Mars albo nieskończoność światówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Ani

Spis treści

Od autora

Opowiem ci o Atlantydzie

Ewolucja

Witaj, pradziadku!

Szarak w pięciu smakach

Eutanazja

Ci biedni Indianie

Opowieść o końcu świata

Mars albo nieskończoność światów

O autorze

Od autora

Złoty Wiek literatury science fiction to okres, w którym twórczość literacką tego gatunku można rozumieć jako reakcję pisarzy na gwałtowny rozwój nauki i techniki u schyłku XIX wieku. Ten czas niezwykłego rozkwitu fantastyki naukowej trwał do drugiej połowy XX wieku. Nauka dostarczała pożywki dla płodnych umysłów tych, którzy nie znajdowali ostatecznej odpowiedzi na kluczowe pytania nurtujące ludzkość. I chociaż można zamknąć wszystkie problemy w jednym pytaniu „o życie, Wszechświat i całą resztę”, to niestety, odpowiedź „42” była jedynie humorystycznym zabiegiem literackim Douglasa Adamsa.

Wielcy przedstawiciele literatury tego okresu usiłowali wyprzedzić swoją fantazją wszystko to, co było dopiero przedmiotem badań naukowych lub miało ziścić się w przyszłości drogą postępu technicznego. Dodajmy do tego odwieczne poszukiwanie recepty na szczęście ludzkości, na idealny system społeczny oraz tęsknotę za odkrywaniem nowego świata w sytuacji, gdy własna planeta stała się znana i coraz bardziej ciasna, a otrzymamy z dużą dokładnością charakterystykę Złotego Wieku.

W jakim stopniu ich wizje zostały zweryfikowane przez czas możemy w wielu przypadkach dziś stwierdzić osobiście. Czasem uśmiechniemy się z pobłażaniem, czytając opis rakiety, przypominającej miejscami bardziej transatlantyk niż pojazd kosmiczny lub poczujemy rozczarowanie, gdy w miejscu opisywanych kanałów na Marsie i dżungli na Wenus widzimy tylko martwe i puste globy, których fotografie przysyłają dziś sondy kosmiczne. Niemniej jednak, znajdziemy wiele takich pozycji literackich, które nawet po upływie lat budzą w nas refleksje albo geniuszem wizji futurologicznych, albo podejściem do tematu wciąż aktualnego, a potraktowanego warsztatem science fiction, jedynie jako formą wyrazu.

Od Herberta George Wellsa do Stanisława Lema rozciągają się niezmierzone przestrzenie fantastyki, dające wciąż pole do zadumy i refleksji.

Czy dziś nie ma już miejsca na literaturę tego rodzaju?

Czy znamy odpowiedź na pytanie o istnienie Atlantydy, czy temat podróży w czasie można uznać za całkiem wyeksploatowany? Czy wobec jak najbardziej prawdopodobnej wizyty kosmitów na Ziemi potrafimy odpowiedzieć, jak będzie wyglądał ten kontakt? Kto przybędzie i w jakim celu? A może, czego dowodzą badacze UFO, kosmici są cały czas wśród nas? Jaka jest natura Wszechświata, która chociaż coraz bardziej poznawana, pozostaje wciąż nieodkryta do końca przez fizyków? Jaka będzie przyszłość ludzkości i czy można stworzyć utopię – społeczeństwo doskonałe?

Na wszystkie te pytania, moim zdaniem, wciąż brak odpowiedzi, a skoro tak, to jest sposobność, by użyć wyobraźni i opisać to, co wciąż jest nieznane a przy okazji, korzystając z niezwykle pojemnej formuły gatunku, mieć pretekst, by podzielić się refleksjami na tematy, które nurtują chyba wszystkich...

Nie ulega bowiem wątpliwości, że pisząc o kosmitach i obcych światach, nasze myśli pozostają wciąż w kręgu ludzkich problemów – tu na Ziemi. A to, że utopijny i doskonały świat nie znajduje się na naszym globie, ale na odległym Marsie jest jedynie efektem pesymistycznej oceny otaczającej nas rzeczywistości.

Bohdan Szymczak

Opowiem ci o Atlantydzie

Przez lata odmawiano Ci inteligencji,

traktowano jako

prymitywne ogniwo pośrednie w łańcuchu ewolucji.

