Musza Góra

Tekst
Z serii: Antoni Kaczmarek #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Text copyright © 2014 by Bohdan Głębocki

Copyright © 2014 for this edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Andrzej Komendziński



Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl ISBN: 978-83-7278-994-5 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

Strona redakcyjna

Dedykacja

„Kurier Poznański” nr 294 (2 lipca 1938)

DZIEŃ 1 (4 października 1938, wtorek)

DZIEŃ 2 (5 października 1938, środa)

DZIEŃ 3 (6 października 1938, czwartek)

DZIEŃ 4 (7 października 1938, piątek)

DZIEŃ 5 (8 października 1938, sobota)

DZIEŃ 6 (9 października 1938, niedziela)

DZIEŃ 7 (10 października 1938, poniedziałek)

DZIEŃ 8 (11 października 1938, wtorek)

DZIEŃ 9 (12 października 1938, środa)

DZIEŃ 10 (13 października 1938, czwartek)

DZIEŃ 11 (14 października 1938, piątek)

DZIEŃ 12 (15 października 1938, sobota)

DZIEŃ 13 (16 października 1938, niedziela)

Słowniczek

Text copyright © 2014 by Bohdan Głębocki

Copyright © 2014 for this edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki i zdjęcie na okładce

Andrzej Komendziński

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki — z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych — możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7278-994-5

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla M., M. i M.

„Kurier Poznański” nr 294 (2 lipca 1938)

Żydowskie szkielety i nagrobki są jeszcze w samym centrum Poznania, s. 82.

Jak już donosiliśmy, przy Placu Wolności, podczas kopania fundamentów pod gmach Banku Gospodarstwa Krajowego znaleziono szkielety ludzkie.

Na miejscu tym znajdował się, według kronikarzy, już w roku 1442 wielki cmentarz żydowski, mieszczący się „za murami miasta, naprzeciw zamku” piastowskiego. Kirkut ten zniesiony został zarządzeniem władz pruskich z dnia 10 marca 1804 r. Po wielkim pożarze w r. 1803 magistrat przystąpił do odbudowy zachodniej części miasta. W związku z odbudową tej dzielnicy, stary cmentarz żydowski ustąpił nowym budynkom.

Stanisław Raczyński był królem Plajty. Nie lubił tej nazwy i używał jej z rzadka. Wolał mówić, że pracuje na placu Wolności. Królował zresztą krótko, tylko najczarniejszą nocą, kiedy goście opuszczali okoliczne lokale, a widzowie wychodzili z ostatnich seansów kinowych. Wtedy zaczynało się panowanie Raczyńskiego, a jego kres nastawał z przybyciem pierwszych zarabiających na chleb pracą własnych rąk. W swoim królestwie miał za towarzysza tylko wiernego psa. Żadnych poddanych, żadnej władzy, żadnego sensu.

Czarne myśli przerwało niespokojne strzyżenie uszami Burka. Raczyński spojrzał na zwierzaka z czułością.

— Co? Nie boisz się chyba tej historii o czarnym psie grasującym na Muszej Górze? To tylko bajdy dla dzieciaków. Niepotrzebnie ci o tym opowiadałem.

Na niebie księżyc wydobył się zza chmur, by ukazać swą pełnię. Srebrne promienie muskały nieśmiało dachy kamienic przy reprezentacyjnym placu Poznania. Nocnej ciszy nic nie zakłócało. Prawie. Z oddali — z okolic Starego Rynku, od Garbar, a może nawet z Chwaliszewa — dochodziły pijackie śpiewy. Miasto spało.

Mimo kojących słów pana i ciepłej ręki na karku Burek, potężny brytan wielkości owczarka podhalańskiego o umaszczeniu we wszystkich odcieniach szarości, nadal niespokojnie węszył. Temu kundlowi stróż Raczyński ufał jak nikomu innemu. Chwycił pałkę. Za chwilę coś się wydarzy. I rzeczywiście. Z przeraźliwym piskiem tramwaj pokonał zakręt prowadzący z Nowej na plac Wolności. Cholera, przejazdy techniczne urządzają. Raczyński pogłaskał psa po głowie. Jeśli dźwięk był nieprzyjemny dla ludzkich uszu, to co dopiero dla psich. Spędzali tu dopiero drugą noc, więc zwierzak nie przyzwyczaił się do takich hałasów. Stanisław Raczyński, postawny i ogorzały mężczyzna dobiegający pięćdziesiątki, o dłoniach zgrubiałych od fizycznej pracy, spojrzał w stronę muzeum. Obok wznosił się potężny gmach nazywający się tak samo jak on — Biblioteka Raczyńskich. Dar hrabiego Raczyńskiego dla narodu.

