3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Wiosna Kościoła, która nie nadeszła

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Wiosna Kościoła, która nie nadeszła
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Paweł Lisicki & bp Athanasius Schneider

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2020

All rights reserved

Fotografia na okładce: Anastasy Yarmolovich / Alamy Stock Photo

Zdjęcie bp. Schneidera: Bogdan Gancarz / Foto Gość

Redakcja: Magdalena Kolanko

Korekta: Beata Kostrzewska, Maria Wojciechowska, Monika Nowecka

ISBN 978-83-66407-71-8

Wydanie I, Kraków 2020

Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.

ul. Władysława Siwka 27a, 31-588 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

SPIS TREŚCI

Wstęp

ROZDZIAŁ I Kiedy nadciąga nieszczęście

ROZDZIAŁ II Co z tym celibatem?

ROZDZIAŁ III Gnostyckie zagrożenie

ROZDZIAŁ IV Iluzja postępu

ROZDZIAŁ V Protestanckie źródła

ROZDZIAŁ VI Lewicowa twarz Kościoła

ROZDZIAŁ VII Ile religii jest prawdziwych?

ROZDZIAŁ VIII Między niebem a piekłem

ROZDZIAŁ IX Automatyzm i antropocentryzm

ROZDZIAŁ X Zerwanie ciągłości

ROZDZIAŁ XI W uporządkowanym szyku

Przypisy

Wstęp

Białe, puste, pokryte śniegiem przestrzenie. Kiedy się ocknąłem, w pierwszej chwili nie byłem pewien, czy to jeszcze sen, czy jawa. Przekręciłem szyję, poczułem skurcz w ramionach; lekki ból przywrócił pełnię świadomości. Z głośników dobiegał głos kapitana zapowiadający podchodzenie do lądowania.

Lot trwał ponad cztery godziny – w sumie niedługo. Tyle trwa podróż pociągiem z Warszawy do Rzeszowa. Kiedyś tyle – niewiele krócej – jechałem z pracy do domu. Było to w okresie świąt; przez gigantyczne korki do centrów handlowych droga z Włoch na Mokotów była prawdziwym koszmarem.

Do ponad czterech godzin lotu należy doliczyć pięć godzin różnicy czasu. Otworzywszy oczy po krótkiej drzemce w środku nocy, zobaczyłem budzący się ranek. Te bezkresne, przywalone bielą tereny to była ziemia Kazachstanu. Przed wylotem oczywiście – jak każdy – sprawdziłem prognozę pogody. Wiedziałem, że trafię na odwilż, a potem nastąpi gwałtowny spadek temperatury. Noc: –29 stopni, dzień: –20. Spacer w takich warunkach do przyjemności nie należy – starsi czytelnicy pewnie to jeszcze pamiętają. Byłem więc przygotowany, ale wiedzieć i widzieć to dwie różne rzeczy. Ostatnie zimy w Polsce były łagodne i deszczowe, z przelotnym śniegiem, który utrzymywał się na ziemi przez zaledwie kilka godzin lub natychmiast topniał. Kazachskie zaspy przypominały mi czasy dzieciństwa, Polskę zatopioną w bieli, pogrążoną w puszystej ciszy, jaką przynosi prawdziwa zima. Taki był widziany z okien samolotu Kazachstan. Tylko nieporównanie bardziej pusty.

Biskup Athanasius Schneider czekał na mnie przy wyjściu. Dostrzegłem go od razu. Drobna, nieco ascetyczna sylwetka w czarnym płaszczu rzucała się w oczy. Odcinała się wyraźnie od grupki miejscowych. Podszedłem do niego, podałem mu rękę, schyliłem się i pocałowałem jego pierścień. Zwykle już się tak nie robi. Na ogół przy powitaniach z hierarchami Kościoła unika się całowania pierścienia, pokłonu, przyklęknięcia. Pierścienie biskupie mają dość niejasny status. Niby wciąż są oznaką godności, ale coraz częściej ich właściciele nie wiedzą, co z nimi zrobić. Biskupi, którzy są urodzonymi demokratami, pokazują to, unikając wszelkich oznak wyższości. Pierścienie na ich palcach przypominają trochę sygnety noszone przez nuworyszy – widać je dobrze, ale nie bardzo wiadomo, jak ich używać. W przypadku biskupa Schneidera rzecz ma się inaczej – ucałowanie pierścienia jest czymś naturalnym i właściwym, doskonale wręcz pasującym do jego drobnej, skromnej, pokornej postury.

