Przedwiośnie ’68. Fakty i mity owiane mgłą

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Bohdan Urbankowski

Przedwiośnie ‘68. Fakty i mity owiane mgłą


ISBN 978-83-8202-240-7


Copyright © Bohdan Urbankowski, 2021

All rights reserved Projekt okładki i stron tytułowych Agnieszka Herman Skład i łamanie Teodor Jeske-Choiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Parę słów wstępu

Zbliża się marzec, a z nim — kolejna rocznica studenckiego Przedwiośnia. Coraz mniej liczni uczestnicy marcowych zdarzeń niepostrzeżenie będą dogorywać na prowincji. Jedni zamkną się w gorzkim milczeniu, drudzy będą rekompensować swą klęskę bohaterskimi fantazjami. Ostrzeżeniem mogą być dla nas biografie osób tak zacnych, jak Marek Edelman czy Lech Wałęsa. Zanim więc śladem pierwszego uznam się za wodza powstania, a nawet dwóch, zanim śladem drugiego ujawnię swój wpływ na dzieje i opowiem, jak pomagałem Staremu przy stworzeniu świata (Ja Mu mówię: weź kawałek niczego…) — parę wspomnień ze studenckiego Przedwiośnia. Tak, jak je jeszcze pamiętam.

Oczywiście, te wspomnienia są opisem wydarzeń z mojego punktu widzenia, to znaczy z okna akademika na Kickiego. Niewielka wiedza polityczna mieszała się z entuzjazmem, studenckie dowcipy — z narodowymi świętościami. Tak było owego przedwiośnia na Kickiego. Lecz miałem szczęście: przez wiele dni tam biło serce polskości.

Moje wspomnienia będę musiał skonfrontować nie tylko z relacjami innych, lecz także z wiedzą jawną i tajemną, która poniewiera się od lat w dokumentach, i — co najtrudniejsze — z marcowymi hagadami. Wrócę do tego za chwilę.

Należę do pokolenia, którego pierwsze dni to Powstanie Warszawskie i obóz niemiecki w Pruszkowie — byłem wtedy raczej przedmiotem niż podmiotem wydarzeń. Spóźniliśmy się także na Poznań — spóźniliśmy się w sensie dosłownym: w końcu czerwca 1956 uciekliśmy z kolegą z kolonii, by wziąć udział w Powstaniu Poznańskim. Niestety, ale może na szczęście dla nas, powstanie wcześniej upadło. Powiedział nam o tym wychowawca, który dogonił nas na motocyklu. Nie ochrzanił za ucieczkę z kolonii, płakał jak my.

Naszym pokoleniowym doświadczeniem stał się dopiero Marzec. Najpierw przedmarcowa gorączka, która zaczęła się już po wakacjach 1967 roku — poetyckie desanty i dyskusje do późnej nocy, potem niezbyt udane akcje w obronie Dziadów, wreszcie wiec na Uniwersytecie i — parę dni później — nocny strajk. W międzyczasie przeżyliśmy oblężenie bursy na Kickiego, doświadczyliśmy serdecznej troski mieszkańców Grochowa, którzy nawet zaopatrzyli nas w mnóstwo dorszy. Przeżyliśmy wtedy cudowny miesiąc wolności i często porównywaliśmy siebie do powstańców warszawskich. Oczywiście była w tym młodzieńcza egzaltacja, może i nieświadome bluźnierstwo, ale właśnie wtedy pojąłem, dlaczego Mama, pytana przeze mnie o jej Powstanie, mówiła: „Żałować? — Byliśmy wolni! To była wolna Polska!”.

Nasza Rzeczpospolita Polska była znacznie mniejsza i trwała znacznie krócej, pozwoliła nam jednak zrozumieć zrywy poprzedników, dodać naszą pracę do ich pracy i przygotować „front robót” dla następców. Czasem następcami byliśmy… znowu my. Należałem do tej grupy harcowników Marca, których pokoleniową batalią stała się potem „Solidarność” — jakby dane mi było dwa razy przeżywać młodość.

