzwyczaił się do nowego wzrostu, za to jego narzuty zaczęły nabierać naprawdę imponującej prędkości. Teraz miał prawie sześć stóp wzrostu. Zaczynał odzyskiwać formę jako pałkarz, a jego szybkie piłki dochodziły do osiemdziesięciu mil na godzinę, nadal jednak miał kłopoty z zachowaniem opanowania.

– Rety, chłopcy z pierwszej klasy prawie nigdy nie grają dla reprezentacji – odparła pełna podziwu Holly. – W zeszłym roku omal nie zdobyli mistrzostwa stanu.

– Nie wiem, na ile zrobiłem wrażenie na Thayerze – przyznał Jason. – Narzuty wychodziły mi bez ładu i składu.

– Tylko jeden chłopak z przyszłorocznej drużyny szkolnej narzuca szybciej od ciebie – powiedział Matt. – A kiedy dajesz swoje najlepsze narzuty, nie jestem w stanie odbić.

– Ostatnio jestem za bardzo spięty – przyznał Jason, krzywiąc się.

 

W ciągu minionego roku, w czasie rozgrywek zaczął się bardzo denerwować i stąd brały się nieskoordynowane narzuty. Zawalił kilka meczy, bo oddał za wiele baz za darmo i poddał kluczowy mecz przez wyjątkowo niecelny narzut. Parę razy trafił też w pałkarza, a przy prędkości, z jaką rzucał, to nie było nic zabawnego. Żaden z pałkarzy drużyny przeciwnej nie odniósł poważnej kontuzji, ale niewiele brakowało.

Początkowo Jason uważał, że przyczyną kłopotów jest to, że rzuca szybciej. Jednak potem Matt i Tim zauważyli, że regularnie lepiej narzuca w czasie treningów i nieoficjalnych meczy. Jasona gryzła myśl, że zawalił rozgrywki, bo nie miał dość ikry, żeby dobrze narzucać mimo presji sytuacji. Może kłopot w tym, że za dużo myślał o tym, czego inni się po nim spodziewają? Może za wiele od siebie wymagał, zafiksowany na osiągnięciu perfekcji? A może po prostu tracił umiejętności.

Kumple z drużyny spodziewali się, że przezwycięży problemy z opanowaniem i poprowadzi ich ku chwale. Ciągle jednak nie był gwiazdą, jaką inni oczekiwali, że się stanie. Czasem wolałby, żeby jego przyjaciele trochę mniej się nim przechwalali.

April wskazała na podręcznik Jasona.

– Przygotowujesz się do sprawdzianu z biologii?

– Próbuję.

– Jak się nazywa kość policzkowa? – zapytała.

Omal nie wyszczerzył zębów w uśmiechu.

– Łuk jarzmowy.

April uniosła brwi.

– Nieźle.

Holly przewróciła oczami.

– Ale z was kujony.

– Kujony rządzą światem – sprzeciwił się Jason.

Holly złapała siostrę za rękę.

– Lepiej chodźmy do boksu dla softballistów.

Jason chciał zaproponować, żeby poszli coś przekąsić. Ściśle rzecz biorąc, chciał to zaproponować April, ale łatwiej byłoby zaprosić obie siostry. One przyszły we dwie, on był z dwoma kumplami – wybraliby się jako mała grupka przyjaciół. Nigdy w życiu nie będzie miał lepszej szansy, żeby jakgdyby nigdy nic zagadnąć April. Kto wie, może umówiliby się na wspólną naukę przed testem z biologii?

Nie mógł jednak zmusić ust, żeby się poruszyły. Bliźniaczki już odchodziły.

– Ej! – zawołał w końcu, czując się niezręcznie i ściskając podręcznik. – Macie ochotę pójść coś przegryźć, jak już skończycie?

Nie zatrzymując się, Holly odgarnęła włosy za ucho i rzuciła przepraszająco:

– Nie możemy. Musimy iść na przyjęcie urodzinowe wujka. Może innym razem.

– Nie ma sprawy, spoko – odparł Jason, chociaż nic z tego, co czuł, nawet nie przypominało spokoju.

Tim wyszedł z boksu za jego plecami.

– Podoba ci się April? – spytał.

Jason skrzywił się, zerkając ukradkiem przez ramię. To było aż tak oczywiste?

– Nie tak głośno. Chyba tak. Trochę.

– Moim zdaniem Holly jest fajniejsza – myślał na głos Matt.

Tim rzucił Jasonowi kask pałkarza.

– Teraz ty. Masz szansę zaliczyć serię strike-outów.

