Przedwiośnie ’68. Fakty i mity owiane mgłą

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PWC

Z biegiem czasu do nazwy KAA zaczęliśmy dorabiać głębszą ideologię, a nawet douczać się pospiesznie anarchizmu. Bo nasza wiedza o nim zaczynała się i kończyła na wierszu Broniewskiego o Bakuninie. Znajomość innych anarchistów była jeszcze mniejsza. Ale przecież nie o to chodziło! Klub nie zajmował się propagowaniem anarchizmu — z jednym wyjątkiem. Były to czasy, gdy ludzie, nie załatwiwszy czegoś w urzędzie, odwoływali się do partii, kolędowali na przedpokojach wiejskich i miejskich sekretarzy. Stąd nasze hasła wzywające do bojkotowania partii i urzędów (cenzury zwłaszcza!), omijania różnych komisji i sądów, a załatwiania spraw między sąsiadami, stąd propagowanie spółdzielczości. Byliśmy chyba jedyną szkołą w Bytomiu, w której powstało spontanicznie kilka uczniowskich spółdzielni (korepetycje, opieka nad dziećmi, zakupy itp.) i arcywspaniała biblioteka — z książek, które czasem wykradaliśmy z domów. Czytywaliśmy głównie zakazane tytuły, na suficie klubu „Boruta” w piwnicy na placu Słowiańskim mieliśmy mapę nieba, na ścianie napis: „Mapa świata, na której nie ma utopii, jest gówno warta”. Przepraszam, ale to cytat. A patronami klubu byli Piłsudski i Bakunin. Tego ostatniego potrafiliśmy nawet przy różnych okazjach „cytować” — rzecz jasna dzięki poematowi Broniewskiego, który jakby spadł nam z niebios. Spadł — jak to meteory — z jakimiś kamieniami i żużlem „rewolucyjnych” wierszydeł, ale te odsunęliśmy na bok. Wzywaliśmy do bojkotu partii i partyjnych urzędów, a poza tym kochaliśmy Piłsudskiego i marzyliśmy o odbudowaniu Niepodległej — oczywiście w dawnych granicach

Ponieważ do klubu przystąpili wszyscy harcerze z dawnej, wewnętrznej drużyny Piłsudskiego — data powstania Klubu Artystów Anarchistów była zarazem końcem działalności harcerskiej. Spotkaliśmy się jeszcze parę razy w dawnej podstawówce, ale całą energię ładowaliśmy w rozbudowę KKA, w pracę w radiowęźle, w przygotowywanie gazetek i w jeszcze ciekawsze akcje. Nazwaliśmy je nieco patetycznie „Polityką Walki Czynnej” (aluzja chyba oczywista), ale też wszyscy byliśmy nad wiek patetyczni.

Nasz klub miał dwie siedziby: pierwszą był wspomniany klub „Boruta” w piwnicy na placu Słowiańskim, drugą szkoła. Mogliśmy korzystać ze scenki, z gazetki ściennej i naszej radiostacji — bez cenzury, ale… Nie chcieliśmy kopać się z koniem. Odkryliśmy i doprowadziliśmy do perfekcji piękną sztukę wyzyskiwania różnych legalnych narzędzi do nielegalnej roboty, czciliśmy w gazetce Piłsudskiego i Powstania Śląskie, w audycjach nadawaliśmy nie zawsze legalne wiersze. Tuż przed maturą zrobiliśmy na przykład cykl audycji poświęconych poezji Lechonia, Wierzyńskiego i Miłosza. Akcją do dziś wspominaną przez starych bytomiaków było przeniesienie przez miasto krzyża z zapalonymi świeczkami, o czym jeszcze za chwilę. W naszej „Polityce Walki Czynnej” przeważał raczej element zabawowy, prowokacyjny i od tego chciałbym zacząć.

