Filozofia i wartości. Tom IV

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I tego się trzymajmy.

Postscripta

1. W dyskusji prof. Woleński wysunął obiekcję, że przy przedstawionych założeniach istnieje tylko jedna myśl Boża i tym samym cały B-język składa się z jednego jedynego zdania, co ideę B-logiki trywializuje.

W obiekcji tej jest trochę słuszności, ale wyrażonej nader myląco.

Słuszne jest to, że w B-języku jest tylko jeden system zupełny, tożsamy z nim samym: ZB = {JB}, gdzie Z oznacza ogół systemów zupełnych danego języka. Każde możliwe zdanie tego języka jest w nim bowiem rozstrzygnięte – i to in plus, czyli in verum. Ale nie znaczy to wcale, że jest tylko jedna B-myśl, czyli równoważna temu systemowi B-koniunkcja. Według przedstawionych założeń nie da się ze zbioru wszystkich omeg – jako nieprzeliczalnego – utworzyć jednego B-zdania. Jeżeli wziąć dowolną przeliczalną ilość B-koniunkcji, to ich połączenie w jedną B-myśl będzie znowu jedynie pewną B-koniunkcją: przeliczalnym ciągiem omeg, nie wyczerpującym nigdy ich ogółu.

Na tym właśnie polega utożsamienie B-myśli z B-koniunkcjami, a nie z dowolnymi zbiorami omeg. B-inteligencja myśli wszystko i jej myśli są nieskończenie złożone, ale nie myśli ich wszystkich naraz. W tym sensie B-inteligencja ogarnia swą myślą wszystko – prócz siebie samej.

Tak przynajmniej przedstawia się nam ona, gdy jej B-logikę próbujemy pojąć środkami naszej C-logiki.

2. Prof. Wojtylak zadał mi pytanie, czemu dopuszcza się tylko B-koniunkcje przeliczalne, nie większe.

Otóż usiłuje się tu jedynie wskazać, jak B-logika różni się od C-logiki co najmniej, nie wykluczając, że różni się jeszcze bardziej. Inaczej mówiąc: założenie, że omeg jest continuum, a ich B-koniunkcje są tylko przeliczalne, ma charakteryzować pewien model dla B-logiki minimalny. To znaczy taki – według definicji u Changa/Keislera – że każdy jego homomorfizm na inny musi okazać się izomorfizmem.56) Żaden mniejszy nie wystarczy; i dlatego naszych wyobrażeń o B-logice nie da się już bardziej zbliżyć do C-logiki – nie da się jej bardziej „upoglądowić”. A oddalić można, rzecz jasna.

Nie wiem, czy pytający uznałby tę odpowiedź za zadowalającą. Lepszej nie mam.

3. W poruszonej tu materii wypowiedział się też Elzenberg w swoim Kłopocie. Pisze tam:

O ile by się jednak przyjęło, że Bóg myśli świat racjonalnie i że w tej jego racjonalnej myśli świat mieści się bez reszty, to taki chrystianizm na pewno nie byłby religią w moim pojęciu. Jak to już pisałem gdzie indziej: „Bóg” mógłby mieć świadomość tylko mistyczną, być pierwszym i ostatecznym Mistykiem Bytu.

Ale jeszcze o tej świadomości mistycznej. Wynikałoby z niej między innymi, że Bóg nie miałby żadnej wiedzy o świecie empirycznym, o świecie „rzeczy”; ten dla niego by po prostu nie istniał. [...] I jakże nie do przyjęcia byłby wtedy Bóg, który by „wiedział”, że istnieje coś takiego, co się nazywa H.E., i że to coś w tej chwili ma na sobie czarny pulower.57

Otóż tu bym się z Mistrzem nie zgodził. I dufam, że po namyśle on by się może zgodził ze mną. Kwestię czarnego pulowera w myśli Bożej wyjaśnia bowiem funkcja B : J+C → JB.