Na parkingu o mało nie wylądowałem na ziemi. Ślisko jak na lodowisku. Ostrożnie truchtałem za biskupem, który skierował pilota w stronę jednego z samochodów. Niestety mały szary volkswagen nie zareagował. Staliśmy przed nim, a biskup bezskutecznie na różne sposoby naciskał czarną obudowę kluczyków. Postanowiłem pomóc, ale nic z tego. Biskup wreszcie zdecydował się na działanie bardziej bezpośrednie i zaczął gmerać kluczykiem w zamku. Też nic. Po kilku minutach pojawiło się zwątpienie. Wyglądało na to, że mój pobyt w Nur-Sułtan wyjątkowo pechowo się zaczął. I nagle biskup przypomniał sobie, że samochód, który próbowaliśmy na różne sposoby otworzyć, nie był tym, którym przyjechał. Przez pomyłkę otwieraliśmy inny. „Przepraszam – powiedział cicho – ale to nie mój samochód. Pożyczyłem go od pewnego księdza. Był bardzo podobny do tego, który próbowaliśmy otworzyć”. Na szczęście nikt nie zwrócił uwagi. To byłoby nawet zabawne, gdybym został zatrzymany na lotnisku w Nur-Sułtan razem z biskupem Schneiderem za próbę włamania do obcego samochodu.

Po chwili ruszyliśmy w stronę centrum miasta. Biskup prowadził ostrożnie, powoli, starannie. Ledwie ruszyliśmy, zaproponował modlitwę i zaczął odmawiać Ave Maria.

Mijaliśmy nowo budowane wieżowce i reprezentacyjną arterię miasta. Rok wcześniej, w marcu 2019 roku, stolica Kazachstanu zmieniła nazwę z Astany na Nur-Sułtan na cześć pierwszego prezydenta Kazachstanu, który rządził tym państwem od grudnia 1991 roku do marca 2019 roku. W stolicy jeszcze niedawno mieszkało raptem dwieście, trzysta tysięcy ludzi. Teraz to szybko rozwijająca się metropolia, której populacja wynosi ponad milion mieszkańców. Przed przyjazdem tutaj przeczytałem, że Kazachowie mają ambicję, by ich stolica stała się drugim Dubajem. Wszystko w mieście sprawiało wrażenie nowego. Błyszcząca złotem kopuła meczetu, otaczające ją minarety, nowe wieżowce z lekkimi orientalnymi ozdobami, drapacze chmur w dzielnicy finansowej, dwa złote wysokościowce, gmachy publiczne z dachami w kształcie jurty koczowników. Miasto XXI wieku zbudowane na stepie.

Ave Maria, Dominus tecum… Biskup wypowiadał słowa modlitwy spokojnie, powoli, niewzruszenie, nie przejmując się ani moją obecnością, ani tym nowoczesnym, dynamicznym miastem. Na parking przed katedrą katolicką – prostym budynkiem z czerwonej cegły, przypominającym nieco kościoły tego typu na warszawskim Ursynowie – dotarliśmy już bez przygód.

Dlaczego Kazachstan? Dlaczego Nur-Sułtan? Jak to się stało, że właśnie tutaj żyje i stąd działa, głównie za pośrednictwem Internetu, zapewne najbardziej znany tradycjonalistyczny biskup Kościoła katolickiego? Niezbadane są wyroki Opatrzności. Jak to możliwe, że spośród ponad pięciu tysięcy biskupów w dzisiejszym Kościele to on, biskup pomocniczy Nur-Sułtan, jego głos, budzi takie zainteresowanie? Dlaczego jego komentarze natychmiast trafiają na strony największych konserwatywnych portali w Stanach Zjednoczonych, we Włoszech, w Niemczech?1 Nie ma innego hierarchy katolickiego, którego słowa przykuwałyby taką uwagę.