Gomułki

Szkolni „anarchiści” na ogół omijali pochody pierwszomajowe, raz jednak wzięli w nich udział. Dyrektor Huk był zdziwiony, gdyż zgłosiliśmy się nawet do noszenia „Gomułek”, czyli dużych fotografii przywódców umocowanych na ogromnym patyku. Wtajemniczony w sprawy stary, kochany Zieliński, woźny „Smolenia”, wypożyczył je nam do domu. Oczywiście pod warunkiem „Ja o niczym nie wiem”. Upiększaliśmy je u Jurka Hnatyszyna, który mieszkał o parę kroków, i tam zostały na noc. Zgłosiliśmy się trochę wcześniej i jako „nosiciele” zostaliśmy postawieni na czele szkoły. Potem jakiś gliniarz w cywilu przesunął nas w jeszcze inne miejsce, cały czas jednak trzymaliśmy się razem. „Gomułki” to oczywiście nazwa całego gatunku. Ja chyba niosłem Chruszczowa, Adam Kaczorowski — łysego Cyrankiewicza, Jurek rzeczywiście Gomułkę, co zresztą nie było ważne. Bo kiedy zbliżyliśmy się do trybun stojących u wylotu Podgórnej na plac Thaelmana, zdarliśmy „opakowania” i zaczęliśmy skandować: „Jurek — Kaczka — Urbankowski”, zachowując ten sam rytm, co pochody sprzed lat: Stalin — Bierut — Woroszyłow czy: Stalin — Bierut — Rokossowski. Spod zdartych twarzy kartoflanych wodzów wyjrzały nasze, znacznie inteligentniejsze oblicza. Tłum podchwycił i też skandował: Jurek — Kaczka — Urbankowski, myśląc, że może to jacyś przodownicy pracy albo nauki, co to wyrabiają 200–300 procent normy. Kawałek za trybunami naskoczył na nas dyrektor Huk — wściekły, ale widzieliśmy, że ledwo tłumi śmiech. Za nim chyba „Bolo” Mikulik, ukochany „pan od wuefu”. Huk przede wszystkim odebrał nam „Gomułki”, Bolo musiał je wziąć i zanieść do siebie do domu. Oczywiście nieść twarzami do środka. Mówił coś o mądrych i głupich konspiratorach, o AK — i chyba to było najważniejsze. Wszyscy przecież byliśmy z AK-owskich rodzin. Na dzień następny wezwał naszych rodziców. Sprawa skończyła się tak samo jak poprzednia, znowu straciłem stypendium i musiałem zintensyfikować korepetycje.

Generał Kluska

Najbardziej spektakularna i rzeczywiście polityczna akcja Klubu Artystów Anarchistów przez długie lata pozostawała w tajemnicy. Wspomniałem o niej w poemacie Przedwiośnie dosyć enigmatycznie, że na półce w naszej świetlicy leżał nos generała Świerczewskiego, lecz w szczegóły się nie wdawałem; mimo tej ostrożności dawni koledzy spiskowcy i tak zarzucili mi lekkomyślność. Poemat zawierał zresztą znacznie ważniejsze fakty, wspominał m.in. o zamordowanej w marcu 1968 roku dziewczynie, prawdopodobnie studentce. Szpotański trafił do więzienia za o wiele łagodniejsze wiersze. Wolna Europa puściła mój tekst kilka razy, rzecz jasna bez nazwiska autora i bez fragmentów o Bytomiu, bo wtedy esbecja mogłaby namierzyć i mnie, i moją matkę, i szkolnych konspiratorów. O szczegółach akcji powiedział mediom jako pierwszy Jurek Hnatyszyn w audycji dla lokalnego radia. Oczywiście już po upadku komuny. Chciał nawet na ten temat wydać wspomnieniową broszurkę, nie zdążył, umarł na serce. Więc wspominam tu niejako za niego.

Pomnik generała Świerczewskiego, patrona walterowców z obydwu komunistycznych frakcji, stał w parku, niedaleko kąpieliska i wyjątkowo nas złościł. Najpierw wpadliśmy na pomysł, by „podlewać” go walerianą, żeby oszczywały go koty. Więc pachniał jak ogromny kot, ale oczywiście dalej stał i dalej złościł. Najbrzydszy pomnik w Bytomiu z najbrzydszym nosem. Dlatego nazywaliśmy go „Generał Kluska”. I właśnie z Jurkiem postanowiliśmy go tej ozdoby pozbawić. Jako trzeci wziął udział w akcji „Kaczka”, czyli Adam Kaczorowski. Najpierw rzucaliśmy kamieniami z daleka, lecz nie bardzo mogliśmy trafić. Załatwiliśmy więc generała z bliska, nos wzięliśmy na dowód udanej akcji. Początkowo trzymaliśmy go na zmianę w swoich mieszkaniach po trzy dni. Potem był w klubie w piwnicy, ale to też nie było bezpieczne, bo prowokował do zadawania pytań. Nas oczywiście korciło, żeby odpowiedzieć, ale cóż! Konspiracja!

