Śmierć Achillesa

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



BORIS

AKUNIN


Śmierć Achillesa

z rosyjskiego przełożył

Jerzy Czech


Tytuł oryginału

SMIERT' ACHILLESA

Redaktor prowadzący

Ewa Niepokólczycka

Redakcja

Mirosław Grabowski

Korekta

Joanna Łazowska

Maciej Korbasiński

Copyright © B. Akunin, 1998

Copyright © for the Polish translation by Jerzy Czech, 2003

Copyright © for the e-book edition by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp

upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu.

Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym

adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie

, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych

– jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Świat Książki

Warszawa 2011

Świat Książki Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2,

02-103 Warszawa

ISBN 978-83-247-2689-9

Nr 45114

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Spis treści

  Część pierwsza FANDORIN

  Rozdział pierwszy, w którym przypadkowe ogniwa łączą się w łańcuch losu

  Rozdział drugi, w którym Fandorin rozpoczyna śledztwo

  Rozdział trzeci, w którym Fandorin gra w orła i reszkę

  Rozdział czwarty, w którym okazuje się, że ozdoby architektoniczne mogą być pomocne w życiu

  Rozdział piąty, w którym Moskwa jawi się jako dżungla

  Rozdział szósty, w którym pojawia się kobieta w czerni

  Rozdział siódmy, w którym wszyscy się smucą, a Fandorin traci czas na darmo

  Rozdział ósmy, w którym dochodzi do katastrofy

  Rozdział dziewiąty, w którym Fandorina czekają nowe wstrząsy

  Rozdział dziesiąty, w którym generał-gubernator pije kawę i zagryza bułeczką

  Rozdział jedenasty, w którym sprawa przyjmuje nieoczekiwany obrót

  Rozdział dwunasty, w którym pułapka się zatrzaskuje

  Część druga ACHIMAS

  Skirowsk

  Jewgienia

  Maître Licolle

  „Święta Trójca”

  Część trzecia BIAŁE I CZARNE

  Szwedzka Brama albo Rozdział przedostatni, w którym Fandorin staje się niczym

  Rozdział ostatni, w którym wszystko kończy się jak najlepiej

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy, w którym przypadkowe ogniwa łączą się w łańcuch losu




Poranny pociąg z Petersburga nie zdążył jeszcze całkiem wynurzyć się z kłębów pary i zatrzymać przy peronie Dworca Nikołajewskiego, konduktorzy nie zdążyli odstawić stopni wagonów i przyłożyć palców do daszka, a już z wagonu pierwszej klasy wyskoczył młody człowiek o nader interesującej powierzchowności. Wyglądał, jakby go wycięto z okładki paryskiego żurnala, zwiastującej sezon letni 1882 roku: jasnopiaskowy czesuczowy garnitur, słomkowy kapelusz włoski z szerokim rondem, trzewiki z ostrymi czubkami i białe kamasze ze srebrnymi zatrzaskami, a w ręku – wytworna laseczka, też ze srebrną gałką. Ale uwagę przyciągał nie tyle elegancki strój pasażera, ile znakomity, rzec nawet można – efektowny wygląd. Młody człowiek był wysoki, szczupły, szeroki w ramionach i spoglądał na świat jasnymi, błękitnymi oczami. Do twarzy było mu z cienkimi podkręconymi wąsami, a czarne, starannie przyczesane włosy miały dziwną cechę – intrygująco srebrzyły się na skroniach.

Numerowi sprawnie wyładowali jego bagaż, który zasługuje na odrębny opis. Oprócz walizek i sakwojaży na peron wyniesiono składany welocyped, ciężarki gimnastyczne i paczki z książkami w różnych językach. Jako ostatni wyszedł z wagonu niski, krzywonogi i mocno zbudowany Azjata o nadzwyczaj dostojnej, pyzatej twarzy. Ubrany był w zieloną liberię, bardzo niepasującą do drewnianych sandałów

z rzemykami i papierowego wachlarza w kwiaty, zwisającego z szyi na jedwabnym sznurku. W rękach trzymał czworokątną lakierowaną doniczkę z drobną sosenką, która, rzekłbyś, przybyła na moskiewski dworzec prosto z królestwa liliputów.

