Dlaczego pływamy

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Przetrwanie Rozdział 1. Pływanie prehistoryczne Rozdział 2. Jesteś zwierzęciem lądowym Rozdział 3. Nauki morskich nomadów Rozdział 4. Człowiek foka

2  Zdrowie Rozdział 5. Wodna kuracja Rozdział 6. Krew nie woda? Rozdział 7. Wielka wodo, oddajemy ci hołd

3  Wspólnota Rozdział 8. Komu wolno pływać? Rozdział 9. Mini-ONZ Rozdział 10. Chaos i porządek

4  Współzawodnictwo Rozdział 11. „Chlup i siup” Rozdział 12. Jak być „zabójczo skutecznym” pływakiem? Rozdział 13. Rekiny i płotki Rozdział 14. Droga samuraja

5  Przepływ Rozdział 15. Praktyka religijna Rozdział 16. W stanie ciekłym Rozdział 17. Między nami pływakami

6  Epilog

7  Podziękowania

8  Razem, chociaż osobno – pływanie w czasach pandemii

9  O Autorce

10  Przypisy

Tytuł oryginału: Why We Swim

Przekład: Paulina Wojnakowska

Redakcja: Katarzyna Nawrocka, Marta Stęplewska-Przybyłowicz

Korekta: Maria Zalasa

Adaptacja okładki: Norbert Młyńczak

Projekt okładki: Jason Heuer

Zdjęcia na okładce: (przód) Henrik Sorenson © Getty Images, (tył) VDB Photos © Shutterstock Zdjęcie autorki: Lynsay Skiba

Copyright © 2020 by Bonnie Tsui

Excerpt from “Swimming” from Wild Is the Wind: Poems by Carl Phillips. Copyright © 2018 by Carl Phillips. Reprinted by permission of Farrar, Straus & Giroux. “Morning Swim” copyright © 1965 by Maxine Kumin, from Selected Poems, 1960-1990 by Maxine Kumin. Used by permission of W.W. Norton & Co, Inc. Excerpt from “The Swimming Song” reprinted by permission of Loudon Wainwright III.

Published by arrangement with Algonquin Books of Chapel Hill, a division of Workman Publishing Co, Inc., New York.

Copyright for the Polish edition and translation © JK Wydawnictwo, 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-8225-071-8

Wydanie I, Łódź 2021

JK Wydawnictwo

ul. Krokusowa 3

92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydawnictwofeeria.pl

Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

Dla Felixa i Teddy’ego, moich „wodnych dzieci”

Przetrwanie

Przetrwanie


Stara mapa z czasów, kiedy po raz pierwszy zasiedlono to miejsce, pokazuje, że zaledwie tylko skończy się ląd, wszędzie czają się potwory…

CARL PHILLIPS, Swimming (Pływanie)


Pewnego wieczoru przy kolacji mąż opowiedział mi zasłyszaną gdzieś historię o mężczyźnie, który znalazłszy się za burtą statku na północnym Atlantyku, nie utonął, mimo że wszystko wskazywało, że powinien.

Późnym wieczorem 11 marca 1984 roku statek rybacki pracował na spokojnych wodach pięć kilometrów na wschód od wyspy Heimaey, należącej do archipelagu u południowych wybrzeży Islandii1. Niebo było czyste, powietrze o temperaturze -2°C – rześkie i ostre. Na pokładzie łodzi znajdowało się pięciu członków załogi.

Zaledwie dwudziestodwuletni mat, Guðlaugur Friðþórsson, zrobił sobie akurat przerwę i spał pod pokładem. W pewnej chwili kucharz obudził go i przekazał, że włoki zaplątały się w coś na dnie morskim. Wszedłszy na pokład, Friðþórsson spostrzegł, że załoga próbuje wydobyć sieci z wody za pomocą wyciągarki. Jedna z lin wychodzących za burtę była mocno naprężona, co powodowało taki przechył statku, że woda zaczynała wlewać się przez reling. Widząc to, Friðþórsson krzyknął, żeby ostrzec pozostałych. Kapitan Hjörtur Jónsson polecił, żeby zmienić kierunek obrotów wyciągarki, ta jednak się zacięła. Statek znalazł się na grzbiecie fali, która przewróciła go i zmiotła marynarzy wprost w lodowatą wodę.

Dwóch utonęło od razu, ale trzech pozostałych, w tym Friðþórsson, zdołało uchwycić się kilu przewróconego trawlera, który szybko zaczął tonąć. Rybacy nie byli w stanie odczepić tratwy ratunkowej. Wiedzieli, że w wodzie o temperaturze 5°C mają mniej niż pół godziny, zanim pokona ich hipotermia2. Zaczęli płynąć do brzegu. Po kilku minutach pozostała tylko dwójka: Jónsson i Friðþórsson.

