Ślepe ryby

Tekst
Z serii: Antoni Kaczmarek #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Streszczenie Muszej Góry

17 października 1938, poniedziałek

18 października 1938, wtorek

19 października 1938, środa

20 października 1938, czwartek

21 października 1938, piątek

22 października 1938, sobota

23 października 1938, niedziela

24 października 1938, poniedziałek

25 października 1938, wtorek

Słowniczek

Podziękowania

Text copyright © 2017 by Bohdan Głębocki

Copyright © 2017 for this edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki i zdjęcie na okładce

Andrzej Komendziński

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki — z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych — możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-383-7

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer firmy Elibri.

Dla Taty

Streszczenie Muszej Góry

W październiku 1938 roku prywatny detektyw, a w przeszłości kapitan Wojska Polskiego i komisarz policji, Antoni Kaczmarek, przyjmuje zlecenie odnalezienia zaginionego Szwajcara. W tym samym czasie do Poznania przybywa Mieczysław Apfelbaum, oficer polskiej Defensywy. Oficjalnie ma uczestniczyć w kursie kwatermistrzowskim, naprawdę zaś, razem z dwoma porucznikami: Mirosławem Durskim i Stanisławem Wojtaszkiem, został wytypowany do ściśle tajnego zespołu powołanego przez legendarnego majora Zygmunta Prażyńskiego, pioniera wykorzystywania wiedzy ezoterycznej do celów militarnych. Zadanie zespołu, której ostatnim członkiem jest młody podporucznik Bronisław Rybik, polega na przeszukaniu pozostałości starego żydowskiego cmentarza w centrum Poznania, w miejscu nazywanym dawniej Muszą Górą.

Miastem wstrząsa fala zbrodni. Władze policyjne na czele z podinspektorem Protazym Zadworskim uznają zgony za niepowiązane ze sobą nieszczęśliwe wypadki, a dziwne okaleczenia ofiar za dzieło dzikich zwierząt. Odmiennego zdania jest ambitny aspirant Andrzej Szubert, który wbrew przełożonym próbuje zatrzymać wilkołaka, bo takim mianem okrzyknęła mordercę poznańska ulica.

Pozornie błahe poszukiwanie okazuje się śmiertelnie niebezpieczne. Zdesperowany Kaczmarek prosi o pomoc znajomego z dawnych lat, niejakiego Gzuba, przywódcę przestępczej szajki. Kaczmarek chce oddać Gzubowi pod opiekę swoją wychowanicę Basię Działdowską, studentkę wydziału lekarskiego Uniwersytetu Poznańskiego, wspierającą go w prowadzeniu Biura Detektywnego.

Przeszukujący pozostałości cmentarza odnajdują nagrobek sławnego kabalisty Jehudy Loewa ben Bezalela, zwanego Mahralem, co jest o tyle dziwne, że jego powszechnie znany grób znajduje się w Pradze. Ukryty kufer skrywa manuskrypt, opatrzony pieczęcią z wyrytą klątwą. Prażyński nie zważa na ostrzeżenie, podejrzewa bowiem, że manuskrypt zawiera opis tworzenia golema.

Dochodzenie aspiranta Szuberta wykazuje, że zabija ktoś z otoczenia doktora Paula Westermanna, który zgłosił zaginięcie jednej z ofiar. Aspirant ustala, że potencjalny podejrzany ukrywa się w ziemiance nad Wartą. Rutynowe zatrzymanie ze wsparciem trójki ściągniętych z ulicy policjantów, zamienia się w pogrom i tylko Szubert cudem unika śmierci. Przytomność odzyskuje w szpitalu, gdzie jest fetowany jako pogromca mordercy terroryzującego miasto. Szubert wie jednak, że szaleńca zgładził ktoś inny. Aspiranta zaczynają męczyć zwidy. W szpitalu odwiedza go skrzat, przypisujący sobie zasługę uratowania mu życia.

Barbara, posiadająca zdolności parapsychiczne, włącza się w śledztwo w sprawie Szwajcara. Wskazuje siedzibę syjonistów, w której przebywał zaginiony. Potwierdza, że poszukiwany mężczyzna jest Żydem, a to oznacza, że mecenas Walther mocno mija się z prawdą.

Szubert przypadkiem odkrywa, że matka, którą uważał za zmarłą jest pensjonariuszką szpitala dla psychicznie chorych w Gnieźnie. Dochodzi do kłótni z ojcem ukrywającym przez lata prawdę.

Prażyńskiemu ktoś kradnie zapas morfiny. W żadnej z aptek nie chcą sprzedać specyfiku bez recepty. Zdesperowany udaje się do człowieka, którego przed laty próbował zwerbować do pracy dla polskiego wywiadu – doktora Westermanna. Lekarz proponuje Prażyńskiemu układ – dostawę zapasu morfiny oraz wystawienie niemieckiego szpiega, w zamian za pomoc w upozorowaniu swojej śmierci.

