Faraon wampirów

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Faraon wampirów
Faraon wampirów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,85  43,88 
Faraon wampirów
Faraon wampirów
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Faraon wampirów

Text copyright © 2013 by Konrad T. Lewandowski

This edition copyright © 2013 by Wydawnictwo RM

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25

rm@rm.com.pl

www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7243-960-4

ISBN 978-83-7773-064-5 (ePub)

ISBN 978-83-7773-065-2 (mobi)

ISBN 978-83-7773-066-9 (pdf)

Redaktor prowadzący: Longina Rutkowska

Redakcja: AD VERBUM Iwona Kresak

Korekta: Beata Żmichowska

Projekt i ilustracja na okładce: Tomasz Maroński

Skład i przygotowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański

Wydanie I

Warszawa 2013

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

SPIS TREŚCI

Wstęp

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Rozdział XXVIII

Rozdział XXIX

Rozdział XXX

Rozdział XXXI

Rozdział XXXII

Rozdział XXXIII

Rozdział XXXIV

Rozdział XXXV

Rozdział XXXVI

Rozdział XXXVII

Rozdział XXXVII

Rozdział XXXIX

WSTĘP

W północno-wschodnim kącie Afryki leży Egipt, ojczyzna najstarszej i ostatniej ludzkiej cywilizacji, która w bólu i krwi dała początek nowym rasom rozumnym. Przed tysiącami lat kapłani egipscy byli przewodnikami zmarłych, którym ich wola i wiedza gwarantowały nieśmiertelność i życie po śmierci. Kapłani leczyli chorych jako lekarze, wpływali na bieg robót publicznych jako inżynierowie, tudzież na politykę jako astrologowie, a nade wszystko, jako znawcy własnego kraju i jego sąsiadów, potrafili wprowadzić swój lud w czas Wielkiej Przemiany, której jednak sami już nie sprostali.

Ta historia opowiada o wydarzeniach, podczas których upadła w Egipcie ostatnia dynastia ludzka, a po synu słońca wiecznie żyjącym Ramzesie XII wstąpił na tron wiecznie żyjący syn słońca San-amen-Ramzes XIII, ale wkrótce czoło swoje postanowił ozdobić ureusem mroku, zwanym koroną wampirów…

ROZDZIAŁ I

W trzydziestym trzecim roku szczęśliwego panowania pan Górnego i Dolnego Egiptu, władca Fenicji i dziewięciu narodów, Mer-amen-Ramzes XII, po naradzeniu się z bogami, którym jest równy, mianował następcą tronu dwudziestodwuletniego syna Cham-sem-merer-amen-Ramzesa.

Wybór ten wielce uradował pobożnych kapłanów. Starsi bowiem synowie faraona, za sprawą czarów, których zbadać nie można, byli nawiedzeni przez złego ducha. Zmiany dokonane w ich krwi obróciły się przeciwko nim. Dopiero czwarty syn, Ramzes, urodzony z królowej Nikotris, zmarłej przy porodzie, był silny jak wół Apis i odważny jak lew, z którymi łączyło go powinowactwo krwi.

Otrzymawszy tytuł erpatra, młody książę poprosił ojca o łaskawe mianowanie go dowódcą korpusu Menfi. Rada pod przewodnictwem ministra wojny San-amen-Herhora, arcykapłana świątyni Amona w Tebach, postanowiła: Następca tronu z dziesięciotysięcznym korpusem, przygotowanym do boju, uda się na wschód, ku granicy ziemi Gosen. W tym czasie jenerał Nitager, naczelny wódz armii, która strzeże bram Egiptu od najazdu azjatyckich ludów, ma wyruszyć od Gorzkich Jezior przeciw następcy tronu.

Obie armie zetkną się na pustyni w okolicach miasta Pi-Bailos. Następca tronu zwycięży, jeżeli nie da się zaskoczyć Nitagerowi, a więc – gdy zgromadzi wszystkie pułki i zdąży ustawić je w szyku bojowym na spotkanie nieprzyjaciela. W obozie księcia Ramzesa znajdować się będzie sam jego dostojność Herhor i o biegu wypadków złoży raport faraonowi.