– Boki zrywać – odparł Jason, zakładając ciut przyduży kask.

Czerwone światełko zabłysło obok automatu do narzucania. Jason poprawił pasek od rękawicy, wziął pałkę, wszedł do boksu i wyprowadził kilka próbnych wymachów; początkowo brał za duży zamach, ale wkrótce wszedł w swój normalny rytm.

– Gotowy? – spytał Matt.

– Dawaj.

Zapaliło się zielone światło. Jason ugiął nogi w swojej typowej pozycji pałkarza, zakołysał się lekko, przygotowując się do pierwszego narzutu i starając się ignorować możliwość, że April na niego patrzy. Miał skłonność do opóźnionego zamachu przy pierwszej piłce. Piłka z sykiem wyleciała z automatu i śmignęła rozmazaną plamą obok niego. Zdecydowanie za późno wziął zamach.

– Z niego jest kochaś, a nie pałkarz – zażartował Tim.

Jason skupił się na treningu. Następna piłka wyskoczyła z maszyny. Tym razem wziął zamach we właściwym momencie, ale za niski, więc piłka odskoczyła w górę i w tył od kija.

Przy trzecim narzucie trafił jak należy. Piłka śmignęła wysoko w głąb boksu.

Matt zagwizdał.

– Nieźle.

Jason zerknął na kumpli, szczerząc zęby w uśmiechu.

Zerknął w bok i zauważył, że April patrzy na siostrę, wchodzącą do boksu treningowego do softballu. Kiedy się odwrócił, piłka już ku niemu mknęła. Zdążył obrócić głowę i nie oberwał w twarz, ale twarda piłka przywaliła z głuchym łoskotem w bok kasku, który spadł Jasonowi z głowy. Sam Jason wyciągnął się jak długi.

Sztuczna trawa drapała go w twarz, a Jason próbował pojąć, co się stało. Nagle Tim i Matt pojawili się obok niego, pytając, czy wszystko w porządku.

– Nic mi nie jest – mruknął, wstając i zataczając się na Tima, który go złapał.

– Zamroczyło cię – powiedział Matt. – Nieźle oberwałeś.

– Trochę mi tylko we łbie zadzwoniło – zaprotestował Jason, strącając ręce Tima i idąc do wyjścia z boksu. Miał wrażenie, że ziemia chwieje mu się pod stopami, jakby balansował, stojąc na środku przechylni. – Muszę tylko usiąść.

Klapnął ciężko na ławkę za ogrodzeniem i wsparł głowę na dłoniach.

– Powinienem był cię ostrzec. Dla mnie niektóre z tych piłek też wchodzą za blisko. Ktoś powinien znowu wyregulować tę maszynę.

– To nie twoja wina. Nie uważałem. I miałem pecha. – Dotknął twarzy i pomasował skronie.

– Może powinniśmy zabrać cię do lekarza? – zasugerował Matt.

– Nie, dobrze się czuję. Po prostu trochę mną rzuciło. Zrób parę zamachów, nic mi nie będzie.

– Na pewno?

– Aha. Pomścij mnie. Zerwij skórki z kilku piłek.

Jason skupił się na oddychaniu, próbując ignorować brzęk aluminiowych pałek. Zaczął odzyskiwać równowagę. Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie April, która zmrużyła oczy współczująco. Zanim Matt wyszedł z boksu, Jason był w stanie już stać i ziemia nie kołysała się za mocno pod jego nogami.

– Chcę coś przegryźć przed zoo – powiedział Jason.

– Przykro mi, ale mam się spotkać z kuzynami – powiedział Matt. – Właściwie już jestem trochę spóźniony.

Tim zerknął na zegarek.

– Ja też nie mogę. Zostałbyś sam z bliźniaczkami. Brat przyjedzie po mnie za jakieś pięć minut. Możemy cię podrzucić.

– Przyjechałem rowerem. No dobra, to zobaczymy się później.

Tim i Matt oddali kaski w wypożyczalni, a Jason poszedł na parking, by zabrać rower ze stojaka. Ciąg ciepłych dni sprawił, że śnieg się stopił, zniknęła nawet większość zasp przy drodze, przez co drogi były nietypowo dla tej pory roku przyjazne dla rowerzystów. Chociaż niebo się zachmurzyło, było za ciepło na śnieżycę.

Kiedy Jason pedałował na wzgórze do spożywczego u Andersona, zaczęła boleć go głowa i poczuł, że traci równowagę. Zamiast walczyć z dolegliwościami, zdecydował się przez resztę drogi poprowadzić rower.