Prześladujący Szuberta skrzat wyznaje, że naprawdę nazywa się Guido von Kudenstein i jest czarnoksiężnikiem opiekującym się rodziną aspiranta od stuleci. Wyjawia także tajemnicę źródła niezwykłej siły i szybkości zabitego nad rzeką szaleńca, którego nazywa berserkerem.

Kaczmarek przypadkiem ratuje życie leżącemu w szpitalu doktorowi Szarowskiemu, który przeprowadzał sekcje zwłok ofiar wilkołaka. Ranny napastnik wyskakuje przez okno z wysokości trzeciego piętra, a potem ucieka. Dochodzi do spotkania Szuberta z Kaczmarkiem. Szubert wtajemnicza Kaczmarka w kulisy fali morderstw w mieście, wspominając o berserkerach. Detektyw i aspirant postanawiają powstrzymać nadnaturalne zagrożenie.

Basia Działdowska usiłuje samodzielnie rozwikłać tajemnicę Szwajcaro-Żyda. Wspierana przez Tulkę, człowieka Gzuba wyznaczonego do jej ochrony, włamuje się do siedziby syjonistów w podwórzu kamienicy z wizji. Zostają pojmani. Syjoniści wywożą Baśkę poza Poznań, do swojego ośrodka szkoleniowego. Spotyka tam poszukiwanego mężczyznę.

Major Prażyński dostaje anonimowe zaproszenie do kawiarni w celu odzyskania zagrabionej morfiny. Piękna kobieta w zamian za zwrot narkotyku żąda pisemnej relacji z odkryć na cmentarzu żydowskim. Prażyński postanawia zmusić kobietę siłą do wydania mocodawcy. Atakuje i przegrywa walkę, a z opresji ratują go przypadkowi przechodnie. Tego samego dnia przyjmuje warunki Westermanna. Dostaje również raport od żandarmerii na temat uczestników kursu kwatermistrzowskiego, łączy fakty i odkrywa, że na terenie koszar działa sowiecki szpieg potrafiący zmieniać kształt, zwany metamorfem. Istnienie takich agentów utrzymywane jest w najściślejszej tajemnicy. Podczas przesłuchania metamorf hipnotyzuje wszystkich biorących w nim udział. Tylko dzięki zapobiegliwości Prażyńskiego zmiennokształtnemu nie udaje się uciec. Przy ponownym przesłuchaniu major zabija szpiega. Odtąd działania grupy specjalnej paraliżuje nieufność.

W ośrodku szkoleniowym syjonistów zapada decyzja o odwiezieniu Barbary do Poznania. Nieco później, w tym samym kierunku wyrusza konwój przewożący rzekomego Szwajcara, a w rzeczywistości żydowskiego profesora, uciekiniera z Niemiec. Drugi transport wpada w niemiecką zasadzkę. Giną wszyscy poza profesorem, a uczony zostaje uprowadzony.

Kaczmarek na własną rękę poszukuje berserkera. Usiłuje wymusić na Westermannie wskazanie napastnika ze szpitala, ponieważ uważa, że ów napastnik zażywał miksturę dającą ponadnaturalne zdolności, a lekarz jest zamieszany w jej rozprowadzanie. Szubert odkrywa, że Kaczmarka śledzą dwaj, rozmawiający po niemiecku, mężczyźni. Aspirant rusza tropem jednego z nich. W podmiejskim lesie dochodzi do konfrontacji. Kolejny raz Kudenstein ratuje Szuberta. Ściąga przez to na siebie uwagę starych wrogów, przed którymi od lat się ukrywał. Pierwsi odnajdują go jednak dawni towarzysze i pomagają mu w ucieczce.

Abwehra wysyła do Poznania agentkę Anne Tschopp, z zadaniem zdobycia informacji o poszukiwaniach na Muszej Górze. Porucznik Durski w jednej z knajp spotyka cudowną piękność, która bez zahamowań spełnia jego wszystkie seksualne fantazje. Nie wie, że padł ofiarą przebiegłej agentki, a miłosne uniesienia toczą się tylko w jego głowie. Prawdziwe jest wyłącznie zadanie, które zleca mu kobieta – kradzież dokumentów odnalezionych na Muszej Górze.

Apfelbaum i Wojtaszek prowadzą na własną rękę śledztwo w sprawie metamorfa. Wszystko wskazuje na to, że działa wśród nich jeszcze jeden bolszewicki agent. Głównym podejrzanym uznają samego Prażyńskiego.