Biskup Schneider nie martwi się polityczną poprawnością. Mówi to, czego od żadnego innego hierarchy usłyszeć nie sposób. Nie szuka poklasku ani sensacji. Waży słowa, jest ostrożny, powściągliwy, a jednocześnie stanowczy i jednoznaczny. W świecie, w którym wszyscy powtarzają slogany i banały, jego głos brzmi inaczej. Nie boi się nazywać rzeczy po imieniu, nawet kiedy rozmawiamy o dokumentach Soboru Watykańskiego II, dyskutujemy o postawie innych biskupów czy gdy ocenia obecny pontyfikat. W czasie naszej rozmowy kilka razy wspomniał, że postanowił nie uprawiać żadnej „myślowej akrobacji”. Kiedy słuchałem jego pierwszych odpowiedzi, nie wierzyłem własnym uszom. Spodziewałem się, że – jak w przypadku rozmów z innymi hierarchami Kościoła – napotkam barierę, kiedy dotkniemy drażliwych kwestii dziedzictwa soboru i działań ostatnich papieży. Spodziewałem się, że napotkam niechęć do rozliczenia się z błędami i dialektyczną linię rozumowania. Psychologicznie to zrozumiałe. Nie krytykujemy soboru, bo Kościół za dużo zainwestował w jego obronę. Nawet najmniejszy wyłom w tej taktyce otwierał drogę dla krytyków. W rozmowie z biskupem było inaczej. Zapytałem w pewnej chwili, jak to się stało, że tak otwarcie krytykuje i ocenia działania Kościoła z ostatniego półwiecza. Odpowiedział: „Kiedy zostałem biskupem, zrozumiałem, że nie mogę uciekać od odpowiedzialności. Bycie biskupem zobowiązuje”. W końcu biskupi to następcy apostołów.

 

Biskup Schneider nie uciekał od odpowiedzi, gdy pytałem go o kondycję świata współczesnego, o cywilizację tak bardzo podległą wpływom ideologii LGBT, feminizmowi, ekologizmowi. To, co miał do powiedzenia, mocno wyróżnia się na tle morza słów wylewających się z mediów. Jest to nie tylko przemyślane, ale też przemodlone; każde słowo oparte jest na innym, większym, ważniejszym. Na słowie, które wypowiedział Chrystus.

Biskup opowiadał o swoich przodkach i przekazanej przez nich wierze w książce Christus vincit2. Pochodzi z rodziny tak zwanych rosyjskich Niemców. Jego przodkowie przybyli do imperium carów w 1809 roku z południowo-zachodniej części kraju, z Alzacji-Lotaryngii. Jak ważna w przekazie rodzinnym była pamięć, najlepiej pokazuje fakt, że biskup potrafi wymienić imiona wszystkich przodków poprzednich pokoleń, od pierwszych, którzy przywędrowali do Rosji.

W wywiadzie z amerykańską dziennikarką Diane Montagną opowiadał o heroizmie niemieckich księży prześladowanych przez komunizm – spośród ponad dwustu kapłanów pracujących na południu Ukrainy i nad Wołgą żaden nie wyparł się wiary; niemal wszyscy zginęli lub zostali uwięzieni. Ostatni biskup, Josef Alois Kessler, zmarł w Niemczech, wygnany przez komunistów z diecezji w 1922 roku. Biskup opowiadał też o śmierci dziadka Sebastiana Schneidera, rozstrzelanego przez komunistów, kiedy jego syn, a ojciec biskupa miał siedem lat.

Przodkowie biskupa, zarówno ze strony ojca, jak i matki, to ludzie bardzo religijni. Ich życie przebiegało w rytmie wyznaczanym przez święta kościelne, uroczystości ku czci Matki Bożej, wspomnienia świętych, Adwent, Wielki Post. Czas świecki był pusty, jałowy; czas święty i sakralny był tym właściwym. Profanum podporządkowane było sacrum. Wiarę przekazywano sobie niczym skarb. Nienaruszone dziedzictwo z pokolenia na pokolenie. Pierwszy wstrząs wywołały rządy bolszewików i masowe prześladowania. Drugi – wybuch wielkiej wojny. Wehrmacht zadał początkowo cofającej się w popłochu armii sowieckiej potężne ciosy. W rezultacie rodzina biskupa została na krótko wywieziona z Rosji do Niemiec. Zwycięstwa niemieckie trwały jednak krótko. Po klęsce pod Stalingradem szala przechyliła się na stronę Sowietów, którzy odzyskali utracone ziemie, zajęli nowe, zdobyli Berlin. Po klęsce Hitlera rodzina Schneiderów została ponownie przetransportowana do imperium sowieckiego. Ojciec i matka biskupa trafili wtedy do pracy w Uralu.

Wielkie zawieruchy dziejowe nie niszczą wiary. Nie było już Kościoła, hierarchii kościelnej, poznikali biskupi, księża. Pozostali tylko wierni katolicy. Przez dziesięć lat zesłańcy przekazywali sobie wiarę katolicką mimo braku księży, sakramentów, Mszy Świętej, Eucharystii. Jak katolicy w Japonii między XVI a XIX wiekiem, tak i katolicy w imperium sowieckim ocalili wiarę. „Rodziny przekazywały sobie wiarę, modliły się codziennie. Na przykład w czasie Wielkiego Postu, w piątkowe wieczory po ciężkiej pracy sąsiadujące ze sobą rodziny zbierały się i odprawiały w pokoju drogę krzyżową”3. Dopiero po latach zaczęli się pojawiać kapłani, jak żyjący na wygnaniu w Karagandzie błogosławiony brat Aleksy Zarycki.

