Przedwiośnie ’68. Fakty i mity owiane mgłą

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Parę dni poezji i wolności

Czas przestać czytać poezję, czas robić poezję.

Adam Mickiewicz

Wspominałem już, że Nowy Romantyzm zaszczepiliśmy w Warszawie po wiecu zorganizowanym w akademiku na Kickiego, w 100. rocznicę Powstania Styczniowego. Nie wiedzieliśmy, że zaczynamy wzniecać czwartą falę buntu. Trudno powiedzieć, na ile to był wiec legalny, po prostu nikogo nie pytaliśmy, lecz w razie czego… Oficjalnie zorganizowaliśmy tylko wieczór poezji romantycznej i powstańczej. Takie zaproszenie nakleiliśmy na gazetce wiszącej w holu, a była to (przeważnie pusta) gazetka ZMS.

I tak staraliśmy się działać. Do niezbyt legalnych przedsięwzięć staraliśmy się wykorzystywać struktury legalne. Nadawały się do tego zwłaszcza dwie: Zrzeszenie Studentów Polskich i Związek Nauczycielstwa Polskiego. Jak już pisałem, w „Hybrydach” działaliśmy w ramach Forum Poetów, w akademiku jako Sekcja Poetycka albo Seminarium Poetyckie — kiedy pierwsza firma podpadła (przy czujnej pomocy ZMS), założyliśmy drugą. Po wyjściu z akademików i po wygonieniu nas z „Hybryd” działaliśmy sezon w „Sigmie” na UW, potem parę lat na AWF-ie. W dłuższym okresie, uwzględniając już lata 70., w ruchu konfederackim działali: Urszula Ambroziewicz, Marta Berowska, Jacek Bierezin, Andrzej Biskupski, Piotr Brzozowski, Mirosław Czertowicz, Anka Frajlich, Maria Hempel, Janina Janikowska, Janusz Jaśniak, Andrzej Kaliszewski, Marian Janusz Kawałko, Barbara Kmicic, Janusz Kostynowicz, Tadeusz Kowal, Barbara Kowal-Osuchowska, Karina Kupsto-Vigneri, Mieczysław Kurpisz, Zbigniew Mikołejko, Jolanta Młynarczyk, Tadeusz Mocarski („Tadzik z Jelonek”), Aleksander Nawrocki („Sławek”), Stanisław Nawrocki, Tadeusz Olszański, Jerzy Plutowicz, Eugeniusz Pudełkiewicz, Krzysztof Sieniawski, Ziemowit Skibiński, Lech Stępniewski, Jerzy Szokalski, Anna Szymanowska, Jerzy Tomaszkiewicz, Krystyna Trawińska, Bohdan Urbankowski, Sława Anna Węgrzyn, Teresa Worowska, Lidia Wójcik, Barbara Zając, Krzysztof Zaleski.

Grupa była barwna i wszechstronna. Jedna z poetek zajmowała się twórczością radiową, druga raczej kibicowaniem niż pisaniem, dwie osoby skończyły studia i zajęły się filozofią, kolejna poetka wyjechała do Ameryki, a nam tylko przysyłała wiersze. Jedno z nazwisk jest pseudonimem, dwie osoby zaczęły donosić, a Kokot… w ogóle nie istniał. Gdy mieliśmy spotkać się u mnie w Zalesiu, mówiliśmy, że spotkamy się w poniedziałek rano u Kokota. Ci, którzy mieli wiedzieć — wiedzieli, że spotkamy się w niedzielę na Poranku 4. Ciotka Pieniakiewiczowa rzeczywiście hodowała kury i często przyrządzała poetom jajecznicę z prawdziwych jajek na prawdziwych pomidorach. Oczywiście był w tym udział kokota, którego — ze względu na bijący od niego majestat — nazywaliśmy nawet Panem Kokotem.

Mówiąc o „ruchu” noworomantycznym, podawaliśmy zwyczajowo liczbę 33 poetów, co brzmiało prawie tak dobrze jak „Czterdzieści i cztery”. Tyle osób działało dłużej, inne były „wymienne”. Zgromadzone w IPN materiały bezpieczniackie podały nieco niższą liczbę — 32. Tyle że połowa nazwisk się nie zgadza1.