Generałowi zresztą błyskawicznie doprawiono nowy nos. Nazajutrz po akcji, gdy wyszliśmy na dużej przerwie, by napawać się własnym wyczynem, Świerczewski nosa nie miał, wyglądał jak antyczny bohater, tyle że chory na syfilis. Dzień później, tuż przed jedenastą (o tej porze była duża przerwa) — na środku gęby generała, jak gdyby nigdy nic, sterczał już nowy nos. Różnił się kolorem od reszty twarzy, był chyba jeszcze większy, a na pewno jaśniejszy. Ale przechodnie myśleli, że tak właśnie ma być, że przewrotny artysta w ten sposób sygnalizuje pijaństwo generała. Potem chyba doczepiony fragment czymś przyciemnili — nos różnił się jeszcze bardziej, wyglądał jak pożyczony od murzyńskiego komunisty. Potem znów podmienili albo zaszły jakieś dziwne reakcje, w każdym razie zasłużony generał wyglądał jak Pinokio, tyle że nawalony. Trochę nas nawet korciło, aby powtórzyć akcję, i poszliśmy na zwiady. Oczywiście poszliśmy z dziewczętami, jak „normalni” uczniowie, na pomnik prawie nie patrzyliśmy. W pobliżu kręciło się co najmniej dwóch „smutnych”. Nie mogli być zresztą weseli, skoro godzinami musieli się wpatrywać w taki pysk. Z akcji jednak zrezygnowaliśmy.

Na koniec wspomnieć trzeba wyjątkowe w tamtych latach procesje odbywające się w wieczory narodowych rocznic ulicami Bytomia, z centrum aż do szkoły — z poziomo niesionym krzyżem i płonącymi na nim świecami. Używam liczby mnogiej, ale pamiętam tylko trzy takie procesje: zimową, wymyśloną przez lwowiaków w rocznicę pierwszej deportacji, sierpniową w rocznicę Powstania, gdy trzeba było długo czekać na zmierzch (za dnia nie byłoby efektu), oraz tę z 1 listopada. Przeszliśmy przez miasto z krzyżem, tym razem nie do szkoły, a ze szkoły — na cmentarz przy ulicy Powstańców Śląskich i… szczerze mówiąc, nie bardzo wiedzieliśmy, jak demonstrację zakończyć. Pod „wspólnym krzyżem” modlili się ludzie, których bliscy nie mieli grobów, ja też tam chodziłem z Mamą. W końcu oparliśmy nasz mały krzyż o tamten — wielki i wtopiliśmy się w tłum modlących się ludzi.

Kolejna demonstracja miała się odbyć wiosną, w rocznicę Powstań Śląskich. Chcieliśmy pójść z krzyżem na Górę św. Anny, ale krzyż został na cmentarzu, góra daleko i co więcej, zapowiedziano tam oficjalne obchody. Poszliśmy więc ze świeczkami na Kopiec pod Piekarami — nazywano go Kopcem Powstańców albo Kopcem Piłsudskiego. Obie nazwy nam pasowały. Była też trzecia nazwa, a właściwie interpretacja, że to kopiec na cześć zwycięstwa Sobieskiego, który pod Bytomiem obozował. Spieraliśmy się o tę nazwę, włażąc na górę2. Na górze zapaliliśmy świeczki, łudząc się, że z daleka wyglądają co najmniej jak światła morskich latarń. Był maj, do nastania ciemności czekaliśmy dość długo, do Bytomia wróciliśmy bardzo późno, a właściwie bardzo wcześnie.

Na tym nasze manifestacje się skończyły, ale… W latach 80. w rocznicę sowieckich deportacji odnowiła je grupa młodzieży pod przewodem Marcina Hałasia i poetów z „Reflektora” — przeważnie z naszej szkoły. Potem i oni rozjechali się po świecie. Lecz słyszałem, że czasem w Bytomiu widać ten wędrujący krzyż. Ludzi nie widać, ale świece płoną.