Budynek podobno wzorowano na jakiejś greckiej, rzymskiej czy francuskiej budowli. Niestety, Stanisław z hrabiów nie pochodził i musiał zarabiać jako nocny stróż. Niedawno znalazł pracę i to nie byle jaką — co najmniej do wiosny trzydziestego dziewiątego, przy budowie banku. Odkąd zaczęły ginąć materiały, panowie bankowcy uradzili, żeby nająć stróża. Sknery pieprzone z tłustymi bebechami. Ale grzech narzekać. Los kolejny raz uśmiechnął się do niego. Podczas Wielkiej Wojny szczęśliwie przeszedł z armią Wilusia przez front zachodni. Potem już w polskim mundurze: powstanie, odsiecz Lwowa i na koniec rozprawa z bolszewikami. Ani jednego draśnięcia. W wolnej Polsce wiodło mu się gorzej. Rodziny nie założył. Miał tylko psa. Westchnął. Przypomniał sobie o dziurze w prawej skarpecie. Przed następną nocą trzeba zacerować. Ale ogólnie źle mu nie było. Zgrzeszyłby, mówiąc inaczej. Starczało na papierosy i od czasu do czasu na piwo. Zawsze też na miskę dla psiska. Bo psy towarzyszyły mu od zawsze. Ten to już czwarty z kolei. Wszystkie wabiły się tak samo, wszystkie traktował jak przyjaciół. Z ludźmi układało mu się różnie, za to do zwierząt, jak to mówią, miał rękę. Razu pewnego okiełznał oszalałego byka, do którego nikt nawet podejść nie chciał. On się odważył, zajrzał buhajowi w ślepia, a potem odprowadził jak potulnego cielaczka do obory. Najbardziej jednak był za psami.

Burek znów zaczął kręcić się niespokojnie. Podkulił ogon. Cicho popiskiwał. Stróż zmarszczył czoło. Co się dzieje, do diabła?! Nigdy wcześniej nie widział takiego zachowania. Spróbował uspokoić psa. Nagle Burek wyrwał się i głośno ujadając, popędził za celem znanym tylko sobie. Pewnie za kotem. A może ktoś łazi w tych rowach, co je wykopali pod fundamenty? Trzeba ruszyć dupsko i sprawdzić. Skaranie boskie. Jak paniusie z pobliskich domów znowu przyjdą na skargę o nocne szczekanie, to go na zicher bankowcy zwolnią. Rozeźlony zgasił papierosa i pośpieszył za Burkiem. Szczekanie nagle przerodziło się w skowyt, błyskawicznie urwany. Zły znak. Raczyński nie namyślał się ani chwili. Pognał śladem Burka w stronę wykopu z żydowskimi kamlotami. Włączył latarkę. W drugiej ręce pewnie dzierżył pałkę. Jeśli ktoś zrobił psu krzywdę, nie będzie litości. Żadnej reakcji na wołanie. Nagle potknął się. Pałkę utrzymał, ale latarkę upuścił. Szukając po omacku, natrafił na ziemi na coś lepkiego i ciepłego. W pierwszej chwili odsunął rękę z obrzydzeniem, ale zaraz zaczął dalej macać. Pod palcami wyczuł sierść. To był Burek w kałuży krwi.

Raczyński odłożył pałkę. Wymacał latarkę. Jakiś drań zabił mu najlepszego przyjaciela. I ten drań za to zapłaci. Z pochewki umocowanej na łydce wysunął sztylet. Koniec żartów. Oświetlił miejsce śmierci pieska. Jasny snop omiótł hałdy ziemi i sterty desek. Ani śladu żywego ducha. Żadnych odgłosów. Powoli wstał z kolan. Nagle kątem oka dostrzegł przesuwający się z niewiarygodną prędkością cień, a po ułamku sekundy poczuł potężne uderzenie. Siła ataku powaliła go obok psiego truchła, twarzą wylądował o milimetry od grzbietu Burka. Sierść drażniła nos. Napastnik przygniótł go do ziemi. Raczyński nie stracił zimnej krwi. O życie walczył nie pierwszy raz. Zręcznie obrócił sztylet i aż po rękojeść wbił go w ciało napastnika. Ten nawet nie pisnął, za to stróż poczuł na gardle zęby. I straszliwy ból rozrywanej skóry, pękających chrząstek, rozszarpywanych żył oraz tętnic. To koniec. W zabójczym tempie serce wypompowywało krew z otwartej rany. Z każdą kroplą uchodziło z niego życie. Ostatnie, co poczuł, to duszący smród. Kolejne kłapnięcie potężnej szczęki zakończyło agonię, a na piasku krew stróża zmieszała się z posoką Burka.