Początkowo myśleliśmy, że historia jest daleko. Słyszeliśmy co prawda o rozruchach studentów amerykańskich, którzy nie chcieli iść na wojnę i palili karty powołania do Wietnamu, ale poza tym, że ogólnie byliśmy przeciw wojnie — niewiele nas to obchodziło. Głos polskiej młodzieży w tej sprawie ograniczył się do kilku wymuszonych okrzyków zetemesowskich aparatczyków i do mojego wiersza — przeciw obojętności w ogóle.

Dopiero od studentów z Pragi — to już przyznałem — dowiedzieliśmy się, że historia jest bliżej, w Berlinie i w Pradze — w marcu niestety nasze kontakty się urwały. Czesi robili swoją „Praską Wiosnę”, my nasze „Przedwiośnie”. A ponieważ ich wiosna zaczęła się rozwijać w sposób groźny dla ustroju sowieckiego w PRL, uszczelniono granice. Odizolowano nasze kraje i odseparowano od siebie młodzież obydwu. Historia, która mogła się potoczyć wspólnie, została rozdzielona, nie wiedzieliśmy, że wkrótce się połączy haniebnym węzłem — operacją „Dunaj”. Nie mogę o niej nie napisać, ale — zgodnie z chronologią — pod koniec książki.

Mickiewicz obejmuje rząd dusz, Dejmek nadstawia nogę

Pomost poezji przerzucony przez lata. Na jednym brzegu studenci z Wilna, na drugim z Warszawy. Musimy się znów cofnąć w historii.

Marcowa legenda głosi, że wystawiony w końcu listopada dramat Mickiewicza natchnął młodzież nieomal do powstania. Bohaterem tej opowieści jest reżyser Kazimierz Dejmek i wielu, wielu studentów. Od legendy już krok do mitu: właściwie to ustami aktorów przemówił do Polaków Mickiewicz.

To oczywiście metafora, skrót myślowy mówiący o nagłym napływie z przeszłości wysokiej fali patriotyzmu, jednak na przełomie 1967 i 1968 roku Mickiewicz rzeczywiście sprawował rząd dusz i w jego wierszach szukaliśmy wskazówek, jak żyć godnie i jak walczyć z rusyfikacją. W sylwestrową noc 1967 roku spotkaliśmy Mickiewicza na Krakowskim — wydawał się bardziej żywy od wielu ówczesnych rodaków, zwłaszcza literatów. A podczas strajkowej nocy na uniwerku oczywiście recytowaliśmy jego wiersze. Autentycznej, marcowej poezji było jeszcze niewiele (i tak pozostało) — na szczęście była Oda do młodości.

Reżyser Dziadów, Kazimierz Dejmek, to był naprawdę mistrz eleganckiego włazidupstwa. Umierał w aureoli bohatera i ministra RP, a był to jeden z niebezpieczniejszych, bo, jak zawsze przyznaję, utalentowanych sowietyzatorów polskiej kultury.

Zadebiutował dość młodo i od razu z partyjnymi fanfarami: 12 listopada 1949 roku rozpoczął działalność łódzki Teatr Nowy. Na inaugurację wystawiono socrealistyczną sztukę Vaška Kani Brygada szlifierza Karhana. Reżyserem był utalentowany 25-latek, aktor Teatru Wojska Polskiego (a nawet wolny słuchacz w PWST) Kazimierz Dejmek. Od tej pory socrealistyczne gnioty nazywano „karhanami”. Za swój wyczyn Dejmek został dyrektorem i natychmiast wystawił Poemat pedagogiczny Makarenki. Wkrótce potem, w roku 1951, wstąpił do PZPR — nikt już nie mógł się czepiać o brak wykształcenia.