Szesnastego dnia miesiąca Milori, to jest na początku czerwca, dziesięć pułków następcy tronu stanęło obozem przy gościńcu, powyżej miasta Pi-Bailos, wraz z taborem i częścią wojennych machin. Ruchami ich kierował sam następca. On sam zorganizował dwie linie zwiadów, z których dalsza miała śledzić nieprzyjaciół, a bliższa pilnować własnej armii od napadu, który był możliwy w okolicy pełnej wzgórz i wąwozów. Dzięki temu koncentracja właściwego korpusu poszła bardzo szybko i wojska w oznaczonym czasie stanęły pod Pi-Bailos.

Inaczej było z książęcym sztabem i greckim pułkiem, który mu towarzyszył. Sztab, zebrany w Memfis, miał drogę najkrótszą, więc wyruszył najpóźniej, ciągnąc za sobą ogromny tabor. Prawie każdy oficer, a byli to panicze wielkich rodów, miał lektykę niesioną przez czterech nieumarłych Murzynów, rydwan wojenny, namiot i mnóstwo kufrów z odzieżą, jedzenie oraz dzbany pełne piwa i wina, a także tancerki księżycowe, które za dnia musiały leżeć zamknięte w specjalnych sarkofagach, aby nie padł na nie ani jeden promień słońca. Kiedy ciżba ta wylała się z Memfis, zajęła na gościńcu więcej miejsca aniżeli armia następcy tronu.

Nocne występy tancerek i śpiewaczek, w chłodzie, pod gwiaździstym niebem, na tle dzikiej natury, tak podobały się młodym oficerom, że ci przesypiali potem całe dnie, zupełnie niezdolni do służby. Zirytowany następca tronu, dowiedziawszy się o poczynaniach swego sztabu, przysłał rozkaz, ażeby jak najprędzej zawrócono nadobne wampirzyce do miasta i przyspieszono pochód.

Przy sztabie pozostawał jego dostojność Herhor, minister wojny, oficjalnie tylko w charakterze widza. Był to człowiek czterdziestokilkuletni, a jednak wciąż żywy, silnie zbudowany, zamknięty w sobie. Rzadko odzywał się i równie rzadko spoglądał na ludzi spod opuszczonych powiek. Jako kapłan golił zarost i włosy i nosił skórę pantery zawieszoną przez lewe ramię.

Lektyce jego, dźwiganej przez sześć bezgłowych czarnych półmumii, stale towarzyszył Pentuer, kapłan i pisarz ministra, chudy asceta, który w największy upał nie nakrywał ogolonej głowy. Pochodził z ludu, lecz pomimo niskiego urodzenia i tylko ludzkiej krwi w żyłach, bez żadnych domieszek, zajmował ważne stanowisko w państwie dzięki wyjątkowym zdolnościom.

Poprzednią noc sztab następcy tronu, wraz z jego dostojnością ministrem, przepędził pod gołym niebem w odległości jednej mili od pułków ustawiających się już do boju w poprzek drogi za miastem Pi-Bailos.

Wielki był ruch w tej okolicy, mrowiło się wojsko i jego służba. Przodem przeleciał oddział konnych uzbrojony w lance. Za nim pomaszerowali łucznicy w czepkach i spódniczkach, z kołczanami na plecach i szerokimi tasakami u prawego boku. Łucznikom towarzyszyli procarze niosący torby z pociskami i krótkie miecze. O sto kroków za nimi szły dwa małe oddziałki piechoty: jeden uzbrojony we włócznie, drugi w topory. Ci i tamci nieśli w rękach prostokątne tarcze. Nad tym wszystkim unosił się tuman złotego pyłu i falował żar.

Nagle od straży przedniej przycwałował konny żołnierz i zawiadomił ministra, że zbliża się następca tronu. Jego dostojność wysiadł z lektyki.

– Bądź pozdrowiony, synu faraona, który oby żył wiecznie – odezwał się Herhor.