Po obejrzeniu smętnych budynków dworca młody człowiek z nie całkiem zrozumiałym wzruszeniem wciągnął w płuca dobry haust zadymionego powietrza i wyszeptał: „Boże, to sześć lat”. Nie pozwolono mu jednak długo oddawać się wspomnieniom. Pasażerów ze stołecznego pociągu już opadli fiakrzy, w większości przypisani do moskiewskich hoteli. Do walki o ślicznego bruneta, który wyglądał na cennego klienta, ruszyły zuchy z czterech hoteli, uważanych w pierwszej stolicy za najszykowniejsze – z „Metropolu” „Łoskutnego”, „Dresden” i „Dussault”.

– Zapraszamy uprzejmie do „Metropolu”! – zawołał pierwszy. – Najnowszy hotel z czysto zachodnimi porządkami! A w sąsiednim pokoiku może zamieszkać ten pański Chińczyk!

– To nie Ch-chińczyk, tylko Japończyk – wyjaśnił młody człowiek, który, jak się okazało, lekko się zacinał. – I chciałbym, żeby mieszkał razem ze mną.

– To prosimy do nas, do „Łoskutnego”! – Drugi fiakier odepchnął konkurenta. – Jeśli zajmie pan pokój powyżej pięciu rubli, zawieziemy bezpłatnie. Migiem dojedziemy!

– W „Łoskutnym” już się kiedyś zatrzymywałem – powiedział młody człowiek. – Dobry hotel.

– Po cóż pan, dobrodzieju, będzie jeździł do tej nory? – wstąpił w szranki trzeci. – U nas w „Dresden” jest cicho, aligancko, a okna wychodzą wprost na Twerską, na dom księcia gubernatora.

Pasażer zainteresował się.

– Naprawdę? To bardzo wygodne. Bo widzisz, przyjacielu, akurat mam pracować u jaśnie oświeconego księcia. Chyba…

– E tam, panie! – zawołał ostatni z dorożkarzy, młody frant w malinowej kamizelce, z nabrylantowanym aż do blasku przedziałkiem. – W „Dussault” zatrzymywali się wszyscy najsławniejsi pisarze: i Dostojewski, i hrabia Tołstoj, a nawet sam pan Kriestowski.

Hotelowemu psychologowi, który zwrócił uwagę na paczki z książkami, udał się fortel. Pięknego bruneta rzeczywiście to zaciekawiło.

– Naprawdę hrabia Tołstoj?

– A jakże, proszę pana! Jak tylko w Moskwie się zjawi, od razu do nas zajeżdża. – Malinowy już złapał dwie walizki i krzyknął na Japończyka: – Dali dali, twoja za moja nosić!

– No, jak „Dussault”, to „Dussault”. – Młody człowiek wzruszył ramionami, nie wiedząc, że decyzja ta stanie się pierwszym ogniwem w fatalnym łańcuchu zdarzeń. – Ej, Masa, jakże się ta Moskwa zmieniła – powtarzał piękniś po japońsku, nieustannie wiercąc się na obitym skórą siedzeniu wolanta. – Po prostu nie do poznania. Jezdnia cała brukowana, nie to co w Tokio. Ilu przyzwoicie ubranych przechodniów! Popatrz, zaczęły kursować tramwaje konne. Nawet jakaś pani siedzi u góry, na imperiale! A kiedyś pań tam nie wpuszczano, bo to nieprzyzwoite.

– Dlaczego, proszę pana? – spytał Masa, który naprawdę nazywał się Masahiro Shibata.

– No, jak to? Żeby z dolnej platformy nikt nie podglądał, jak pani wchodzi po schodkach.

– To wszystko barbarzyńskie, europejskie przesądy. – Sługa wzruszył ramionami. – Mam pomysł. Jak tylko przyjedziemy do zajazdu, trzeba będzie prędko wezwać dla pana kurtyzanę, i to koniecznie pierwszego sortu. A dla mnie może być trzeciego. Tutaj są ładne kobiety. Wysokie, grube, o wiele ładniejsze od Japonek.

 

– Skończże z tymi bzdurami – rozeźlił się młody człowiek. – Obrzydzenie bierze słuchać.

Japończyk z dezaprobatą pokręcił głową.

– Jak długo można rozpaczać po Midori-san? Wzdychać do kobiety, której nigdy już się nie zobaczy – to nie zda się na nic.

Ale jego pan mimo wszystko westchnął, potem jeszcze raz i – najwyraźniej, żeby oderwać się od smutnych myśli – zapytał stangreta (akurat mijali monaster Męki Pańskiej):

– A czyj to pomnik stoi na bulwarze? Czyżby lorda Byrona?

Stangret odwrócił się z przyganą w głosie.

– To jest Puszkin, Aleksander Puszkin.