Nawet klimat nie dał Ci szansy

Byś rozwinął swój potencjał –

nasz wygasły Kuzynie.

I. Znalezisko

Łódź spokojnie unosiła się na powierzchni wody, wprawiana jedynie w lekkie kołysanie przez siedzących na jej pokładzie płetwonurków. Wszyscy zdążyli już zdjąć z siebie sprzęt do nurkowania, który teraz piętrzył się nierównym stosem na dnie łodzi. Siedzący na samej rufie mężczyzna po raz kolejny spojrzał na zegarek, a później wbił wzrok w toń wody, próbując dostrzec w głębi zarys ludzkiej postaci.

Ponownie rzucił okiem na zegarek i nie ukrywając zdenerwowania, wydał szybkie polecenie:

– John i Will, weźcie butle z zapasu i skaczemy. To już za długo trwa. Patricia powinna już tu być dobry kwadrans temu.

Sam sięgnął po akwalung, ale nie zdążył go nałożyć, gdy rozległ się głośny plusk i nieopodal łodzi wypłynęła na powierzchnię dziewczyna. Wypluła ustnik aparatu oddechowego i zawołała:

– Hej! Jestem tutaj, już płynę do was!

Zaczęła zbliżać się do łodzi, jednak nienaturalna powolność jej ruchów spowodowała, że zdenerwowanie kierownika wyprawy zamiast wybuchnąć gniewem, zamieniło się w troskliwy niepokój. Przysunął się bliżej do samej burty, by w razie potrzeby pomóc dziewczynie dostać się do środka.

– Trisha, co się stało? – zawołał, kiedy ostatnia członkini załogi dopłynęła do łodzi. – Jesteś ranna?

– Wszystko w porządku, Ben. Popatrz, co znalazłam. – Głos Trishy był tryumfujący. Jedną ręką złapała się burty łodzi, a drugą przyciągnęła bliżej siatkę, pokazując znajdujący się w niej duży okrągły przedmiot. – To chyba jakiś rodzaj urny popielnicowej. Weź ostrożnie i pomóż mi wejść.

Gdy tylko Trisha znalazła się na łodzi i Ben upewnił się, że koleżance nic złego się nie stało, znów poczuł przypływ silnej irytacji. Podniesionym głosem zaczął pouczać:

– Za długo byłaś pod wodą. Ile razy powtarzam, że tam na dole nie ma żartów. Procedury muszą być przestrzegane. Chcesz, bym zakazał ci dalszego nurkowania?

– Ben, nie gniewaj się – odparła i zaczęła wyjaśniać: – To naprawdę wyjątkowa sytuacja. Odkryłam coś niezwykłego. To będzie nasz wielki sukces – dodała natychmiast, chcąc podkreślić swoją przynależność do całego zespołu badawczego.

Dziewczyna uśmiechnęła się nieco uwodzicielsko, ale widząc wciąż chmurną twarz kierownika, poważnym głosem dodała:

– Nie mogłam zmarnować takiej szansy, ale wierz mi, cały czas kontrolowałam sytuację. Przecież znasz mnie i wiesz, że nie jestem skłonna do niepotrzebnego podejmowania ryzyka.

Zauważyła, że jej słowa udobruchały Bena, więc by ostatecznie zamknąć temat dodała:

– I… obiecuję, to był ostatni raz.

– No dobrze – odparł – ale niech to będzie naprawdę ten ostatni raz. Płyniemy do obozu!

– Poczekaj. – Trisha złapała go rękę, mówiąc:

– Trzeba oznaczyć to miejsce, tam na dnie są ślady jakichś budowli. Znalazłam regularnie rozmieszczone głazy, a przy jednym z nich wykopałam to coś. Mam przeczucie, że okaże się czymś naprawdę znaczącym.

Ben uważnie przyjrzał się przedmiotowi wydobytemu z dna. Przypominał okrągłą, chociaż dość nieregularną w obrysie, misę z równie niedokładnie wykonaną pokrywą. Wprawnym okiem doświadczonego archeologa dostrzegł archaiczny wygląd przedmiotu, ale gruba warstwa osadów i tkwiące na powierzchni muszle małży uniemożliwiały dokładniejsze określenie jego przeznaczenia. Z wielką ostrożnością umieścił znalezisko w skrzynce i stwierdził:

– Masz rację. Może to nie jest odkrycie na miarę Troi, ale kto wie... Nie ulega wątpliwości, że ten przedmiot jest bardzo stary.