W jednym ze swoich artykułów napisałem, że studencki Marzec ’68 zaczął się w październiku 1967 roku, czyli pięć miesięcy wcześniej. Z punktu widzenia socjologii czy psychologii tłumu jest to prawda, ale trochę niepełna. Bo nie dla wszystkich się zaczął i nie wszyscy studenci wzięli udział w marcowej irredencie. Jak zwykle w takich przypadkach uczestnicy zrywu stanowili znikomą mniejszość. Nie chcę tutaj oskarżać tych, którym wtedy zabrakło odwagi, którzy mieli tysiące racjonalnych powodów, by nie wziąć udziału w rozruchach. Zamiast tego spróbuję wytłumaczyć, dlaczego ja nie mogłem nie wziąć udziału w buncie, jakie drogi prowadziły z bytomskiego podwórka na dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego.

W podtytule Przedwiośnia chciałem początkowo przeciwstawić marcowe „fakty” — „hagadom”. Uświadomiono mi jednak, że nawet współcześni studenci mogą tego słowa nie rozumieć. Nie dlatego, że są głupsi (choć są), lecz dlatego, że język zmienia się wraz z kulturą. Kiedyś słyszeliśmy to określenie podczas kazań w kościołach, funkcjonowało także w dyskusjach na polonistyce. Wywodziło się ono z komentarzy do Biblii, nie zawsze zgodnych z prawdą, ale w danym momencie przydatnych.

Wzorcową hagadą była opowieść o wyjściu przez Morze Czerwone (Hagada Paschalna), która i dokonywała sakralizacji wybranej wspólnoty, i zawierała porady praktyczne — nim uciekniesz, zaciągnij pożyczki. Hagadą była także opowieść o potopie — w znacznej części zapożyczona z eposu o Gilgameszu. Już z tych przykładów widać, że w hagadzie nie chodzi o prawdę, prawo własności czy o prawa autorskie — chodzi o przekonanie, o wywołanie nastroju, który ułatwia manipulację. Im prorok trafniej przewidywał plagi, im plagi były bardziej przerażające (żaby, komary, szarańcze, ekologowie itp.), im więcej Matuzalem miał lat (a dociągnął do 969), a Salomon zadowolonych nałożnic (oficjalnie: 700 żon-księżniczek i 300 żon drugorzędnych) — tym lepiej działała cała hagada. Nie trzeba dodawać, że hagady upowszechniały czarne wizerunki przeciwników, a żeby to uwiarygodnić — przypisywały im niepopełnione zbrodnie. Masy w to chętnie wierzyły, a hagady do nich były adresowane. Można powiedzieć, że zapowiadały współczesne przemówienia wyborcze, fake newsy i inne narzędzia wojny informacyjnej.

Z upływem czasu znaczenie tego pojęcia uległo poszerzeniu — człowiek współczesny bardziej żyje w świecie hagad niż w historycznej rzeczywistości. Jest to i przyjemniejsze, i łatwiejsze — dlatego walka o prawdę historyczną jest tak trudna. Udało nam się odkłamać radziecką hagadę o Niemcach mordujących Polaków w Katyniu i PRL-owską o braterskim wyzwoleniu Polski przez Rosjan. Pokutują jednak hagady o złych Żydach, którzy z inspiracji Amerykanów, a może i Arabów, wywołali rozruchy marcowe, o tysiącach wygnanych, znów za Morze Czerwone, Żydów, o tym, że przywódcami Marca byli trzej młodzi i jeszcze młodsi komuniści — choć dwóch z nich nie brało w studenckim Przedwiośniu udziału, a trzeci został już na początku kapusiem. Większość tych opowieści wyprodukowali dziennikarze Moczara, lecz niektóre okazały się przydatne również dla dziennikarzy i aparatczyków, którzy wtedy wyjechali z PRL. Marcowe hagady, czyli mity, produkowane były w dwóch wytwórniach, nagłaśniane przez media krajowe i zagraniczne, zostały mocno wmontowane w opowieść o polskiej historii, wiem, że niełatwo będzie z nimi walczyć, ale wiem też, że byłoby czymś niegodnym nie podjąć takiej próby. Liczę też, że może moja praca ożywi wspomnienia uczestników Marca na tyle, że sami sięgną po pióra i uzupełnią moje — cząstkowe przecież wspomnienia. Obraz Marca to wciąż mozaika, która wymaga wypełnienia. Bo wydarzenia Marca 1968 roku to najbardziej zakłamana część historii PRL od czasów „utrwalania władzy ludowej” i „walk z leśnymi bandami”. Co więcej, swymi korzeniami tkwią w tamtych wydarzeniach.