Baśka opowiada Kaczmarkowi o znalezieniu rzekomego Szwajcara. Detektywa najbardziej niepokoi informacja, że profesora chroni polskie wojsko. W dniu spotkania z Waltherem, Szubert dostaje dwie złe wiadomości. Najpierw dowiaduje się, że jego awans został odsunięty w nieokreśloną przyszłość, a chwilę później, że ojciec popełnił samobójstwo w Jarocinie. Z tego powodu nie dociera do hotelu Bazar, gdzie miał osłaniać Kaczmarka. Detektywa zawodzą także inni sprzymierzeńcy. Kaczmarek idzie złożyć raport z poszukiwań. Zyskuje pewność, że zleceniodawca jest szpiegiem i chce go wystawić kontrwywiadowi. Ludzie Walthera napadają Kaczmarka. Detektywa ratuje zaufany Gzuba — Janusz Wachowiak. Wachowiak i Kaczmarek podejmują pościg za Waltherem, który w wielkim pośpiechu wyjeżdża z Poznania. Tropem Walthera docierają do leśnej kryjówki, w której przetrzymywany jest rzekomy dziedzic szwajcarskiej fortuny. Kaczmarek wyrusza do Poznania po posiłki, sprowadza jednak tylko jedną osobę – szefa poznańskich syjonistów. Okazuje się, że Silbersteina wywieziono. Zniknął także Wachowiak, zostawiając lakoniczną wskazówkę, z której wynika, że hitlerowcy planują przekroczyć granicę w Czarnkowie. Dzięki ogromnemu poświęceniu Wachowiaka, na moście granicznym udaje się uwolnić żydowskiego profesora. Do Czarnkowa przybywa pułkownik Wiktor Wacławski z poznańskiego Referatu Informacyjnego, przejmując niemieckich agentów oraz ocalonego profesora.

 

Prażyński wypełnia umowę z Westermannem. Aranżuje okazanie rzekomych zwłok małżonce i ukrywa doktora w wynajętym mieszkaniu. Lekarz podaje adres zamieszkania rezydenta niemieckiego wywiadu. Prażyński kieruje zatrzymaniem szpiega, znanego w Poznaniu jako inżynier Kryński.

Frau Westermann wskazuje policji Kaczmarka jako zabójcę męża. Przyjmujący zgłoszenie Szubert, który poróżnił się z detektywem, dostrzega szansę awansu, jako że Kaczmarek jest osobistym wrogiem podkomisarza Zadworskiego. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku detektyw wraca do Poznania, gdzie na progu własnego domu zostaje zatrzymany przez Szuberta jako podejrzany o zamordowanie doktora Westermanna. To nie koniec kłopotów Kaczmarka. Na jaw wychodzi tajemnica romansu łączącego od lat Pawlicką i detektywa.

Tschopp zostaje zaatakowana przed schadzką z Durskim. Napastnik, metamorf okazuje się nieczuły na jej sztuczki, jednak Niemce udaje się uciec. Prawdziwy porucznik upija się. Podczas powrotu do koszar metamorf napada również jego. Dzięki odważnej postawie przypadkowych świadków, atak kończy się dla Durskiego jedynie pobiciem.

Złamanie pieczęci chroniącej manuskrypt przyciąga uwagę strażników, wyznaczonych przed wiekami do jego pilnowania. Jednemu z nich, rabinowi Morycowi Katzenfeldowi prawie udaje się odebrać Polakom rękopis. Przeszkadza mu Rybik. Przerażony Katzenfeld zaczyna się ukrywać. Rybik podstępem dociera do Katzenfelda, rabin ledwie uchodzi z życiem.

Do Prażyńskiego dociera, że drugi sowiecki szpieg istnieje i jest nim Rybik. Major decyduje się na przywołanie potężnego demona do walki z metamorfem. Demon okazuje się zbyt silny i to on całkowicie podporządkowuje sobie majora. Opętany Prażyński znika z terenu koszar. Dowództwo nad zespołem przejmuje Wojtaszek. Wobec nieustannego zagrożenia atakiem metamorfa wzywa z Warszawy na pomoc ekspertów.

17 października 1938, poniedziałek

Pobyt w ponurej celi prezydium okazał się krótszy, niż Kaczmarek przypuszczał. Kiedy przestał rozmyślać o swojej niedoli, zasnął natychmiast. Przyśniła mu się wojna. Znów siedział w okopach. Huk wystrzałów, jęki rannych, smród rozkładu i strach – jego jedyny ówczesny przyjaciel. Przygotowania do ataku przerwało szarpanie za ramię. Otworzył oczy. Był w celi, nie na wojnie. Być może pierwszy w historii prezydium ucieszył się, że jest, gdzie jest. W mglisty poranek, długo przed wschodem słońca, rosły i zupełnie nieznany mu policjant wyprowadził go na podwórze. Pozostawiony samemu sobie, przez kilka bezcennych minut uchwycił się nadziei, że ktoś zadziałał w jego sprawie, kończąc tę pożałowania godną farsę. Może Wacławski, którego nazwisko wykrzyczał w złości Zadworskiemu, chwaląc się, jakie ma znajomości. Przyjazd więziennej karetki uświadomił mu, że cudowne uwolnienie nie nastąpi. Przewozili go po prostu gdzie indziej. Eskorta nie odezwała się słowem. Sami obcy. Przejazd trwał bardzo krótko. Samochód nie zdążył się nawet dobrze rozpędzić. Karygodne marnotrawstwo. Na Młyńskiej poznał przyczynę przeprowadzki. Podobno pan podinspektor nie życzył sobie przebywać pod jednym dachem z karaluchem w ludzkiej skórze. Z wzajemnością. Nowy areszt okazał się całkiem w porządku. Ponury żart. Był mniejszym złem, bo wpływy Zadworskiego sięgały tu w ograniczonym stopniu. Na Młyńskiej doskonale zdawali sobie sprawę, z kim mają do czynienia. Dostał pojedynczą celę, całkiem schludną, zwłaszcza gdy się ją porówna z mieszkaniem na Strusia. Postanowił dokończyć przerwaną drzemkę. Ledwo przyłożył głowę do twardej pryczy, drzwi otwarły się gwałtownie. Tak mu się przynajmniej wydawało. Jednak za oknem — cela miała okno z prawdziwego zdarzenia, oczywiście zakratowane — poranek powoli zamieniał się w południe.