Młody człowiek pokraśniał i znowu zaczął coś paplać nie po naszemu, zwracając się do skośnookiego niziołka. Dorożkarz zrozumiał tylko trzykrotnie wypowiedziane słowo „Pusikin”.

„Dussault” nie różnił się od najlepszych paryskich hoteli – miał własną restaurację, w obszernym hallu rosły w donicach azalie i magnolie, a przed głównym wejściem stał szwajcar w liberii. Pasażer z petersburskiego pociągu zajął ładny pokój za sześć rubli dziennie, z widokiem na Pasaż Teatralny; wpisał się do księgi jako asesor kolegialny Erast Pietrowicz Fandorin i z ciekawością podszedł do dużej czarnej tablicy, na której zgodnie z zachodnim obyczajem wypisano kredą nazwiska gości.

U góry, dużymi literami z zakrętasami, data: 25 czerwca. Piątek – 1 jullet, vendredi. Trochę niżej, na honorowym miejscu, wykaligrafowane: Adiutant generalny, generał piechoty M.D. Sobolew — nr 47.

– To niemożliwe! – krzyknął asesor kolegialny. – Co za traf! – Po czym, zwracając się do portiera, zapytał: – Czy jego ekscelencja jest u siebie? Jesteśmy d-dawnymi znajomymi!

– Tak jest, proszę pana, u siebie – ukłonił się pracownik. – Dopiero wczoraj do nas zawitał. Ze świtą. Zajął wszystkie pomieszczenia w narożniku, cały korytarz za tamtymi drzwiami. Ale teraz odpoczywa i nie wolno go, proszę pana, niepokoić.

– Michel? Wpół do dziewiątej rano? – Fandorin był zdumiony. – To do niego niepodobne. A zresztą… ludzie się zmieniają. Proszę przekazać g-generałowi, że zatrzymałem się pod numerem dwudziestym – z pewnością zechce się ze mną zobaczyć.

Młody człowiek odwrócił się, żeby pójść do siebie, ale wtedy zdarzył się wypadek, któremu sądzone było stać się drugim ogniwem w uknutej przez los intrydze. Drzwi prowadzące na korytarz, gdzie kwaterował dostojny gość, nagle się uchyliły i wyjrzał z nich czarnobrewy oficer kozaków, z czubem na głowie, orlim nosem i zapadniętymi, sinymi, wyraźnie nieogolonymi policzkami.

– Ej, człowieku! – zawołał głośno, niecierpliwie potrząsając kartką papieru. – Wyślij to telegrafem! Żywo!

– Gukmasow, to pan? – Erast Pietrowicz rozwarł ramiona. – Ileż to lat! No, co tam, ciągle jako Patrokles przy naszym Achillesie? Proszę, już esauł! G-gratuluję!

Jednakże ten przyjazny okrzyk nie zrobił na oficerze żadnego wrażenia, a jeśli nawet zrobił, to złe. Esauł o czarnych cygańskich oczach z wyraźną niechęcią popatrzył na młodego eleganta i nie mówiąc ani słowa, zatrzasnął drzwi. A Fandorin zastygł z rozpostartymi rękami – jak gdyby chciał ruszyć do tańca i nagle się rozmyślił.

– Rzeczywiście – wymruczał zmieszany. – Jak to się wszystko z-zmieniło. I miasto, i ludzie.

– Nie każe pan sobie przynieść śniadania do pokoju? – zapytał portier, udając, że nie zauważył konfuzji asesora.

Ten odrzekł:

– Nie, nie trzeba. Niech lepiej przyniosą z piwnicy wiadro lodu. A może nawet d-dwa.

W pokoju, przestronnym i bogato umeblowanym, gość zachował się dosyć dziwnie. Rozebrał się do naga, stanął na rękach i prawie nie dotykając ściany nogami, dziesięć razy opuścił się i podniósł z powrotem. Zachowanie pana ani trochę nie zdziwiło japońskiego służącego. Odebrał od numerowego dwa wiadra lodu, wysypał równiutkie szare sześciany do wanny, nalał tam zimnej wody z mosiężnego kranu i czekał, aż pan asesor zakończy swoją dziwaczną gimnastykę.

Po chwili zaczerwieniony od ćwiczeń Fandorin wszedł do łazienki i desperacko zanurzył się w lodowatej cieczy.

– Masa, wyjmij wicemundur. I ordery. W aksamitnych pudełkach. Pojadę przedstawić się księciu.