Od pierwszych lat życia biskup Schneider otoczony był ludźmi silnej, niezłomnej wiary. To ona go uformowała, ona dała mu siłę charakteru. Myślę, że opisane doświadczenie jest źródłem jego obecnej postawy. Biskup na własnej skórze przekonał się, co znaczy wierność. Jeśli religia ma przetrwać w konfrontacji ze śmiertelnie wrogim, nienawistnym reżimem, musi zachować nienaruszalny fundament. Ludzie mogą umierać i cierpieć, złowrogi prześladowca może im odebrać życie i wolność, może ich zmusić do niewolniczej pracy, zamknąć w obozach koncentracyjnych, ale nie może zniszczyć w nich wiary, jeśli ta oparta jest na niezmiennej regule.

Prawdziwa zmiana w życiu rodziny nastąpiła w 1969 roku, w czasach pewnej odwilży. Zaprzestano masowych prześladowań. Państwo robiło wszystko, żeby wyśmiewać religię, ograniczać jej oddziaływanie. Już nie zabijało i nie więziło – tylko przeszkadzało i odradzało. Rodzina Schneiderów – rodzice, przyszły biskup oraz jego brat i siostra – wyjechali z Kirgistanu do Estonii. Przyszły biskup miał wtedy osiem lat. „Jesteście Niemcami i katolikami. Nie chcę, żebyście wyrośli na komunistów” – tak ojciec przedstawił motywy przeprowadzki. Rodzina zamieszkała na południu Estonii, przy granicy z Łotwą, sto kilometrów od Tartu, gdzie znajdował się kościół katolicki. Dojeżdżali tam co niedziela – wyruszali o szóstej rano, kiedy jeszcze panował zmrok, i wracali nocą. Msze odprawiał tam kapucyn, ksiądz Janis Pawlowskis, Łotysz, który w czasach stalinowskich spędził w gułagu w Karagandzie siedem lat. Wiele lat później, w 2016 roku, biskup Schneider odprawił Mszę w tradycyjnym rycie rzymskim w tym samym tartuskim kościele, w którym przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej.

Schneiderowie wrócili do Niemiec w 1973 roku. Przyszły biskup miał dwanaście lat. Rodzinna epopeja rozpoczęta za czasów, kiedy Rosją rządził Aleksander I, zakończyła się w 1973 roku, za czasów wczesnego Breżniewa, kiedy w RFN kanclerzem był Willy Brandt.

Biskup Athanasius Schneider do Kazachstanu trafił w 2006 roku, początkowo jako biskup pomocniczy w Karagandzie. W tym samym roku w bazylice Świętego Piotra w Rzymie przyjął sakrę biskupią z rąk kardynała Angelo Sodano. W stolicy Kazachstanu biskup Schneider przebywa na stałe od 2011 roku. Pobożność, o której opowiadał w książce, cechuje go nadal.

W Nur-Sułtan mieszkałem w niewielkim pokoiku gościnnym na plebanii przy katedrze. Rozmowy zaczynaliśmy po śniadaniu; za każdym razem biskup proponował, byśmy wcześniej pomodlili się o oświecenie Ducha Świętego. Później, pod wieczór mogłem jako jedyny uczestnik obserwować, jak odprawia w malutkiej kaplicy Mszę tradycyjną. Kiedy biskup odwoził mnie na lotnisko, w samo południe odmówił Anioł Pański.

Diecezją Nur-Sułtan zarządza Polak, arcybiskup Tomasz Peta, który zresztą też przyjął mnie bardzo gościnnie. Rozmowy przy stole toczyły się na przemian po polsku (oprócz arcybiskupa jest tam czterech polskich księży), po niemiecku oraz – gdy pojawiali się inni goście – po rosyjsku.

Z arcybiskupem Petą i emerytowanym już arcybiskupem Janem Pawłem Lengą w 2019 roku biskup Schneider napisał wyznanie wiary, w którym to zawarto prawdy negowane i kwestionowane w dzisiejszym Kościele.