— Kaaaaczmarek, gościa masz.

Strażnik poprowadził go do sali widzeń. Na widok Pawlickiego Antek uśmiechnął się. W tej chwili nawet odrapane ściany wyglądały mniej obskurnie.

— Pięęęć minut doktorze.

Drzwi zamknęły się z hukiem. Stary, poczciwy Leszek. Jeśli go odnalazł, kolację zje we własnym domu. A może wszyscy uczczą rozwiązanie największej sprawy Biura Detektywnego w dobrej knajpie.

— Przyjacielu, dzięki, że przyszedłeś. Jesteś niezawodny.

Chciał z dubeltówki wycałować Pawlickiego, ale ten stał sztywno jak słup soli. Nienagannie ubrany doktor nawet spojrzeniem demonstrował niechęć.

— Lechu, coś się stało? Chyba nie dałeś wiary oskarżeniom. Nikogo przecież nie zabiłem!

Pawlicki w końcu się odezwał. Ostatnio był tak zdenerwowany, kiedy ogłosił, że rezygnuje z kariery wojskowej. Siedemnaście lat temu.

— Proszę nie nazywać mnie przyjacielem. Mam nadzieję, że spotykamy się po raz ostatni. Przyniosłem pana rzeczy. Klucz do mieszkania zostawiłem w depozycie. Żegnam.

Głos doktora brzmiał niezwykle oficjalnie. Dla Kaczmarka zgrzytał niczym piła ucinająca nogę krzesła. Zamurowało go. Doktor rzucił na podłogę worek i mocno uderzył w grube drzwi, wzywając strażnika. Dla niego widzenie się zakończyło. Kaczmarek niczego nie rozumiał. Co takiego zrobił? Najpierw zamknięty za niewinność, teraz odwracał się od niego najlepszy przyjaciel! Zapiekła nienawiść w oczach Pawlickiego złamała mu serce.

— Lechu, co jest do ciężkiej anielki?

Strażnik nie naddchodził, widocznie odszedł daleko. Pawlicki odwrócił się do Kaczmarka. Zmęczoną twarz wykrzywił grymas wściekłości.

— Posuwasz moją żonę i jeszcze śmiesz pytać?! Podły zdrajco! Od ilu lat? Od śmierci Marysi? Skończona świnio! I ty mieniłeś się moim przyjacielem. Jak trwoga, to do Boga, prawda? Nikogo tak zepsutego jak ty, Kaczmarek, nie spotkałem w całym życiu. I pomyśleć, że miałem wobec ciebie wyrzuty sumienia! — Pawlicki zacisnął pięści. Jego skóra przybrała kolor purpury, koło ust pojawiły się bąbelki śliny. — I jeszcze jedno! Zadbam, żebyś nigdy więcej nie zobaczył Barbary.

Przerwał. Kaczmarek słuchał w osłupieniu. Doktor nie zamierzał okazywać litości. Pora na cios ostateczny. Prosto w serce.

— Masz się z nią nie kontaktować. A jeśli tu przyjdzie — odmówić widzenia. Zapłaciłem komu trzeba, więc dowiem się o wszystkim. Lepiej o tym pamiętaj, bo inaczej świat usłyszy o pewnych ponurych tajemnicach z twojej przeszłości. Wiesz, co mam na myśli! I jeszcze coś! — Doktor nie dał Kaczmarkowi nawet sekundy na przełknięcie groźby. — Krystyna zaklinała mnie, żebym o tym nie wspominał, ale nie jestem szmacie nic winien. Podobno o niczym nie wiesz. Moi synowie… — Głos doktora się załamał. — …moi synowie zostali spłodzeni przez ciebie. Co nie zmienia faktu, że ja jestem dla nich ojcem. Ty tylko w odpowiedniej chwili użyłeś fiuta. I nigdy, przenigdy — słyszysz — przenigdy już ich nie ujrzysz! Nie masz wstępu do mojego domu, nie możesz się spotykać z żadnym Pawlickim. A jeśli się dowiem, że próbowałeś, to przysięgam na Boga, że zabiję. Jak psa.