Póki co — w tytule i w tekście zostaną „mity” — owiane mgłą jak to w marcu.

Między wspomnieniem a historią

Pisanie o własnym życiu twórczym czy politycznym to zajęcie porównywalne z układaniem nekrologu. Porównywalne na korzyść, bo autor może uwypuklić momenty, które są w stanie pomóc w zaświatowej karierze, a po tych mniej chlubnych się prześlizgnąć. Mam nadzieję, że uda mi się tych pułapek uniknąć.

Żeby obraz był pełny, nie może być pozbawiony tła — Kto chce zrozumieć poetę, musi jechać do kraju poety. Moim krajem był Bytom, ale nie tylko.

Mała Rzeczpospolita

Z perspektywy lat wygnanie z Warszawy na Śląsk okazało się darem losu. Przyszło mi bowiem wyrastać nie w jednym mieście, a w całej Rzeczypospolitej — w Drugiej, a może nawet w Pierwszej. Znaleźliśmy się w Bytomiu jak rozbitkowie ocaleni z burzy i rzuceni na brzeg nieznanego lądu. Miasto zamieszkali Polacy z Kresów, z Warszawy, z paru miast Wielkopolski i oczywiście Ślązacy. Lwowiacy mówili piękną, pełną zaśpiewów polszczyzną, Ślązacy językiem twardym, pełnym słów ocalonych, skamieniałych niczym owad w bursztynie. Może wydać się zaskakujące, że Ślązacy stanowili mniejszość w klasie i na podwórku. Byli jednak równie gorącymi, jeśli nie gorętszymi patriotami od przybyszów. Ich ojcowie brali udział w kolejnych powstaniach, nie uciekli razem z SS w 1945 roku, nie uciekli po polskim Październiku. W roku 1956 wyjeżdżali głównie Żydzi, z naszego kręgu zniknęło dwóch kolegów i jedna śliczna dziewczyna. Wszyscy oni opuszczali Bytom z płaczem. Wraz z nimi zniknął nawiedzający nas regularnie ubek „Farys” — dobry ubek, bo brał tylko haracz, a przecież mógł powsadzać1… W wielu rodzinach nie było mężczyzn, socjologowie nazwali nas pokoleniem bez ojców. Jednym z moich kolegów był „Władek, syn Angielki”, którego ojciec, bohater bitwy o Anglię, wrócił po wojnie do Polski i zniknął w ubeckim więzieniu; ojców dwóch innych zamordowali Niemcy i wychowywali ich ojczymowie, ojciec kolejnego był kupcem, matka rozrywkową dziewczyną z Buska-Zdroju itd. Ja dorastałem w dość typowej rodzinie: matka + babka + wnuk, czyli ja.