 

Większość naszych spotkań i wieczorków odbywała się w szkole, niejako pod jej parasolem. Dopiero w maju 1961 roku zrobiliśmy pierwszą imprezę poza szkołą, dokładniej — w Bibliotece Miejskiej naprzeciwko szkoły. Nosiła nazwę „Wieczór przy lwowskich świecach”, bo rzeczywiście na stolikach płonęły świece, a ja zacząłem i skończyłem spotkanie fragmentami poematu Wygnańcy. Największą nagrodą dla mnie było długie milczenie sali. A potem starzy lwowiacy przepisywali sobie ten wiersz. Podaję go w późniejszej wersji, bo przez lata próbowałem go trochę udoskonalić — w pewnym jednak momencie zrozumiałem, że nic już się nie da dopisać. Bytomska przeszłość się zamknęła, owszem, byłem wygnańcem, ale już zupełnie gdzie indziej, bo w mieście swoich urodzin. Więc:

Wygnańcy

1.

Nie mogli zabrać nieba — jakże wysokiego — znad Wilna

domów złocistych chlebem, błękitnych modlitwą

śpiewnego gwaru lwowskich ulic —

Tylko najodważniejsi

zabrali trumny bliskich wykopane nocą

albo garść ziemi w chustce

obraz ze ściany jakby z płatem skóry, wstążką krwi…

W drodze na zachód topniały ich tobołki, ciała

umierając też zmieniały się w tobołki

które nie należą do nikogo

do żadnej ziemi, ni Boga. Dni

mijały ich jak chmury

coraz bardziej szare i obce.

Gdy dotarli do kresu wędrówki

do ziemi polskiej niegdyś, lecz przecież nie ojczystej

nie poszli na spoczynek:

na podmiejskim cmentarzu

długo w noc zagrzebywali swoje trumny.

Kopczyki ziemi we mgle

majaczyły jak kopce graniczne…

Czuwali przy nich

czasem budząc się z krzykiem

Póki nie skończyła się noc.

2.

Dopiero gdy wyszło słońce

zaczęli urządzać nowe domy

Ten wprawił w ścianę obraz,

ów okno

w którym odbił się kiedyś i pozostał

widok na uliczkę dzieciństwa, kościół, twarze sąsiadów…

3.

Którejś nocy nagle

chrapliwy śmiech, jakby krzyki bogów

w niezrozumiałym języku

Wybiegli z domów: trumny

leżały jak łódki rozbite o ziemię wygnania

deszczułki, kości żeber — połamane kotwice

okrągłe czaszki jak boje gasnące na falach

4.

Więc znów: zabiorą nam cmentarz

jak tamte we Lwowie i Wilnie

wyrwą z tej ziemi — białe ziarna kości

kotwice żeber zbyt kruche…

Wygnańcom

okradzionym z przeszłości

z prawdziwych domów cmentarzy

ulic na których nasze ślady sprzed lat

Cóż nam zostanie?

5.

Uparci

przenosiliśmy trumny bliżej naszych domów, do ogródków…

— To nie ziemia je wypluwała, to ludzie

mówiący podobnym językiem

wyrywali je jak nasiona obcych dla nich roślin.

Czuwaliśmy nocami patrząc

jak na kopczykach wyrastają kwiaty, zioła

krzyże zmieniają się znów w drzewa, puszczają nowe pędy.

6.

Z zaciętością

narastającą

jak słoje na sercach młodych drzew

broniliśmy domów, ogrodów

kopczyków na podwórkach

Broniliśmy przyszłości, która mogła

— ona jedna — stać się naszym domem.

Nasze dziecinne ręce

rysowały węglem na murach

święte znaki: orła w koronie

i rycerskie ramię

odcięte

ale przecież trzymające miecz.

7.

Palce zmieniały się w noże

pięści w kamienie.