 

DZIEŃ 1 (4 października 1938, wtorek)

Mężczyzna w mundurze kapitana Wojska Polskiego obudził się raptownie. Pociąg właśnie ruszał. Podróżny zerwał się przestraszony, że nie zdążył wysiąść. Wyrwany ze snu z trudem złożył litery peronowego szyldu w nazwę miejscowości. Na szczęście nie był to jeszcze Poznań. Mała stacja Swarzędz. Wraz z odzyskiwaniem świadomości wracał spokój. Przecież w Poznaniu pociąg kończy bieg. Miarowy stukot kół działał usypiająco, więc kapitan Mieczysław Apfelbaum co pewien czas zapadał w płytką drzemkę. Po przeniesieniu do tajnej sekcji, trzy lata wstecz, przestał porządnie się wysypiać. A teraz ta niespodziewana podróż służbowa. I to dokąd! Do cholernego Poznania, twierdzy endeków, gdzie nigdy nie był, za to nieraz słyszał opowieści o tamtejszych judofobach. Miejscowi popierali tylko swoich, a Żydów zjadali już na dworcu z jakimś gzikiem. To podobno najwykwintniejsze danie miejscowej kuchni, ser z czymś tam. Durna nazwa: gzik-bzik. Rozkaz podróży przyszedł z samej Warszawy — oficjalnie jako kapitan służb kwatermistrzowskich został wytypowany na kurs szkoleniowy. W rzeczywistości służył w „Dwójce”, w Referacie Badań Ludnościowych. Pod niewiele mówiącą nazwą kryła się zakamuflowana komórka wywiadu, przeznaczona do „odzyskiwania zaginionej wiedzy, w celu wykorzystania jej do obrony Rzeczpospolitej”.

Pierwszą reakcją każdego (z wąskiego grona zaufanych), kto usłyszał tę frazę, było albo puknięcie się w czoło, albo wybuch śmiechu. Dowództwo jednak sprawę traktowało śmiertelnie poważnie. Podobne badania prowadzili Anglicy, Francuzi, Włosi, Amerykanie, nawet Sowieci i Japończycy, a przede wszystkim Niemcy. Kolejna wojna miała być prowadzona nie tylko z wykorzystaniem najnowocześniejszej techniki, lecz także z pomocą czegoś, co jeszcze niedawno określano słowem zabobon. Pierwsze udane próby zaprzęgnięcia wiedzy przodków do celów militarnych przypisano Burom, którzy w afrykańskiej wojnie przemykali niepostrzeżenie pod angielskie pozycje, uderzali i nim ktokolwiek zdążył zorganizować obronę, znikali. Później okazało się, że stosowali murzyńskie zaklęcia myśliwskie. Podczas Wielkiej Wojny Francuzi wykorzystali sukuby i inkuby do działań szpiegowskich. Podobno w ten sposób ujęto Matę Hari. Niemcy oprócz gazów bojowych wysyłali na alianckie okopy poltergeisty, by siały wśród wrogów zwątpienie, panikę, a w konsekwencji upadek morale. Brytyjczycy odpowiadali podobnie, wielu służących w armii kajzera postradało rozum za sprawą irlandzkich banshee. Jedno nie ulegało wątpliwości — próby okazały się na tyle interesujące, że rozpoczęto regularne badania w tym kierunku. Także w Polsce, choć ze sporymi oporami. Dla Apfelbauma prawdziwym celem wyjazdu do Poznania było jakieś odkrycie związane ze sferą zainteresowań Referatu. Szczegóły miał poznać na miejscu.