Mówił krótkimi zdaniami, przez zaciśnięte zęby. Taka kąpiel wymagała oczywiście wielkiej siły woli.

– Do samego namiestnika cesarza, pańskiego nowego przełożonego? – spytał z szacunkiem Masa. – To wyjmę także miecz. Bez miecza absolutnie nie wolno. Z rosyjskim posłem w Tokio, któremu pan służył przedtem, można było sobie nie robie subiekcji. Ale gubernator takiego dużego murowanego miasta to co innego. Proszę mi się tylko nie spierać.

Wyszedł i zaraz wrócił z paradną urzędniczą szpadą, z nabożeństwem niosąc ją na wyciągniętych dłoniach.

Erast Pietrowicz zrozumiał, że jakikolwiek spór jest bezcelowy, i tylko westchnął.

– A co z kurtyzaną? – zapytał Masa, z niepokojem patrząc na siną z zimna twarz swego pana. – Zdrowie przede wszystkim.

– Idź do diabła. – Fandorin wstał, szczękając zębami. – R-ręcznik i ubranie.

– Wejdź pan, kochaneczku, proszę bardzo. Czekamy tu na pana. Tajny, że tak powiem, sanhedryn w komplecie, he, he.

Takimi słowami powitał przyodzianego jak należy asesora kolegialnego wszechmocny gospodarz matki Moskwy, książę Władimir Andriejewicz Dołgorukoj.

– Cóż pan tak stoi w progu? Proszę usiąść tutaj, na fotelu. I niepotrzebnie wystroił się pan w mundur, w dodatku ze szpadą. Do mnie można zwyczajnie, w surducie.

Przez te sześć lat, które Erast Pietrowicz spędził w zagranicznych wędrówkach, generał-gubernator mocno się postarzał. Kasztanowe kędziory (wyraźnie sztucznego pochodzenia) kłóciły się zawzięcie z pooraną głębokimi zmarszczkami twarzą, w obwisłych wąsach i bujnych bokobrodach podejrzanie brakowało jakichkolwiek śladów siwizny, a nadmiernie młodzieńcza sylwetka przywodziła na myśl gorset. Książę rządził pierwszą stolicą półtora dziesiątka lat; rządził łagodnie, ale sprytnie, za co nieprzyjaciele, czyniąc aluzję do chytrych książąt moskiewskich, przezywali go Jurijem Dołgorukim albo Wołodią Wielkie Gniazdo, życzliwi zaś – Czerwonym Słoneczkiem, przez pamięć o świętym Włodzimierzu.

– Zjawił się więc nasz zamorski gość – powiedział gubernator, zwracając się do dwóch statecznych osobistości, wojskowego i cywila, siedzących w fotelach przy trudnym do ogarnięcia wzrokiem biurku. – To mój nowy urzędnik do zadań specjalnych, asesor kolegialny Fandorin. Przydzielono mi go z Petersburga, a przedtem pracował w naszym poselstwie aż na końcu świata, w cesarstwie Japonii. Kochany, proszę, poznajcie się. – Książę zwrócił się do Fandorina. – Jewgienij Osipowicz Karaczencew, oberpolicmajster moskiewski. Ostoja ładu i porządku. – Zrobił gest ręką w stronę rudego generała świty, spokojnie i uważnie spoglądającego czarnymi, lekko wypukłymi oczami. – A to mój Piotruś, dla pana – Piotr Parmienowicz Churtinski, radca dworu i zarządca tajnego oddziału kancelarii generała-gubernatora. O wszystkim, co się w Moskwie zdarzy, Piotruś zaraz się dowiaduje i mi donosi.

Tłustawy czterdziestoletni jegomość, z misterną fryzurą na wydłużonej głowie, ze spasioną, podpartą krochmalonym kołnierzykiem twarzą i sennie półprzymkniętymi powiekami, grzecznie ukłonił się Fandorinowi.

– Nieprzypadkowo, kochaneczku, poprosiłem tu pana właśnie w piątek – rzekł gubernator. – Akurat w piątki o jedenastej przywykłem omawiać wszelakie tajne i delikatne sprawy. Teraz właśnie mamy rozważyć bardzo drażliwy problem: skąd wziąć pieniądze na dokończenie malowideł w świątyni Chrystusa Zbawiciela? To święte dzieło, krzyż, który dźwigam na barkach od wielu lat. – Przeżegnał się nabożnie. – Malarze intrygują nawzajem przeciw sobie, a i złodziejstwa też jest tam niemało. Będziemy radzić, jak z moskiewskich grubych ryb wycisnąć milion ku chwale bożej. Cóż, moi tajni panowie, było was dwóch, teraz będzie trzech. Jak to mówią, żyjcie w miłości i zgodzie. Pana przecież, Fandorin, przysłano właśnie do tajnych spraw, prawda? Rekomendacje ma pan znakomite, zwłaszcza jak na taki wiek. Czuję, że z pana człowiek doświadczony.