– Bądź pozdrowiony i żyj długo, ojcze święty – odparł Ramzes. – Ciągniecie tak wolno, jakby wam nogi upiłowano, a Nitager najpóźniej za dwie godziny stanie przed naszym korpusem.

 

– Powiedziałeś prawdę. Twój sztab maszeruje bardzo powoli.

– A cóż robi Patrokles?

– Patrokles z greckim pułkiem eskortuje machiny wojenne.

– A mój krewny i adiutant Tutmozis?

– Podobno jeszcze śpi i odnawia krew, którą stracił podczas nocnej zabawy.

Ramzes niecierpliwie uderzył nogą w ziemię i umilkł. Był to piękny młodzieniec, z twarzą prawie kobiecą, której gniew i opalenizna dodawały wdzięku. Tylko niewielkie podobieństwo do sfinksa zdradzało przymieszkę lwiej krwi w jego żyłach, która doskonale połączyła się z ludzką.

– Tutmozis to próżniak! – stwierdził następca. Potem, spojrzawszy na świtę, która już go otoczyła, rozkazał najbliższemu z oficerów: – Eunana, idź zbadać drogę przed nami!

– A może polecisz mi, wizerunku księżyca, teraz zbadać wąwozy? – cicho spytał oficer.

– Wiem, że jesteś czujny – odparł Ramzes. – Uważaj na wszystko.

Ledwie Eunana odjechał, na końcu maszerującej kolumny zrobił się jeszcze większy tumult. Ukazał się, roztrącając greckich żołnierzy, młody człowiek odziany w bogato haftowany fartuszek i złotą szarfę przez ramię. Nade wszystko jednak odznaczała się jego ogromna peruka, składająca się z mnóstwa warkoczyków, i sztuczna bródka podobna do kociego ogona. Był to Tutmozis, pierwszy elegant w Memfis, który do tego stopnia stroił się i oblewał perfumami, jakby już nie żył, i na asyryjską modłę starał się ukryć pierwsze znamiona rozkładu.

– Witaj, Ramzesie! – wołał elegant, gwałtownie rozpychając oficerów. – Wyobraź sobie, że gdzieś zapodziała się twoja lektyka, musisz więc usiąść do mojej, która wprawdzie nie jest godną ciebie, ale nie najgorszą.

– Rozgniewałeś mnie – odparł książę. – Śpisz, zamiast pilnować wojska, a tymczasem oddział posuwa się bez komendy.

– Przecież jest minister wojny i wielki Patrokles! Cóż ja przy nich znaczę? Siadaj do mojej lektyki, Ramzesie. Są tam świeże wieńce róż, pieczone ptaszki i dzban wina z Cypru. Żartuj z tego – uśmiechnął się elegant – i raduj podniebienie, zanim wygarbują ci je sodą, tak że przestaniesz czuć wszelkie smaki! Zabrałem też – dodał ciszej i bardziej poufale – sarkofag z Senurą…

– Dziś nie potrafię myśleć o czym innym aniżeli o armii.

– Okropny jest w tobie ten pociąg do wojny!

W tej chwili od straży przedniej przyleciał jeździec. Był to rozgorączkowany Eunana.

– Erpatre, najwyższe usta! – zawołał oficer, schylając się przed Ramzesem. – Kiedy, zgodnie z twoim boskim rozkazem, jechałem na czele oddziału, pilnie bacząc na wszystko, spostrzegłem na drodze dwa piękne skarabeusze. Każdy ze świętych żuków toczył przed sobą kulkę mumijo w poprzek drogi, ku piaskom. Zatem jak nakazuje pobożność, ja i moi ludzie, złożywszy hołd złotym wizerunkom słońca, zatrzymaliśmy nasz pochód.

– Widzę, że jesteś prawdziwie pobożnym Egipcjaninem – odpowiedział dostojny Herhor. A zwróciwszy się do kilku bliżej stojących dygnitarzy, dodał:

– Nie pójdziemy dalej gościńcem, bo moglibyśmy podeptać święte żuki, a co gorsza, pył z ich rozdeptanych kulek mógłby się unieść wraz z kurzem i dostać do płuc żołnierzy… Pentuerze, czy tym wąwozem, na prawo, można obejść skarabeusze?