Poruszając się w wodzie, dopingowali się wzajemnie pokrzykiwaniem. Nagle Jónsson przestał się odzywać. Friðþórsson, ubrany w robocze drelichy, czerwoną flanelową koszulę i cienki sweter, płynął dalej, rozmawiając z mewami, żeby zachować przytomność.

W odległości jakichś 100 metrów od niego pojawiła się łódź, krzyknął więc najgłośniej jak mógł, ale odpłynęła. Położył się w wodzie na plecach i skupiając wzrok na światełku latarni morskiej stojącej na południowym krańcu wyspy, zaczął wiosłować ramionami. Wreszcie do jego uszu dotarł huk fal rozbijających się o wybrzeże. Rybak zaczął się modlić, żeby jedna z nich nie uderzyła nim o skały. Na szczęście dotarł bez przygód do podnóża stromego klifu, wyczerpany i spragniony. Tu skorygował odpowiednio kurs i popłynął dalej na południe, gdzie wydostał się na brzeg i podążył ku miastu, przedzierając się powoli przez ponad półtora kilometra pokrytego śniegiem, wyboistego pola zastygłej lawy. Po drodze zrobił jeden przystanek – aby przebić gruby na dwa centymetry lód na poidle dla owiec i dostać się do słodkiej wody. Kiedy w końcu dotarł do miasta, miał wrażenie, że rozpostarła się przed nim senna wizja pełnego życia raju. Zapukał do pierwszego z brzegu domu, w którego oknie dostrzegł światło. Był boso, pokrywał go szron. Na chodniku, którym wędrował do drzwi, ciągnął się krwawy ślad stóp.

To prawdziwa historia. Friðþórsson przetrwał sześć godzin w lodowatej wodzie, przepływając ponad pięć i pół kilometra, aby dotrzeć do lądu. Kiedy trafił do szpitala, lekarze mieli problem z wyczuciem pulsu. Mężczyzna nie zdradzał jednak oznak hipotermii, był tylko odwodniony3.

Jak się okazuje, ciało Friðþórssona przypominało ciało foki. Badacze wykryli później, że mężczyznę chroniła czternastomilimetrowa warstwa tłuszczu – to dwa do trzech razy więcej niż standardowa grubość tej tkanki – a dodatkowo warstwa ta była u niego bardzo zbita4. Nasz bohater przypominał raczej morskiego ssaka niż zwierzę lądowe. Ta nietypowa budowa go ocaliła: pomogła mu utrzymać ciepło, podniosła jego wyporność i zapewniła mu dość sił, by dopłynął do odległego celu. Wielu twierdziło, że jest prawdziwym selkie – krzyżówką foki i człowieka z islandzkich i szkockich legend. Jak dla mnie stanowi raczej żywy dowód na to, że nie oddaliliśmy się tak bardzo od naszych oceanicznych przodków.

My, ludzie, chodzimy po ziemi. Jesteśmy stworzeniami lądowymi, które wywodzą się z morza. Uwielbiam takie opowieści jak ta o Friðþórssonie, bo intryguje mnie, co z tej morskiej przeszłości w nas pozostało. W pewien sposób wszystkie historie dotyczące pływania – począwszy od greckich mitów, których bohaterkami były najady, aż po historię pływaczki długodystansowej Diany Nyad, która w 2013 roku przepłynęła z Kuby na Florydę – to próby oswojenia z wodą istot przystosowanych do lądowej egzystencji, jakimi jesteśmy. Nie rodzimy się z umiejętnością pływania, ale udało nam się opracować metody odtwarzania technik, z których nasze ciała korzystały setki milionów lat temu, nim ewolucja na dobre wyprowadziła nas na ląd.

Dlaczego pływamy, skoro natura ukształtowała nas do odnoszenia sukcesów na lądzie, do tego, by gonić po nim zdobycz, aż padnie z wyczerpania?

Oczywiście ma to związek z przetrwaniem; gdzieś po drodze pływanie pomagało nam dostawać się z jednego brzegu prehistorycznego jeziora na drugi i uciekać przed drapieżnikami, które z kolei z nas chciały zrobić zdobycz, pomagało nurkować ku ławicom większych mięczaków i pozyskiwać pożywienie, umożliwiało nam pokonywanie mórz i podbijanie nowych ziem, a także radzenie sobie z rozmaitymi wodnymi niebezpieczeństwami, wreszcie zaś pozwoliło nam ujrzeć w wodzie źródło radości, przyjemności i osiągnięć sportowych. Dzięki niemu przetrwaliśmy aż do dziś i możemy się zastanowić, dlaczego lubimy pływać.