– Jeżeli to popielnica i w środku znajdują się resztki kości, to da się oznaczyć radiowęglowo wiek znaleziska – zauważyła i dodała: – Już nie mogę doczekać się chwili, gdy zajrzymy do środka.

Trisha usiadła w łodzi zadowolona, że Ben nie wyciągnie wobec niej żadnych konsekwencji, choć miała świadomość, że tym razem wystawiła jego cierpliwość na trudną próbę. Już raz dostała ostrzeżenie i tygodniowy zakaz nurkowania. Od tamtej pory nie zamierzała więcej łamać reguł, ale tym razem uznała sytuację za wyjątkową. Była doskonałym nurkiem, dzięki czemu będąc świeżo upieczoną absolwentką archeologii, zdołała dołączyć do uniwersyteckiej grupy badawczej, która w okresie wakacji prowadziła poszukiwania na dnie Morza Północnego.

Niecierpliwie czekała, aż łódź dobije do przystani. Znalezisko natychmiast trafiło na stół. Cała ekipa poszukiwawcza zgromadziła się wokół i z ciekawością przyglądała się, jak jeden z doświadczonych archeologów delikatnie czyści urnę, a później z największą ostrożnością podnosi pokrywę. Serce zabiło jej mocniej, gdy okazało się, że wewnątrz naczynia znajdują się jakieś przedmioty.

Jednak zamiast kawałków zwęglonego drewna i kości archeolog wyjął najpierw podłużny przedmiot, przypominający prymitywną rzeźbę wykonaną z kości, a później dwa bardzo skorodowane przedmioty, wyglądające na wykonane z metalu. Kiedy jako ostatnie na stół powędrowały dwie okrągłe twarde bryłki, wokół zgromadzili się już wszyscy. Szczególnie te ostatnie artefakty wzbudziły sensację, tym bardziej że kiepski stan uniemożliwiał zidentyfikowanie ich przeznaczenia.

 

Wobec takiego stanu rzeczy kierownik zespołu badawczego podjął decyzję o zabezpieczeniu znaleziska i powiadomieniu przełożonych. Po krótkiej naradzie zdecydowano o szybkim przewiezieniu wszystkich odkrytych przedmiotów na uniwersytet, gdzie w warunkach laboratoryjnych można było przeprowadzić szczegółowe badania.

Już następnego dnia do obozu archeologów dotarł doktor Alex Wilkins, przysłany specjalnie po znalezisko.

– Pozwól, że przedstawię ci naszą bohaterkę, to ona wygrzebała z dna tę urnę. – Kierownik naukowy ekspedycji, dokonał formalnej prezentacji, a zwracając się do dziewczyny dodał:

– Alex jest asystentem profesora McDonnella i to on zabierze znalezisko.

W trójkę podeszli do stołu, na którym stała urna, a obok niej nieduża drewniana skrzynka. Kierownik zaczął objaśniać:

– Urna jest bardzo nietypowa, właściwie mało przypomina typową urnę popielnicową. To bardziej rodzaj płaskiej miski lub garnka z pokrywą. To najbardziej prymitywna ceramika, jaką widziałem, wykonana ręcznie bez użycia koła garncarskiego, w dodatku kiepsko i nierównomiernie wypalona. Aż dziw, że przetrwała w wodzie tyle czasu. Już ona sama jest rewelacją, ale prawdziwą sensacją jest jej zawartość i nie mam na myśli tej prostej rzeźby wykonanej prawdopodobnie z ciosu mamuta, ale te przedmioty, dwa z nich są zrobione z metalu, wygląda to na miedź albo jakiś jej stop, może brąz albo mosiądz. Są mocno skorodowane i bez dobrego sprzętu laboratoryjnego nie ma sensu ich badać.

