Krew nie wysycha nigdy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Bohdan Urbankowski

Krew nie wysycha nigdy


ISBN 978-83-8116-026-1


Copyright © Bohdan Urbankowski, 2017

All rights reserved Redakcja Paulina Tomczyk Monika Ślusarska Projekt okładki i stron tytułowych Krzysztof Kibart www.designpartners.pl Fotografia na okładce (leśna droga prowadząca do grobów w Katyniu) East News/Laski Diffusion Projekt graficzny i opracowanie techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydawnictwo dołożyło należytej staranności w celu odnalezienia właścicieli i dysponentów praw autorskich do tłumaczeń wierszy zamieszczonych w książce. W razie wątpliwości prosimy o kontakt. Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

SZALONY DOM NAD PIECZORĄ

Pogrom w Płoskirowie

Prolog

Trzykrotna opowieść

Ciemne tło zdarzeń — operacja polska NKWD

DARY UMARŁYCH

Żeby nie wyrósł mściciel

Orgia na Pieczorze

Początek koszmaru

Skazany za powstanie styczniowe

Podarunki zmarłych — drzewo

Mickiewicz i Jesienin w jednym łagrze

Zło złem zwyciężaj, czyli szpital po raz pierwszy

Koniec kłopotów

Podarunki zmarłych — ubrania

Pieśń o wszy

Witamy w piekle

POCIĄG DO MARLIŃSKA

Rozwój postępowej placówki komunizmu

Dwóch filozofów i pomocnik organisty

Rozmowa filozofów

Legenda o nieśmiertelności

Pociąg życia do Marlińska

Chemik

W ostatniej chwili

SPRAWIEDLIWE PSY

Zwykły dzień w szalonym domu

Pierwsze wyroki

Tajemnica Ahaswera

Sądny dzień

Stary się uratował

Epilog

DELEGAT RZĄDU NIE PRZYSZEDŁ

Narada — 19 lutego 1943 roku

Przeczucia się potwierdzają

„Kruk” i „Sokół”

Eleganccy panowie wyglądający na konspiratorów

Wstępne, zbędne zresztą, hipotezy

Polowanie na „Żółwia”

Balanga Hauptscharführera Müllera

Zaczęło się w Parośli

Rozmowa z „Oskarem”

Niewinny

Polityczne porady „Żółwia”

W teren

Ludmiłówka

Sprawozdanie

Ostatnia rozmowa z „Żółwiem”

Jedna z rozmów

Mord na Krasińskiego

Spotkanie po wojnie

Dintojra

PAN STEFAN I WIELKI ILUZJONISTA

Noże naszej młodości

Pojedynek na śmierć i życie

W salonie i w dobrym towarzystwie

Prawdziwa magia świata

Wyprawa do Wiednia

Doktor Z.

Lampka wina u wybrzeży kosmosu

Magia na klatce

Sprawa Askenazego

Koperta Piłsudskiego

Cudowne życie, w paru miejscach racjonalne

Niedziela na magicznej Pradze

Magia po sąsiedzku

Ostatnia wizyta profesora

W świecie Kopernika

Z Berlina

Projekt Biskupin

Spotkania bez muzyka

Wizyta

Zdarzenia rozbiły formę czasu

Coraz rzadsze spotkania

Parę następnych dni

Bić się czy nie bić

Kończył się lipiec

 

Co powiedziane i co przemilczane

W Warszawie wybuchło Powstanie

Gra w chowanego

Raz jeszcze u księdza Jana

Pierwsza wersja raportu

Noc, potem ranek

Epilog

FOTOMONTAŻ

Brasillach aresztowany

Rozmowa z Aleksem

Jean-Paul — korekta

Kilka godzin z Simone

Następne sensacje na temat Brasillacha od Simone

Następnego dnia — podzielenie się wątpliwościami z Aleksem

Jean-Paul i jednak brak kolejnego sprostowania

19 stycznia 1945 roku — proces

Aleks o kulisach procesu

Chartres

Zdobycie listy

Pierwsza kłótnia

Walka o wolność słowa jest walką o życie

Obietnica

Co się stało?