W sąsiednim przedziale rozgorzała kłótnia. Apfelbaum słyszał wszystko doskonale, cienkie ściany nie stanowiły żadnej zapory. Piskliwy głos upierał się, że zajęcie Zaolzia to błąd strategiczny. Głos niski dudnił, że akcja Bortnowskiego jest realizacją sprawiedliwości dziejowej, że pomszczono poległych pod Skoczowem i ukarano czeską zdradę z 1919 roku. Jako żołnierz Apfelbaum nie kwestionował polityki władz, prywatnie zaś raczej przychylał się do opinii piskliwej. Zmierzył wzrokiem współpasażerów. Kobieta podróżująca z dzieckiem nie widziała świata poza potomkiem, na szczęście wyjątkowo spokojnym. Mężczyzna o wyglądzie adwokata ukrył się za płachtą wileńskiego „Słowa”. Zasuszony staruszek bacznie mu się przyglądał. Przyłapany na niezbyt grzecznym wlepianiu wzroku, wcale się nie speszył. Staremu piernikowi co jakiś czas trzęsła się noga. Z trudem utrzymywał laskę z mosiężną rączką. Wyglądał groteskowo. Przed czynnym wyrażeniem nienawiści powstrzymywał go pewnie tylko szacunek dla munduru. Kapitan znał takich jak zły szeląg. „Nasi chłopcy gonią Czechów nad Olzą, a starozakonni jak zwykle na tyłach”, usłyszałby, gdyby stary się odezwał. Natręt w końcu spuścił wzrok, mamrocząc pod nosem przekleństwa. Kapitan uznał, że ma do czynienia z miejscowym, zatem w pojedynku Apfelbaum — poznańczycy jak dotąd 1:0. I ze spokojem zajął się kontemplowaniem krajobrazu za oknem, nudnego jak mieszkańcy tej krainy.

Na Garbarach panował poranny harmider. Eleganccy przechodnie pojawiali się z rzadka, podobnie jak błyszczące w słońcu samochody. Ta pora dnia należała do zarabiających na chleb ciężką pracą, ich wozów i wózków. Bramkarz Napierała przebiegł Wielkie Garbary, po czym wszedł na most Chwaliszewski. Wilgotny bruk był zdradliwy, mężczyzna poślizgnął się, ale z gracją zdołał utrzymać równowagę. Sprytny, w labiryncie uliczek Chwaliszewa łatwo zniknąć. Co ważniejsze, tu każdy pilnował własnego nosa. Idący w bezpiecznej odległości za piłkarzem Antoni Kaczmarek nie lubił tej części Poznania — zbyt wielu miejscowych mogło go rozpoznać, nawet mimo charakteryzacji. Jednak twardo stąpający po ziemi Kaczmarek potrafił dostrzec swoisty urok malowniczych zaułków poznańskiej Wenecji. Takie magiczne połączenie wody i kamienia.

Antoni, prywatny detektyw, mężczyzna tuż po czterdziestce, wzrostu średniego, miał sylwetkę ukształtowaną przez sportowe zainteresowania. Biegi i pływanie. Brakowało mu aparycji amanta, ale twarz o regularnych rysach mogła podobać się kobietom, o ile nie przeszkadzał im wydatny nos i uszy o rozmiar za duże w stosunku do reszty fizis. Na potrzeby dzisiejszego zadania dokleił sobie sumiastego wąsa, nałożył tupecik oraz okulary w drucianej oprawce. Nagle poczuł, że ktoś ciągnie go za ramię. Odwrócił się. Przed nim stał dobrze ubrany, poważnie wyglądający starszy pan o siwiejących skroniach. Antek mimowolnie porównał jego płaszcz z własnym powycieranym paltem.

— Bardzo szanownego pana przepraszam, ale mam niezwykle ważne informacje…

Kaczmarek przystanął zaintrygowany. Cóż za wyszukany język. Staruszek zadowolony z pozyskania słuchacza uśmiechnął się.

— Otóż, drogi panie, pod Śremem, wiem to z pewnego źródła, urodziło się trójgłowe cielę. Pan sobie wyobrażasz? Nie dwugłowe, tylko…

Zirytowany Kaczmarek wyszarpnął rękaw płaszcza z dłoni oczywistego wariata. Dał się podejść jak dziecko. Musiał nadrobić stracony czas, przecież bramkarz nie stał w miejscu. Przyspieszył.

— To nie wszystko! W mieście grasuje wilkołak. Będzie zabijał, dopóki ktoś go nie powstrzyma! — Chory psychicznie nie dał za wygraną, krzycząc do pleców utraconego słuchacza.

Czego ci ludzie nie wymyślą. Ostatnio każdy, od małych knajtków poczynając, a na starych babciach kończąc, powtarzał tylko jedno — plotkę o wilkołaku zagryzającym ludzi. Skaranie boskie!