Szczytem ówczesnych osiągnięć towarzysza Dejmka okazał się wystawiony w 1952 roku ku czci radzieckiej rewolucji Niezapomniany rok 1919 Wsiewołoda Wiszniewskiego. Dejmek to wyreżyserował, oczywiście „pod siebie”— zagrał samego Lenina. A grał tak dobrze, że towarzysze radzieccy chcieli mu powierzyć dyskretną fuchę w mauzoleum na placu Czerwonym. W końcu władze partyjne doszły do wniosku, że Dejmek marnuje się na prowincji. Dostał teatr w Warszawie, gdzie oprócz paru sztuk politycznie mniej ważnych wystawił w 1966 roku dramat Rolfa Hochhutha pt. Namiestnik. Sztuka oskarżała papieża o ciche przyzwolenie na zagładę Żydów — to był wkład Dejmka w dyskusję o 1000-leciu państwa polskiego i o roli chrześcijaństwa. Zaczęły się protesty Kościoła, Dejmek wyszedł na skandalistę, podobnie jak wcześniej Hochhuth. Ale sprawa była bardziej złożona. To była sowiecka specakcja Seat 12, po latach opisał ją generał rumuńskiej Securitate, niejaki Ion Pacepa, który ujawnił, że to w Moskwie wymyślono akcję dyskredytowania papiestwa, a kierował nią specjalista od dezinformacji, generał Iwan Iwanowicz Agajanc. To on dostarczył Hochhuthowi materiały do napisania sztuki, chodziło o atak na chrześcijaństwo, o skłócenie katolików z Żydami. Biorąc na warsztat jego sztukę, Dejmek chyba nie zdawał sobie sprawy, w co się pakuje.

W listopadzie 1967 roku Dejmek chciał się podlizać, jak 15 lat wcześniej w Łodzi, i znowu uczcić rewolucję. Dostał na to ekstra pięć milionów. Trochę się spóźnił, bo zbyt długo kombinował, którędy wleźć w historię PRL, w końcu, 25 listopada 1967 roku, Dziady wystawił, a w naszym akademiku rozprowadzano bilety. Początkowo nie chcieliśmy iść, bo biletami zajmowali się zetemesowcy. Potem od kolegów ze szkoły teatralnej, którzy obowiązkowo chodzili oklaskiwać wykładowców grających w sztuce, dowiedzieliśmy się, że Mickiewicz się wybronił, Mickiewicz „ukradł” Dejmkowi spektakl, pół Warszawy powtarza słowa wieszcza o rosyjskich najemnikach. Wtedy i my postanowiliśmy pójść. Tyle że nim się przemogliśmy — Dziady zdjęto.

W tym miejscu trzeba dopowiedzieć, że jeśli zetemesowcy „reżimowi” lansowali, a nawet wciskali studentom bilety na Dziady, to zetemesowcy michnikowcy początkowo też nie docenili dzieła i jego rewolucyjnego potencjału. Włączyli się do akcji dopiero, gdy studenci ze szkoły teatralnej zaczęli urządzać demonstracje podczas przedstawienia. Obie grupy włączyły się więc w „akcję Dziady” z opóźnieniem, ale z różnych powodów. „Następcy tronów” nie docenili dzieła Mickiewicza, bo w ogóle nie cenili literatury polskiej, studenci z akademika, bo cenili ją za bardzo i bali się profanacji.

O tej lekceważącej postawie mówi po latach pracownica ŻiH-u — Żydowskiego Instytutu Historycznego — Bożena Umińska-Keff, córka komunistycznego oficera i w ogóle prominenckie dziecko. W rozmowie dla „Dużego Formatu” powiedziała wprost:

„Dziady” to ja miałam w głębokim poważaniu. To nie był rodzaj literatury, który byłby dla mnie kluczem do czegokolwiek. Jako dziecię pasłam się Wolterem i innymi oświeceniowymi filozofami francuskimi w tłumaczeniu Boya, wydawanymi w latach 50. w wielkich nakładach. I w ogóle głównie lekturami uniwersalistycznymi, racjonalistycznymi, proeuropejskimi. Konieczność gwarantowania swobód demokratycznych była dla mnie oczywista, ale droga do nich nie prowadziła po linii narodowej przez „Dziady”. Odczytywanie tego, co u Mickiewicza antycarskie, jako antyradzieckie nie budziło moich namiętności2.