– Tak jest – odparł pisarz ministra. – Wąwóz ten ma milę długości i wychodzi znowu na drogę, prawie naprzeciw Pi-Bailos.

Świta książęca z niepokojem oczekiwała decyzji.

– Ogromna strata czasu! – wtrącił gniewnie następca. – Taka przeszkoda nawet osła nie zatrzymałaby w podróży.

– Bo też osioł nigdy nie będzie faraonem – spokojnie odparł Herhor.

– W takim razie ty, ministrze, przeprowadzisz oddział przez wąwóz! – zawołał Ramzes. – Ja nie znam się na kapłańskiej taktyce. Zresztą muszę odpocząć… – zwrócił się do Tutmozisa. – Czy zasłony w twojej lektyce są dość szczelne, aby Senura mogła wyjść z sarkofagu?

ROZDZIAŁ II

Jego dostojność Herhor natychmiast polecił swemu adiutantowi, który nosił topór, objąć dowództwo straży przedniej w miejsce Eunany. Potem wysłał rozkaz, ażeby machiny wojenne zjechały ku wąwozowi.

Pomimo piasku machiny wojenne, do których przyprzężono po dwa woły, szybciej toczyły się po pustyni aniżeli po drodze. Przy pierwszej z nich szedł Eunana, zakłopotany i rozmyślający nad tym, dlaczego minister pozbawił go dowództwa przedniej straży.

Już dobre pół godziny orszak posuwał się krętym wąwozem o ścianach nagich i spadzistych, gdy straż przednia znowu się zatrzymała. W tym miejscu ciągnął się dość szeroki kanał. Goniec wysłany do ministra z wiadomością o przeszkodzie, przywiózł polecenie, ażeby kanał natychmiast zasypać. Około setki żołnierzy greckich z oskardami i łopatami rzuciło się do roboty.

Wtem z głębi wąwozu wyszedł człowiek z motyką. Był to stary chłop egipski.

– Co czynicie, poganie? Przecież to kanał! – zawołał z najwyższym zdumieniem.

– A ty, jak śmiesz złorzeczyć wojownikom jego świątobliwości? – zapytał go wyniośle Eunana.

Chłop stracił odwagę i zaczął błagać:

– Panie – mówił – ależ ten kanał ja sam kopałem przez dziesięć lat nocami i w święta! Nasz pan obiecał, że jeżeli uda mi się przeprowadzić wodę do tej dolinki, zrobi mnie na niej parobkiem, odstąpi piątą część zbiorów i da wolność… Słyszycie…? Wolność mnie i trojgu dzieciom, o bogowie!

Wzniósł ręce i znowu zwrócił się do Eunany:

– Od dziesięciu lat, kiedy inni szli na jarmark albo na tańce, albo na świętą procesję, ja wykradałem się w ten niegościnny wąwóz. Nie chodziłem na grób matki mojej, tylkom kopał, zapomniałem o zmarłych, ażeby moim dzieciom i sobie choć na jeden dzień przed śmiercią dać wolność i ziemię…

Chłop umilkł, spostrzegł zbliżający się orszak ministra Herhora. Po wachlarzu poznał, że musi to być ktoś wielki, a po skórze pantery, że kapłan. Pobiegł więc ku niemu, ukląkł i uderzył głową o piasek.

– Czego chcesz, człowieku? – zapytał dostojnik.

– On chce, ażeby nie zasypywano tego rowu – odezwał się Eunana.

Minister wzruszył ramionami i poszedł w stronę kanału, przez który rzucono kładkę. Wówczas zrozpaczony chłop pochwycił go za nogi.

– Precz z tym półtrupem…! – krzyknął jego dostojność, cofnąwszy się jak przed ukąszeniem żmii.