Groźba nie przestraszyła Kaczmarka. Przypomniały mu się wspólne wypady na Szeląg i nieudolność Pawlickiego na strzelnicy. Stare dzieje. Tu i teraz Lech wygrażał mu kułakiem niczym Hitler w Norymberdze. Kaczmarek poczuł się, jakby dostał w mordę. Nigdy nawet nie pomyślał, że spotykając się z Krystyną, wyrządza krzywdę Lechowi. Ale czymże była nawet najgorsza krzywda wobec tego, co właśnie usłyszał? Boże kochany, miał syna. Dwóch synów. Nie mógł wydukać ani słowa.

Doktor ponownie rąbnął w drzwi.

— Spokojnie, nie pali się. — Strażnik ślamazarnie człapał przez długi korytarz.

Zgrzytnął zamek, skrzypnęły zawiasy i Pawlicki wyszedł. Gdy odgłos kroków doktora ucichł, Kaczmarek odzyskał mowę.

— Lechu! Poczekaj, wysłuchaj mnie!

Pawlicki nie zawrócił. Antoni Kaczmarek, detektyw podejrzany o morderstwo i zarazem podły zdrajca przyjaciół, został sam jak palec.

— Panie kapitanie, proszę za mną, odwiedziny.

Głos dochodził z oddali. Apfelbaum, wyrwany z otchłani rozmyślań, dopiero po chwili pojął, że ktoś mówi do niego. Nie znajdował się w luksusowym pokoju hotelowym, nawet nie w koszarowej kwaterze, tylko w celi wojskowego aresztu, a głos nie należał do ślicznej pokojówki czy rumianego ordynansa, lecz do żandarma z sumiastym wąsem. I ten żandarm usiłował być miły. Apfelbaum nie musiał się starać.

— Takiego wała! Nigdzie nie idę. Spierdalaj!

Nie poznawał sam siebie. Zaraz oberwie. Jednak nie tym razem. Żandarm nie ustąpił, ale grzeczny był, jakby mu kto zapłacił.

— Spodziewano się takiej reakcji. Miałem pokazać to.

Żandarm podał kopertę. Zaintrygowany Apfelbaum przyjrzał się strażnikowi uważnie. Jakiś nowy, który nie wie, że za sprzeciw wobec władzy należy się łomot, a aresztowanemu Żydowi nie przystoi okazywać szacunku, choćby był kapitanem? Ejże, przecież to ten sam, który wczoraj dał mu do wiwatu. Może chory? Zjadł coś zepsutego? Apfelbaum złapał kopertę, a uprzejmy żandarm cofnął się o krok, żeby mu nie przeszkadzać.

Ten, kto chciał go skłonić do spotkania, znakomicie wszystko zaaranżował. Wewnątrz koperty Apfelbaum znalazł zdjęcie brata Lejby z żoną Rachelą. Oboje zamiast uśmiechać się, jak zwykle na fotografiach, wyraźnie czegoś się bali. Zaniepokojony odczytał skreślone na odwrocie niewyraźnym pismem dwa zdania: „Jeśli chcesz ich jeszcze raz zobaczyć spotkaj się ze mną natychmiast. Zdjęcia nikmu nie pokazuj”.

Tajemniczy autor zgubił „o” w słowie „nikomu”. Apfelbauma przeszły ciarki. Z dziesięć lat wstecz Lejba wyjechał z kraju za pracą. W Ameryce mu się nie powiodło. W Anglii również. Ostatni znak życia dał z Niemiec, jeszcze zanim nastał tam Hitler. Apfelbaumowi zaschło w gardle. Wstyd się przyznać, ale od zawsze miał kiepski kontakt z bratem. Co tu dużo gadać — kiedy tamten przestał pisać, skutecznie wyrzucił Lejbę z pamięci. Poświęcił rodzinę dla kariery. Pożal się Boże, cóż za kariera! Cela dwa na dwa i powszechna niechęć. Zerwał się na równe nogi. Przepełniała go potrzeba działania. Nie byłby jednak sobą, gdyby gdzieś z tyłu głowy nie pojawiły się wątpliwości wskazujące na absurdalność sytuacji — jak niby aresztant może pomóc komuś znajdującemu się za granicą? Szybko zdusił tę myśl.

— Prowadź pan. Natychmiast.

Żandarm tylko chrząknął, zadzierając dziwacznie podbródek. A potem podał mu wyjęte z kieszeni lusterko. Prawdziwy Wersal, psia jego mać. Fryzura Apfelbauma dalece odbiegała od kanonu męskiej elegancji. Z braku grzebienia ułożył ją ręką. Żandarm na szczęście nie zaoferował swojego.

— Chyba można już mnie pokazać światu.

Żandarm skinął głową i wskazał drogę, a sam niczym anioł stróż podążył za kapitanem.