Do tego cytatu można dopisać słowa Michnika, Kuronia i innych „następców tronów” o fascynacji Trockim czy Đilasem, o których z kolei my nie mieliśmy pojęcia. Startującemu pokoleniu wyrastały dwa różne skrzydła i tylko kwestią czasu było, kiedy zaczną sobie przeszkadzać.

 

Sprawa Dziadów do dzisiaj jest upstrzona znakami zapytania, do dzisiaj nie jest jasna. Wiadomo, że było planowane wystawienie tego dramatu również w Moskwie, nie wiadomo, kiedy i dlaczego zrezygnowano z pomysłu. Wiadomo także, że warszawskie Dziady przeszły przez cenzurę — choć Dejmek opowiadał potem, że sztukę podstępnie aprobował jakiś cenzor-syjonista, który potem szybko wyjechał do Izraela.

Myślę, że warto wziąć pod uwagę jeszcze jedną interpretację.

Współcześni chwalcy Marca nie zwracają uwagi na drobny szczegół, może słusznie, może przecenił go sam Dejmek. Otóż Dziady zostały wystawione jako obrządek ludowy, nie jako nabożeństwo religijne, chrześcijańskie. Aktorzy wspominający próby zwracali zgodnie uwagę na złość, z jaką Dejmek traktował pewne fragmenty. O Mickiewiczu mówił, że to „starzec pokryty łupieżem”, widzenie księdza Piotra nazywał grafomanią, wyszydzał „religianctwo”. Za niezwykle ważną uważał scenę, w której Chór powtarza: „Co to będzie, co to będzie” na tle muzyki niedwuznacznie kojarzącej się z cerkiewną.

Już po zawieszeniu utworu w uniżonym, a często wytykanym mu piśmie do władz partyjnych Dejmek pisał:

Jako materialista przesunąłem chrystianizm i mistycyzm autora ze sfery dewocyjnej na grunt ludowej obrzędowości, akcentując rewolucyjność i patriotyczność utworu.

Wydaje się jednak, że Dejmek miał pomysł jeszcze głębszy, za mądry tak dla radzieckich, jak dla polskich komunistów. Najgłębsze przesłanie sztuki, jej racja metafizyczna i dziejowa, miała być wyrażona właśnie przez tę muzykę. Polska wybrała drogę katolicką, to fakt. Ale gdyby wybrała sojusz z Rosją i prawosławie? To właśnie owo drugie dno, dyskretne przesłanie spektaklu wystawianego ku czci rewolucji w stolicach obu państw. Nie przypadkiem też sztuka miała się kończyć doklejonym wierszem Do przyjaciół Moskali. To wszystko wpisywało się w charakter i poprzednie przedstawienia Dejmka, choćby w jego interpretację dzieła Mikołaja z Wilkowiecka Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, ale i trochę w antykatolicyzm Hochhutha. Wpisywało się także w prywatne fascynacje Dejmka kulturą i wierzeniami wczesnej Słowiańszczyzny. Stawiając kropkę nad i, można stwierdzić, że było to niszczenie polskiego kodu kulturowego. Ale albo było to niszczenie zbyt słabe i zbyt dyskretne, albo po prostu Mickiewicz wygrał z fałszerzami. Nikt nie zwracał uwagi na pięknie wyreżyserowany słowiański obrzęd, wszyscy klaskali po słowach Konrada — Holoubka:

Mam być wolny — tak! nie wiem, skąd przyszła nowina,

Lecz ja znam, co być wolnym z łaski Moskwicina.

Łotry zdejmą mi tylko z rąk i nóg kajdany,

Ale wtłoczą na duszę…

Oczywiście wiersza Do przyjaciół Moskali w finale nie było. Jeden znajomy ze szkoły teatralnej twierdził, że to Holoubek się uparł i wiersza nie zadeklamował, inny, że jednak Mickiewicz przekonał swą poezją Dejmka. Nie można też wykluczyć, że w końcówce Do przyjaciół Moskali było, tylko nikt jej nie zauważył, wszyscy byli zajęci owacją.