Na moście Kaczmarek o mało nie poślizgnął się na mokrym bruku. Kolejne cenne sekundy stracił, bo jakiś bamber zmierzający na rynek zatarasował drogę. Wiatr bez trudu przeniknął lichą odzież detektywa. Przekroczywszy rzekę, odruchowo przeżegnał się na widok krzyża stojącego na chwaliszewskim brzegu. Pozłacana figura Zbawiciela pięknie jaśniała w jesiennym słońcu. Pozornie wyspa niczym nie różniła się od pozostałych części Poznania. Podobno kiedyś było tu odrębne miasto z własnym ratuszem. Jeśli tak, to coś z tych dawnych czasów pozostało w mentalności chwaliszewian. Detektyw do strachliwych nie należał, ale na Chwaliszewie wolał zachować czujność. Tymczasem bramkarz skręcił w Czartorię i Antoni stracił go z oczu. Wspaniale. Teraz szukaj wiatru w polu. Z lekką zadyszką podbiegł do miejsca, w którym zniknął obiekt. Pusto. Ani śladu bramkarza. Najprawdopodobniej wlazł do jednej z pobliskich knajp. Detektyw westchnął. Sprawa, która go tu przygnała, w monotonii śledzenia niewiernych małżonków jaśniała niczym diament. Do Poznania przyjechali „Czarni” ze Lwowa. Chłopaki z „Warty” podejrzewali, że bramkarz Napierała puszcza gole częściej, niż powinien. Zrobili zrzutkę w drużynie i wśród zaufanych kibiców, a potem zapukali do drzwi Biura Detektywnego. Antek zagryzł wargi. Chyba właśnie zawalił ważne dochodzenie. Pierwsze tak ciekawe od… cholera, już nawet nie pamiętał, od jak dawna. Nie pozostawało mu nic innego jak rozpaczliwe przejście po chwaliszewskich lokalach.

Knajpa numer jeden okazała się prawie pusta. Przy barze siedział dorożkarz i dwie córy Koryntu w wieku emerytalnym, które zmierzyły go znudzonym wzrokiem. W drugiej też nie znalazł bramkarza. Co przyniesie trzecia?

— Serwus. — Nieznajomy uchylił kapelusza, zdecydowanie nie pasującego do miejsca, podobnie jak sam właściciel. — Powisz ty mi, gdzie jest knajpa Leona, bo naobkoło jej ni ma?

Dość tęgi mężczyzna sapał jak lokomotywa. Nie pachniał tanimi papierosami, a cygarami. Może jednak Kaczmarkowi sprzyjało szczęście. Rozpoznał charakterystyczny lwowski zaśpiew, którego sporo nasłuchał się w 1919 roku. Ilu lwowiaków można spotkać we wtorkowy poranek na Chwaliszewie?

— „U Leona”, niech pomyślę… Cofniesz się pan najsampierw do Tylnego Chwaliszewa, potem jeszcze do Chwaliszewa. Ulicy znaczy się. Dalej w prawo, do przecznicy. W nią pan skręcisz. W lewo. To Warciana. Wedle eki z Wenecjańską stoi Leon. Nie da się pomylić.

Antek wspierał się gestykulacją, a grubas mruczał pod nosem, próbując spamiętać wymienione nazwy. Na pewno zaraz się pomyli.

— Ta wam dziękuji.

Lwowiak albo dobrze udawał, albo miał doskonałą pamięć.

— Cała przyjemność po mojej stronie.

Nieznajomy odszedł, a Kaczmarek zaczął wpatrywać się w pobliską wystawę. To się nazywa fart. Poznał prawdopodobne miejsce spotkania. Miał nawet czas, żeby spokojnie przygotować sprzęt. Uśmiechnął się do przechodzącej dziewczynki w stroju marynarskim, prowadzonej za rękę przez nianię. Szły w kierunku katedry. Dziewczynka pokazała mu język. Dzień zapowiadał się wspaniale.

* * *

— Proszę pana, proszę pana. Ostatnia stacja. Koniec jazdy.

Apfelbaum ocknął się momentalnie. Przesiąknięty zapachem tytoniu stary kolejarz szarpał go za ramię i krzyczał prosto do ucha.

— Poznań?

— Tak, tak. Poznań, Poznań.