Na dziecinnych ciałach

wyrastały

ręce dorosłych mężczyzn

— zbyt ciężkie

niezgrabne jak konary drzew

do których trzeba dorosnąć

Nasze dziecięce wojny

o podwórka i hałdy

o staw na placu Słowiańskim, Księdza Ogród

te wojny

uczyły nas nowej miłości:

do ziemi szorstkiej jak mowa

brzmiąca tutaj inaczej: z przydechem wieków, skurczem krtani

tłumiącym krzyk czy łzę. Dziecinny język

nabierał akcentów twardych, nie znanych naszym rodzicom

słowa stawały się szare, bardziej ciężkie

jak chmury które nie płyną:

stanęły i trwają nad tą ziemią.

8.

Nie Bogu

ziemi, z której nas stworzono

stajemy się podobni

Narasta w nas to kamienne

szarymi pokładami

Jak węgiel w którym odciśnięty

kwiat niegdyś żywy

czyjś profil

Bytom 1961

Myślę, że nie wymaga komentarzy — komentarzem było milczenie słuchaczy i przepisywanie wiersza na kartkach. To były najpiękniejsze urodziny w moim życiu! Nie brakło łez wzruszenia, a nawet elementów horroru. Wspomnienie o wyrzucaniu „naszych” trupów z „ich” cmentarza oparte jest na rodzinnym przekazie, z czasów walk „Górali” (czyli przybyszów) z „Hanysami” (autochtonami). Jest to zapewne mit, choć na podwórku między krzakami jaśminu przez lata stał drewniany krzyżyk. Ktoś ustawił go na pamiątkę, może nawet na tamtej mogile, potem ciało powróciło na cmentarz, a krzyżyk pozostał.

Pierwsza wódka w życiu

Wspomnienie o bytomskim romantyzmie nie może pominąć Broniewskiego. Spotkanie z poetą odbyło się nieoczekiwane, na zasadzie improwizacji: Broniewski krążył akurat po Zagłębiu i Śląsku, a nasz dyrektor, Stanisław Huk, który — jak się okazało — był nawet z Broniewskim po imieniu, zaprosił go do naszej szkoły. I oczywiście my, jako klasy starsze, musieliśmy iść na spotkanie. Musieliśmy — bo wypadało ono już po lekcjach, poeta poświęcił dla nas jakąś przerwę obiadową, więc i my musieliśmy coś poświęcić. Tylko my, artyści-anarchiści, nie odczuwaliśmy przymusu, a radość. Mieliśmy nawet przygotowanych parę pytań, zwłaszcza o Legiony Piłsudskiego i wojnę z bolszewikami, ale i parę bardziej podchwytliwych, na przykład o Stalina. Tyle że poeta nas wyprzedził.

Zaczęło się od tego, że prof. Turoń („Sztyft” od przysposobienia wojskowego) usiadł przy dziewczętach z klas wyższych i zaczął po swojemu dowcipkować. Jego humor też był wojskowy. Broniewski, który najpierw rozmawiał pod oknem z dyrektorem, wyszedł na środek i czekał, aż „Sztyft” się uspokoi. Dyrektor zaczął go nawet zachęcać, w stylu: „Władku, młodzież czeka” — mówieniem po imieniu rzeczywiście nam zaimponował. Ale „Sztyft” nadal gadał. Broniewski chwilę milczał, a potem jak nie wrzaśnie: „Nie zacznę, póki ten tam kurdupel się nie wyniesie!”. Dostał brawa, bo „Sztyft” był powszechnie nielubiany. „Dyro” próbował załagodzić sprawę, tłumacząc, że to nauczyciel, na to Broniewski: „Dla kogoś nauczyciel, a dla mnie kurdupel i jak się nie wyniesie, to nie zacznę. Sami sobie piszcie i czytajcie!”. Wtedy „Dyro” zaczął dla odmiany prosić „Sztyfta”, żeby dla dobra sprawy, że poeta specjalnie dla nas zmienił trasę, że grozi kompromitacja… W końcu „Sztyft” wyniósł się z sali, spotkanie się zaczęło — w atmosferze niezwykłej serdeczności. O Słowo o Stalinie nikt nie zapytał, o Legionach i o Piłsudskim opowiedział nam sam poeta. Wyrecytował z pamięci kilka wierszy z czasów legionowych, dodając, że tego nie ma w żadnej książce, potem, lekko się chwiejąc, wskazywał mniej więcej na pierś, mówiąc: tutaj komendant przypinał mi Virtuti Militari.