Eunana wezwał żołnierzy. Po chwili jego dostojność, oswobodzony, dostał się na drugą stronę rowu, a żołnierze, częściowo unosząc go w powietrzu, powlekli chłopa na koniec maszerującego oddziału. Dali mu kilkadziesiąt kułaków, a zawsze zbrojni w trzciny podoficerowie odliczyli mu kilkadziesiąt kijów i porzucili go u wejścia do wąwozu.

Zbity, pokrwawiony nędzarz chwilę posiedział na piasku, przetarł oczy i nagle, zerwawszy się, począł uciekać w stronę gościńca, jęcząc:

– Pochłoń mnie, ziemio…! Przeklęty dzień, w którym ujrzałem światło! W płaszczu sprawiedliwości nie ma nawet skrawka dla niewolników. I sami bogowie nie spojrzą na taki twór, który ma ręce do pracy, gębę tylko do płaczu, a grzbiet do kijów… O śmierci, zetrzyj moje ciało na popiół, ażebym jeszcze i tam, na polach Ozyrysa, po raz drugi nie urodził się niewolnikiem! Zatem wyrzekam się ludzkiego życia! Wyrzekam się wiary! Teraz przyjmę los nieumarłego…

W oczach nieszczęśnika błysnęła złowroga chytrość. Szybko upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu i podreptał drogą tam, gdzie, jak powiedziano mu podczas chłosty, szły żuki będące przyczyną jego nieszczęścia. Odnalazł je niebawem.

Groza świętokradztwa, które zaraz miał popełnić, powstrzymała go na chwilę, ale czarna rozpacz przemogła wszelkie obawy. Chłop odebrał jednemu ze skarabeuszy jego kulkę, roztarł ją w drżących dłoniach, przycisnął magiczny pył do twarzy i wciągnął głęboko powietrze do płuc. Teraz należało sprawić, aby ten wdech był ostatnim. Świętokradca pospiesznie sięgnął po sznur, który miał zamotany wokół bioder…

Tymczasem dyszący gniewem książę Ramzes wspinał się na szczyt pagórka, a za nim dreptał Tutmozis. Senura nie zadowoliła następcy tronu. Zbyt bała się, że przypadkowy powiew wiatru odchyli zasłonę w lektyce i poparzy ją światło słońca. Myślała tylko o tym, zamiast o rozkoszy, którą winna była dać swemu panu. W końcu rozzłoszczony Ramzes rozkazał jej wracać do sarkofagu, a sam opuścił lektykę swego kuzyna. Żądza następcy pozostała niezaspokojona, co dwakroć wzmogło jego gniew na postępek Herhora.

Od wąwozu dolatywał ich zgiełk żołnierstwa i łoskot toczących się balist i katapult.

– Patrz – zawołał Ramzes do Tutmozisa – to ma być moja ziemia, a tu moje wojsko! A jednak najwyższym dowódcą tych wojsk jest kapłan! Czy można cierpieć coś podobnego?!

– Herhor to wielki wojownik! – szepnął wylękniony bluźnierstwem Tutmozis.

– Jaki on tam wojownik! Cóż takiego zwojował?! Zobacz, co robią nasi sąsiedzi. Izrael zwleka ze składaniem haraczu i płaci coraz mniej. Chytry Fenicjanin co roku wycofuje po kilka okrętów z naszej floty. Przeciw Chetom musimy na wschodzie trzymać wielką armię, a w Asyrii, koło Babilonu i Niniwy, kipi ruch, który czuć w całej Mezopotamii. A u nas co? Patrz, Tutmozisie, jakiż jest ostateczny skutek rządów kapłańskich. Jeszcze mój pradziad miał sto tysięcy talentów rocznego dochodu i sto sześćdziesiąt tysięcy wojska, a mój ojciec ma ledwie pięćdziesiąt tysięcy talentów i sto dwadzieścia tysięcy wojska.

– Skąd ty wszystko to wiesz…? Skąd takie myśli? – dziwił się głośno Tutmozis, w duchu zaś przysięgał, że dziś jeszcze osobiście przebije Senurę osikowym kołkiem.