Alex pochylił się, przeglądając z uwagą zawartość skrzynki. Jeden z przedmiotów musiał być kiedyś podłużną tuleją, rodzajem lekko zwężającej się rury, mającej z jednego końca średnicę około czterech centymetrów. Drugi przedmiot stanowiła okrągła bryła metalu, o średnicy około dwudziestu centymetrów, przypominająca płaski dysk. Jego jedna strona była gładka, za to na drugiej zachowały się ślady, wskazujące na istnienie tam części ruchomych. Dobrze zachowała się cienka, poprowadzona wzdłuż średnicy, poprzeczka.

– A to, co? – wykrzyknął zdumiony Alex, biorąc do ręki okrągły, przeźroczysty przedmiot. Drugi, podobny, ale o mniejszej średnicy leżał obok. Podniósł go do oka i spojrzał pod światło. Później uniósł go nad drugą ręką, obserwując uważnie przez niego obraz. Spojrzał pytającym wzrokiem na kierownika zespołu i zasugerował:

– Przecież to musi być szklana soczewka!

– I to jest właśnie ta sensacja – potwierdził kierownik, mówiąc dalej: – Metalurgia w czasach mamutów to przecież absurd, a optyka nie mieści się wprost w głowie. Trzeba to dokładnie zbadać i datować. Mam przeczucie, że szykuje się małe trzęsienie ziemi.

Wskazał ręką na stojącą obok dziewczynę i powiedział, akcentując dobitnie słowa:

– To jej zasługa, sama odkryła i wydobyła urnę z dna. Pominął milczeniem pozostałe okoliczności towarzyszące znalezisku, pamiętając, że sam ponosi główną odpowiedzialność za bezpieczeństwo ekipy.

Alex wyciągnął rękę do dziewczyny i trzymając ją dłuższą chwilę w uścisku, powiedział:

– Gratuluję, szczerze gratuluję. Takie odkrycia nie zdarzają się codziennie.

Spojrzał jeszcze raz na stół i starając się, by w jego głosie nie zabrzmiał fałszywy ton przesady, zawyrokował:

– Będziesz sławna, Trisha, bez wątpienia – a mówiąc bardziej do siebie niż do otaczających go osób, dodał: – Ciekawe, co na to powie profesor?

Ostrożnie zapakował znalezisko do samochodu, ale zwlekał jeszcze jakiś czas z odjazdem, słuchając opowiadań o poszukiwaniach. Odjeżdżając powoli, do końca obserwował w lusterku zgrabną sylwetkę dziewczyny, a wspomnienie jej wyrazistych, zielonych oczu towarzyszyło mu do końca podróży.

II. Tajemnicze artefakty

Z siłą tajfunu Trisha wpadła do sekretariatu Instytutu, pytając podniesionym głosem:

– Gdzie jest profesor McDonnell? Muszę natychmiast się z nim widzieć!

Cała jej postawa wyrażała gniew i oburzenie. Wyglądała jak huragan, który zmiecie na swojej drodze wszystko, co stanie mu naprzeciw.

– Nie ma go teraz w Instytucie. – Sekretarka była wyraźnie zaskoczona sytuacją, do której nie przywykła w tym spokojnym miejscu. – Przyjdzie dopiero jutro, ale rano ma zajęcia ze studentami, więc będzie dostępny najwcześniej po południu.

– Co się stało? – W drzwiach sekretariatu stanął Alex, przywołany głośnymi odgłosami, które dotarły aż do jego pokoju.

– To się stało! – Trisha rzuciła na stół trzymany w ręku najnowszy numer „Nature”.

– Chodź ze mną, porozmawiamy. – Zabrał czasopismo i niemal siłą wypchnął dziewczynę z sekretariatu.

– Panno Lizzie – zwrócił się do sekretarki – ja zajmę się tą sprawą, nie trzeba fatygować profesora. Proszę wybaczyć to zamieszanie.

Zaprowadził dziewczynę do swojego pokoju, a kiedy usiadła przy stole, podał jej szklankę wody, mówiąc:

– No tak, domyślam się, że przeczytałaś artykuł profesora. Czy to cię tak wzburzyło?

Trisha nie tknęła wody, tylko otworzyła czasopismo na stronie rozpoczynającej się artykułem zatytułowanym: Odkrycia archeologiczne na stanowisku Doggerland, a potem wskazując oskarżycielsko palcem, na co istotniejsze fragmenty, wyrzuciła z siebie jednym tchem:

– O czym on pisze? Ślady osady, groty oszczepów, kości zwierząt... O, jest nawet coś o prymitywnej ceramice... A gdzie jej zawartość? Nie mówiąc, że nawet nie napomknął o mnie. A miało to być przełomowe odkrycie...