21 grudnia 1967 roku Kazimierz Dejmek został wezwany do KC PZPR, gdzie sam Kraśko raczył go opieprzyć jak Święty Michał diabła, oficjalnie zarzucił jego Dziadom antyradzieckość, antyrosyjskość, tudzież „religianctwo”. W konsekwencji wylano Dejmka z partii. Jego sprawdzone w Łodzi lizodupstwo na stolicę okazało się niewydolne.

Nieudane Dziady na Kickiego

Od samego początku awantur postanowiliśmy bronić sztuki wieszcza i za przykładem braci Czechów ogłosić strajk albo chociaż wiec. Tyle że nadchodziły święta… Z tego samego powodu nie wyszło nam sylwestrowe wystawienie przeróbki Dziadów na antypartyjną szopkę. Większość buntujących się studentów wolała świętować z rodzinami na prowincji niż wracać do akademika. Sylwestra spędziliśmy „po Bożemu”, tańcząc w siedzibie ZSP na Krakowskim Przedmieściu. Zanim doszliśmy na bal, minęliśmy pomnik Mickiewicza — to było pierwsze i najważniejsze spotkanie tej nocy. Pozostałe były mniej ważne. Mignęli nam Żółkiewski (chyba z docentem Lamem), w samochodzie przejechał Iwaszkiewicz. Skądś wytoczył się i dokądś zatoczył szef Studium Wojskowego, podpułkownik, może nawet pełny pułkownik Maksymilian Sznepf. Trafili potem do poematu Przedwiośnie3 i zajęli tam parę linijek, nie tyle satyrycznych, co gorzkich — i tyle nam wyszło z noworocznej szopki.

16 stycznia ogłoszono zawieszenie przedstawień, ale zarazem zapowiedziano ostatnie przedstawienie na 30 stycznia. Wybraliśmy się więc grupą z Kickiego z kwiatami. Liczyliśmy na stary obyczaj, że na ostatnie przedstawienie wpuszczą za darmo, tyle że nas nie wpuszczono. Postanowiliśmy pójść z tymi kwiatami pod pomnik Mickiewicza na Krakowskie Przedmieście i tam je złożyć. Wyszliśmy z gmachu wściekli i upokorzeni. Do tego co jakiś czas czuliśmy na twarzy uderzenia narastającego deszczu. Złożyliśmy kwiaty — nie było ich zbyt wiele, lecz nam się wydawało, że nawet po ciemku świecą.

Do akademika dotarliśmy bez przygód. Jeśli coś nas nękało — to nasza wyobraźnia. W pewnym momencie na przykład ktoś krzyknął, że biegną za nami milicjanci. Było ciemno, mogło nam się wydawać, ale na wszelki wypadek zaczęliśmy galopować, póki nie zatrzymał nas czyjś zdroworozsądkowy okrzyk: przecież nas, kurwa, jest więcej! Do niczego jednak nie doszło, sfrunęliśmy spod św. Anny na przystanek, a ruszający już motorniczy zatrzymał dla nas tramwaj numer 26.

Był to epizod, lecz dla wielu pierwszy taki w życiu. Na pamiątkę owej przygody wprowadziliśmy w Konfederacji Nowego Romantyzmu zwyczaj, że każdy nowo przyjmowany konfederata szedł na Krakowskie, przełaził przez ogrodzenie i składał kwiaty. Nie ominęło to nawet przyjezdnych. Skakała Ulka Ambroziewicz z Płocka, skakali poeci łódzcy z Jackiem Bierezinem na czele.

Tymczasem w teatrze i pod

O tym, co działo się na widowni podczas Dziadów, dowiadywaliśmy się od kolegów, którym udało się tam dostać. Bo jednak wielu studentów po przerwie wpuszczono na salę. Po przedstawieniu też poszli pod Mickiewicza, ale tam już czekała milicja. Paru wylegitymowano na miejscu, paru zawieziono na komisariat, a jednych i drugich przestraszono tak, że potem trudno było ustalić termin wiecu. Przez lata z mieszanymi uczuciami tłumaczyliśmy tę późniejszą akcję milicji jako spóźnioną reakcję na nasz miniwiec pod pomnikiem. Utwierdzał nas w tym mniemaniu ten majaczący wciąż w naszej wyobraźni patrol…