W formule „Bp” podstawmy za zmienną „p” zdanie „HE ma czarny pulower”. Znaczy ona wtedy: B-inteligencja myśli, że HE ma czarny pulower. Ale to n i e znaczy, że owa B-myśl jest identyczna w swej treści z naszą C-myślą. Jest od niej nieskończenie bardziej złożona, choć jej równoważna. (In rebus odpowiada jej nieskończeniewymiarowa konfiguracja monad, której tamta C-myśl jest jedynie rzutem na czwórwymiarowe medium naszej percepcji czaso-przestrzennej – i to w dodatku rzutem przetransponowanym jeszcze według funkcji B na liniowe i dyskretne medium C-języka.)

Trywialność naszej konstatacji o pulowerze nie powinna nas mylić. Stan rzeczy w świecie, który tę konstatację weryfikuje, trywialny nie jest. A tym bardziej nie jest trywialna B-myśl, która się w nim w sposób uproszczony odbija.

Mówię, że formuły postaci „p” i „Bp” są równoważne, choć różnią się treścią – zgodnie z zasadą Geacha. Ale „równoważne” w jakim sensie? Tego tu bliżej roztrząsać nie będę. W takim, powiedzmy, w jakim moja trywialna fizjonomia jest równoważna memu nietrywialnemu genomowi. I ten genom, i owa fizjonomia wyznaczają mnie jednoznacznie: są z sobą ściśle skorelowane, choć „genom” to struktura molekularna, a „fizjonomia” to wyobrażenie wzrokowe.

W jednym Elzenberg na pewno ma rację. B-inteligencja nie może myśleć o nim i jego pulowerze po naszemu, czyli C-myślą. Duże nie jest małe, choć małe może się w nim odzwierciedlać, amplifikowane tam jak bakteria w mikroskopie. Przypadłości codziennego życia są trywialne, gdy patrzeć się na nie z codziennego punktu widzenia. Trywialność leży więc nie w nich, lecz w nim: w tym, jak z tekstury świata wydzielamy swą uwagą pewne jej włókna i aspekty.

A postulowana przez Elzenberga mistyczność B-świadomości zgadzałaby się dobrze z jej koniunkcyjnością: mistyk też chyba myśli tylko koniunkcjami.

2005

46 Odczyt wygłoszony na 50. Konferencji Historii Logiki w Krakowie 26 października 2004 r.

47 D. Hume, Dialogi o religii naturalnej. Naturalna historia religii wraz z dodatkami, tłum. A. Hochfeldowa, Warszawa 1962, s. 134–135.

48 „6.44 Nie to, jaki jest świat, jest tym, co mistyczne, lecz to, że jest.”, L. Wittgenstein, Tractatus logico-philosophicus, tłum. B. Wolniewicz, Warszawa 2000, s. 81.

49 Patrz P. T. Geach, Providence and Evil [The Stanton Lectures 1971–2], Cambridge 1977.

50 Opozycja zdań równoważnych i równoznacznych nigdy nie została należycie objaśniona, choć nieraz się do niej odwoływano. W terminologii Fregego powiedziałoby się, że zdania są równoznaczne, gdy mają ten sam sens, a równoważne – gdy to samo znaczenie. Przesuwa to jednak tylko kwestię, nie rozwiązuje. Naszym zdaniem należałoby rozwiązywać ją stopniowo, niejako „od dołu”, kompletując empirycznie baterię elementarnych transformacji si : J → J, przy których sens zdania się nie zmienia. Niech α, β będą zdaniami. Jeżeli istnieje taki ciąg elementarnych transformacji równoznacznościowych s1, ... , sn, że β = sn(... (s1(α))), to β jest równoznaczne z α. Kilka takich transformacji można nawet wskazać od ręki. Są nimi: ortograficzny wariant zdania α; zastąpienie w zdaniu α jakiegoś znaku jego słownikowym synonimem; zastąpienie w zdaniu α pewnej nazwy jej definiensem, albo odwrotnie; przekształcenie zdania relacjonalnego w jego konwers (np. strony czynnej na bierną). Już superpozycja tych czterech transformacji – z iteracjami – może dać zdanie β bardzo na pozór odległe znaczeniem od α, a jednak mu równoznaczne.