Dziwne to było uczucie: przebywać w zapomnianym przez Boga i ludzi zakątku świata, w miejscu, gdzie przed laty komuniści stworzyli gigantyczną sieć gułagów, gdzie katolików jest raptem kilkadziesiąt tysięcy (pośród piętnastu milionów obojętnych religijnie bądź wyznających islam Kazachów), i rozmawiać o najważniejszych wyzwaniach dla Kościoła, o źródłach jego kryzysu, o ranach, jakie mu zadano, i sposobach przezwyciężenia choroby.

Dziwne to było uczucie: tutaj – w miejscu, w którym Stalin postanowił wyzuć ludzi z ich tożsamości, pamięci, przywiązań, wspomnień – słuchać łacińskich modlitw: cichych, uporczywych, rzymskich, niezmiennych.

Brzmienie tych modlitw ma niezwykłą moc. Jakby stały się tarczą. Modlitwy te były przekazywane przez pokolenia katolików od niepamiętnych czasów. Powstały w Rzymie, kiedy rządzili tam jeszcze pogańscy cesarze; do Niemiec przyniósł je Święty Bonifacy, a do Polski Święty Wojciech. Co do zasady niezmienne. Te igitur, clementissime Pater – początek kanonu; nawet w małej kaplicy dociera do mnie jedynie szmer. Milczenie jako oznaka czci, modlitwa jako kontemplacja. Modlitwa jako ciągłość i zjednoczenie z minionymi pokoleniami; wspólnota przez wieki i na całej ziemi. Rytuał, który jest uświęcony przez samą swoją powtarzalność, oczyszczony z tego, co subiektywne, dla każdego grzesznika uchyla bramę do wiecznego piękna.

Wcześniej Dignum et iustum est – słowa wypowiadane w takim samym brzmieniu przez tych, których zwłoki spoczywają w najstarszych rzymskich katakumbach, teraz codziennie wybrzmiewają w miejscu, które w dziejach Kościoła nigdy nie odegrało znaczącej – nie odegrało żadnej – roli. Na mapie dziejów chrześcijaństwa Kazachstan to wielka terra incognita. Kojarzy się jedynie z losem wywożonych tu setkami tysięcy zesłańców. Bardziej oczytani i zainteresowani życiem Kościoła może powiążą z tym miejscem błogosławionego księdza Władysława Bukowińskiego, wielką postać o niezłomnym charakterze, wieloletniego więźnia łagrów i zesłańca, prawdziwego misjonarza Kazachstanu, który zmarł w 1974 roku. Do tej pory można spotkać ludzi, którzy go poznali – o kilku wspomniał arcybiskup Peta.

Jakie znaczenie ma jednak ta peryferyjność Kazachstanu? Wiele wieków temu tak odległą prowincją była Irlandia, a później stamtąd przyszło odrodzenie Kościoła. To iroszkoccy mnisi przechowali skarb, a potem podzielili się nim na nowo z tymi, którzy go utracili. Jeśli Bóg zechce, to właśnie z Kazachstanu może nadejść iskierka, która rozpali wiarę. A przynajmniej jedna z iskierek. Może to będzie nagroda Opatrzności za zasługi wszystkich katolików – Niemców, Polaków, Litwinów, przedstawicieli innych narodowości – którzy przez dziesięciolecia byli prześladowani przez bolszewików? Którzy nie ulegli, nie poddali się, nie dali się złamać?

Nie można wykluczyć, że katolików obudzą słowa niemieckiego biskupa z Nur-Sułtan. W końcu jakie znaczenie ma to, gdzie słychać prawdę i skąd ona do człowieka przychodzi? Ważne, by jasno i bez wykrętów opisywać zawsze i wszędzie tę samą regułę wiary. Taką samą jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i w czasach prześladowań komunistycznych. To musi być jedna miara, przy pomocy której wolno i należy osądzać wszystko.

Jak udało się w tej książce przekazać najważniejsze myśli biskupa Schneidera, które są rezultatem jego wieloletniego namysłu nad stanem wiary, ocenią czytelnicy. Mnie jego słowa dodały otuchy. Tak, często padają w nich sądy mocne i wyraziste. Wielu zapewne użyłoby określenia „kontrowersyjne”, ale ja go unikam, ponieważ dziś często kontrowersyjnym jest to, co słuszne, a czego nie chce słyszeć świat.

Biskup nie stosuje taryfy ulgowej. Stara się dotrzeć do źródeł choroby i nie boi się dotykać ran, które bolą. Kiedy już przejdzie się z nim całą drogę, kiedy już dotrze się do końca, człowiek jest – mówię o sobie – pokrzepiony. Wie, że ma do czynienia z kimś, kto traktuje wiarę poważnie. Z kimś, kogo prowadzi nie wzgląd na człowieka, ale na Boga. Dlatego to, co mówi, może być oparciem dla nadziei.