Ofiar byle jakich bogowie nie przyjmują

Próby zrozumienia

Sprawa fotografii Brasillacha

Poczułem ten okropny odór

MR HILLS POPEŁNIA SAMOBÓJSTWO

Londyn

Triest

Dubrownik

Knajpka poza czasem i przestrzenią

Morze, Johnnie Walker i inni dżentelmeni

Życie, czyli mniejsze Duino

Listy od skazanych i umarłych

CUD BIAŁEJ MADONNY

Drewniane dzwony

Do Miechowic. Pomóc Bożej pamięci

Miechowice–Stolarzowice. Lokalna droga krzyżowa

Obława na umarłych

Ostatnia zmiana warty

Pomóc Bożej sprawiedliwości

Więc trza zacząć od początku, nie?

MIASTECZKO, W KTÓRYM DZIEŃ TRWAŁ DŁUŻEJ

Najmłodszy brat

Miasteczko, w którym dzień trwa dłużej

Niespodziewany list

Niespodziewana wizyta

Spotkanie w Katowicach

Kartka z gór

Druga wyprawa na szczyt zaczarowanej góry

Napad

Harcerz i historia

Ostatnie spotkania

CIEŃ GÓRY BROCKEN

Miasto pułapka

Do podróży niezbędne są legendy i likier

Druga próba wyjazdu. Dworzec, z którego nie odjeżdżają pociągi

Okrutna pora roku

Chyba fotomontaże

A ja cię znam

Trzecia próba wyjazdu. Piwnica Auerbacha i kuchnia Małgorzaty

Szukanie i przeszukanie

Czy klątwa przestaje działać?

Organizacja śmierci

Na ratunek

Tymczasem Michał...

Początek wycieczki w głąb starej baśni

Przyjazd do pensjonatu

Hexentanzplatz. Przystanek poza rozkładem

Niespodzianka

Komisariat Wernigerode

Wybory Królowej

Spotkanie w Pension Brocken

Zagubiony

Na szczycie

POSŁOWIE

Opowieść jako sensowny model świata

Spłata długów

O AUTORZE

Lata szkolne

Studia, nauka

Praca zarobkowa

Działalność w drugim obiegu

W III RP

Dramaty, słuchowiska, widowiska

Imprezy, tomiki, nagrody poetyckie

SZALONY DOM NAD PIECZORĄ

Pamięci Amelii z Tromszczyńskich Fominowej

i Eugeniusza Fomina

Pogrom w Płoskirowie

Płoskirów, miasto ogród nad Bohem, nazywano przed laty jednym z dwóch cudów Podola. Za drugi uchodziła twierdza kamieniecka. Miasto było w przeważającej części polskie i barokowe, przedmieście Greczany — nawet w stu procentach. W mieście działał teatr, galeria, koncerty szopenowskie ściągały Polaków z całej Ukrainy. Mówiono, że nie car i nie Lenin tu rządzi, tylko Szopen. Nad miastem królował kościół Świętej Anny, zbudowany na wzgórzu, na którym wcześniej stał zamek. Świątynia została wzniesiona z kamieni tego zamku — czuło się w niej moc starej twierdzy i zarazem obecność Boga.

Pani Lidia, wówczas jeszcze Lidka, mieszkała w Greczanach przy Wiśniowej, na tym końcu, co bardziej oddalony od kościoła. I to ona zaczynała zbieranie przyjaciółek na niedzielną mszę odprawianą przez księdza Kwaśniewskiego. Zatrzymywały się nawet przed domkiem Kamy, lecz tylko po to, by wymienić pocałunki. Kama była Żydówką. Potem biegły, trzymając się za ręce — i przeważnie się spóźniały. Ksiądz jednak nie zaczynał bez dziewcząt z Wiśniowej, jakby wiedział, że na pewno przybiegną.

Jednego razu msza się nie odbyła. Księdza aresztowano. Kościół wyglądał jak zmasakrowany człowiek — powybijane witraże, potrzaskane organy, poszarpane jak ludzka skóra obrazy.

Już wcześniej, jakby los ostrzegał kapłana, napadali na niego kilkakrotnie „nieznani sprawcy”. Zdarzało się, że odprawiał mszę z twarzą posiniaczoną i opuchniętą, że podnosił kielich ku górze rękami owiniętymi w bandaże. Namawiano go, by uciekł do Polski — do granicznego Zbrucza było blisko. „Pasterz nie może zostawić swojej owczarni” — odpowiadał niezmiennie.

Płoskirów ujął się za księdzem. Zbierano podpisy, kilka zakładów stanęło — rzecz niezwykła w tym państwie strachu. I nagle stał się cud: władze zgodziły się na „mszę pożegnalną”.