 

Ta książka próbuje odpowiedzieć na pytanie, co przyciąga nas ku wodzie mimo czyhających w niej niebezpieczeństw i dlaczego wciąż i wciąż do niej wracamy. To jasne, że pływanie podporządkowane konkretnemu celowi – przetrwaniu – może stać się czymś znacznie więcej. Może leczyć, zapewniać zdrowie, pomagać w utrzymaniu kondycji i dobrego samopoczucia. Pływanie z innymi osobami może być sposobem na budowanie więzi, zarówno jeśli oddajemy mu się wspólnie, uczestnicząc w zajęciach sekcji pływackiej, jak i wtedy, gdy po prostu odwiedzamy ulubiony akwen. Wystarczy przyjrzeć się zanurzonym ludziom, żeby zrozumieć, że woda to doskonała przestrzeń do zabawy. Jeśli zaś wystarczająco rozwiniemy swój pływacki kunszt, możemy konkurować z innymi i udowadniać im swój potencjał, czy to w basenie, czy w otwartych wodach. W pływanie zaangażowany jest także nasz umysł. Znaleźć rytm w wodzie, to znaleźć nowy sposób istnienia w świecie – dzięki zjawisku „przepływu” (opowiem o nim później!). To wszystko dotyczy naszej, ludzkiej relacji z wodą i tego, w jaki sposób zanurzenie w niej pobudza wyobraźnię.

Powierzchnię naszej planety w ponad 70 procentach pokrywa woda; 40 procent populacji zamieszkuje tereny oddalone o mniej niż sto kilometrów od wybrzeża5. Ta książka przeznaczona jest dla każdego, kto kocha pływać i jest ciekawy świata, niezależnie od wieku i grupy społecznej; nieważne też, czy woda pociąga nas z powodu swojej zdolności poruszania się, przestrzeni, na jakie się rozciąga, czy ze względów filozoficznych. Jest dla tych, których uwodzi jej syreni śpiew, a także dla tych, którzy próbują zrozumieć siebie i nas, ludzi, starając się odnaleźć zagubiony w którymś momencie cichy stan istnienia – bez technologii, bez pikających urządzeń – w jakim trwaliśmy wtedy, w wodzie, u źródeł naszej egzystencji jako gatunku.

Zgłębiamy akweny wszelkiego rodzaju: oceany, jeziora, rzeki, strumienie, baseny. Czujemy wdzięczność wobec ratowników, którzy strzegą bezpieczeństwa tych miejsc. Gdzieś, gdzie przecinają się te wszystkie wątki, zaczyna się też historia mojej rodziny – nie tylko dlatego, że moi rodzice poznali się na basenie w Hongkongu.

Nauczyłam się pływać w wieku pięciu lat, z prostego powodu: rodzice nie chcieli, żebym się utopiła, czy to podczas kąpieli, czy w basenie sąsiada, czy w morzu. Dorastając tuż przy plaży Jones Beach w stanie Nowy Jork, spędzałam mnóstwo czasu w głębokiej na metr wodzie u postrzępionego, pełnego muszelek brzegu Atlantyku. Widzę tę scenę wyraźnie: mój brat, kuzyni i ja podskakujemy na płyciźnie, czekając na falę, która na chwilę oderwie nas od dna i uniesie. Używamy ramion jak wioseł, próbując się utrzymać na grzbiecie fali, gdy ta się załamuje i cofa, pozostawiając nas wśród piany w miejscu, gdzie woda spotyka się z piaskiem. Wstań, roześmiej się, powtórz.

Te wznoszące się i opadające wodne masy fascynują nas, innych zresztą też. W gorący, wolny od pracy dzień na Jones Beach może być 100 tysięcy osób. Czujni ratownicy pełnią wartę na swoich wieżyczkach, uważnie obserwując każdy ruch tłumu zza lustrzanych okularów.

W takich dniach na plaży dzieje się coś pierwotnego – coś, co przypomina zbieranie się stad zwierząt przy wodopoju. Woda działa jak magnes. Przyglądam się, jak korzystają z niej poszczególni plażowicze. Jedni są tu tylko po to, żeby się ochłodzić: elektryzujące wejście, szybkie wyjście. Niektórzy zostają w wodzie przez dłuższy czas, unosząc się na falach, chlapiąc, pływając. Zawsze zdarzają się i tacy, którzy trzymają się od chłodnej toni na dystans i w ogóle do niej nie wchodzą. A jednak przybywają na plażę, zahipnotyzowani rytmicznym pulsem oceanu, wyczuleni na szum fal i zapach słonego powietrza.