Kilkudniową rozmowę z biskupem Schneiderem przeprowadziłem na początku lutego 2020 roku. Pandemia koronowirusa jeszcze się wtedy nie rozwinęła, nie była też jeszcze dokładnie znana treść papieskiej adhortacji Querida Amazonia. Odpowiedzi na pytania związane z tymi wydarzeniami otrzymałem od biskupa w kwietniu i włączyłem do tekstu.

Paweł Lisicki

ROZDZIAŁ I Kiedy nadciąga nieszczęście

Wiele osób się zastanawia, jakie będą skutki epidemii koronawirusa, która najpierw zaatakowała Chiny, później kolejne kraje Europy, a następnie USA. Dla katolika najważniejsze jest oczywiście pytanie o duchowe skutki, jakie spowoduje fala zachorowań. Co sądzi Ksiądz Biskup o zachowaniu tych hierarchów Kościoła, którzy w swoich diecezjach zawiesili sprawowanie Mszy Świętych? Czy można powiedzieć, że związana z epidemią panika zaatakowała także biskupów?

Tak, odnoszę ogólne wrażenie, że większość biskupów zareagowała pospiesznie i z paniką, zakazując sprawowania wszystkich Mszy Świętych publicznych oraz – co jest jeszcze bardziej niezrozumiałe – zamykając kościoły. Tacy biskupi postąpili bardziej jak świeccy biurokraci niż jak pasterze. Skupiwszy się wyłącznie na wszelkich higienicznych środkach zabezpieczających, utracili nadprzyrodzoną wizję rzeczywistości i zarzucili prymat wiecznego dobra dusz.

W wielu państwach Europy w ogóle zamknięto kościoły. Niektórzy hierarchowie nie zgodzili się nawet na odprawianie Mszy podczas Wielkanocy. Także w Polsce w tym samym czasie, kiedy w sklepach mogło przebywać po kilkadziesiąt osób, w kościołach liczbę wiernych ograniczono do pięciu.

Dopóki supermarkety są otwarte i dostępne, dopóki ludzie mają dostęp do środków transportu, nie ma przekonującego powodu zakazywania ludziom udziału w Mszach Świętych w kościele. W kościołach można zapewnić te same, a nawet lepsze higieniczne środki zabezpieczające. Na przykład przed każdą Mszą Świętą można by dezynfekować ławki oraz drzwi, a każdy wchodzący do kościoła mógłby dezynfekować dłonie. Można by było podjąć jeszcze inne, podobne środki.

Inspirujący przykład nadprzyrodzonej wizji w czasach epidemii znajdujemy w osobie prezydenta Tanzanii, Johna Magufuliego. Prezydent Magufuli, który jest praktykującym katolikiem, powiedział w niedzielę 22 marca 2020 roku (niedziela „Laetare”): „Nalegam na was, bracia chrześcijanie, a nawet muzułmanie, nie przestawajcie się gromadzić, by wysławiać i wychwalać Boga. To dlatego jako rząd nie zamknęliśmy kościołów ani meczetów. Przeciwnie. Zawsze powinny być one otwarte, aby ludzie uciekali się do Boga. Kościoły są miejscem, w którym ludzie mogą szukać prawdziwego uzdrowienia, ponieważ tam mieszka prawdziwy Bóg. Nie bójcie się wychwalać Boga i szukać Jego oblicza w kościele”.

 

W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się chyba księża. Z jednej strony chcieliby nieść pociechę wiernym, z drugiej – muszą się dostosować do dyspozycji wydanych przez biskupów. Powstaje pytanie, jak na przykład powinni się zachowywać, gdy wierni proszą ich o wysłuchanie spowiedzi. Co by im Ksiądz Biskup radził?

Kapłani muszą pamiętać, że są przede wszystkim pasterzami nieśmiertelnych dusz. Mają naśladować Chrystusa, który powiedział: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; <najemnik ucieka> dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam [owce] moje, a moje Mnie znają” (J 10, 11–14). Jeśli kapłan w rozsądny sposób podejmuje wszelkie niezbędne środki ostrożności i zachowuje dyskrecję, nie musi być posłuszny wytycznym swojego biskupa lub rządu, by zawieszać Mszę Świętą z udziałem wiernych. Takie wytyczne są prawem czysto ludzkim; w Kościele jednakże najwyższym prawem jest zbawienie dusz. Kapłani w takich sytuacjach muszą być wyjątkowo kreatywni, aby umożliwić wiernym, choćby małej ich grupie, uczestnictwo we Mszy Świętej i przyjęcie sakramentów. Taka była duszpasterska postawa wszystkich kapłanów – męczenników i wyznawców – w czasach prześladowania.