Jeszcze przed świtem zaczęły się zbierać tłumy, wiele twarzy widziano tu po raz pierwszy, ludzie nie mogli się pomieścić w kościele, stali na zewnątrz mimo ostrego mrozu. Dopiero koło południa przywieziono księdza. Szedł przez kościół, dzwoniąc kajdanami, słaniając się z wyczerpania — blady, z zapadniętymi policzkami i przewiązanym, może już wyłupionym, okiem. Szaty liturgiczne wisiały na nim, jakby Bóg ubrał w nie szkielet. Podniósł ręce do góry, zabrzęczały kajdany i nagle zaświeciło słońce, wpadając przez wstawione cudowną siłą witraże, rozległa się muzyka — zupełnie jakby potrzaskane organy same z siebie zaczęły grać. Potem próbowano wyjaśniać, że organistę wprawdzie aresztowano, lecz do organów dorwał się jego pomocnik. Jednocześnie w kościele pojawiły się jakieś cienie; sylwety w czarnych płaszczach zaczęły otaczać księdza, jakieś ręce zatkały mu usta, nie mógł wygłosić kazania. Potem ręce zaczęły wlec księdza w stronę zakrystii, karabinowe kolby uderzały w twarze wiernych. Komunii też nie będzie! A kiedy ludzie próbowali wyrwać księdza oprawcom, ciemne sylwety rzuciły się na tłum, nad ludzkimi głowami zawisły stalowe szpony karabinów.

Wtedy Lidka ostatni raz widziała swoją przyjaciółkę. Kama nie chodziła do kościoła, uważała się za komunistkę, a jednak... Dziewczęta zaczęły przedzierać się do siebie, były blisko, gdy rozległy się strzały. Tłum rzucił się do ucieczki, uniósł je w różne strony...

Taki sam pogrom rozpoczęli Rosjanie na zewnątrz. Na ludzi — jak za carskich czasów — zaszarżowali Kozacy, tratowali klęczących kopytami, cięli szablami — nie płazowali, tylko cięli. Kamienie Płoskirowa spłynęły krwią.

 

Księdza Kwaśniewskiego wywieziono. Operacja „msza pożegnalna” miała służyć jedynie temu, by wyłapać polskich prowodyrów i wrogów rewolucji. Władze jednak nie przypuszczały, że będzie ich tak wielu. Nie udało się aresztować wszystkich za jednym zamachem. Wywożenie mieszkańców trwało jeszcze wiele, wiele dni, setki złapanych mordowano też na miejscu — pod ścianami domów, na podwórkach. Potem ich ciała gdzieś znikały.

Zamordowano też kościół. Którejś nocy mieszkańców Płoskirowa zerwał na nogi potężny grzmot wybuchu. Po chwili nad wzgórzem kościelnym rozgorzała łuna, potem buchnęły płomienie, jakby góra przemieniła się w wulkan. Rano nikt nie mógł poznać tego miejsca. Potężna bryła kościoła zniknęła. Na miejscu ołtarza zionął krater jak po wybuchu bomby, wokół krateru same ruiny — jak ludzie z podniesionymi rękami.

Mimo że nie było ani kapłana, ani świątyni, wierni przychodzili na wzgórze, klękali — jakby ktoś niewidzialny odprawiał nabożeństwo, podpowiadał słowa modlitwy. Wśród ruin, niczym drzewo życia, każdej nocy wyrastał krzyż. Każdego ranka ręce katów wyrywały go z ziemi. Każdej nocy wyrastał nowy. Lecz modlących się było coraz mniej. Czarne autobusy z zamalowanymi na czarno oknami krążyły po mieście i wyłapywały kolejne ofiary. Płoskirów był coraz bardziej pusty.

Którejś nocy przyszli także po Lidkę.

Prolog
Trzykrotna opowieść

Czy można stworzyć łagier w łagrze, jakim jest Rosja? Czy można stworzyć dom wariatów w tym łagrze? Wydawałoby się, że nie można, a jeśli nawet można, to przecież nie warto — a jednak!

Historię, którą właśnie rozpoczynam, życie podsuwało mi trzy razy.

Po raz pierwszy historię o „szalonym domu” nad Pieczorą opowiedziała mi znajoma teściów, pani Lidia, która w czasach sowieckich pogromów została wywieziona z Płoskirowa. Rosjanie czyścili państwo z buntowniczego polskiego elementu, a ona była Polką. Nazywało się to operacją polską NKWD. W istocie był to pierwszy polski holocaust, podobny do wcześniejszego holocaustu Ormian i późniejszego Żydów, tyle że zapomniany przez historię.