51 Patrz R. Resnick, D. Halliday, Fizyka, tłum. W. Ratyński, T. Kaniowska, Warszawa 1973, t. 1, s. 749.

52 Patrz I. Kant Krytyka czystego rozumu, B 737: haben die verneinenden [Sätze] das eigentümliche Geschäft, lediglich den Irrtum abzuhalten – „osobliwą funkcją [zdań] przeczących jest jedynie powstrzymywać od błędu” – przekład B. W.

53 Czytamy u Hanny Malewskiej, że jej cioteczny dziadek ksiądz Marian Ryx, później biskup, rzekł raz do swej kuzynki (późniejszej jej babki) nadmiernie skłonnej do fantazjowania: „Pan Bóg niczego nie stworzył na niby i przekonasz się, że nie istnieje absolutnie nic prócz rzeczywistości”. A gdy ta obruszyła się, że „to przecież małe dziecko rozumie!”, odparł: „Dziecko tak, ale dorosły nie”; w: Apokryf rodzinny, Warszawa 1977, s. 195.

54 Monada jest substancją prostą; patrz G. W. Leibniz, Główne pisma metafizyczne, tłum. S. Cichowicz, J. Domański, Toruń 1995, a zwłaszcza Zasady natury i łaski oparte na rozumie, tamże, s. 99–111. Monada centralna wraz ze swym ciałem jest substancją złożoną.

55 Wzajemne odzwierciedlanie się monad (czy też „wyrażanie” – patrz H. Elzenberg, Wstęp, w: G. W. Leibniz, Monadologia, tłum. H. Elzenberg, Toruń 1991, s. 31) składa się na „harmonię przedustawną” świata. Hermann Weyl wskazuje w swym do dziś niedoścignionym arcydziele, że harmonia ta pełni w metafizyce Leibniza rolę analogiczną do tej, jaką w nowoczesnej fizyce gra pojęcie „pola”: „zamiast wzajemnych oddziaływań, w których według nas pośredniczy pole, pojawia się przedustawna harmonia”; patrz H. Weyl, Philosophie der Mathematik und Naturwissenschaft, München 1927, s. 133.

56 C. C. Chang, H. J. Keisler, Tieorije modelej, Moskwa 1977, s. 280.

57 H. Elzenberg, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, Kraków 1994, wpisy z 5 V 1952, s. 373; 2 VI 1955, s. 422.

Z antropologii

Motywy i motywacje

1. Definicja Czeżowskiego. Czy uznawszy prawo Ehrenfelsa58, trzeba rzec, że motywem wszelkiego działania jest własna przyjemność lub przykrość? Prawo to głosi bowiem: każdy akt woli zwiększa stan szczęśliwości w porównaniu ze stanem, który wystąpiłby, gdyby ów akt się nie pojawił. Odpowiedź nie jest prosta.

Pojęcie „motywu” jest pełne niejasności. To zauważono już dawno. Tak np. Höfler cytuje rozprawę Sigwarta, w której ten drugi powiada:

 

Motywem jałmużny jest najpierw chęć, by wspomóc biednego; chęć ta bierze się z współczucia, zatem motywem jest doraźny stan uczuciowy; jednakże stan ten pojawił się, ponieważ ów osobnik jest nań podatny, więc motywem jest miękkie serce i dobroduszność; z drugiej zaś strony współczucie rodzi się z widoku nędzy, czyli to on jest powodem i jego, i chęci pomocy. – Motywem podpalenia jest chęć, by danej osobie zaszkodzić; chęć ta zaś – jako pragnienie zemsty – bierze się z uczucia nienawiści wobec doznanej krzywdy, – ale tylko dlatego, że podpalacz jest na to uczucie podatny, czyli mściwy; z drugiej jednak strony motywem można też nazywać samą doznaną krzywdę. Tak więc na pytanie: czemu pan A podpalił dom panu B, można odpowiadać kolejno: bo chciał mu zaszkodzić, bo go nienawidził, bo jest mściwy, bo został przez pana B skrzywdzony. Każda z tych odpowiedzi podaje pewien powód wyjaśniający, bliższy lub dalszy; żadna nie daje sama pełnego. Ten bowiem leży w doraźnej pobudce i naturze ludzkiej łącznie.59

Niejasność swą pojęcie motywu dziedziczy po ogólniejszym pojęciu „przyczyny”, dodając do niej jeszcze niejasności własne. Motyw jest zawsze czyjś: jest przyczyną osobową, związaną z jakąś osobą. Wskazać czyjś motyw, to odpowiedzieć na pytanie „czemu to zrobił”. Np. „Czemu skłamał? – Bo się bał”. Strach – to, że się bał – był motywem kłamstwa. (A „pobudka” to to samo co „motyw”.)