Sama wcześnie poczułam to przyciąganie: ześliźnięcie się w stan błogiego zanurzenia, wirującą bezwładność, dany tylko wybranym dostęp do cichego świata „po drugiej stronie”. Po raz pierwszy doświadczyłam tego na Jones Beach, gdzie spędzaliśmy długie godziny w wodzie, oddaleni na odległość wołania od kwiecistych ręczników kąpielowych mamy. Pomiędzy jednym pobytem w wodzie a drugim dokuczaliśmy sobie, ciągnąc się za kostiumy, i zakopywaliśmy się w piasku. Podobało mi się, jak ocean oddycha i jak w miejscu, w którym był gładki i spokojny, pojawia się nagle wybrzuszenie, przerzucając nas, tkwiących wśród fałdek jego potężnego cielska, to bliżej, to dalej od horyzontu. Kiedyś nadpłynęła wielka fala i znienacka pacnęła mnie w plecy. Nagły przewrót, pupa wędruje ponad głowę, wokół płynna zielona przestrzeń, zmącona wzbitą chmurą piasku. Płynę i płynę w stronę niczego. Gdzie jest góra, a gdzie dół? Sto dwadzieścia centymetrów głębokości, niewiele, ale dość, żeby utonąć.

Czas wlókł się niemiłosiernie. Zdziwiłam się nagłym pieczeniem w płucach, które błagały o powietrze.

Wróciłam do rzeczywistości dzięki temu, że pływający nieopodal kuzyn przypadkowo kopnął mnie w buzię. Zyskawszy ten punkt odniesienia, wynurzyłam się na powierzchnię, z włosami oblepiającymi twarz niczym wodorosty. Rozejrzałam się wokół zawstydzona i zdyszana, a kiedy przekonałam się, że nikt nawet nie zauważył moich kłopotów, udałam, że nic się nie stało, i natychmiast wróciłam do wody.

Co sprawiło, że doznałam takiej „wybiórczej amnezji”? Co do tego stopnia pociągało mnie w wodzie, że mogłam wybaczyć morzu próbę zabójstwa, i to tak prędko? Na wybrzeżu Long Island co roku tonie parę osób. W tamtym czasie byłam tylko dzieckiem, pragnącym zaznać znowu magii: iluzji, że jestem naturalną częścią żywiołu, w którym ludzie tak naprawdę przecież nie żyją.

Tamto doświadczenie pozostało ze mną do dziś – minęły trzy dekady, jestem dorosła, pływam niemal codziennie dla przyjemności i sportu, a wciąż zastanawiam się nad głębszymi, bardziej pierwotnymi instynktami, które nas napędzają. Przyciąga nas paradoks wody, źródła życia i śmierci, i wymyśliliśmy całą gamę sposobów, jak sobie z nią radzić. Nie każdy jest pływakiem, ale każdy ma jakąś historię do opowiedzenia w związku z wodą. Przyglądając się temu uniwersalnemu doświadczeniu – a jest uniwersalne; nieważne, czy boisz się wody, kochasz ją czy omijasz szerokim łukiem, zdarzy ci się stanąć z nią oko w oko – widzę, że jest w tym sporo chełpienia się naszą krzepą w starciu z przyrodą, cichy triumf, że nie poddajemy się i wciąż rzucamy wyzwanie żywiołowi. Razem skaczemy do kolejnych basenów, szukamy oaz na pustyni, nurkujemy, rozglądając się za przynętą, która ciągnie nas na głębiny. To ciekawość świata. A zatem… chodźmy popływać.

Zaczniemy od mięczaka.

Rozdział 1. Pływanie prehistoryczne

1


Pływanie prehistoryczne

Abalon ani myśli opuścić skały. Cztery i pół metra pod wodą wbijam metalowy przyrząd pod skorupę, w miejscu, w którym muskularna stopa mięczaka przywiera do skały, z nadzieją, że poczuję charakterystyczne cmoknięcie. Nic z tego.

Próbuję znowu, bąbelki idą mi z nosa, bo trudno wstrzymywać oddech, kiedy walczy się z silnym prądem, który to ciągnie, to popycha, a człowiek stara się pozostać w miejscu. Nadal nic. Abalon, wyraźnie czując moją obecność, okopał się na pozycji. Właśnie przekonuję się, że to zwierzę, jeśli tylko chce, może praktycznie uniemożliwić intruzowi oderwanie swojego ciała od skały.