Pytająco spojrzał w oczy nowicjuszowi, ale ten wytrzymał spojrzenie, chyba nawet bez specjalnej tremy.

– Pamiętam przecież pana. – Dołgorukoj znowu stał się dobrotliwym dziadkiem. – Byłem na pańskim ślubie, a jakże. Wszystko, wszystko pamiętam… Bardzo się pan zmienił, zmężniał. No i ze mnie już nie młodzik. Siadajże pan, kochaneczku, siadaj, nie lubię ceremonii…

I jakby niechcący przysunął sobie kartę przebiegu służby – nazwisko zapamiętał, ale imię i imię ojca wyleciały mu z głowy. A w takich sprawach, doświadczony Władimir Andriejewicz dobrze to wiedział, nie można robić omyłek. Każdemu byłoby przykro, gdyby ktoś pomylił jego imię, a już tym bardziej podwładnym nie można robić przykrości bez potrzeby.

Erast Pietrowicz – tak się nazywał piękniś. Patrząc na otwartą kartę, książę nachmurzył się, bo przebieg służby nie przedstawiał się ładnie; wyraźnie czuło się coś niebezpiecznego. Już któryś raz zerkał generał-gubernator na akta swego nowego współpracownika i nadal niewiele rozumiał.

Karta wyglądała doprawdy bardzo tajemniczo. Owszem, dwadzieścia sześć lat, prawosławny, szlachcic rodowy, urodzony w Moskwie. W porządku. Kiedy ukończył gimnazjum, policja moskiewska, na jego prośbę, przyjęła go w randze rejestratora kolegialnego na stanowisko kancelisty w Urzędzie Śledczym. To też jasne. Ale potem zaczynały się istne cuda. Co znaczy, niech mi ktoś powie, taka rzecz – już po dwóch miesiącach:Za gorliwą i znakomitą pracę poza wszelką kolejnością i z pominięciem wysługi lat z rozkazu Najjaśniejszego Pana mianowany radcą tytularnym i przeniesiony do Ministerstwa Spraw Zagranicznych? A dalej, w rubryce „Odznaczenia”, jeszcze lepiej:Order Świętego Włodzimierza czwartej klasy za sprawę „Azazel” (tajny fundusz Korpusu Specjalnego Żandarmerii); Order Świętego Stanisława trzeciego stopnia za sprawę „Turecki gambit” (tajny fundusz Ministerstwa Wojny); Order Świętej Anny czwartego stopnia za sprawę „Diamentowa kolasa” (tajny fundusz Ministerstwa Spraw Zagranicznych). Wszystko tajne!

Erast Pietrowicz delikatnie, ale uważnie popatrywał na przełożonego i już wiedział, co o nim sądzić – ogólne wrażenie bardzo dobre. Książę, owszem, jest stary, lecz umysł ma jeszcze sprawny, a do tego, jak się zdaje, spore zdolności aktorskie. Uwagi asesora kolegialnego nie uszło zakłopotanie malujące się na twarzy jaśnie oświeconego, kiedy ów przeglądał przebieg służby. Fandorin westchnął ze współczuciem, bo chociaż nie czytał nigdy swoich akt, mniej więcej wyobrażał sobie, co tam może być napisane.

Wykorzystał chwilową przerwę, by przyjrzeć się dwóm urzędnikom, którzy z racji obowiązków mieli znać wszystkie tajemnice Moskwy. Churtinski mrużył oczy, uśmiechał się samymi wargami – niby przyjaźnie, ale jakby nie do Fandorina, tylko do własnych myśli. Na uśmiech radcy dworu Erast Pietrowicz nie odpowiedział – bardzo dobrze znał ten typ ludzi i bardzo go nie lubił. Już prędzej podobał mu się oberpolicmajster, toteż lekko uśmiechnął się do generała, nie było w tym jednak cienia pochlebstwa. Generał uprzejmie skinął głową, ale, dziwna rzecz, popatrywał na młodego człowieka jakby ze współczuciem. Erast Pietrowicz nie przejął się tym (z czasem wszystko się wyjaśni) i znowu zwrócił się w stronę księcia. Ten również brał udział w niemych, ale niewykraczających poza ramy przyzwoitości, rytualnych oględzinach.