Kiedy rozległo się pukanie, Pawlicki oderwał wzrok od historii choroby i spojrzał w stronę drzwi. Szukał zapomnienia w wirze obowiązków. Gówno prawda: blisko dwudziestu lat wspólnego życia nie można tak po prostu wyrzucić z pamięci.

— Proszę.

Do środka weszła Barbara. Mimo podkrążonych oczu i włosów w nieładzie wyglądała prześlicznie. Dopiero ostatnio dostrzegł, jak piękną kobietą się stała.

— Chciał się pan ze mną widzieć.

— Owszem, owszem. Usiądź, Basiu, proszę. Musimy poważnie porozmawiać.

Działdowska nieśmiało przycupnęła na taborecie przy biurku. Nie miała ochoty na poważne rozmowy. Zmarszczyła czoło. Spotkanie w mieszkaniu Kaczmarka było ciężkim przeżyciem także dla niej. Teraz oboje bali się rozpocząć. Wiedzieli, że słowa, które padną, nie będą przyjemne. Doktor westchnął.

— Moja droga. I ciebie, i mnie ostatnio spotkały gorzkie rozczarowania. Z żoną doszedłem do porozumienia, w szczerej rozmowie wyjaśniła wszystko, a ja jej wybaczyłem. Z panem Kaczmarkiem zakończyłem znajomość dziś przed południem. Pozostaje jeszcze sprawa opieki tego osobnika nad tobą.

Wypowiadając nazwisko detektywa, skrzywił się jak po zjedzeniu miodu z czosnkiem. Wziął głęboki oddech, wyraźnie czekając na zachętę dziewczyny. Nie doczekał się. Basię zajęło liczenie rys na ścianie.

 

— Panno Barbaro, chciałbym bardzo prosić o zerwanie wszelkich kontaktów z Kaczmarkiem. Ktoś, kogo miałem za przyjaciela, okazał się fałszywą kreaturą. Zresztą nie wiem czy doszło już do panny, że Kaczmarek został zatrzymany przez policję. Ciąży na nim zarzut morderstwa!

Podniesiony głos Pawlickiego nie wywarł na niej wrażenia. W gabinecie obecna była tylko ciałem. Bardziej interesowały ją krzyki na ulicy. Awantura o wylewanie smrodliwych płynów do kanalizacji. Wiadomość o zatrzymaniu Kaczmarka dotarła do niej dopiero, kiedy kłótnia ucichła.

— Co? Antek aresztowany?

Doktor pokiwał głową. Takie wiadomości mógłby przekazywać na okrągło. Nie spodobało mu się tylko, że Basia mówi o Kaczmarku per ty.

— Bez żadnych wątpliwości. Ten człowiek ma na pannę zgubny wpływ, wciąga w kryminalne awantury. Uważam, że powinna panna zerwać z tym indywiduum wszelkie kontakty. Wiem, że znajduje się panna w trudnej sytuacji rodzinnej. Ze swojej strony pragnę zapewnić, że przejmę na siebie wszelkie koszta związane z edukacją.

Gadał jak najęty. Krasomówcze popisy nie robiły na niej wrażenia. Słysząc o opłacaniu przez Kaczmarka nauki, uniosła ze zdziwienia brwi. Jej reakcja zdumiała Pawlickiego.

— Panna nic nie wie? Myślałem, że Kaczmarek nie omieszkał się pochwalić. Pośrednio finansował czesne. Już wyjaśniam. Panny praca w tej przychodni oraz w szpitalu jest w zasadzie wolontariatem. Przejmę wypłacanie pannie stypendium. Proszę o nic się nie martwić.

Nie wspomniał, że żona nie wie o tych planach, bo uznał uzyskanie jej zgody za formalność. Zauważył, że rzeczowe argumenty nie trafiają do Działdowskiej. Musiał odwołać się do uczuć. Złapał ją za rękę.

— Basieńko, Kaczmarek jest złym człowiekiem, on…

Nagle jej twarz wykrzywił grymas przerażenia. Zetknięcie dłoni wywołało lawinę obrazów. Zobaczyła kulisy porozumienia małżonków. Zobaczyła, jak doktor krzyczy na żonę, jak ją bije, jak jej zadaje ból fizyczny z zapamiętaniem najokrutniejszego kata, jak w końcu… Wyrwała rękę, żeby nie oglądać, co jeszcze szacowny doktor zrobił niewiernej żonie w zaciszu domowych pieleszy.

— Przepraszam, muszę wracać do swoich obowiązków.

Uciekła z gabinetu. Pawlicki zacisnął pięści. Nigdy nie był dobrym dyplomatą.

Kobieta siedząca w magazynku wyglądała niepozornie, wręcz nijako. Oczekiwanie skracała sobie lekturą „Dziennika Poznańskiego”. Uśmiechnęła się na widok przybyłych. Dziwne, Apfelbaumowi zdawało się, że strażnik powiedział o spotkaniu z mężczyzną.

— Dzień dobry, kapitanie.