W przedziale nikogo już nie było. Kapitan poprawił mundur, przeczesał włosy i wcisnął na głowę rogatywkę. Wziął głęboki oddech, po czym ruszył na spotkanie złowrogiego miasta. Na schodach wagonu oślepiło go ostre słońce. Rozejrzał się. Secesyjne wiaty nad peronami i kłęby pary. Gwar jak na każdym dworcu. Ludzie śpieszyli się, przepychali i biegali z bagażami w poszukiwaniu właściwego pociągu. Dał się zwieść głupiemu gadaniu. To normalne polskie miasto, jakich wiele w Rzeczpospolitej. Może trochę bogatsze od innych. Ktoś mu naopowiadał o wszechobecnej w stolicy Wielkopolski woni palonych kadzideł. Wyczuwał różne zapachy: dymu, węgla, smarów, niedomytych ciał, ale kadzidła bez wątpienia wśród nich nie było. Ta pogłoska okazała się bzdurą, pewnie podobnie będzie z innymi. Dostrzegł nawet paru Żydów w chałatach i z wielkimi torbami, torujących sobie przejście przez tłum przy wtórze głośnych przekleństw po polsku i w jidysz. Nikt na nich nie polował ani ich żywcem nie zjadał. Apfelbauma po wyjściu z wagonu porwał ludzki potok zmierzający w stronę podziemnego przejścia. Przy schodach został potrącony przez postawną kobietę z dzieckiem na ręku, zmierzającą w stronę przeciwną niż większość pasażerów. Zdołał jednak utrzymać równowagę i chciał nawet krzyknąć za paniusią, żeby bardziej uważała, ale tłum połknął i matkę, i dziecko, więc nie było komu zwrócić uwagi. Po chwili znalazł się na chodniku przed dworcem. Masywny budynek z czerwonej cegły robił przygnębiające wrażenie. Na placyku znajdowała się pętla tramwajowa, ale jedyny tramwaj właśnie odjechał. Kiedy bezradnie rozglądał się dookoła, ktoś delikatnie stuknął go w plecy.

— Panie oficerze…

Odwrócił się.

— Słucham…

Przed nim stał barczysty mężczyzna równy mu wzrostem, ubrany w skórzany strój do jazdy samochodem. Na widok twarzy Apfelbauma rozszerzył oczy ze zdumienia i dukając niezrozumiale pod nosem, wycofał się do zbitych w grupkę szoferaków stojących nieopodal sznura aut. Wśród kolegów odzyskał rezon i zaczął głośno perorować, co rusz wskazując na Apfelbauma. Dziwaczne zachowanie taksówkarza rozbawiło kapitana. Z braku innych środków transportu postanowił zamówić taksówkę i w ten sposób dostać się do Dowództwa Okręgu Korpusu. Kiedy podszedł do pierwszego auta w kolejce, od grupki odłączył się jeden szofer.

 

— Do DOK proszę.

Wsiąść jednak nie zdołał, bo przeszkodziła mu dłoń taksówkarza. Z zaciętą twarzą kierowca zablokował drzwiczki.

— Niestety, kurs zajęty.

Kapitan przesunął się do drugiej taksówki.

— W takim razie pojadę tą.

Taksówkarz stanął obok wybranego samochodu.

— Ta jest także zamówiona.

Apfelbaum przystanął. Co jest grane? Wszystkie taksówki należą do tego buca?

— A trzecia?

— I trzecia, i czwarta, i piąta. Jak dla pana, wszy…

Nie dokończył, bo do pierwszego auta wsiadły dwie roześmiane dwudziestolatki i szofer rzucił się w wir taksówkarskich obowiązków.

Zirytowany Apfelbaum nie pojmował, co się dzieje. Dlaczego te kobiety weszły ot tak, do taksówki rzekomo zamówionej? Olśnienie przyszło wraz z przechodzącą nieopodal grupką gimnazjalistów. Mijając go, zaczęli się szturchać i głośno pokrzykiwać:

— Tej, Marychna, ale jubel… Żydek w mundurze.

— Jasny gwint. Nikt nam nie uwierzy.

Jeden z wyrostków, odważniejszy albo bezczelniejszy od pozostałych, krzyknął:

— Jojne idzie na wojnę!

Odpowiedział mu wybuch śmiechu. Do szczeniaków dołączyli dorośli przechodnie. Przystawali, głośno komentowali, wytykali go palcami, jakby był okazem przyrodniczym. Zjeżył się. A więc o to chodziło! Jednak cholerni judofobi kręcą miastem. Kruczoczarne, lekko kręcone włosy, niesfornie wystające spod rogatywki zapewne jeszcze by mu wybaczono. Podobnie jak oczy w odcieniu ciemnego piwa. Na tym kończyła się taryfa ulgowa. Garbaty nos nie pozostawiał złudzeń co do narodowości właściciela, a kropkę nad i stawiały grube, mięsiste wargi. Poprawił oficerski pas. No to sprawdzimy, czy poznańczycy są mocni tylko w gębie. Dziarsko ruszył w stronę taksówkarzy. Z każdym krokiem wzbierał w nim gniew. Co to ma być? Oficer Wojska Polskiego nie będzie podwieziony taksówką w polskim mieście? Kiedy był już na wyciągnięcie ręki od zaniepokojonych gwałtowną reakcją mężczyzn, wpadł na niego inny oficer.

Po zderzeniu ten drugi przepisowo zasalutował.