 

Pokolenie bez ojców było pokoleniem z książkowymi nieco charakterami — pozbawieni rodzinnych męskich wzorców w rodzinach, szukaliśmy ich w książkach. Oczywiście w Trylogii i w Trzech muszkieterach, ale także w zakazanej wówczas książce o Winnetou; ja dodatkowo wyrastałem na książce o Piłsudskim. Była rodzinną relikwią i z niej uczyłem się czytać. Od pewnego momentu w rodzinie zaczęła krążyć książka Stanisława Podlewskiego Przemarsz przez piekło — warszawiacy szukali w niej swoich przeżyć i cieni swoich znajomych. Miejscowi, bytomscy Polacy wnieśli do kanonu naszych lektur fascynację Zofią Kossak-Szczucką i Gustawem Morcinkiem. Najliczniejsza grupa — lwowiacy — nie mieli jednej ulubionej książki. Ale i oni posiadali swój święty tekst: gdy zebrali się w kilku, śpiewali o Jurku Bitschanie i płakali. My dołączaliśmy do nich i w śpiewie, i we wzruszeniu. Gdy po latach w Chicago trafiłem na grupę lwowskich wygnańców, też śpiewali o Jurku Bitschanie. Śpiewałem z nimi i razem z nimi płakałem.

Dzięki tym fascynacjom książkami i legendami — bądźmy słusznie dumni — wyrosło z nas pokolenie ludzi wybitnych w najróżniejszych dziedzinach. Dawni wielbiciele Dumasa założyli Klub Muszkieterów, wstąpili do KKS Bytom, a potem odnosili sukcesy na planszach całej Polski. Jedno ze zdjęć finalistów turnieju szablowego obiegło swego czasu pół Polski. Na czterech finalistów trzech to bytomscy „Muszkieterowie”: Kazio Mosulak, Waldemar Filipowicz i piszący te słowa. Koledzy, którzy poszli na politechnikę w Gliwicach, byli pierwszym rocznikiem cybernetystów. Jednego wzięli do wojska i został superszpiegiem komputerowym, inny — fizykiem jądrowym, jeszcze inny — oficerem statku MS „Conrad”, który Amerykanie zbombardowali w Wietnamie. Wszystkich jednak przebiła Z. — najpiękniejsza dziewczyna w szkole, która została wybitną bizneswoman, założyła jedną z pierwszych agencji towarzyskich, ich filie tętniły życiem w każdym nieomal mieście Śląska, oczywiście dla kolegów szkolnych rabat. Przepraszam, jednak był ktoś sławniejszy: Tomek P., który zabił ciotkę młotkiem. Zeznawał, że pod wpływem Dostojewskiego zapytał siebie, czy da radę — i, jak się okazało, dał. Wszystkie śląskie gazety o nim pisały, miał dostać czapę, dostał 25 lat, wypuścili go wcześniej, nowa twarz, nowa tożsamość, nie mieszka już w Bytomiu i nie ma na imię Tomek.

No i ja w tym świetnym gronie — poeta.

Dzięki tej arcypolskiej i wybuchowej mieszance od dzieciństwa mieliśmy wiedzę o regionalnych kulturach, obyczajach i smakołykach, ale i o krwawych deportacjach, o Katyniu, o Powstaniu Warszawskim, o trzech Powstaniach Śląskich. Nasi koledzy będą się uczyć o tym wszystkim z książek, bez wzruszenia, a my ze wzruszeniem i z poparciem najwyższych autorytetów — matek, które były wdowami, ojców, którzy zjawiali się w snach.

Ta wspólnota wygnańców była rzeczywistą wspólnotą, w staropolskim znaczeniu tego słowa, żywych, ale i martwych. Wzajemne odwiedziny, huczne, choć najczęściej biedne święta rodzinne. W kłopotach zawsze można było liczyć na sąsiedzką pomoc. Czy uwierzycie, że w naszej kamienicy nie zamykało się drzwi?

Pierwszą szkołą życia było podwórko, drugą — państwowa szkoła. Myślę, że rację miał Bismarck, mówiąc, że Polacy wraz z mlekiem matki wysysają zdolności do konspiracji. Świadomie albo częściej nieświadomie chodziliśmy ścieżkami podobnymi do tych, którymi chodzili filomaci czy później konspiratorzy ze „Spójni” braci Piłsudskich.