Przypiął rower łańcuchem obok automatu z napojami, wszedł przez automatyczne drzwi i podszedł do barku z chińszczyzną z boku od wejścia. Zamówił na lunch specjalność dnia i facet za kontuarem nałożył mu pomarańczowego kurczaka, wołowinę, brokuły i smażony makaron na podzielony przegródkami styropianowy talerz. Brokuły były tak jaskrawozielone, że aż biły w oczy – miały kolor, jaki rzadko występuje w naturze. Tutaj brokuły zawsze tak wyglądały, jakby malowano je farbą w spreju albo robiono z plastiku.

Jason znalazł sobie miejsce przy małym stoliku w pobliżu baru i zaczął jeść. Pomarańczowy kurczak ze smażonym makaronem chow mein to było jego ulubione danie, ale zjadł raptem połowę porcji, kiedy zaczęły go brać mdłości. Wypił spory łyk wody i pomasował skronie. Potem odwinął ciasteczko z wróżbą, złamał je na pół i wyjął skrawek papieru. „Na horyzoncie widnieją nowe doświadczenia”.

Powinni być nieco bardziej odważni, pomyślał, i oznajmić coś w stylu: „Już za chwilę rozchorujesz się z powodu ciężkiego zatrucia pokarmowego”.

Wyszedł na dwór. Kiedy wspinał się rowerem na wzgórze, w głowie trochę mu się przejaśniło. Jednakże tępy ból uporczywie mu doskwierał i nawet jakby pulsował, gdy wjazd pod górkę przyśpieszył Jasonowi tętno. Wkrótce chłopiec dotarł na parking ogrodu zoologicznego Vista Point. Chociaż ten interes rodzinny nie umywał się do zoo w Denver, w Vista Point żyła naprawdę przyzwoita populacja – ponad czterysta zwierząt reprezentujących prawie sto sześćdziesiąt gatunków. Jak zwykle w zimowe popołudnie, parking był prawie pusty.

Stojąc koło swojej szafki, Jason włożył szary kombinezon i zamienił zwykłe buty na robocze. Zjawił się kilka minut przed czasem, więc zdążył jeszcze przekartkować podręcznik do biologii. Litery wydawały mu się nieco zamazane. Zamykając od czasu do czasu oczy, recytował nazwy różnych kości i wyrostków.

Uniósł wzrok i spojrzał na zegar. Czas posprzątać u hipopotama.

Kiedy wszedł na teren dla zwiedzających przy basenie hipopotama, przystanął, żeby popatrzeć na szklaną gablotę na ścianie podpisaną „POMNIK LUDZKIEJ GŁUPOTY”.

Znajdowały się w niej różne przedmioty, które w ciągu lat pracownicy wyłowili z basenu hipopotama: aluminiowe puszki, szklane butelki, monety, niedopałki, dwie zapalniczki, pojemnik z nicią dentystyczną, scyzoryk, zaplątana sprężyna do zabawy, plastikowy zegarek na rękę, jednorazowa maszynka do golenia... i nawet kilka nabojów.

Drepcząc za szczotką, Jason patrzył na śmieci zbierające się przed ciemnym włosiem i zastanawiał się, czym jakiś idiota mógłby przebić niebezpieczne przedmioty zebrane w gablocie. Może wrzucając do basenu kosiarkę do trawy? Albo kilka prętów uranowych.

Jason przystanął, żeby popatrzeć nad poręczą na ogromnego hipopotama wyciągniętego nieruchomo na dnie basenu z głową powyżej poziomu wody. Hank był jedynym hipopotamem w zoo, dorosłym samcem, który tego lata miał obchodzić czterdzieste urodziny. Jason pokręcił głową. Majestatyczne zwierzę. Jak zwykle pracuje na pełnych obrotach. Mogliby go zastąpić posągiem, a i tak nikt z odwiedzających nie zauważyłby różnicy.

Jason usłyszał dźwięczną muzykę dobiegającą z wody, tak cichą, że ledwie słyszalną. Z lekko przekrzywioną głową przeszedł wokół basenu, próbując zlokalizować źródło muzyki. Kiedy natężenie dźwięku przybrało na sile i muzyka stała się bogatsza i czystsza, tak że Jason potrafił rozróżnić poszczególne instrumenty, zawrócił w stronę wody i stwierdził, że melodyjne tony najwyraźniej dobiegają z na wpół zanurzonego hipopotama.

Zainstalowali w basenie podwodne głośniki, nic mu o tym nie wspominając? Jakaś nowa metoda uspokajania otyłego ssaka? A może żałosna próba przyciągnięcia do hipopotama tłumów?