— Panie kapitanie… Porucznik Świeczko kłania się nisko. Z nieba mi pan spadłeś. Czy pan aby też na kurs dla kwatermistrzów, aa?

Apfelbaum skinął głową. Słowa tamtego wypowiedziane z lekkim wschodnim zaśpiewem były jak balsam dla uszu, zwłaszcza w porównaniu z brzydkim przeciąganiem miejscowych. Ten na pewno nie był z Poznania.

— A czy nie będzie mieć pan szanowny nic naprzeciwko, żebyśmy pojechali razem? Bo ja proszę pana z Włodzimierza Wołyńskiego przyjechał…

Po raz pierwszy od wyjścia z pociągu uśmiechnął się.

— Absolutnie nie będę miał nic przeciwko ani naprzeciwko. Proszę bardzo, pan pierwszy. Przepraszam, nie przedstawiłem się. Kapitan Apfelbaum Mieczysław.

Razem wsiedli do taksówki. W obecności drugiego oficera kierowca już nie odważył się protestować. Całą drogę milczał naburmuszony, co raczej niezwyczajne w tym fachu. Kapitan także nie miał ochoty na rozmowę. Za to porucznik Świeczko gadał jak najęty. Na imię miał Aleksander, na cześć największego zdobywcy starożytności. Na Świętym Marcinie Apfelbaum dowiedział się, że rodzinę porucznika tworzy żona Halinka i piątka dzieciaków. Do Alei Marcinkowskiego poznał wszystkie imiona i choroby, które potomstwo przeszło od urodzenia. Kiedy Świeczko rozpoczął opowieść o sukcesach i porażkach szkolnych najstarszego syna, samochód gwałtownie zahamował.

— Proszę bardzo. Babińskiego. Dowództwo Okręgu Korpusu. Cztery złote.

Szofer patrzył, jakby zamierzał go udusić. Kapitan wyjął portfel. Sporo. Porucznik zaczął macać kieszeń, ale Apfelbaum go powstrzymał.

— Proszę mnie nie obrażać. Był pan moim gościem.

Świeczko lekko się ukłonił i wyjątkowo nic nie powiedział. Apfelbaum dokładnie odliczył kwotę za przejazd i podał szoferowi.

— Żydowskie pieniądze jakoś cię nie brzydzą! — rzucił na odchodnym i udał się za porucznikiem do wartowni. Taksówka odjechała z piskiem opon.

Lokal „U Leona” nie prezentował się najlepiej. Duża szyba od ulicy wprost lepiła się od brudu. Ten, kto nazwał Poznań czystym miastem, z pewnością nie stołował się tutaj. Mimo przedpołudniowej pory w knajpie panował spory ścisk. Dobrze wybrał ten Napierała. Kaczmarek rozejrzał się dyskretnie po sali. Są. W narożniku, z dala od ciekawskich uszu. Lwowiak siedział obok bramkarza. Zawzięcie dyskutowali. Napierała założył okulary i przylizał czuprynę, bądź co bądź był znaną personą. Wokół, oględnie mówiąc, szemrane towarzystwo. Niskie, zadymione pomieszczenie wyglądało niczym dawne destylacje, o których tyle opowiadali Kaczmarkowi wujowie. Podobne lokale nigdy nie pachniały zbyt pięknie, ale „U Leona” po prostu śmierdziało. Chwilowo nie potrafił wskazać źródła paskudnej woni. Pewnym krokiem podszedł do kontuaru.

— Setkę proszę.

Stojący za barem grubas łypał spode łba, ale obsłużył bez gadania. Szklanka, do której nalał starannie odmierzoną porcję alkoholu, nie różniła się zbytnio od witryny. Detektyw odetchnął pełną piersią. Zaletą pracy na własny rachunek była możliwość picia o każdej porze. Ceny akceptowalne. Juchty z Chwaliszewa nie stanowili najlepszej klienteli w mieście.

Usiadł przy stoliku sąsiadującym z pogrążonymi w dyskusji bramkarzem i lwowiakiem, tak by widzieć obu mężczyzn. Blat opowiadał historię ostatniego tygodnia, może miesiąca. Kaczmarka to specjalnie nie ruszało, pracował w gorszych warunkach, a kuchnia w jego mieszkaniu prezentowała się niewiele lepiej. W ogólnym zgiełku rozmowę śledzonych słyszał piąte przez dziesiąte. Nieistotne. Dla sądu dowodów nie zbierał. Potrzebował fotografii potwierdzającej potajemne spotkanie. Banał. Wystarczy uruchomić mechanizm własnej roboty, dzięki któremu ukryty pod paltem aparat robi zdjęcia. Gotowe. I jeszcze jedno, dla pewności. Dopije wódkę i zmiata z Chwaliszewa. W końcu skojarzył źródło smrodku. Na każdym stole stał talerz z kiełbasą. Zakąska od firmy, tyle że lekko nieświeża. Jednym haustem wychylił alkohol i wstał.