Zignorował wyciągniętą na powitanie rękę. Kobieta, niespeszona, podziękowała skinieniem głowy żandarmowi, a ten zostawił ich samych. Apfelbaum z niedowierzaniem przyglądał się postępowaniu strażnika. Jego zachowanie z pewnością nie było zgodne z regulaminem. Poznańczyk łamiący przepisy? Co tu się dzieje, do kroćset?

Po wyjściu żandarma z twarzy brzyduli w mgnieniu oka zniknął uśmiech.

— Dawaj zdjęcie!

Bezwiednie wykonał polecenie. Złapała fotografię, złamała ją wpół i oddała.

— Tak wyglądają teraz.

Jego oczom ukazał się wizerunek przeraźliwie chudej pary, szkieletów właściwie, w więziennych drelichach. Z trudem rozpoznał brata i szwagierkę. Gwałtownie odsunął fotografię. Straszny widok. Kim była ta przerażająca kobieta i co ją łączyło z Lejbą? Dlaczego strażnik zachowywał się tak dziwnie? Czy zdjęciu można przywrócić poprzedni wygląd? Ze wstydem przyłapał się na rozważaniu co najmniej niestosownych kwestii. W gąszczu pytań cisnących się na usta, los brata i jego żony znajdował się na szarym końcu. Zanim zadał choć jedno, kobieta znienacka złapała jego dłoń. Stracił przytomność. Zamiast osunąć się bezwładnie na podłogę, siedział sztywno, jak na podwieczorku u starej ciotki, nieświadom co się wokół dzieje.

Kreuzmark przystąpiła do działania. Czasu miała niewiele, do zrobienia sporo. W ostatni feralny piątek nie uciekła do Berlina. Gdy po spotkaniu z sowietą opadły emocje, zatrzymała ją w Posen eklerka z prawdziwą bitą śmietaną. Przekonała samą siebie, że dzień czy dwa spędzone w rodzinnym mieście nikomu nie zrobią różnicy. Niemożliwe żeby ktoś skojarzył niezdarną grubaskę o pospolitych rysach z nieuchwytnym i śmiertelnie niebezpiecznym agentem Geist. Obiecała sobie solennie, że zachowa wszelkie środki ostrożności: nie wyjdzie poza Jeżyce i najpóźniej za dwa, trzy dni wróci do Niemiec. Czas spędzała miło, objadając się w kawiarniach, spacerując po ogrodzie botanicznym i oglądając filmy w kinie — znalazła takie, gdzie wyświetlano wiedeńskie komedie w oryginalnej wersji językowej.

Z samego rana w niedzielę rozległ się dzwonek do drzwi wynajętego mieszkania. Początkowo zamierzała udawać nieobecną, ale intruz okazał się strasznie natarczywy. Ostrożnie zlustrowała go przez judasza. Na schodach stał kupiec podróżujący, jakich pełno w Posen. Nie wyglądał niebezpiecznie. Otworzyła drzwi. Spotkania z akwizytorami w mieszkaniach nie były niczym niezwykłym. Dziwna była wyłącznie wczesna pora i dzień tygodnia. Tutejsi w niedzielę nie pracowali. Postanowiła wykorzystać okazję, która sama pchała się w ręce. W Rzeszy miałaby skrupuły, ale tu? Jeśli można kogoś przekonać do sprezentowania towaru, płacenie wydaje się rozrzutną ekstrawagancją. Kupiec oferował huculskie rękodzieło. Za diabła nie wiedziała, jakie egzotyczne rejony świata zamieszkują Huculi, ale towary prezentowały się całkiem przyzwoicie. Upatrzyła sobie wzorzystą makatkę. Przypadkiem przelotnie musnęła dłoń akwizytora. Błyskawicznie cofnęła rękę i zamarła przerażona. Jak gdyby dotknęła głazu. Nie mogła przeniknąć jego umysłu. Od razu przyszedł jej do głowy bolszewik. Mężczyzna zdjął gęstą perukę, odkleił wąsy, a następnie wykonując dziwne ruchy, ze średniego wzrostem grubaska o nalanej twarzy stał się szczupły i wysoki. Przysiadła z wrażenia. Odwiedził ją Hermann, jej ślubny, mistrz charakteryzacji. Zdumiewające, jak udoskonalił technikę. Nie rozpoznała go! Wizyta męża i zarazem bezpośredniego dowódcy sprawiła, że naprawdę zaczęła się bać. Jak ją znalazł? Hermann nadal się uśmiechał. Skoro małżonek zaryzykował osobistą wizytę w Polsce, chodziło o coś znacznie istotniejszego niż głupia niesubordynacja. Nie pytając o zgodę, wszedł do pokoju. Usiadł w miękkim fotelu, a ona uklękła na wprost niego. W szorstkich słowach wyłożył dalsze wytyczne. Miała kontynuować misję i odebrać Polaczkom manuskrypt. Dostała także nowe zadanie: zgładzić niejakiego Silbersteina, który zdaniem Hermanna albo już się pojawił, albo wkrótce pojawi się w Posen. Wszystko w trybie błyskawicznym — najdalej za osiem dni miała wrócić do Berlina. Sytuacja rzeczywiście niezwykła. Hermann postępował niezgodnie z własnymi zasadami. Nieskładną relacją ze spotkania z sowieckim metamorfem zbytnio się nie przejął. Wyraził tylko życzenie, żeby na przyszłość zachowała większą ostrożność, i wręczył jej runiczny talizman. Z niezadowoloną miną odrzucił uniżoną propozycję miłosnych igraszek. Śpieszył się. Przybierając powtórnie wygląd pulchnego akwizytora, wyjaśnił, że rozpoczął walkę o wielką stawkę, że ma jeszcze do załatwienia ważną sprawę związaną z cesarskim Schloss, a jej misja jest kluczowa dla powodzenia tych dalekosiężnych planów. Nigdy nie widziała go tak podekscytowanego. Kiedy skończył przemianę, po prostu wyszedł, zostawiając na stole instrukcje, zdjęcie oraz całkiem pokaźny zwitek złotówek. Ani jej nie przytulił, ani nie pożegnał.