Najużyteczniejszą definicję „motywu” daje podręcznik Czeżowskiego, być może za Twardowskim:

Pobudkami lub motywami postanowienia nazywamy zjawiska psychiczne, które pojawiając się na tle dyspozycji psychicznych czyniących podmiot zdolnym do postanowienia, stanowią jego wystarczające warunki.60

Na nasze pytanie wstępne Czeżowski odpowiedziałby pewnie twierdząco, gdyż pisze:

Intensywność dążenia zależy od intensywności uczucia, które jest motywem dążenia, to jest od stopnia przyjemności lub przykrości w uczuciu zawartej. Dążenie jest tym silniejsze, im większa przyjemność, ku której zmierza, lub większa przykrość, której unika.61

Stwierdzenie to zgadza się z Ehrenfelsem, a jego część druga jest wręcz identyczna z pewnym wzmocnieniem, jakie dawał swemu prawu62.

Uzgodnijmy definicję Czeżowskiego z naszą terminologią. Mówi się tam o motywach „postanowień”, my zaś chcemy mówić o motywach dążeń (a przez to i działań: motyw działania = motyw dążenia, które w tym działaniu się przejawia). W efekcie jest to jednak to samo, bo Czeżowski odróżnia dążenia dwojakie: stanowcze i niestanowcze, nazywając pierwsze „postanowieniami”, drugie – „pragnieniami”. Tylko pierwsze prowadzą do działania. Tak więc jego „dążenia stanowcze” to nasze „dążenia” po prostu.

W definicji mówi się o „dyspozycjach psychicznych”; my będziemy mówić o „usposobieniach”. Idziemy w tym za Twardowskim63, który odróżniał dwa rodzaje dyspozycji: „zdolności” i „usposobienia”. Pierwszymi są dyspozycje „w zakresie czynności intelektualnych”, drugimi – „w zakresie uczuć”. Idąc dalej za Ehrenfelsem i jego „empirystyczną psychologią woli”64 – a nie całkiem w zgodzie z Czeżowskim – przyjmujemy, że tylko te drugie determinują wolę; i że to o nie chodzi w rozważanej definicji „motywu”.

Czeżowski za uniwersum dyskursu bierze w swej definicji ogół „zjawisk psychicznych”. Uniwersum to można jednak zacieśnić i tak definicję uwyraźnić: zjawiska psychiczne, o których mowa, są to zawsze jakieś doznawane sytuacje, czyli percepcje. Daje to ostatecznie definicję następującą:

(1) Motywem dążenia nazywamy doznanie sytuacji (= percepcję), która (1) pojawiwszy się na tle usposobienia (= dyspozycji emocjonalnej) czyniącego podmiot zdolnym do dążenia, stanowi tegoż dążenia warunek wystarczający.

Definicja (1) jest logicznie zawiła. Nie podejmując jej pełnego rozbioru, ograniczymy się do paru komentarzy. Zauważmy przy tym, że zawiłość nie jest tu wadą, gdyż odzwierciedla jedynie złożoność definiowanego pojęcia.

Definicja (1) bierze za genus proximum dla pojęcia „motywu” nie pojęcie „przyczyny”, lecz ogólniejsze odeń pojęcie „warunku wystarczającego”. Każdy motyw dążenia jest jego przyczyną, każda przyczyna jest warunkiem wystarczającym – ale nie na odwrót. Tak rozszerzone genus definiuje Czeżowski następująco65:

(2) Zjawisko a nazywamy warunkiem wystarczającym zjawiska b zawsze i tylko, jeżeli w każdym przypadku, w którym występuje zjawisko a, występuje także zjawisko b.