Pierwszą formą naszej politycznej, ba, niepodległościowej działalności było zorganizowanie Bandy Białego Orła. Walczyliśmy ze śląską, lecz proniemiecką bandą „Maliny” — o Księdza Ogród (pełen zakazanych owoców) i o staw na placu Słowiańskim. Na murach rzeczywiście malowaliśmy orły i — co było prostsze — ramię z mieczem. Dało się je wykonać paroma kreskami kredą, a częściej węglem. Zmieniliśmy też nazwę na lepiej brzmiącą: Loża Białego Orła. Ale dalej napieprzaliśmy się z bandą „Maliny”, innych zresztą w okolicy nie było. Wyniki walk były zmienne, ostatecznie my wygraliśmy: Najpierw przejęliśmy Księdza Ogród, co oznaczało kontrolę nad wierzbami i schronem, potem dyskretną kontrolę nad sadem parafialnym wraz z owocami, a w końcu „Malina” z rodzicami i częścią swojej bandy wyjechał do NRF.

Podwójna drużyna harcerska

W podstawówce należałem do harcerstwa. Wszyscy należeli. Klasa to zastęp, trzy rzędy ławek to trzy „ogniwa”. Gdzie tutaj konspiracja? Ano w tym, że była to tzw. „drużyna zewnętrzna”, prócz niej istniała także „wewnętrzna”. Powstała przez utajnienie części tej pierwszej drużyny. Na fali odnowy, chyba w końcówce roku 1955, założyliśmy jawną drużynę im. Józefa Piłsudskiego. Przecinało się czerwone chusty na pół, doszywało białe połówki i frędzle, przeważnie obcinane od firanek. Potem prosiło się damę serca o wyhaftowanie inicjałów JP i można było brać się do podkopywania fundamentów ustroju.

Jeśli ktoś w tym miejscu zauważy, że przecież mieliśmy dopiero po 12–13 lat — wyrażę radość i wyjaśnię: my po prostu dojrzewaliśmy wcześniej.

Formy naszego działania były typowo polskie: przede wszystkim tajne zebrania i tajna, latająca biblioteka. Jej ozdobą była wspominana już moja książka o Piłsudskim z podpisem Starzyńskiego. Mama dostała ją jako nagrodę za świetnie zdaną maturę, uratowała ją z płonącego mieszkania wraz z książką do francuskiego, z której uczyli się wraz z ojcem. (A właściwie to ona go uczyła). Książka przeszła przez obóz, potem przez Góry Świętokrzyskie, aż trafiła do bytomskiego mieszkania. Czasem wynosiłem ją z domu — lecz tylko do piwnicy, można ją było czytać tylko „na miejscu”, to znaczy w klubie „Boruta”, przy placu Słowiańskim 5. Była to najprawdziwsza piwnica, uzyskana w efekcie starannego zdemolowania przez nas starej, poniemieckiej jeszcze pralni. Udało nam się przekonać mieszkańców domu, że kocioł jest do niczego — na wszelki wypadek wynieśliśmy go nie na nasze, lecz na sąsiednie podwórko. Wspominam o tej piwnicy, bo i o niej znajdzie się po latach wspomnienie w marcowym poemacie.

W dni cieplejsze spotykaliśmy się w Księdza Ogrodzie, pod ogromną wierzbą, wystarczyło przeskoczyć przez płot. Pod tą wierzbą składaliśmy też co uroczystsze przysięgi, a nawet zawieraliśmy śluby. Wiem, że połowa obecnych ma teraz jakieś nieskromne skojarzenia, zapominając, że byliśmy harcerzami. Nic z tych rzeczy. Śluby były prawdziwe, z prawdziwymi obrączkami z prawdziwej trawy.

Oprócz tradycyjnej konspiracji uprawialiśmy gry i zabawy odpowiednie dla wieku: graliśmy w piłkę i w fenigi, pływaliśmy po sztucznym stawie, kradliśmy z magazynu butelki, by odsprzedawać je w punktach skupu tego samego magazynu.