Czy nieposłuszeństwo kapłanów wobec władz, w szczególności władz kościelnych, można w jakimkolwiek przypadku uznać za uzasadnione (na przykład jeśli księdzu zakazuje się odwiedzać chorych i umierających)?

Jeśli władze kościelne zakazują tego kapłanowi, nie może okazać posłuszeństwa. Taki zakaz jest nadużyciem władzy. Chrystus nie dał biskupowi władzy zakazywania odwiedzin chorych i umierających. Prawdziwy kapłan zrobi wszystko, co w jego mocy, by przyjść do umierającego człowieka. Wielu księży tak czyniło, nawet gdy wiązało się to z narażaniem własnego życia, zarówno w przypadku prześladowań, jak i w przypadku epidemii. Mamy mnóstwo przykładów takich kapłanów w historii Kościoła. Na przykład Święty Karol Boromeusz udzielał Komunii Świętej na język ludziom, którzy umierali dotknięci zarazą. W naszych czasach mamy poruszający i budujący przykład kapłanów, szczególnie z regionu Bergamo w północnych Włoszech, którzy zostali zarażeni i zmarli, ponieważ opiekowali się umierającymi pacjentami cierpiącymi z powodu koronawirusa.

Wielkanocne obrzędy liturgiczne w Watykanie były sprawowane praktycznie bez udziału wiernych.

Biorąc pod uwagę rygorystyczny zakaz zgromadzeń masowych wydany przez włoski rząd, można zrozumieć, że papież nie mógł sprawować obrzędów liturgicznych Wielkiego Tygodnia przy udziale dużej liczby wiernych. Sądzę, że obrzędy Wielkiego Tygodnia mogłyby być sprawowane przez papieża z wszelkim dostojeństwem i bez ograniczeń na przykład w Kaplicy Sykstyńskiej (co było zwyczajem papieży przed soborem watykańskim II), z udziałem kleru (kardynałów, księży) oraz wybranej grupy wiernych, wobec których zastosowano by uprzednio higieniczne środki zabezpieczające. Nie można dostrzec logiki w zakazywaniu palenia ognia, poświęcenia wody oraz udzielania chrztu w Wigilię Paschalną, jak gdyby te czynności roznosiły wirusa. Patologiczny strach wziął górę nad zdrowym rozsądkiem i nad nadprzyrodzoną wizją [rzeczywistości].

Kiedy w jednym z programów telewizyjnych wspomniałem, że życie nadprzyrodzone jest najważniejszą wartością dla katolika, wielu widzów było wręcz oburzonych. Jak zdaniem Księdza Biskupa Kościół radzi sobie z epidemią koronawirusa?

Postawa Kościoła zdradza utratę nadprzyrodzonej perspektywy. W ostatnich dziesięcioleciach wielu członków hierarchii kościelnej nurzało się głównie w sprawach świeckich, światowych i doczesnych, przez co stali się oni ślepi na rzeczywistość nadprzyrodzoną i wieczną. Ich oczy wypełniły się pyłem ziemskich spraw, jak powiedział kiedyś Święty Grzegorz Wielki (por. Księga reguły pasterskiej II, 7). Ich reakcja na epidemię COVID-19 pokazała, że przywiązują więcej wagi do śmiertelnego ludzkiego ciała niż do nieśmiertelnej duszy, zapominając o słowach naszego Pana: „Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić?” (Mk 8, 36). Ci sami biskupi, którzy obecnie próbują chronić (czasem za pomocą nieproporcjonalnie wielkich środków) ciała wiernych przed zarażeniem materialnym wirusem, udzielili cichego przyzwolenia na to, by trujący wirus heretyckiej nauki i praktyki szerzył się w ich owczarni.

Pojawiają się też głosy, że epidemia może mieć skutki ozdrowieńcze. Że przypomni katolikom o właściwej hierarchii wartości. Kardynał Vincent Nichols powiedział niedawno, że gdy epidemia COVID-19 przeminie, zaczniemy odczuwać nowy głód Eucharystii. Czy Ksiądz Biskup się z tym zgadza?