Na czole księcia pokazała się jedna szczególnie głęboka bruzda, świadcząca o najwyższym stopniu zadumy. Główną myślą księcia pana było: „Czy nie kamaryla mi cię tu podesłała, kochany chłopcze? Nie będziesz ty kopał pode mną dołków? To całkiem możliwe. Czy nie dość mam kłopotów z Karaczencewem?”

Współczucie we wzroku oberpolicmajstra miało inną przyczynę. W kieszeni Jewgienija Osipowicza leżał list od bezpośredniego przełożonego – dyrektora departamentu policji państwowej – Plewako. Stary przyjaciel i protektor, Wiaczesław Konstantinowicz, pisał w prywatnym liście, że Fandorin to człowiek rozgarnięty i zasłużony; w swoim czasie cieszył się zaufaniem zmarłego cesarza, a jeszcze większym – byłego szefa żandarmerii. Przez lata służby za granicą stracił jednak łączność z wielką polityką, w stolicy nie znaleziono więc dlań zajęcia i wysłano go do Moskwy. Na pierwszy rzut oka wydał się Jewgienijowi Osipowiczowi sympatyczny – bystry młody człowiek, no i zachowuje się z godnością. Nie wie, biedaczek, że wyższe sfery postawiły na nim krzyżyk. Przydzielili go temu staremu kaloszowi, który już wkrótce powędruje na śmietnik. Takie myśli miał generał Karaczencew.

 

A co myślał sobie pan Piotr Churtinski – Bóg jeden raczy wiedzieć. To był wielce tajemniczy człowiek.

Kres tej niemej scenie położyło zjawienie się nowej postaci, która bez hałasu wypłynęła skądś z prywatnych pokojów gubernatora. Był to wysoki, chudy staruszek w wytartej liberii; miał łysą, świecącą się czaszkę i lśniące, rozczesane bokobrody. W rękach trzymał srebrną tacę z jakimiś flaszeczkami i szklankami.

– Wasza książęca mość – rzekł gderliwie. – Czas wypić ziółka na zatwardzenie. Potem będzie się książę skarżył, że Froł pana nie zmusił. Zapomniał książę, jak wczoraj stękał i płakał? No właśnie. Bardzo proszę otworzyć buzię.

Taki sam tyran jak mój Masa – pomyślał Fandorin. Chociaż wygląda całkiem inaczej. Cóż to za plemię się przeciw nam sprzysięgło!

– Tak tak, mój Frołku. – Książę od razu skapitulował. – Wypiję, wypiję. To jest, panie Eraście, mój kamerdyner, Froł Grigoriewicz Wiediszczew. Opiekuje się mną od małego. A wy, panowie? Nie spróbujecie? Znakomity wywar. Smak ma ohydny, ale jest bardzo dobry na niestrawność i pracę jelit wspomaga arcydzielnie. Nalej im, Froł.

Karaczencew i Fandorin stanowczo wymówili się od ziółek, ale Churtinski wypił i nawet stwierdził, że smak nie jest pozbawiony pewnych zalet.

Froł pozwolił księciu zapić wywar słodką nalewką i zakąsić tartynką (Churtinskiemu tego nie zaproponował), po czym batystową chusteczką otarł usta jaśnie oświeconemu.

– No więc, Eraście Pietrowiczu, jakież to zadania specjalne mam panu przydzielić? Doprawdy nie wiem. – Rozochocony nieco po nalewce, Dołgorukoj rozłożył ręce. – Doradców w tajnych sprawach mam, jak pan widzi, dosyć. No, nic, nie ma kłopotu. Niech się pan zadomowi, rozejrzy…

Machnął w nieokreślony sposób ręką i dodał w myśli: A my tymczasem zobaczymy, co z ciebie za ptaszek.

Nagle stary zegar z płaskorzeźbą z czasów Katarzyny głucho wybił jedenastą, a wtedy pojawiło się trzecie ogniwo, wieńczące fatalny łańcuch.

Drzwi do przedpokoju bez najmniejszego szmeru otworzyły się na oścież, po czym ukazała się w nich wykrzywiona grymasem twarz sekretarza. Wszyscy wyraźnie odczuli powiew Czegoś Niezwykłego.