Szybko przeczytała wskazówki. Dotyczyły znanej jej grupy Polaczków, do której ów Silberstein, wedle zgromadzonych informacji, miał dołączyć. Bez żalu porzuciła plany kolejnego dnia obżarstwa i przystąpiła do realizacji zadań. Już bez wyrzutów sumienia. Udała się do koszar i rozpoznała aktualną sytuację. Tym razem jako źródło posłużył jej kapitan Wojtaszek. Trochę się pozmieniało. Prażyński i Rybik zniknęli, a Apfelbaum przebywał w areszcie. Polacy podwyższyli środki ostrożności z powodu metamorfa, który prawie zgładził ich wszystkich. Te obawy akurat dobrze rozumiała, nie miała ochoty na następne spotkanie z tym potworem. Hermann do kradzieży manuskryptu wyznaczył Apfelbauma. Mieli na Żyda dobrego haka — w jednym z obozów koncentracyjnych na terenie Rzeszy znaleziono rodzonego brata i szwagierkę tamtego. Zdjęcie przedstawiało właśnie tę parę. Postanowiła posłużyć się Apfelbaumem także do wykonania drugiego zadania. Choć o Silbersteinie Wojtaszek nic nie wiedział, logiczne było, że współpracować będzie właśnie z Apfelbaumem. Musiała wpoić Żydowi przymus kradzieży dokumentu, ale także nakłonić do zabójstwa. W dotychczasowej służbie tylko raz udało jej się w taki sposób zgładzić wroga. Hermann jednak nie sprecyzował, które zadanie uważa za priorytetowe. Sama musiała podjąć decyzję, a tego nie znosiła. Po namyśle za ważniejsze uznała dostarczenie manuskryptu. Zabójstwo sprowokuje Polaczków do wzmożenia czujności, utrudniając albo wręcz uniemożliwiając kradzież. Zatem okoliczności podniosły poprzeczkę jeszcze wyżej. Przymus zabójstwa musiał być warunkowy, czyli ujawnić się dopiero po udanym zdobyciu manuskryptu. Nigdy jeszcze nie budowała równie skomplikowanego zaklęcia. Zaczęła od wszczepienia Apfelbaumowi pragnienia dostarczenia manuskryptu lub jego kopii dla ratowania więzionego w obozie koncentracyjnym brata. Ku swojemu zaskoczeniu musiała wzmocnić braterskie uczucia do Lejby i szwagierki, bo kapitana niewiele ich los obchodził. Na koniec wyryła Apfelbaumowi w pamięci adres, pod który ma dostarczyć zdobyte materiały. Tym samym pierwsza część zadania, ta łatwiejsza, została zrealizowana. Pozostała druga. Skłonienie Apfelbauma do zabójstwa wymagało obdarzenia go specjalnym przedmiotem, dzięki któremu pragnienie zgładzenia obiektu będzie podsycane. Przeklęła w duchu małżonka. Ciągle zmuszał ją do improwizacji i poświęceń. Na palec kapitana powędrował jej obrączka. Na szczęście pasowała — po raz kolejny powinna błogosławić swoją figurę. Ukoronowanie majstersztyku stanowiło nałożenie Apfelbaumowi blokady mentalnej — obrączki na palcu miał nie zauważać, a nakaz zgładzenia Silbersteina powinien pojawić się dopiero po zdobyciu manuskryptu. Chyba że coś zadziała źle. Starła pot z czoła. Wykonała kawał dobrej roboty, wznosząc się na wyżyny Sztuki. Pozostało jej jeszcze zatrzeć ślady ingerencji: wymazać Żydowi i żandarmowi wspomnienie jej wizyty — ale to już była dziecinna igraszka. Dobrze mieć wrogów w mężczyznach.

Inne książki tego autora