Czy jest to już pełna prawda? Otóż nie. Po latach z akt IPN dowiedzieliśmy się, że milicję wezwała do teatru dyrekcja Teatru Narodowego: około godziny 19.20 dyrektor administracyjny Harry Anders zwrócił się telefonicznie do Pogotowia Komendy Stołecznej MO z prośbą o pomoc, gdyż, jak twierdził, do holu wtargnęła grupa chuliganów zakłócająca porządek publiczny. Czy zastępca Dejmka mógł to zrobić bez jego wiedzy? Czy działał na polecenie, to znaczy czy Dejmek wezwał milicję na studentów oklaskujących Dziady — to pytanie dla historyków.

Znaków zapytania jest więcej, jednak na pewno można wykluczyć prowokację — ubecką czy moczarowską (bo i takie wyjaśnienia słychać). Manifestacje rozpoczęły się od pierwszego przedstawienia, choć początkowo były nieco niemrawe. Zaczęło się, jak już wspomniano, od tego, że studenci ze szkoły teatralnej zwyczajowo chodzili oklaskiwać swoich wykładowców i mistrzów, potem jednak Mickiewicz wygrał, przy ogromnej zasłudze Holoubka, który ze zmęczonego 45-latka zmieniał się w 20-letniego poetę. Obowiązkowe „uczniowskie” brawa zamieniały się w coraz bardziej burzliwe owacje. Do bardziej znanych manifestantek należała Małgorzata Dziewulska, studentka PWST, a także Sławomir Kretkowski, Andrzej Seweryn. Seweryn też był studentem szkoły teatralnej, Kretkowski studentem historii UW, a potajemnie — „adiutantem” Wojtka Ziembińskiego, głównym wytwórcą ulotek. Za swą działalność zostanie relegowany z uczelni, kilkakrotnie przejdzie przez więzienia, a i tzw. „komandosi” wykreślą go z legendy. Więc wyrównując krzywdy, wpisuję go (obok Dziewulskiej) na listę prawdziwych bohaterów Marca.

O roli Małgorzaty Dziewulskiej pisał nie bez złośliwości Andrzej Mencwel:

30 stycznia 1968 r. odbyła się w Warszawie manifestacja w związku ze zdjęciem z afisza „Dziadów”. Manifestację tę zorganizowała i przygotowała na tę okazję transparent Małgorzata Dziewulska, mgr filozofii, studentka Wydziału Reżyserii Państw. Wyższej Szkoły Teatralnej. Znam Dziewulską bardzo dobrze i wydaje mi się, że pomysł zorganizowania takiej manifestacji nie mógł się zrodzić samorzutnie w jej głowie. Tę sprawę musiał jej ktoś doradzić lub podpowiedzieć, wykorzystując jej umiłowanie sztuki i teatru.

Mencwel docenia mimo wszystko Dziewulską, poza tym, broniąc własnej skóry, minimalizuje swój udział i w ogóle zaczyna kręcić. To nie ma go na manifestacji, bo się umówił na mieście, to jednak widzi, kto brał udział — mimo ciemności (jest już koło północy) i deszczu. Poczytajmy:

Po pierwszym akcie opuściłem teatr, gdyż byłem umówiony na mieście z Krzysztofem Mętrakiem, ale z opowiadań znajomych wynikało, że okrzyki na widowni w rodzaju: „Niepodległość bez cenzury” wznosili „komandosi”. O tym, że udział „komandosów” w manifestacji w sprawie „Dziadów” miał charakter zorganizowany, świadczyć może wypowiedź Modzelewskiego, który w czasie przerwy w przedstawieniu powiedział do mnie w toalecie: „No co, Andrzeju, zrobimy coś”. Z kontekstu rozmowy wynikało, że Modzelewski miał na myśli zapowiedzianą manifestację po przedstawieniu.

Mencwel z maestrią godzi role intelektualisty i kapusia, próbuje sypać, nie sypiąc, i nie za bardzo donieść, lecz sprostać oczekiwaniom SB, obciążając „komandosów”.