– Nieszczęście, wasza książęca mość! – oznajmił urzędnik drżącym głosem. – Generał Sobolew nie żyje! Jest tu jego osobisty adiutant, esauł Gukmasow.

Na obecnych ta wiadomość oddziałała w różny sposób – zależnie od natury każdego z nich. Generał-gubernator machnął na przynoszącego złą wieść – a idźże, nie wierzę! – i tą samą ręką się przeżegnał. Szef tajnego oddziału na chwilę otworzył szeroko oczy i zaraz znowu przymknął powieki. Rudy oberpolicmajster zerwał się na równe nogi, na twarzy zaś asesora kolegialnego odmalowały się dwa uczucia: najpierw bardzo silne wzruszenie, a zaraz w ślad za nim głęboka zaduma, która nie opuściła go już do końca opisanej tu sceny.

– Wezwij no mi esauła, Innokientij. – Dołgorukoj łagodnym głosem wydał polecenie sekretarzowi. – Co za nieszczęście!

Do pokoju, stukając obcasami i dzwoniąc ostrogami, wszedł dziarski oficer, który dopiero co w hotelu nie raczył rzucić się w objęcia Erastowi Pietrowiczowi. Teraz był wygolony do czysta i miał na sobie paradny lejbkozacki mundur z całym ikonostasem krzyży i medali.

– Wasza ekscelencjo, starszy oficer ordynansowy adiutanta generalnego Michaiła Dmitrycza Sobolewa, esauł Gukmasow! – przedstawił się oficer. – Smutna wieść… – Wysiłkiem woli zapanował nad sobą, poruszył czarnym, zbójeckim wąsem i mówił dalej: – Dowódca czwartego korpusu przybył wczoraj z Mińska, jadąc do swojej riazańskiej posiadłości, i zatrzymał się w hotelu „Dussault”. Dzisiaj rano Michaił Dmitrycz długo nie wychodził z pokoju. Zaczęliśmy się niepokoić, pukać do drzwi – nikt nie odpowiadał. Wtedy ośmieliliśmy się wejść, a on… – Esauł zrobił jeszcze jeden tytaniczny wysiłek i osiągnął tyle, że do końca raportu głos mu się nie załamał. – A pan generał siedzi w fotelu. Martwy. Wezwaliśmy lekarza. Powiedział, że nic się nie da zrobić. Nawet ciało już ostygło.

– Ajajaj. – Gubernator podparł policzek. – Jak to? Przecież Michaił Dmitrijewicz był młody. Zdaje się, nie miał nawet czterdziestki?

– Skończył trzydzieści osiem lat, teraz szedł mu trzydziesty dziewiąty – zameldował Gukmasow tym samym napiętym, na granicy załamania głosem i zaczął szybko mrugać oczami.

– A jaka przyczyna śmierci? – spytał nasępiony Karaczencew. – Czyżby generał chorował?

– Nigdy w życiu. Zdrowy był, dziarski i wesoły. Lekarz orzekł: atak albo paraliż serca.

– Dobrze, idź już, idź. – Przybity wieścią książę zwolnił adiutanta. – Zrobię wszystko, co należy i zawiadomię najjaśniejszego pana. Idź. – A kiedy za esaułem zamknęły się drzwi, westchnął ze smutkiem. – Oj, panowie, teraz się zacznie. To nie żarty – taki człowiek, ulubieniec całej Rosji. Co tam Rosja, cała Europa zna Białego Generała… A ja dziś wybierałem się do niego z wizytą… Piotrusiu, wyślij depeszę do jego cesarskiej mości, no, sam już wiesz jaką. Zresztą, może nie, przedtem mi ją pokaż. A potem wydaj polecenia w sprawie żałoby, panichidy i… No, sam wiesz. Pan, Jewgieniju Osipowiczu, zadba o porządek. Jak się rozejdzie wieść, to cała Moskwa pogna do „Dussault”. Musi więc pan pilnować, żeby nikogo nie zadeptali, jak się rozrzewnią. Już ja znam naszych ludzi. I żeby wszystko było jak trzeba, przyzwoicie.

Oberpolicmajster skinął głową i podniósł z fotela teczkę z raportami.

– Czy mogę odejść, wasza książęca mość?