Przerwała gwałtownie, a w jej oczach pojawiły się łzy.

Alex milczał. Przez dłuższą chwilę rozważał coś w myślach, wreszcie podjął decyzję. Energicznie wstał i podszedł do stojącego pod ścianą regału. Wyjął z szafki płaskie, kwadratowe pudełko i podszedł z nim do biurka. Otworzył leżącą na nim torbę na laptopa, wyjął z niej komputer, a na jego miejscu umieścił pudełko. Zarzucił torbę na ramię i zwrócił się do dziewczyny:

– No dobrze... Zrobię to dla ciebie... Przejdźmy się na dół.

Trisha bez słowa wstała, dając znak, że jest gotowa do wyjścia.

Zjechali windą do podziemi. Alex zbliżył swój identyfikator do czytnika przy drzwiach i wprowadził kod.

– Idź za mną – powiedział, zagłębiając się w labirynt przesuwnych regałów, wypełniających całą przestrzeń wielkiego pomieszczenia. Wreszcie znalazł ten właściwy. Pokręcił korbą rozsuwając wysokie, sięgające sufitu regały, wszedł pomiędzy nie i wysunął jedną z setek identycznych szuflad. Wewnątrz znajdowały się wszystkie przedmioty z urny. Chociaż bardzo zniszczone przez czas i wodę, po oczyszczeniu i konserwacji ukazywały niewidoczne wcześniej szczegóły.

– To jest luneta – zaczął objaśniać Alex. – Tubus był z miedzianej blachy i składał się z dwóch rur, jedna, o mniejszej średnicy, przesuwała się wewnątrz drugiej po precyzyjnym gwincie. Każda z soczewek była osadzona na jednym z końców. Zbadaliśmy je, są dokładnie obrobione i dają ostry obraz o powiększeniu około osiem razy. A teraz popatrz na ten dysk, to solidny stop, rodzaj brązu. Niestety korozja zniszczyła mechanizm, tak, dobrze słyszysz, mechanizm. Dopiero tomografia komputerowa pokazała jego budowę. Ten dysk składał się z dwóch tarcz, osadzonych na jednej osi. Tarcza zewnętrzna była nieruchoma, zaś ta druga, mniejsza, obracała się wewnątrz niej. Tarcze stykały się ze sobą krawędziami, na których była naniesiona podziałka. Dodatkowo, ze środka dysku wystawała oś, na której, jak przypuszczam, znajdowały się ruchome wskazówki. Zachowała się jedynie nieruchoma poprzeczka. Domyślasz się już, co to jest?

– Czyżby coś w rodzaju mechanizmu z Antykithyry? – zasugerowała Trisha.

Alex odebrał artefakt z rąk dziewczyny i ostrożnie umieścił go na miejscu. Wyjął z torby zabrane z pokoju pudełko i pokazał jej zawartość. Wewnątrz znajdowało się podobne, ale nowe i sprawne urządzenie. Podał je Trishy, mówiąc:

– To dokładna replika. Wykonałem ją na drukarce 3D. Działa tak, jak oryginał.

Pokazał, jak wewnętrzna tarcza obraca się na osi, przesuwana małym kółkiem zębatym, umocowanym do nieruchomej poprzeczki. Dopiero na replice można było dostrzec, że tarcza ma na obwodzie naciętą drobną zębatkę, dzięki czemu jej ruch był niezwykle płynny i precyzyjny. Alex zwrócił dziewczynie uwagę, że kółka zębate były dwa, po jednym na każdym końcu poprzeczki. Dzięki temu tarczę można było przesuwać zarówno lewą, jak i prawą ręką. Były też dwie wskazówki osadzone centralnie na osi, szersze u podstawy i zakończone cienkim szpicem. Krawędzie styku obu tarcz miały wyryte drobną podziałkę, nad którą znajdowały się nieznane symbole.

– Te wskazówki to oczywiście licentia poetica – objaśnił Alex. – Nie zachowały się na tyle, by móc je wiernie odtworzyć, ale mamy całkowitą pewność, że istniały. Tak prawdopodobnie wyglądały. Czy teraz rozpoznajesz to urządzenie?