Nurkowanie w poszukiwaniu abalonów to sport równie atrakcyjny, co niebezpieczny. W pogoni za tym trudnym do upolowania mięczakiem zanurzyłam się w wodach należących do parku stanowego Salt Point, przy odludnym, wijącym się nieregularnie wybrzeżu Sonoma, o dwie i pół godziny jazdy na północ od San Francisco. Czyhało tam na mnie wiele niebezpieczeństw: zimna woda, rwące prądy, kamienie, splątane wodorosty, silne fale, rekiny. A jednak niemal w każdym sezonie, który trwa od kwietnia do listopada, w północnej Kalifornii zjawiają się tysiące przepełnionych nadzieją pływaków, którzy pragną spróbować swoich sił w polowaniu na abalony6. Dziki czerwony abalon to największy z tej rodziny mięczaków, a można go złowić wyłącznie tu, na zachodnim wybrzeżu Ameryki Północnej. I właśnie w tym miejscu mam okazję wcielić się w rolę prehistorycznego łowcy i zanurkować po obiad, choć nie posiadam w tej materii żadnego doświadczenia.

Owszem, mam certyfikat nurka, ale z czasem cały ten rynsztunek zaczął mnie dusić i wydawać się pod wodą zbędnym balastem. Na tej części wybrzeża nurkowanie z butlą jest zakazane, więc poławiacze abalonów wyposażeni są w niewiele poza umiejętnościami wstrzymywania oddechu i pływania. Realia tych pierwotnych w swojej naturze zmagań, gdy człowiek staje przeciwko przyrodzie, są okrutne – jak mówią mi parkowi strażnicy, każda zatoczka w tej części wybrzeża to grobowiec: w 2015 roku, tylko w ciągu trzech pierwszych tygodni sezonu, podczas nurkowania po abalony utonęły cztery osoby7. Okazuje się, że nawet doświadczeni nurkowie nie potrafią długo wstrzymywać oddechu. Osoby przyzwyczajone do tego, że mają na plecach butle pełne powietrza, bez nich zaczynają panikować. W mętnych wodach orientacja jest utrudniona. Pływy na przemian rzucają człowiekiem o skały i ciągną go na głębokie morze.

A jednak chcę spróbować. Uczę się, jak odszukiwać pomarszczony brzeżek czarnej tkanki, tzw. płaszcz abalona, na potężnej, postrzępionej skale. Walczę, żeby oderwać od podłoża jednego, potem drugiego mięczaka. Jakaś pierwotna cząstka mojego mózgu, nie większa od groszku, rozjarza się satysfakcją, kiedy nurkuję ze scyzorykiem na samo dno, utkwiwszy wzrok w zdobyczy, a potem dźwigam z wody prawie trzykilowego abalona. Żeby go podnieść, potrzebuję obu rąk, nogi zaś wykorzystuję jako napęd. Zanim jeszcze głowa przebije się przez taflę wody, czuję, że szczerzę zęby w szerokim uśmiechu.

Nic nigdy popychało mnie do tego, aby ustrzelić na śniadanie jakieś ptactwo albo dopaść jelenia z myślą o przyrządzeniu go na obiad. Ale idea popłynięcia po posiłek przemawia do mnie nieodparcie od momentu, gdy pod wodą zauważam mięczaka. W czynności pływania w bardziej konkretnym celu niż tylko ćwiczenia fizyczne jest coś, co muszę objąć umysłem. Później tego dnia stoję na podwórku, czyszczę, tnę i rozbijam mięso – hmm, kamieniem – piekę je na ogniu, a potem karmię całą naszą czwórkę posiłkiem, który przygotowałam własnoręcznie od podstaw, w który włożyłam własny oddech i wysiłek. Jesteśmy całkowicie odseparowani od źródeł, z których pochodzi nasze pożywienie; to znany problem współczesności. Popłynięcie po jedzenie pozwala mi choć na moment załatać tę dziurę. Tego wieczoru, myjąc dłonie i przyglądając się, jak woda znika w odpływie umywalki, przypominam sobie rytmiczne pulsowanie morskiej fali między skałami przy brzegu i uczucie, jakie towarzyszyło mi, gdy patrzyłam, jak cofa się ona ku horyzontowi.


Pierwszy znany „dokument” dotyczący pływania pochodzi z samego serca pustyni8. Gdzieś w Egipcie, niedaleko obecnej granicy z Libią, na odludnym i otoczonym górami saharyjskim płaskowyżu Dżilf al-Kabir prehistoryczni pływacy suną żabką po ścianach jaskini.