– Alboż nie pochodzę z rodu kapłanów! Przecież uczyli mnie, gdym jeszcze nie był następcą tronu. O, gdy zostanę faraonem po moim ojcu, który oby żył wiecznie, położę im na karkach nogę obutą w spiżowy sandał! A najpierw sięgnę do ich skarbnic, które zawsze były przesycone, ale od czasów Ramzesa Wielkiego zaczęły puchnąć i dzisiaj są tak wydęte złotem, że spoza nich nie widać skarbu faraona.

– Biada mnie i tobie! – westchnął Tutmozis. – Masz zamysły, pod którymi ugiąłby się ten pagórek, gdyby słyszał i rozumiał. A kto pójdzie za tobą?

Książę zamyślił się, wreszcie odparł:

– Wojsko…

– Znaczna część jego pójdzie za kapłanami.

Weszli na szczyt wzgórza. Wtem Tutmozis, który wysunął się trochę naprzód, zawołał:

– Czy urok padł na moje oczy? Spojrzyj, Ramzesie!

– Musi to być jakiś folwark kapłański, który nie opłaca podatków – z goryczą odpowiedział książę.

U ich stóp leżała żyzna dolina, widać było kilka chat dla służby i ładny domek rządcy. Rosły tu palmy, wino, oliwki, drzewa figowe z powietrznymi korzeniami, cyprysy, nawet młode baobaby. Środkiem płynęła struga wody.

Obaj młodzieńcy zeszli na dół, pomiędzy winnice i wtedy usłyszeli kobiecy głos, który śpiewał na tęskną nutę:

– Gdzie jesteś, kureczko moja, odezwij się! Gdzie jesteś, ulubiona…? Gdzież jesteś, odezwij się…! Pamiętaj, że cię noc zaskoczy i nie trafisz do domu. Odezwijże się, bo rozgniewam się i odejdę, a ciebie porwie jastrząb…

– Spojrzyj no, Ramzesie, ależ to prześliczna dziewczyna! – krzyknął z podziwem Tutmozis.

Książę, zamiast patrzeć, wpadł na ścieżkę i zabiegł drogę śpiewającej. Było to istotnie piękne dziewczę z greckimi rysami twarzy i cerą słoniowej kości. Miała na sobie białą powłóczystą szatę, pod przejrzystą zasłoną widać było dziewicze piersi z kształtu podobne do jabłek. Jej czarne włosy skręcone były w węzeł na karku.

– Kto ty jesteś, dziewczyno? – zawołał Ramzes. Z czoła zniknęły mu groźne bruzdy, oczy się zaiskrzyły.

– O Jehowo…! Ojcze…! – krzyknęła, a jej aksamitne oczy przybrały wyraz łagodnego smutku. – Skądeś się tu wziął…? – zapytała Ramzesa drżącym głosem. – Tu żołnierzom wchodzić nie wolno.

– Dlaczego nie wolno?

– Bo to jest ziemia wielkiego pana, Sezofrisa.

– Ho! ho! – uśmiechnął się Ramzes.

– Nie śmiej się, bo wnet zbledniesz. Pan Sezofris jest pisarzem pana Chairesa, który nosi wachlarz nad najdostojniejszym nomarchą Memfis…

– Ho! ho! ho! – powtarzał Ramzes, śmiejąc się coraz głośniej.

– Słowa twoje są bardzo zuchwałe – rzekła dziewczyna, marszcząc się. – Gdyby z twarzy nie patrzyła ci dobroć, myślałabym, że jesteś greckim najemnikiem albo bandytą.

– Jeszcze nim nie jest, ale kiedyś może zostać największym bandytą, jakiego ta ziemia nosiła – wtrącił elegancki Tutmozis, poprawiając perukę.

– A ty musisz być tancerzem – odparła już ośmielona dziewczyna. – O…! Jestem nawet pewna, że widziałam cię na jarmarku w Pi-Bailos, jak zaklinałeś węże…

Obaj młodzi ludzie wpadli w doskonały humor.