Ta definicja jest prosta: sprowadza pojęcie „warunku” do zwykłej implikacji. Ma jednak swe słabości, wskażemy tylko jedną. Eliminując z definicji (1) według (2) termin „warunek”, mamy tezę:

(3) Doznanie sytuacji s jest motywem dla dążenia d zawsze i tylko, jeżeli w każdym przypadku, w którym przy danym usposobieniu występuje to doznanie, występuje także owo dążenie.

Otóż doznawana przez podmiot sytuacja s może być składową szerszej sytuacji s' : s ≤ s'. W każdym zatem wypadku, gdy wystąpi sytuacja s', wystąpi również sytuacja s. Wobec (2) znaczy to, że sytuacja s' jest dla sytuacji s warunkiem wystarczającym.

Obu sytuacji – s oraz s' – można doznawać jednocześnie. Niech teraz sytuacja s będzie motywem dążenia d. Według (1) jest dla niego warunkiem wystarczającym. Ale wobec (2) stosunek „bycia warunkiem wystarczającym” jest przechodni. Wobec tego sytuacja s' też jest dla dążenia d warunkiem wystarczającym. To zaś znaczy wobec tezy (3), że motywem dla dążenia d jest również sytuacja s'. To samo dążenie miałoby zatem dwa motywy: bliższy s oraz dalszy s'. A to samo rozumowanie da się powtórzyć względem sytuacji s' oraz jeszcze szerszej sytuacji s''. Otrzymujemy w ten sposób dla każdego dążenia ciąg motywów nieograniczenie długi.

Widać to na prostym przykładzie. Połóżmy s = „bał się”, p = „padało”, s' = s ∨ p =„bał się i padało”. (Operacja „∨” splotu dwu sytuacji stanowi tu korelat semantyczny koniunkcji, nie alternatywy!) Oczywiście s ≤ s'. Jednakże powiedzieć „skłamał, bo się bał” ma sens, a „skłamał, bo się bał i padało” brzmi niedorzecznie. Pojawia się tu wariant trudności dobrze znanej w logice deontycznej jako „paradoks Rossa”.

Chciałoby się rzec, że motyw jest to w zbiorze warunków wystarczających dążenia warunek najbliższy, minimalny. Na to trzeba by jednak określić wpierw w tym zbiorze odpowiedni porządek częściowy, bo sytuacje są tylko quasi-porządkiem. Następnie zaś trzeba by wykazać, że dla każdego dążenia istnieją w porządku jego warunków wystarczających warunki minimalne. Na tę daleką drogę wkraczać tu nie będziemy.

Zauważmy jeszcze, że choć nasza formuła (1) zachowuje budowę logiczną definicji Czeżowskiego, różni się od niej sensem. Tam „motyw” stanowiło pewne „uczucie"(= emocja), a dyspozycją, na którą padało, była „zdolność do postanowień”, czyli po prostu wola. Tu zaś motywem jest doznawana sytuacja (= percepcja), a dyspozycją – usposobienie, które dopiero tę percepcję w emocję przetwarza. Chodzi zatem o dyspozycje innego rodzaju, na innych etapach ciągu motywacyjnego interweniujące. Tamte przetwarzały uczucia w dążenia, te przetwarzają percepcje w uczucia. (W teorii Ehrenfelsa odrzuca się tamte jako zbędne; naszym zdaniem słusznie.)

2. Dyspozycje emocjonalne. W myśl definicji (1) doznanie sytuacji jest dla dążenia warunkiem tylko względnie wystarczającym, bo jedynie „na tle” pewnej dyspozycji emocjonalnej. Naprawdę wystarczają dopiero obie razem: sytuacja s wraz z dyspozycją d, czyli para (d, s). Jak tę metaforę „tła” rozumieć?

Otóż powiedzieć, że „sytuacja pada na tło dyspozycji”, znaczy przynajmniej trzy rzeczy na raz:

1. że w danym podmiocie dyspozycja ta jest obecna jako rys jego usposobienia;

2. że owa sytuacja jest przez ten podmiot aktualnie doznawana;

3. że dla tej dyspozycji sytuacja owa jest odpowiednia: jako warunek dążenia uzupełnia ją do dostateczności.

Tak więc dyspozycja emocjonalna jest tą właściwością podmiotu, dzięki której doznanie danej sytuacji zabarwia mu się hedonicznie: staje się przyjemne lub przykre, i tym samym przekształca się w emocję.