Tak zwana Jaskinia Pływaków została odkryta w roku 1933 przez węgierskiego badacza László Almásyego i jest prawdziwą skarbnicą neolitycznych malowideł, które przedstawiają ludzi przyjmujących rozmaite pozy pod wodą. Archeolodzy ustalili, że obrazy te mogły powstać nawet 10 tysięcy lat temu. W czasach, gdy na płaskowyżu gościł Almásy, pomysł, że Sahara kiedykolwiek w przeszłości nie była pustynią, wydawał się dosyć radykalnym poglądem. Teorie zmian klimatycznych, które mogły odpowiadać za przemianę krainy o umiarkowanym klimacie w jałowe, ekstremalnie suche terytorium, były tak nowatorskie, że wydawca opublikowanej w 1934 roku książki Almásyego Ismeretlen Szahara (Nieznana Sahara) ponoć czuł się w obowiązku dodać przypisy, w których odżegnywał się od głoszonych przez autora tez. Malowidła jednak przekonały badacza, że niegdyś w bezpośrednim otoczeniu jaskini znajdowała się woda, autorami rysunków naskalnych byli sami przedstawieni na nich pływacy, fale jeziora zaś niemalże lizały ich stopy podczas pracy. Tam, gdzie teraz rozciąga się morze piasku, kiedyś falowała tafla akwenu. Woda to płynne życie, a pustynia wydaje się wręcz jego spieczoną, zasuszoną antytezą, lecz – jak uważał Almásy – są ze sobą nierozerwalnie związane.

Oczywiście okazało się, że badacz miał rację. Dziesiątki lat później archeolodzy znaleźli nieopodal jaskini wyschnięte niecki jezior z czasów, kiedy Sahara była zielona9. Zaproponowane przez Almásyego rozwiązanie zagadki pływaków na pustyni zostało koniec końców potwierdzone licznymi dowodami geologicznymi, które jasno wskazywały, że teren ten był swego czasu upstrzony akwenami. Nieopodal odkryto także kości hipopotamów i szczątki rozmaitych innych zwierząt wodnych, na przykład ogromnych żółwi, ryb i małży. Ten okres w dziejach pustyni został nazwany „zieloną Saharą”.

 

Nie tak dawno przeczytałam w starym numerze „National Geographic” o paleontologu Paulu Sereno, który zgłębił teorie Almásyego i dostarczył dalszych dowodów na ich prawdziwość10. Jesienią 2000 roku Sereno poszukiwał kości dinozaurów w innej, południowej części Sahary, na terytorium szarpanego konfliktami i ledwo zbadanego państwa Niger. Na otwartej pustyni, jakieś dwieście kilometrów od największego w tym kraju miasta Agadez, jeden z towarzyszących ekspedycji fotografów wspiął się na położone na uboczu wydmy – i stanął oko w oko z niezwykłym znaleziskiem: potężnym zbiorowiskiem kości. Tym razem nie należały one jednak do dinozaurów czy hipopotamów.

Nadgryzione erozją i nieustannie poruszane przez wiatr wydmy odsłoniły coś, co okazało się setkami ludzkich szkieletów; wśród nich tu i ówdzie znajdowały się fragmenty naczyń, których wiek szacowano nawet na 10 tysięcy lat. Niektóre ze skorup miały wyryte faliste linie, na innych wykłuto kropeczki. Zbiorowy grobowiec, ochrzczony przez naukowców mianem „Gobero”, od nazwy, którą posługiwało się na określenie tego miejsca plemię Tuaregów, okazał się największym i najstarszym dotychczas odkrytym cmentarzyskiem z epoki kamienia łupanego. Tym samym udowodniono, że na „zielonej Saharze” mogli żyć prehistoryczni pływacy.

Spotykam się z Paulem Sereno w przejmująco zimne styczniowe popołudnie; odwiedzam go w jego geologicznej pracowni na Uniwersytecie Chicagowskim, gdzie od ponad trzydziestu lat jest profesorem. Nie ma zbyt wielu naukowych materiałów, które dotyczyłyby pływania w epoce kamienia łupanego, więc chciałabym, aby badacz pomógł mi wyrobić sobie jakiś pogląd na to, jak wyglądał ten prehistoryczny świat. Sam Sereno nie jest zapalonym pływakiem, ale wiele czasu poświęcił na analizę umiejętności pływackich zarówno dinozaurów, jak i ludzi (należy do zespołu, który dowiódł, że Spinosaurus aegyptiacus był pierwszym odkrytym dinozaurem pływającym)11. Ma w sobie coś z Indiany Jonesa – skórzaną kurtkę i niezmordowany entuzjazm, nie wspominając już o tym, że kiedyś znalazł się na zestawionej przez magazyn „People” liście pięćdziesięciu najpiękniejszych ludzi świata12. Proszę Sereno, aby zrekonstruował dla mnie obraz tego prehistorycznego środowiska, w którym ludzie mogli być pływakami. Profesor mówi, że za czasów „zielonej Sahary”, 10 tysięcy lat temu, Gobero przypominało „pustynną Daytona Beach” – ogromny system połączonych ze sobą płytkich jezior, wiele z nich głębokich zaledwie na trzy metry, a między nimi piaszczyste łachy, którymi ludzie dostawali się bliżej wody i z których mogli do niej wskakiwać.