Pani Lidia straciła część rodziny, wielu przyjaciół i znajomych. O niektórych wiedziano, że zostali rozstrzelani na miejscu, o niektórych nie było żadnych wieści, co pozwalało się łudzić, że może gdzieś tam, w jakimś łagrze przeżyli. Do osób zamordowanych należała jej matka, do osób, które zniknęły — jej starsza nieco przyjaciółka Kama. Lidka była katoliczką, Kama — komsomołką, do tego przodownicą odznaczoną złotą gwiazdą. Nie przeszkadzało im to zresztą w rozmowach, których tematem byli raczej chłopcy, raczej randki, raczej nocne kąpiele w rzece, a nie jakaś tam polityka. W czasie czystek zniknęła również Kama. Ponieważ jako młoda komunistka cieszyła się zaufaniem władz, po mieście rozeszły się pogłoski, że to ona przygotowywała listy, według których NKWD wyłapywało Polaków, i że potem — na wszelki wypadek — wolała zniknąć z miasta. Jeśli tak, to bałaby się chyba cieni! Bo to przecież Polacy zostali bardzo dokładnie usunięci! Jedni trafili do łagrów, inni do dołów za miastem, na wysypisko, które z biegiem czasu pokryło miejsca ich spoczynku. Wyprzedzając bieg zdarzeń, zdradzę, że ostatecznie się okazało, iż Kama jednak nie opuściła miasta.

Lidka jako niepełnoletnia została skazana „tylko” na pobyt w łagrze. Nie odbyła się żadna rozprawa, nie miała prawa do obrony, wyrok wydała „trojka”, to znaczy dwóch miejscowych Żydów, którymi komenderował jakiś enkawudysta o nazwisku Krajkow. Bydlęcym wagonem przewieziono ją nad jakąś rzekę, potem barką do łagru. W łagrze trafiła do szpitala, który w przyszłości stał się sceną upiornych jasełek z udziałem ludzi i psów. Gdyby ich treść nagłośniono, zostałyby uznane za najkrótszą historię komunizmu.

Pani Lidia nie była pewna nazwisk bohaterów ani położenia obozu. Pewna była tylko nazwy rzeki — Pieczora.

Drugi raz zetknąłem się z tą historią w Instytucie Piłsudskiego w Nowym Jorku, w zbiorze opublikowanych na Zachodzie wspomnień kobiet z Gułagu. Po pierestrojce wydano je w Moskwie, w ostatnich dniach istnienia ZSRR, dziś dostępne są także w Polsce. Autorką jednego z najbardziej wstrząsających rozdziałów była radziecka komunistka Hella Friszer.

Naprawdę miała na imię Jelena, urodziła się w czeskim Brnie, w rodzinie, jak wtedy mówiono, żydowsko-niemieckich burżujów. Studiowała w Wiedniu, zakochała się w niemieckim komuniście i wstąpiła do partii. Potem oboje musieli uciekać do Moskwy, jeszcze później męża oskarżono o szpiegostwo na rzecz Polski. Sąd był kpiną z wymiaru sprawiedliwości. Na czele „trojki”, która skazała jej męża, stał jakiś Krajkow, który zwrócił na siebie uwagę gorliwością podczas „czyszczenia” Ukrainy z Polaków i teraz robił karierę w moskiewskiej centrali. Dosłownie i w przenośni szedł po trupach. Mąż Jeleny otrzymał wyrok dziesięciu lat bez prawa do korespondencji. Nie wiedziała, co się za tym kryje, nie próbowała uciec. Potem wezwali ją samą. Wzięła legitymację partyjną i poszła pełna wiary w sowiecką sprawiedliwość, była pewna, że ją wypuszczą, a przy okazji wyjaśni się pomyłka z tym głupim, nieprawdopodobnym oskarżeniem męża. Przygotowała sobie nawet mowę — odważną, ale mądrą, przyznającą, że gdzie drwa rąbią... Bo idea rewolucji jest słuszna, bo cel tak szlachetny jak szczęście całej ludzkości naprawdę uświęca środki, którymi mogą być krzywdy jednostek. Ale trzeba pilnować tej czerwonej linii, poza którą konieczne ofiary zamieniają się w irracjonalne zbrodnie, poza którą nikczemne środki niszczą wzniosłe cele, zamiast im służyć.

Przygotowała swoją mowę niepotrzebnie.