Wybiegając nieco w czasie, dopowiem, że oczywiście za czas jakiś sprawdziliśmy i wyszło na to, że jeżeli Virtuti — to Rydz, a jeżeli Komendant — to Krzyż Walecznych. Broniewski miał opinię najpierw jednego z najodważniejszych legionistów, a potem — jednego z najodważniejszych oficerów wojny bolszewickiej — dostał cztery Krzyże Walecznych. Największego wyczynu dokonał w Drohiczynie, gdzie osobiście z cekaemu odgonił bolszewików pędzących na most.

Poeta deklamował rzecz jasna nie tylko wiersze legionowe. Na prośbę którejś z dziewcząt pięknie, niemal czule, zaczął mówić palestyńskie erotyki — i tak zaczął się „koncert życzeń”. Recytował Poezję, Listopady, oczywiście Robotnika z Radomia — wszystkie nasze ulubione wiersze. Wszystkie pamiętał. Zaskoczyliśmy go tylko Bakuninem — tym, że poprosiliśmy o ten wiersz, i tym, że w pewnym momencie, gdy poeta się zaciął — podrzuciliśmy mu słowo. A „Dyro” mu wyjaśnił: „To nasi miejscowi anarchiści”…

Była to jego jedyna wpadka. Nam też się zresztą jedna zdarzyła. Wśród podchwytliwych pytań było także i to o więzienie. Że List z więzienia jest tak napisany, że można pomyśleć, że chodzi o więzienie w przedwojennej Polsce. Poeta najpierw… pochwalił przedwojenne więzienie, że Wieniawa przysyłał im do celi obiady z knajpy i że cele były otwarte — można było się spotkać, popić, ponarzekać na rząd, nie to, co teraz… A potem zmienił ton i niemal krzyknął na nas: „Nie przeczytaliście uważnie! Nie zwróciliście uwagi, że to list do córki wydrukowany po wierszach o Wrześniu, nie zwróciliście uwagi na ostatnią strofę. Możecie nie znać mojego życiorysu, ale żeby nie znać życiorysu Mickiewicza!”.

To była dla nas lekcja, jak omijać cenzurę. Potem Broniewski powiedział parę wierszy — jak podkreślił — nigdzie niedrukowanych, a następnie doszło do wstrząsającej sceny, która prawie przerwała spotkanie. Wspominając pobyt na Łubiance — na dowód, że mu „kacapy” powybijały zęby — poeta zaczął wyjmować sztuczną szczękę. Oczywiście podskoczył dyrektor, stanął między Broniewskim i salą, objął go, coś po cichu tłumaczył. Podeszli na chwilę do okna. Wydawało się, że gość wyjdzie z sali, jednak opanował się i zaczął recytować fragmenty poematu, o którym mówił, że go pewno nigdy nie skończy. Miał to być poemat o Wiśle — opis miast, które stały nad jej brzegiem, od Śląska do Gdańska. „Ale to jest niewykonalne, te miasta jakby na złość wciąż jakieś nowe wyrastają, o niektórych nigdy nie słyszałem, nigdy tam nie byłem” — dodał jakby przepraszająco.

Broniewski recytował wspaniale, dość głośno i dość długo, choć nieco chrapliwym głosem. A potem, jakby odwracając dyskusję, wypytywał nas, naszego dyrektora i najstarszego z nauczycieli — Gajdę, o przedwojenne prześladowania pedagogów i uczniów, zanotował nazwiska kilku, którzy zginęli w Buchenwaldzie. Byliśmy pewni, że napisze o nich wiersze. Wspomniał też kilku swoich kolegów, którzy zginęli w Legionach, i kilku z tych, którzy padli w 1920 roku. Po raz pierwszy od niego usłyszeliśmy o generale Kustroniu, który „był dla niego jak ojciec” i który zginął w 1939 roku. I brzmiało to wszystko inaczej, prawdziwiej niż na szkolnych akademiach. Nawiązując do nazwy naszej szkoły, wspólnie już ustaliliśmy, że tak jak kiedyś było to Gimnazjum Polskie w Niemczech, teraz powinno być Gimnazjum Polskie w PRL. Autorstwo tego hasła każdy z nas przypisywał potem sobie — i chyba każdy mówił prawdę.