Naukowcy nazwali ten system akwenów prajeziorem Gobero. Owo prajezioro miało pewną charakterystyczną cechę geograficzną, uskok wzdłuż jednego boku, który spełniał dwojaką funkcję. Po pierwsze, spiętrzał głębokie wody gruntowe, dzięki czemu jezioro nie wysychało, nawet jeśli przez dłuższy czas nie padał deszcz. Po drugie, kiedy padało lub gdy poziom wód gruntowych się podnosił, klif uskoku tworzył naturalną tamę zamykającą obszar niecki; poziom wody w zbiorniku regulowało okresowe wylewanie. Płytkie akweny to zwiększały się, to zanikały, ale były na tyle stabilne, że przez tysiące lat wokół prajeziora mogli zamieszkiwać ludzie. Nienaruszone cmentarzysko zawierało szczątki dwóch wyraźnie różnych populacji, które, sądząc po pogrzebanych z nimi przedmiotach, były oddalone od siebie w czasie o tysiąc lat – w pewnym okresie owego tysiąclecia jezioro zanikło na tak długo, że ludzie opuścili te rejony. Zielenienie i wysychanie Sahary, jak mówi Sereno, było największą zmianą klimatyczną od ostatniego zlodowacenia, które nastąpiło około 12 tysięcy lat temu.

Na obszarze „zielonej Sahary” znaleziono także ogromne śmietniska muszlowe, zawierające tak nieprzebraną ilość pozostałości małży, że Sereno sądzi, iż ludy zamieszkujące obszar Gobero zarówno nurkowały po mięczaki, jak i zbierały je na brzegu. Dowody wskazują, że nie były to jedyne sposoby pozyskiwania pożywienia. Wśród odkrytych artefaktów znalazły się także rzeźbione haczyki na ryby i precyzyjnie zaostrzone harpuny wykonane ze szczęk krokodyli. Sereno z zespołem dotarli nawet do czterech takich harpunów ciągle tkwiących w dnie dawnego jeziora. „Najpewniej myśliwi posługiwali się łodziami – mówi profesor. – Nie mamy jednak pojęcia, jak wyglądały lub z czego były wykonane. A biorąc pod uwagę, że harpuny znaleźliśmy daleko na środku jeziora, zapewne ludzie polowali także, pływając obok łodzi”.

Naukowcy z zespołu Sereno znaleźli również ciężkie, spłaszczone kamienie, które, jak podejrzewają, służyły za obciążniki do sieci przeznaczonych do połowu ryb, takich jak tilapie i sumy. W pracowni, gdzie badacze czyszczą znaleziska i przygotowują je do zaprezentowania, Sereno podaje mi taki kamień, gładki owal w brązowe wzorki, przyjemnie ciążący w dłoni.

Prehistoryczni rybacy łowili także oszczepami imponujące okazy okoni nilowych, słodkowodnych monstrów, które osiągają długość stu osiemdziesięciu centymetrów i wagę ponad stu osiemdziesięciu kilogramów13. Choć populacja gatunku aktualnie się kurczy, ciągle stanowi on istotne źródło pożywienia na wielu obszarach Afryki.

Kiedy zwiedzam laboratorium sławnego paleontologa, wiele mnie zaskakuje. Sereno dość lekko podchodzi do tego, że na jego biurku leżą popakowane w torebki probówki z bezcennym DNA ludzi prehistorycznych (czekają na wysyłkę do analizy), a na półce – do połowy spreparowane pozostałości nowego gatunku dinozaura (czeka, żeby nadać mu nazwę). To pewnie normalne, jeśli borykasz się z niepohamowaną ciekawością, która uniemożliwia skupienie się przez dłuższy czas na nudnych papierach.