– Może pan. Ohoho, a to się zrobi hałas, oj zrobi! – Książę nagle się otrząsnął. – Bo pewnie sam cesarz, panowie, do nas zawita. Nie ma wątpliwości! W końcu nie byle kto oddał duszę Bogu, tylko sam bohater Plewny i Turkiestanu. Rycerz bez trwogi i zmazy, nie na darmo zwali go Achillesem. Trzeba przygotować pałac na Kremlu. To już ja sam…

Churtinski i Karaczencew ruszyli w stronę drzwi, gotowi spełniać otrzymane polecenia, asesor kolegialny natomiast, jak gdyby nigdy nic, siedział w fotelu i patrzył na księcia z pewnym niedowierzaniem.

– Ach, tak, kochany Eraście Pietrowiczu. – Dołgorukoj przypomniał sobie o nowicjuszu. – Sam pan widzi, nie mam teraz czasu. Na razie niech się pan przyzwyczaja. No i trzyma się w pobliżu. Może zlecę coś i panu. Spraw wystarczy dla wszystkich. Oj, jakie nieszczęście…

– Chwileczkę, wasza książęca mość, to nie będzie śledztwa? – nieoczekiwanie spytał Fandorin. – Taka osobistość. I zgon dziwny. Trzeba by wyjaśnić.

– Jakie znowu śledztwo? – Książę zmarszczył brwi ze złością. – Mówię przecież panu, że cesarz przyjedzie.

– Mam jednak podstawy sądzić, że sprawa nie jest czysta – oświadczył ze zdumiewającym spokojem asesor kolegialny.

Skutek jego słów był mniej więcej taki, jakby w gabinecie rozerwał się granat.

– Cóż za niedorzeczny pomysł! – krzyknął Karaczencew, tracąc w jednej chwili całą sympatię do młodego człowieka.

– Podstawy? – rzucił lekceważąco Churtinski. – Jakie pan może mieć podstawy? Skąd w ogóle może pan coś wiedzieć?

Erast Pietrowicz nawet nie spojrzał na radcę dworu, tylko zwrócił się wprost do gubernatora:

– Wasza książęca mość powinien wiedzieć, że przypadkiem również zatrzymałem się w „Dussault” – to raz. Michaiła Dmitrijewicza znam od dawna. Zawsze wstaje o świcie i jest absolutnie nie do pomyślenia, by miał wylegiwać się do tak późnej pory; ordynansi zaczęliby się niepokoić już o szóstej rano – to dwa. Poza tym o wpół do dziewiątej widziałem esauła Gukmasowa, którego też doskonale znam; był nieogolony – to trzy.

Tutaj Fandorin zrobił znaczącą pauzę, jak gdyby ostatnia informacja była szczególnie ważna.

– Nieogolony? I co z tego? – spytał zdziwiony oberpolicmajster.

– A to, wasza ekscelencjo, że nigdy, w żadnych okolicznościach Gukmasow nie mógłby być nieogolony o wpół do dziewiątej rano. Przeszedłem z tym człowiekiem kampanię b-bałkańską. Jest porządny aż do pedantyzmu i nigdy nie wychodził z namiotu, póki się nie ogolił, nawet jeśli brakło w pobliżu wody i trzeba było topić śnieg. Przypuszczam, że już od wczesnego ranka wiedział, że jego dowódca nie żyje. Jeśli wiedział, to dlaczego tak długo milczał? – to cztery. Trzeba zbadać sprawę. Tym bardziej że ma przyjechać c-cesarz.

Ostatnia uwaga, zdaje się, podziałała na gubernatora mocniej niż cała reszta. Wstał i powiedział:

– Cóż, Erast Pietrowicz ma rację. To jest rzecz wagi państwowej. Zarządzam tajne śledztwo w sprawie śmierci adiutanta generalnego Sobolewa. I bez sekcji widocznie się nie obejdzie. Tylko bardzo pana proszę, Jewgieniju Osipowiczu, ostrożnie, bez rozgłosu. I tak zaczną się plotki… Piotrusiu, będziesz je zbierał i osobiście mi przedstawiał. Śledztwem, ma się rozumieć, pokieruje Jewgienij Osipowicz. Aha, proszę nie zapomnieć o dyspozycjach w sprawie balsamowania ciała. Wielu zechce pożegnać bohatera, a lato jest gorące. Za godzinę trup zacznie cuchnąć. Co zaś się tyczy pana, Eraście Pietrowiczu, to skoro już los zaprowadził pana do „Dussault” i w dodatku dobrze znał pan nieboszczyka, proszę również wszystko zbadać, działając, że tak powiem, w sposób partykularny. Na szczęście w Moskwie jeszcze pana nie znają. Jest pan przecież urzędnikiem do spraw specjalnych – no więc ma pan sprawę. Trudno o bardziej specjalną.