Poza „komandosami” w manifestacji wzięli także udział studenci PWST, którzy, jak mi się wydaje, pomagali Dziewulskiej w zorganizowaniu manifestacji, a raczej w jej wstępnym przygotowaniu, bowiem w dniu 30 stycznia 1968 r. ton manifestacji nadawali „komandosi”. Ich postawa przesądziła o antyradzieckim charakterze manifestacji, a raczej pewnych jej akcentów antyradzieckich. „Komandosi” wznosili także okrzyki w czasie manifestacji po teatrze, których treści sobie nie przypominam. „Komandosi” byli tym trzonem, który mimo wezwania majora MO do rozejścia się zadecydował o kontynuacji manifestacji.

Oni też, a między innymi Józef Dajczgewand i Jan Lityński, założyli transparent wykonany przez Dziewulską z napisem: „Żądamy dalszych przedstawień” na cokole pomnika Adama Mickiewicza. Jeżeli chodzi o K. Modzelewskiego, to wziął on udział tylko w pierwszej części manifestacji, a mianowicie do momentu udania się manifestantów pod wejście dla aktorów. Później już go nie widziałem i przypuszczam, że pojawienie się samochodów MO skłoniło go do powrotu do domu. W trakcie udziału w pochodzie Modzelewski zachowywał się biernie.

Co się tyczy Michnika, to nie przypominam sobie, abym widział go wśród manifestantów. Widziałem go natomiast w teatrze. Wydaje mi się, że Michnik nie wziął udziału w manifestacji z tych samych powodów, dla których Modzelewski wycofał się z niej po pierwszym etapie, a mianowicie — w obawie przed aresztowaniem.

O dodatkowych szczegółach wydarzeń najlepiej niech poinformują uczestnicy.

Ryszard Peryt, wówczas student PWST, dziś światowej sławy reżyser, wspomina po latach:

Ja wybiegłem z teatru po zakończeniu przedstawienia, żeby te kijki szybko przetransportować blisko wejścia do teatru. Małgorzata Dziewulska stała już z tym prześcieradłem z napisem, Andrzej Seweryn też. Nałożyliśmy transparent na te kijki i stanęliśmy z tym rozwiniętym napisem „Żądamy dalszych przedstawień »Dziadów«”. Zaczęła się koło nas zbierać grupa ludzi, okrzyki, chyba było: „Wolność bez cenzury”, i przemaszerowaliśmy potem, to trwało… nie wiem… pół godziny… taka pikieta stojąca pod wejściem do Teatru Narodowego…

Deklaracja Damiana Damięckiego:

Po przedstawieniu biegali pomiędzy nami tacy emisariusze, którzy namawiali nas bardzo, żeby pójść na taką manifestację, która szykowała się pod pomnikiem Adama Mickiewicza, żeby pójść całym gronem przynajmniej młodzieży teatralnej zespołu Teatru Narodowego, żeby tam coś zamanifestować, postać pod pomnikiem, pokrzyczeć trochę. Myśmy z niepokoju o przedstawienie, żeby to poszło, żeby to puścili, żebyśmy to grali — zdecydowanie odmówiliśmy pójścia tam…

Ze wspomnień Małgorzaty Dziewulskiej wynika, że zdania były jednak podzielone i że manifestacja pod Mickiewiczem trochę zrobiła się sama:

„Co dalej, co dalej” — pytaliśmy siebie, stojąc na tej Wierzbowej […] i coś chcieliśmy… żeby Dejmek wyszedł. On oczywiście nie mógł wyjść, nie miał prawa wyjść, bo nie było wiadomo, co to była za awantura przecież. No, powstało pytanie „co dalej, co dalej” — wtedy ktoś podsunął, że pod pomnik Mickiewicza, bo przecież tak kończyło się w Warszawie od 100 lat bardzo dużo manifestacji, właśnie w taki sposób. Po prostu mogło to być działanie automatyczne.

 

Relację Dziewulskiej uzupełnia wspomnienie Andrzeja Seweryna, który podaje nazwisko właściwego inicjatora marszu pod pomnik:

Żeby iść pod pomnik, to krzyknął [Sławomir] Kretkowski, a myśmy zamierzali tylko protestować przed teatrem4.