— A ty, Kaczmarek, już nas opuszczasz? Myślałem, że pogadamy o starych czasach.

Zamarł. Rozpoznał go stojący za kontuarem tęgi mężczyzna. Niestety bez wzajemności. W spelunce nagle ucichły wszystkie rozmowy. Niespodziewanie znalazł się w centrum zainteresowania. Poczuł strużkę potu spływającą po plecach. Uśmiechnął się sztucznie.

— Nie nazywam się tak, musiał mnie pan z kimś pomylić. — Kaczmarek dotknął rąbka kapelusza i skierował się w stronę wyjścia.

Grubas dał znak ręką. Drzwi zagrodziło trzech rosłych typów, a dwóch kolejnych przygniotło Antoniego do baru. Kapelusz detektywa spadł na podłogę. Nagle pozostali goście stracili zainteresowanie rozróbą. Prawie. W kącie zaszurało krzesło. Ktoś próbował wstać. Może chciał pomóc Kaczmarkowi, a może chciał się ulotnić. Wystarczyło jedno spojrzenie draba wykręcającego Antkowe ramię, by pan nerwowy potulnie usiadł. Drugi z oprychów złapał detektywa za kark i Kaczmarek znalazł się twarzą w twarz z właścicielem i jego nieświeżym oddechem.

— Albo udajesz, albo rzeczywiście nie pamiętasz. Za to ja nie zapomnę twojej zakazanej kalafy do końca życia. Rok trzydziesty czwarty. Olejnik moje nazwisko.

Po uderzeniu wymierzonym przez grubasa otwartą dłonią detektywowi spadł tupecik. Kaczmarek zniósł cios bez słowa skargi. No tak, nieźle się wpakował. Restaurator z Marcina zdradzający żonę. Na nieszczęście wiarołomnego męża knajpę w posagu wniosła ona.

— Panie Frycku, co robimy?

Pytanie zadał trzymający Kaczmarka za kark. Olejnik zatarł tłuste dłonie.

— Przeszukajcie gnidę dokładnie, a potem to już sami wiecie. Nie chcę go więcej widzieć.

Jeden z drabów boleśnie wykręcił detektywowi ręce, a drugi zdarł płaszcz, pod którym na specjalnej uprzęży zawieszony był aparat. Po chwili wszystko, łącznie z trzema złotymi i starym sprężynowcem, leżało na blacie.

— No proszę, najprawdziwsza leica. Też kiedyś taką miałem — Olejnik wziął do ręki narzędzie pracy detektywa. — Znowyk pynchcisz. Kogo dziś chcesz zniszczyć, gnoju?

Kaczmarek gorączkowo rozważał szanse. Łomot go nie ominie. Ucieczki może spróbować jedynie na zewnątrz. Olejnik bawił się jego przywiezionym z Berlina aparatem jak jo-jo. Nagle puścił drogocenny przedmiot i dla pewności rozbił go obcasem.

— Ooo, ale ze mnie guła. — Knajpiarz pokazał zepsute zęby w złośliwym uśmiechu.

Kaczmarek zamarł. Leica stanowiła podstawę egzystencji biura. Jej strata była gorsza niż najbrutalniejsze pobicie. Grubas doskonale o tym wiedział. Niezbyt czysty paluch wymierzył w Antoniego.

— Już więcej, skurwysynu, nie będziesz szkodził porzundnej wiarze. Ino mi pyndź stędy. Aaaa… byłbym zapomniał. Wiaruchna, to bywszy szkieł.

Stalowy uścisk na ramionach i barkach detektywa jeszcze się wzmógł. Obicie szkieła, nawet byłego, to frajda nie lada. Wykręcone ręce bolały jak diabli. Jasna choroba, a miało być tak łatwo.

Mężczyźni wywlekli go na podwórko. Tam dołączyło czterech następnych. Wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Wszyscy rzucali Kaczmarkowi pełne nienawiści spojrzenia. Dziewięciu na jednego. Nie ma żadnych szans.

Dwóch go trzymało, reszta zakładała kastety. Pod Antkiem ugięły się kolana. Za wszelką cenę chciał utrzymać fason, by nie dać zbirom dalszych okazji do kpin.

Inne książki tego autora