Dyspozycję emocjonalną można ujmować jako funkcję w sensie matematycznym e = d(s), która danej sytuacji s przyporządkowuje pewną emocję e. Jest zatem zbiorem par o postaci (si, ei), gdzie element pierwszy reprezentuje możliwą sytuację, a drugi – możliwą emocję. Dyspozycja jest więc zbiorem sprzężonych z sobą możliwości. Pośród tych możliwości sytuacja rzeczywista wybiera bądź jedną (gdy jest dla dyspozycji odpowiednia), bądź nie wybiera żadnej (gdy jest dla niej obojętna, czyli daje efekt emocjonalnie zerowy). Usposobieniem podmiotu jest jego wrażliwość na pewne sytuacje – albo jej brak. Być może ta sama sytuacja s wzbudza w podmiocie x1 o dyspozycji d1 całkiem inną emocję niż w podmiocie x2 o dyspozycji d2. Nie są jednak jasne warunki tożsamości tych sytuacji. Oto prosty przykład. Niech dla podmiotu x1 doznawaną sytuacją s będzie zagrożenie jego życia. Wtedy „tą samą” sytuacją dla podmiotu x2 nie będzie oczywiście owa sytuacja s (= zagrożenie dla x1), lecz inna s' (= zagrożenie dla x2) do tamtej podobna, ale przecież różna.

Jeszcze mniej jasne są warunki tożsamości dla dyspozycji. Kiedy dwa dążenia są przejawem tej samej dyspozycji emocjonalnej i kiedy ta sama sytuacja pada na tło dwu różnych dyspozycji? Trudności te widział już Höfler. Zauważa on najpierw słusznie, że zawsze wolno zakładać, iż ten, kto czegoś doznaje, musi mieć do takich doznań odpowiednią dyspozycję psychiczną. (Wskazuje przy tym, że język potoczny ma wiele nazw oznaczających takie dyspozycje: w niemczyźnie naliczono ich podobno przeszło czterysta.)

A dalej pisze:

Założenie takie, choć całkiem naturalne, będzie jałowe, póki nie wiadomo, kiedy dla różnych zjawisk psychicznych trzeba zakładać różne dyspozycje; ani kiedy – na odwrót – dyspozycja do zjawisk jednej klasy stanowi też po części dyspozycję do drugiej.66

Przypisując komuś określoną dyspozycję – np. drażliwość – stwierdzamy w istocie, że w jego zachowaniu widoczna jest pewna prawidłowość, co najmniej probabilistyczna. Dyspozycja jest to zatem pewne prawo, które rządzi czyimś zachowaniem i czyni je przez to przewidywalnym. Prawo takie głosi, że u danego osobnika – lub osobników danej ich grupy – pewnego typu sytuacjom stale lub przeważnie towarzyszą pewnego typu emocje oraz związane z nimi dążenia.

Dyspozycje emocjonalne – oraz prawa, w których się wyrażają – są osobniczo różnego zasięgu. Niektóre są ściśle indywidualne: rządzą zachowaniem tylko jednego określonego osobnika. Inne są grupowe, przy czym wielkość grupy bywa różna. Może to być cały gatunek biologiczny (np. niedźwiedzie), albo tylko jakaś jego forma lub odmiana (np. te białe). Równie dobrze jednak może to być jakaś wyższa jednostka systematyczna, jak rodzina (np. niedźwiedziowate) lub gromada (np. ssaki). Grupą taką może być wreszcie całe królestwo zwierząt, czyli ogół istot czujących.

Gdy dyspozycja nie jest ściśle indywidualna, przypisanie jej danemu osobnikowi może stanowić zwykły sylogizm: „każdy osobnik grupy G ma dyspozycję d; ten oto do tej grupy należy; zatem...”. Ale tak być nie musi. Przypisanie może być wynikiem bezpośredniej obserwacji: wiemy dzięki niej, czego się po nim w pewnego typu sytuacjach spodziewać. Czyli mówiąc inaczej: znamy rządzące nim prawo, choć jak zawsze tylko hipotetycznie. Osobnik ów należy zapewne do jakiejś grupy podobnych, ale nie potrafimy tu wyznaczyć jej ogólnie.