Wspomniałem, że w roku 1955 założyliśmy drużynę im. Piłsudskiego — rok później musieliśmy już zmieniać patrona. Wybraliśmy Józefa Poniatowskiego, żeby nie przerabiać inicjałów JP haftowanych na biało-czerwonych chustach przez damy naszych serc. Znów ktoś powie: koniunkturalizm. Znów błąd! Drużyna działała na zasadzie tajnych związków — gdy ktoś okazywał się „równy”, prowadziło się go do harcówki, w której królował obraz Poniatowskiego, zdejmowało się obraz, spod którego wyłaniał się nasz portret Piłsudskiego, trochę zniszczony, bo przedwojenny, prawdziwy. Zapalały się świece, a nowo wprowadzony harcerz składał przysięgę wzorowaną na akowskiej, której nauczyłem się dzięki Mamie. Uderzenie szablą w ramię kończyło ceremonię. To była „drużyna wewnętrzna”.

Była ona mniej liczna, jej główną formę działania stanowiło tajne nauczanie, czasem wspólne wycieczki — bliżej, do Dąbrowy czy Świerklańca, i dalej, np. do Będzina, skąd niemal wszystkie drogi wiodły do Jury i następnych zamków. W ramach działań tej wewnętrznej drużyny doszło do pierwszej politycznej akcji w naszym życiu — jesienią 1956 roku. Wspominałem już o niej, lecz przypomnę: kreśliliśmy na murach kawałkami cegieł czerwone krzyże i szliśmy oddawać krew. Oczywiście nie bez trzepotu serc, lecz odruchowy lęk pokrywaliśmy żartem: będziemy mieli teraz krewnych na Węgrzech. I pewno mamy.

Jednym z bardziej pogodnych pomysłów była akcja upiększania miasta. Malowaliśmy na przykład zeschłe drzewa w żywe kolory, na murach jakieś rośliny… Najczęściej malowaliśmy po nocach, a rano mieszkańcy Bytomia budzili się na piękniejszej ulicy. Akcje dzienne były znacznie trudniejsze. Zdarzało się, że malowaliśmy coś pięknego na szarej ścianie, gdy podjeżdżali milicjanci i trzeba było zwiewać. Zdarzało się, że nie zdążyliśmy zwiać i musieliśmy składać się na łapówkę dla „gliniarza”. W ten sposób straciliśmy dwie drabiny i kilkaset złotych.

Gdy rozeszliśmy się potem do szkół średnich, jeszcze przez prawie dwa lata udawało nam się zachować wewnętrzną drużynę Piłsudskiego, jeszcze dwa lata chodziliśmy do dawnej podstawówki. Grupa jednak topniała i co gorsze, wśród młodszych uczniów nie mogliśmy znaleźć nikogo, kto nadawałby się do wewnętrznej drużyny. Spotkania w starej szkole stawały się coraz rzadsze, co nie znaczy, że nagle staliśmy się grzecznymi synkami i przestaliśmy podgryzać korzenie ustroju. Wymyśliliśmy jednak nowe miejsca i nowe formy podgryzania. Z sentymentem wspominaliśmy i wspominamy podstawówkę, która uczyła podstaw konspiracji i patriotyzmu.

Gimnazjum Polskie w PRL

Los chciał, że z podstawówki oznaczonej numerem 4 (po pewnym czasie patronatem objął ją Kopernik) przeszliśmy do Liceum im. Jana Smolenia oznaczonego tym samym numerem.

Liceum kontynuowało tradycje dawnego Gimnazjum Polskiego w Niemczech, miało najlepszych w Bytomiu wykładowców, obowiązywał egzamin wstępny. Była to wówczas jedyna szkoła, w której udało się obronić lekcje religii — wywalczył je dyrektor Stanisław Huk, lwowiak chytry, powołując się właśnie na tradycje Gimnazjum Polskiego. W szkole w Niemczech była religia, a tutaj ma nie być? — pytał retorycznie. I władze ustąpiły.