Wepchnięto ją do pokoiku wraz z grupą kilku osób. Nie było wystąpień prokuratora ani adwokata, nie pozwolono dojść do słowa oskarżonym. Krajkow chciał nawet kary śmierci, ostatecznie dostała dziesięć lat z artykułu 58 paragraf 12, czyli za to, że nie złożyła donosu na przestępcę. I tak zaczęła się jej podróż do szalonego domu.

Wspomnieniom Helli Friszer zawdzięczam opis albo przynajmniej potwierdzenie wielu scen łagrowego dramatu. Oczywiście nie tylko im. Na losy literackiej Jeleny złożyły się biografie dwóch bohaterek tamtych zdarzeń: jednej, która ten łagier przeżyła, i drugiej, której nie było to dane. Człowieka, który był pierwowzorem lekarza, poznałem osobiście, w jednym z miast na północy Polski. Niektóre epizody pochodzą z jego wspomnień, niektóre z innych źródeł, wyliczanie ich nie miałoby sensu. Z różnych, nie tylko artystycznych powodów niektóre prawdziwe elementy musiałem pominąć. Wyzwanie polegało na tym, by nie zastępować ich kłamstwami, lecz innymi prawdziwymi elementami. Mam nadzieję, że mi się to udało.

Trzeci raz usłyszałem tę opowieść od bezpośredniego uczestnika wydarzeń, który zjawił się — tak to potem potraktowałem — jako wysłannik umarłych. Działo się to na dworcu w Bytomiu. Odwiedziłem grób matki, a potem poszedłem do znajomych. Nie zastałem ich i postanowiłem pojechać do Częstochowy. Miałem godzinę do odjazdu, jak mówią piloci szybowców — do wytracenia. Poszedłem do restauracji.

Stary, schludnie, lecz dziwacznie ubrany człowiek poprosił mnie nie o jałmużnę, lecz o postawienie mu obiadu. Miał ze sobą dziwnie skrojony worek, jakby zszyty z pomniejszych worków, pełen kieszeni i przegródek. Sposób, w jaki go niósł, mógł dowodzić ogromnej siły. Przedstawiając się, podał imię Józef, ale natychmiast dodał, że to imię przybrane. Nazwisko brzmiało niezbyt polsko, na „a” czy na „r” — nie dało się zapamiętać. Zaprosiłem go, jakbym zapraszał znanego od wieków przyjaciela, nie chciałem starego urazić. Zrewanżował mi się „sensacyjną opowieścią” o wydarzeniach w łagrze nad Pieczorą. Dodał, że sam w tych wydarzeniach brał udział i cudem tylko ocalał, raczej dzięki psom niż dzięki ludziom. Przypomniałem sobie, że o psach wspominała też pani Lidia.

Po obiedzie przeszliśmy na peron, usiedliśmy na ławce. Ja w koszuli z krótkim rękawem, stary w futrze, które kiedyś mogło być drogie, a teraz przeświecało plamami pożółkłej skóry. „Ma chyba ze sto lat” — pomyślałem i chyba się nie pomyliłem. Stary kontynuował opowieść, czasem wpadał w dygresje, w rezultacie nie wszystko zdążył opowiedzieć.

Kiedy pociąg nadjechał, myślałem, że wsiądzie razem ze mną, on jednak pozostał na peronie.

— Owszem — powiedział — ja też będę w Częstochowie, ale pójdę tam piechotą. Wszędzie chodzę piechotą.

— Z tym na plecach? — Wskazałem worek.

— To jest lekkie, lżejsze od powietrza.

Podał mi worek — rzeczywiście był tak lekki, że niemal wbrew grawitacji próbował unieść mnie w górę.

— To tylko zioła — wyjaśnił, przekrzykując zgrzytający hamulcami pociąg i popychając mnie lekko w stronę schodków.

Gdy pociąg ruszył, otworzyłem okno i chciałem mu pomachać, stary jednak zdążył już zniknąć. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy, lecz nie mogę wykluczyć, że kiedyś to nastąpi. I że historia, którą opowiadam, zostanie wzbogacona o nowe elementy.

Gdy opowieść o łagrze nad Pieczorą usłyszałem po raz trzeci, zrozumiałem, że mam do czynienia z czymś więcej niż ze zbiegiem okoliczności, z czymś więcej niż z obiegową legendą opowiadaną dla zabicia czasu. Zrozumiałem, że ta historia ma zostać przeze mnie spisana.