– A któż ty jesteś? – zapytał dziewczynę Ramzes, biorąc ją za rękę, którą cofnęła.

– Nie bądź taki śmiały. Jestem Sara, córka Gedeona, rządcy tego folwarku.

– Żydówka? – rzekł Ramzes i cień przesunął mu się po twarzy.

 

– Cóż to szkodzi… co to szkodzi! – łagodził Tutmozis.

– Więc jesteście poganami – rzekła Sara z godnością. – Odpocznijcie, jeżeli jesteście zmęczeni, narwijcie sobie winogron i odejdźcie z Bogiem.

Chciała odejść, lecz Ramzes ją zatrzymał.

– Stój! Spodobałaś mi się i nie możesz tak nas opuszczać.

– Zły duch cię opętał. Nikt w tej dolinie nie śmiałby przemawiać w taki sposób do mnie… – oburzyła się Sara.

– Czymkolwiek jestem, twoja piękność przewyższa moje dostojeństwo – odparł Ramzes namiętnie.

– Czy myślisz, że Żydówki są mniej słodkie od Egipcjanek? – mówił Tutmozis. – Co prawda nie chcą poprawiać swej krwi, przez co szybko brzydną i się starzeją, są też skromniejsze, ale to tylko ich miłości nadaje wdzięk nadzwyczajny. Miałem przecie trzy Żydówki kochankami… Ważne, by brać je, gdy są świeże!

– Dotychczas mówiłeś prawdę, ale teraz kłamiesz – odezwała się Sara. – Żydówka nie będzie niczyją kochanką! – dodała dumnie.

– Nawet kochanką pisarza u takiego pana, który nosi wachlarz nad nomarchą Memfis? – zapytał drwiącym tonem Tutmozis.

– Nawet…

– Nawet kochanką tego pana, który nosi wachlarz?

Sara zawahała się, lecz odparła:

– Nawet.

– Więc może nie zostałaby kochanką nomarchy?

Dziewczynie opadły ręce. Ze zdziwieniem spoglądała kolejno na obu młodych ludzi. Usta jej drżały, a oczy zachodziły łzami.

– Kto wy jesteście? – pytała zatrwożona. – Zeszliście tu z gór jak podróżni, którzy chcą wody i chleba. Ale mówicie do mnie jak najwięksi panowie… Coście wy za jedni? Twój miecz – zwróciła się do Ramzesa – jest wysadzany szmaragdami, a na szyi masz łańcuch takiej roboty, jakiego w swoim skarbcu nie posiada nasz pan, miłościwy Sezofris.

– Odpowiedz mi lepiej, czy ci się podobam – nalegał Ramzes, ściskając jej rękę i tkliwie patrząc w oczy.

– Jesteś piękny jak anioł Gabriel, ale ja boję się ciebie, bo nie wiem, kto ty jesteś…

Wtem, spoza gór, odezwał się dźwięk trąbki.

– Wzywają cię, Ramzesie! – rzekł Tutmozis.

– A gdybym ja był taki wielki pan jak wasz Sezofris? – pytał dalej książę.

– Ty możesz być… – szepnęła Sara.

Gdzieś na wzgórzu odezwała się druga trąbka.

– Idźmy, Ramzesie! – nalegał zatrwożony Tutmozis.

– A gdybym ja był następcą tronu, czy poszłabyś do mnie, dziewczyno? – zapytał książę.

– O Jehowo…! – krzyknęła Sara, upadając na kolana.

Teraz w rozmaitych punktach grały trąbki gwałtowną pobudkę.

– Biegnijmy…! – wołał zdesperowany Tutmozis. – Czy nie słyszysz, że w obozie alarm?

Następca tronu prędko zdjął łańcuch ze swej szyi i zarzucił go na Sarę.

– Oddaj to ojcu – mówił – kupuję cię od niego. Bądź zdrowa! – Podniósł ją, namiętnie pocałował w usta, po czym ona znów padła na twarz i objęła go za nogi.

Zaczęli biec pędem w stronę głosu trąbek.