Mieliśmy wówczas w sercach więcej wątpliwości niż dogmatów, ale nie lubiliśmy „czerwonych” i nie lubiliśmy, by nam ktoś czegoś zabraniał. Więc ostentacyjnie chodziliśmy do kościoła, ostentacyjnie wybraliśmy też szkołę, co wcale nie było proste: do tej szkoły zawsze było tyle podań, że trzeba było przejść nie tylko egzamin, ale jeszcze coś w rodzaju kolokwium. Od jesieni 1957 roku zacząłem naukę w nowej i naprawdę elitarnej szkole. Ta elitarność została od przedwojnia. Ze względu na ostre kontrole niemieckich władz oświatowych program nauczania w polskim gimnazjum musiał być na najwyższym poziomie. Nie tylko nauczania: uczniowie mieli świetną drużynę piłkarską, a także — ze względów oczywistych — kółko bokserskie, a nawet klub taneczny. Musieli być najlepsi w mieście — i byli. Po wojnie gimnazjum również miało elitarny charakter i również polityczne kłopoty ze względu na rozsadzający je żywioł „lwowski”, w mniejszym stopniu „warszawski”. Warszawiaków było mniej niż tych z Kresów, tubylcy początkowo jednych i drugich nazywali „Góralami” — my ich nazywaliśmy „Hanysami”. Najczęściej biliśmy się z uczniami Technikum Górniczego, bo po pierwsze — było najbliżej, a po drugie — tam uczyły się prawie wyłącznie „Hanysy”. Do dobrego tonu należało wzajemne zrywanie sobie czapek i odrywanie tarcz, które uczniowie nosili na ramionach. Jeśli w trakcie tej operacji „Hanys” stał spokojnie — w dziób nie dostawał. Ale honor tracił. Miałem w domu całą kolekcję ich czapek, po latach przekazałem ją do archiwum szkolnego Klubu Artystów Anarchistów.

W Liceum Smolenia mieliśmy naszą „scenę” — wielką świetlicę ze sceną, a nawet małym zapleczem dla aktorów, mieliśmy ścienną gazetkę i własną radiostację. Audycje nagrywaliśmy na taśmę magnetofonową, odtwarzaliśmy z radiowęzła przy gabinecie dyrektora, potem taśmy wędrowały do szkoły przy Żeromskiego, dzięki czemu radiostacja mogła nosić dumne miano: Międzyszkolna Radiostacja UHO. Nazwa wzięła się od pierwszych liter nazwisk organizatorów: Urbankowski, Hnatyszyn, Opolska. Potem szkoła Opolskiej, ta przy ulicy Żeromskiego, odpadła — była to szkoła TPD, Lalce Opolskiej obniżono nawet zachowanie, więc nasza radiostacja była już tylko szkolna, lecz nadal nazywała się UHO. „Poważnej” nazwy dla całego klubu wciąż nie potrafiliśmy wymyślić.

Najważniejszą formą działania było radio. Kilka rodzin w Bytomiu miało już magnetofony, więc audycje nie kończyły żywota po jednej emisji. Prócz radia uruchomiliśmy też scenę i gazetkę. Wywieszaliśmy na niej (w szlachetniejszym sensie tego słowa) wiersze i artykuły, w pewnym momencie znalazł się tam mój wiersz Kordian i Cham, który był polemiką z nachalną książką Kruczkowskiego o tym samym tytule. Kordian i cham Kruczkowskiego został sprawiedliwie zapomniany, mój wiersz oderwał się od czasu i gazetki — okazał się aktualny w Marcu ’68. Drugą siedzibę mieliśmy nadal w klubie „Boruta”; tu odbywały się najbardziej tajne narady i wykłady — trwające często do nocy.