Mam nadzieję, że te słowa okażą się prawdziwe w przypadku wielu katolików. Jest wspólnym ludzkim doświadczeniem, że przedłużający się niedostatek pewnej istotnej rzeczywistości rozpala w ludzkich sercach tęsknotę za nią. Oczywiście odnosi się to do osób, które naprawdę wierzą i miłują Eucharystię. Takie doświadczenie pomaga również w głębszym rozważaniu znaczenia i wartości Najświętszego Sakramentu. Być może ci katolicy, którzy byli tak bardzo przyzwyczajeni do Sanctissimum, że zaczęli je postrzegać jako coś zwyczajnego i powszechnego, doświadczą duchowego nawrócenia, zrozumieją swój błąd i zaczną odtąd traktować Najświętszy Sakrament jako coś nadzwyczajnego i wzniosłego.

Wielu ludzi sądzi, że obecna epidemia jest karą Bożą za grzechy Kościoła lub – patrząc szerzej – świata. Inni mówią, że postrzeganie spadających na ludzkość nieszczęść jako Bożej kary świadczy o niedojrzałej wierze i popadaniu w pogaństwo. Są też tacy (jak na przykład prymas Polski), którzy ogłaszają, że epidemia na pewno nie jest karą Bożą. Czy Ksiądz Biskup uważa, że którakolwiek z tych opinii jest słuszna?

W moim przekonaniu epidemia wywołana przez koronawirusa jest bez wątpienia Boską interwencją mającą na celu ukaranie i oczyszczenie grzesznego świata oraz Kościoła. Nie powinniśmy zapominać, że nasz Pan Jezus Chrystus postrzegał fizyczne katastrofy w kategoriach kar Bożych. Czytamy na przykład: „W tym samym czasie przyszli jacyś ludzie i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: «Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, iż to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jeruzalem? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie»” (Łk 13, 1–5).

Każdy czytelnik Starego Testamentu dostrzeże, że spadające wówczas na ludzkość nieszczęścia – susza, potop, zaraza, wojny – uznawane były za realizację zamysłów Boga. Czy sposób, w jaki Bóg obchodził się ze swoim narodem wybranym w Starym Testamencie, pozwala nam lepiej zrozumieć obecną sytuację?

Epidemia COVID-19 wytworzyła w Kościele sytuację, która – według mojej wiedzy – dotąd była niespotykana. Mam na myśli niemal ogólnoświatowy zakaz sprawowania wszystkich publicznych Mszy Świętych. Widać w tym częściową analogię do zakazu chrześcijańskiego kultu w niemal całym Cesarstwie Rzymskim w pierwszych trzech stuleciach po Chrystusie. Obecny stan rzeczy jest jednak bezprecedensowy, ponieważ w naszym przypadku zakaz kultu publicznego został wydany przez biskupów katolickich, i to [w niektórych przypadkach] nawet przed opublikowaniem stosownych zaleceń rządowych.

W pewien sposób naszą sytuację można porównać do zaprzestania kultu ofiarnego w Świątyni Jerozolimskiej podczas niewoli babilońskiej Bożego narodu wybranego. W Biblii kara Boża postrzegana była jako łaska: „Oto szczęśliwy mąż, którego Bóg poprawia, więc nie odrzucaj nagan Wszechmocnego. On zrani, On także uleczy, skaleczy – i ręką swą własną uzdrowi” (Hi 5, 17–18) oraz: „Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się!” (Ap 3, 19). Jedyną adekwatną reakcją na utrapienia, katastrofy, epidemie i inne podobne sytuacje – które wszystkie są w dłoni Boga narzędziami mającymi przebudzić ludzi ze snu grzechu i obojętności wobec Boskich przykazań i życia wiecznego – są pokuta i szczere nawrócenie do Boga. W następującej modlitwie prorok Daniel daje wiernym wszystkich czasów przykład prawdziwie [ufnej] postawy, jaką powinni przyjąć, jak również sposobu, w jaki powinni się zachowywać oraz modlić w czasie utrapienia: „Cały Izrael przekroczył Twoje Prawo i pobłądził, nie słuchając Twego głosu. […] Nakłoń, mój Boże, swego ucha i wysłuchaj! Otwórz swe oczy i zobacz nasze spustoszenie i miasto, nad którym wzywano Twego imienia. Albowiem zanosimy modlitwy do Ciebie, opierając się nie na naszej sprawiedliwości, ale ufni w Twoje wielkie miłosierdzie. Usłysz, Panie! Odpuść, Panie! Panie, zwróć uwagę i działaj niezwłocznie, przez wzgląd na siebie samego, mój Boże! Bo Twojego imienia wzywano nad Twym miastem i nad Twym narodem” (Dn 9, 11.18–19).