Po imprezie — na propozycję poety — zostałem zaproszony na kawę do pokoju nauczycielskiego. Przestępując z nogi na nogę, jakby to on był poetą, „Dyro” pokazał Broniewskiemu moje wiersze, oczywiście tylko parę, tych z naszej gazetki KAA. Najwidoczniej je sobie przepisywał. Broniewski przejrzał i powiedział zdanie, które potem przedrukowywało (dwukrotnie!) „Życie Bytomskie”, zdanie, które w dużym stopniu zdecydowało o moim życiu: „Myślałem, że to ja jestem ostatnim romantykiem, a widzę, że to pan”. Potem dorzucił kilka przychylnych uwag. Wiem, że moje wiersze nie były tak dobre, jak powiedział Broniewski. Początkowo myśleliśmy nawet, że były to grzecznościowe frazesy — prezent dla prowincjonalnej gazety z prowincjonalnego miasta. Coś się mówi, potem się wyjeżdża, zapomina. Ale Broniewski pamiętał. Jakiś czas po spotkaniu dyrektor wezwał mnie do gabinetu: przyszło zaproszenie od Broniewskiego na jego wieczór poetycki do Warszawy. Nie tylko dał mi zwolnienie — dał mi także na bilet. Gdyby nie to, mogłyby być problemy.

Nie było to ostatnie spotkanie, za czas jakiś dostałem zaproszenie na następne, choć z wrażenia zapamiętałem niewiele. Jedno spotkanie odbyło się w „Hybrydach”, drugie w jakimś klubie, chyba w „Empiku”. Może w odwrotnej kolejności — oba spotkania zlewają mi się w jedno. Wiem, że Broniewski, zobaczywszy mnie gdzieś w końcu sali, zaprosił mnie specjalnie do pierwszego rzędu i wyprosił jakiegoś urzędnika bodaj ze stołecznej czy dzielnicowej Rady Narodowej — tłumacząc, że poeci są ważniejsi.

Któraś z tych imprez — chyba ta w „Hybrydach” — poprzedzona została recytacją Ostatniej wojny. Wiersz niby wcześniej czytałem, lecz usłyszawszy jego wykonanie, postanowiłem nauczyć się go na pamięć. Myślę, że gdyby ktoś podrzucił mi w odpowiednim momencie słowo — wyrecytowałbym ten poemat i dzisiaj. Jeden z najlepszych, Majakowski wysiada! I chyba podczas tej imprezy Broniewski opowiedział, jak powstawało Słowo o Stalinie. Nie wprost, nie wprowadzał nas w tajniki warsztatu. Opowiedział o dramacie zaprzyjaźnionego poety, którego narzeczona zdradziła z jakimś ubekiem. Podobno żeby tego poetę ocalić. Oczywiście przyjaciel Broniewskiego miał bardzo, bardzo mieszane uczucia.

 

— Jak mogłaś to zrobić?! — pytał z płaczem.

— Wiedziałam, że muszę to zrobić. Schlam się, rozstawię nogi, a potem nie będę pamiętać.

W podobny sposób, w ciągu trwającego trzy dni pijaństwa, powstało Słowo o Stalinie.

Po „Hybrydowej” imprezie poeta zaprosił paru nieznanych mi działaczy studenckich i mnie, jeszcze ucznia, do knajpy, która mieściła się niemal naprzeciwko klubu, też na Mokotowskiej. Postawił wódkę. Jako szermierz i harcerz, do tego tajnej drużyny im. Piłsudskiego, powiedziałem, że nie piję. Broniewski powiedział, żebym jednak zrobił wyjątek. „To, że odmawiasz (mówił mi „ty”), to dla ciebie normalka. Ale jak zrobisz wyjątek — zapamiętasz do końca życia. Poza tym będziesz bardziej prawdziwy, mniej książkowy. Takie dążenie do doskonałości może się dla ciebie źle skończyć”, ostrzegł. Wzniósł toast za poezję. Po chwili wahania wypiłem. Myślę, że gdybym nie wypił, nie pamiętałbym tamtego spotkania. I chyba byłbym mniej prawdziwy.