 

Z dwoma współzałożycielami naszego ruchu: malarzem Andrzejem Zapłatyńskim i pianistą Staszkiem Śliwińskim, łączyło mnie to samo podwórko i piwnica „Boruta”, z dwoma innymi: Adamem Kaczorowskim i Jurkiem Hnatyszynem, wspólna klasa w ogólniaku i znów „Boruta”. Można w nim było siedzieć do oporu — ostatni gasił światło i umieszczał w tajnej skrytce klucz, by był dostępny dla tych, którzy nazajutrz przyjdą jako pierwsi. W klubie zrobiliśmy też dla mieszkańców parę spotkań — przeważnie poetyckich i kabaretowych; zapraszaliśmy również „dorosłych”, którzy nie mieli szans, by się dostać do szkół. Był wśród nich i lotnik polski z Anglii, i lwowiak, który wrócił z łagru, i łączniczka z Powstania Warszawskiego. Czytaliśmy też wiersze poetów emigracyjnych, dyskutowaliśmy o plebanii w Wyszkowie, Brzozowskim, a nawet Kropotkinie, ale przez długi czas nie uważaliśmy siebie za polityczną opozycję, raczej za zwykłych polskich gimnazjalistów, którzy nie lubią, jak im się czegoś zakazuje.

W politykę wdaliśmy się niechcący, a może to ona po nas przyszła. Podczas letnich wakacji 1959 roku byłem z Mamą, jak każdego roku, w Warszawie. Zaprowadziła mnie wtedy na jedno ze starych podwórek i pokazała namalowane na murze sylwetki powstańców. Były podobne do sylwetek ofiar malowanych czasem na jezdni, tyle że nie w pozycji leżącej. Jedna postać podnosiła granat, sylwetki chłopca i dziewczyny stały jakby oparte o mur, trzymając się za ręce. Czyjeś ręce narysowały je kredą jeszcze w 1944 roku, czyjeś je potem odnawiały… W czasach stalinowskich to była nawet taka gra: bezpieka ścierała ściany — rodacy odnawiali rysunki. Po powrocie do domu opowiedziałem o wszystkim kolegom i postanowiliśmy powtórzyć te rysunki na bytomskich ścianach. Niestety przyłapała nas milicja. Wtedy to po raz pierwszy przeżyłem prawdziwe przesłuchanie. Muszę wyznać, że odbyło się w cywilizowanej atmosferze, w obecności Mamy, która wcale nie płakała, a tylko zaciskała zęby.

Milicjant parę razy podniósł głos, za jeden wrzask jestem mu wdzięczny do dzisiaj. W pewnym momencie bowiem krzyknął, że władza ludowa nie pozwala, żebym robił anarchizm na murach. Może użył nieco innych sformułowań, lecz mnie i to się spodobało. Nazajutrz poleciałem do kolegów ze szkolnej konspiracji jak na skrzydłach. Mieliśmy tajne kółko samokształceniowe, mieliśmy radiostację UHO, spotykaliśmy się coraz rzadziej w dawnej podstawówce, a coraz częściej w podziemnej „Borucie” — a wciąż nie mieliśmy nazwy. I teraz ów tępy milicjant podrzucił nam nazwę, która przejdzie do historii: Klub Artystów Anarchistów. Koledzy zgodzili się entuzjastycznie. Kolejna gazetka, którą wywiesiliśmy na ścianie, nosiła już tajemniczy tytuł KAA.

Nim opowiem o dalszej działalności, dokończę opowieść o naszym milicyjnym „ojcu chrzestnym”. Interwencja MO w moje życie nie ograniczyła się do wizyty w domu. Oficer milicji poszedł również do dyrektora mojej szkoły, ten jednak nie wezwał mnie natychmiast, a dopiero po wyjściu milicjanta. Reprymenda była dość dziwna: dyrektor spytał, czy wiem, za co złodziej bije swego syna? Bije nie za to, że kradnie, tylko za to, że zostawia odciski palców na słoikach! Stopień ze sprawowania jednak mi obniżył. Nie byłoby to żadną karą, gdyby nie fakt, że oznaczało cofnięcie skromnego stypendium.