„Widziała pani kiedyś mumię dinozaura? Uwielbiam mumie!” – woła profesor, zapraszając, żebym przyjrzała się rzadkiej skamienielinie dinozaura, w której zachowała się wyraźnie jego chropowata skóra. Delikatnie wodzę palcami po wybrzuszeniach i wgłębieniach odcisku. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasuwa, to torebki, buty i kurtki z dinozaura; nie mogę się powstrzymać i mówię to na głos. Sereno pozwala mi dotykać wszystkiego w pracowni – poczynając od ostrych grotów i kruchej ceramiki, aż po płytkę kostną z „pióropusza” stegozaura, a nawet szczątki tyranozaura. Tak bliskie obcowanie z przeszłością przy akompaniamencie entuzjastycznych, podawanych z zawrotną prędkością opowieści Sereno to niezwykłe, hipnotyzujące doświadczenie. Mały wypad w prehistorię.

Ale nawet mając w ręku te wszystkie dowody i odkrycia, nadal nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy ludy zamieszkujące brzegi prajeziora Gobero pływały i w jakim stopniu opanowały tę umiejętność – frustrujące w badaniu tych zagadnień jest właśnie to, że ślad zostawiony na wodzie przez prehistorycznego człowieka nie miał szans się zachować. Sereno i jego zespół są w stanie wykazać, że mieszkańcy „zielonej Sahary” prowadzili żywot zbieracko-łowiecki, że wypuszczali się w razie potrzeby na wodę, ale najczęściej trzymali się blisko jej brzegu.

Kiedy puszczam wodze fantazji, widzę tych dawnych ludzi nurkujących po małże w taki sposób, jak ja po abalony – poruszając nieco niezbornie nogami i czasem walcząc o haust powietrza, a przy tym ze sporą dawką zachwytu i radości. Nietrudno wyobrazić sobie, że tak właśnie mogło być. Myślę o moich własnych synach, którzy są najszczęśliwsi, gdy w Bolinas, małej wiosce na wybrzeżu, o godzinę drogi od naszego domu w Berkeley w Kalifornii, zaczyna się odpływ. Rano nad srebrną laguną często unosi się nisko wiszący opar mgły. Chłopcy biegają po błotnistej równinie odsłoniętej przez cofającą się wodę i przeskakują nad ciemniejszymi strumyczkami drążącymi piasek. Śmigają ku krawędzi wiecznie się poruszającego, pulsującego oceanu i od niej uciekają. Rzucają w siebie wodorostami. Wznoszą piramidy z piasku i wykłócają się o szczegóły skomplikowanej historii, stanowiącej tło miniaturowego świata, który zbudowali, a potem niszczą całą konstrukcję, zsyłając na nią gigantyczny potop. Patrzę, jak wskakują do wody i z niej wyskakują, jakby tańczyli, ustawicznie wystawiając na próbę swoje samopoczucie w zetknięciu z głębiną. Obaj kochają morze. Starszy, Felix, już od jakiegoś czasu umie pływać, ale młodszy, Teddy, nadal jest nieco onieśmielony wodą, która sama się porusza.

Może tysiące lat temu działo się to samo. Dziewczyna zbiera małże na brzegu prajeziora. To jej zadanie, odkąd pamięta. Widzi mięczaki w wodzie, tuż za progiem w dnie, gdzie zaczynają się głębiny. Może dostrzeżone przez nią małże są większe niż te, do których da się dotrzeć, brodząc. Pewnego dnia zaczyna się zastanawiać, czy potrafiłaby wstrzymać oddech na tak długo, żeby się do nich dostać. Krok za krokiem sunie do przodu i wraca, i znowu, odpycha się od piaszczystego dna stopami, podskakuje jak korek, porusza nogami jak żaba, żeby utrzymać twarz ponad lustrem wody. Mijają tygodnie, może nawet miesiące. Bezładne podskakiwanie i nerwowe chwytanie oddechu powoli przeradzają się w coś bardziej uporządkowanego, coś, nad czym ma kontrolę. Wie, jak unosić się beztrosko, oszczędzając siły, i jak złożyć się w scyzoryk, żeby zanurkować, kiedy wypatrzy na dnie obiecujący kształt mięczaka. Z powodzeniem eksploruje to nowe źródło pożywienia, a inni, zachęceni jej przykładem, zaczynają stosować te same metody.

Jest coś magicznego w przyglądaniu się przedmiotom z dawno minionych epok, kiedy możemy powiedzieć: „Spójrz, oni byli tutaj, gdzie teraz, właśnie w tej chwili, jesteśmy my”. Wskazać na wygiętą kunsztownie bransoletę naramienną z kości hipopotama, żeby zauważyć: „Ona to nosiła”. Podnieść wyszczerbiony grot włóczni i wyobrazić sobie myśliwych polujących w płytkich wodach, potem nurkujących, zbierających pożywienie z dna jeziora, pływających. Człowiek prehistoryczny! Taki jak my!