Trisha długo i uważnie oglądała pokazany jej przedmiot. Poruszała tarczą i wskazówkami, w końcu oddała go, mówiąc:

– Nie wiem, co to może być. Mechanizm z Antykithyry był dużo bardziej skomplikowany. Tu są tylko dwie tarcze, a tam był cały zespół kół zębatych i przekładni. Może to jakaś jego prostsza wersja?

– My też tak wstępnie zakładaliśmy. Dlatego początkowo pokazywaliśmy urządzenie astronomom, ale dopiero jeden, już mocno wiekowy inżynier, odkrył jego prawdziwe przeznaczenie. To jest kołowy suwak logarytmiczny. Teraz już mało kto słyszał o suwaku, ale jeszcze w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, było to podstawowe narzędzie każdego inżyniera. Potem wyparły go całkiem kalkulatory. Ten ma osiemnaście centymetrów średnicy i jak mówił ten inżynier, umożliwiał wykonywanie obliczeń mnożenia i dzielenia z dużą precyzją. Wspominał coś o czterech cyfrach znaczących.

– A więc to tylko kalkulator do mnożenia i dzielenia – podsumowała nieco rozczarowana Trisha.

– Widzę, że nie doceniasz własnego znaleziska – skomentował kąśliwie Alex. – No cóż ani ty, ani ja nie jesteśmy matematykami, ani nawet inżynierami – zażartował, ale zaraz poważnie wyjaśnił:

– Ten inżynier uświadomił mi prawdziwą wagę znaleziska. To jest dużo bardziej skomplikowane od mechanizmu z Antykithyry. Tamten, to majstersztyk mechaniki precyzyjnej, za pomocą której odwzorowano ruchy ciał niebieskich. To tutaj jest dowodem na znajomość matematyki. Twórcy tego suwaka znali funkcje logarytmiczne i ich praktyczne zastosowanie. To wiedza, którą my odkryliśmy dopiero w siedemnastym wieku.

– Muszę się wybrać do jakiegoś muzeum i zobaczyć te suwaki – zadeklarowała Trisha, wyjaśniając: – Teraz jestem naprawdę zaintrygowana.

– Nie dziwię ci się – skomentował Alex. – Ja już to zrobiłem. Większość suwaków w naszym wykonaniu była podłużna. Kształtem przypominały linijkę z wysuwaną środkową częścią. Im był dłuższy, tym dokładniejszy. Najpopularniejsze miały dwadzieścia pięć centymetrów długości, a tak zwane kieszonkowe, dwanaście i pół. Ten znaleziony przez ciebie – wskazał ręką na wciąż wysuniętą szufladę – gdyby go rozwinąć, miałby długość ponad pół metra. Dlatego jest taki dokładny.

– Ile to ma lat?

– Oznaczyliśmy metodą radiowęglową tę kościaną rzeźbę, która była w urnie.

Alex zawiesił głos, by zwiększyć dramaturgię, po czym powiedział:

– Mniej więcej jedenaście tysięcy lat.

– I taka sensacja leży na dnie szuflady? O co tu chodzi? – Trisha była kompletnie zdezorientowana. Otworzyła „Nature” na stronie z artykułem i patrzyła na niego, jakby chciała się przekonać, że niczego nie przeoczyła, że naprawdę nie ma w nim ani słowa o sensacyjnym odkryciu.

Alex pewnym ruchem zamknął szufladę i zasunął regał.

– Chodźmy stąd i nie mów nikomu, co widziałaś i co ode mnie usłyszałaś – powiedział, wyprowadzając dziewczynę na zewnątrz.

– Niczego mi jeszcze nie powiedziałeś – zaprotestowała –chyba należy mi się wyjaśnienie. Mam jednak iść do profesora, czy też od razu pisać sprostowanie do „Nature”?

– Trisha, nie denerwuj się. – Archeolog uspokajał dziewczynę. – Obiecałem ci wyjaśnienie i je dostaniesz, ale nie tu, nie w tym miejscu. Przyjdź dziś o siódmej do Kameralnej, wiesz gdzie to jest?

 

– Wiem. Przyjdę na pewno.

Inne książki tego autora