3. Schemat motywacji. Rozważmy następującą sekwencję zdarzeń. Podmiot doznaje pewnej sytuacji. Ta, padłszy u niego na tło pewnej dyspozycji emocjonalnej, zabarwia mu się hedonicznie in plus lub in minus. Tym samym przekształca się w emocję. Emocja wzbudza z kolei dążenie, a to – jeżeli tylko nie napotka przeszkody zewnętrznej – przechodzi już wprost w działanie, w akcję.

Wskazana sekwencja stanowi ogólny schemat motywacji wszelkiego dążenia: przejścia od sytuacji do akcji. Natomiast „motywem” nazywane bywa rozmaicie raz to, raz tamto ogniwo tego schematu: raz emocja, raz dyspozycja, raz wreszcie sama doznawana sytuacja. Tę chwiejność terminologiczną dobrze pokazują cytowane wyżej przykłady Sigwarta. Zapiszmy je według naszego schematu tabelarycznie:

sytuacja : widok nędzy / doznana krzywda

dyspozycja : miękkie serce / mściwość

emocja : współczucie / nienawiść

dążenie : chęć pomocy / chęć zemsty

akcja : jałmużna / podpalenie

Przyjrzyjmy się tej sekwencji bliżej. Pierwszym ogniwem jest doznawana sytuacja. Nie jest to jednak jakakolwiek sytuacja przez podmiot postrzegana, czyli percepcja. Musi to być taka, w której podmiot staje wobec możliwości – a zarazem i konieczności – wyboru. Tak więc „sytuacją doznawaną” jest w schemacie ta, którą podmiot aktualnie postrzega, ale wzięta wraz z wszystkimi jej potencjalnościami, których jest przy tym świadomy. Można rzec, że sytuacja doznawana jest tu apercepcją pewnej postrzeganej sytuacji rozstajnej67. Termin „apercepcja” jest przy tym rozumiany jak u Herbarta (1776–1841): jako włączenie percepcji (einer Vorstellung) do „masy apercepcyjnej” podmiotu, czyli w całość jego doświadczenia życiowego. Albowiem dopiero w świetle owej „masy” to, co bezpośrednio postrzegane, ujawnia podmiotowi swe ukryte potencje i możliwości wyboru: otwierające się przed nim opcje.

 

Opcje wzajem wykluczają się (zrealizować może się tylko jedna) i dopełniają (któraś zrealizować się musi). Tylko od podmiotu zależy, która to będzie.

Niech s będzie postrzeganą sytuacją rozstajną, a zbiór możliwych sytuacji końcowych {p, p', p'', …} – ogółem związanych z nią opcji. Sytuacją doznawaną jest wtedy para (s, {p, …}). Oznaczmy ją przez ŝ. Opcji może być dowolnie wiele, my jednak będziemy rozważać jedynie sytuacje rozstajne dwudzielnie, czyli takie, w których opcje są tylko dwie: ŝ = (s, p, p'), jak na rysunku.


W schemacie motywacji sytuacja ŝ stanowi ogniwo pierwsze. Ogniwem drugim jest dyspozycja d, czyli zbiór par (ŝi, ei), gdzie sytuacja si jest motywem dla emocji ei. Dyspozycja spełnia warunek zależności funkcyjnej: różnym emocjom odpowiadają różne motywy, a więc si = sj ⇒ ei = ej. Motyw si nie musi pokrywać się z postrzeganą sytuacją s, ale musi być jej ingrediensem: musi się w niej zawierać jako jej sytuacja składowa: si ≤ s. W tym też sensie motywy są z założenia minimalne.

Oto przykład. Wracając do domu, zostałem oszczekany przez psa sąsiada i się tym zdenerwowałem. Mamy więc: s = „wracając do domu zostałem oszczekany przez psa sąsiada”, oraz i = „zdenerwowałem się”. Sytuacja s jest tu jednak splotem kilku składowych: q1 = „wracam do domu”, q2 = „zostaję oszczekany przez psa”, q3 = „pies należy do sąsiada”. Zatem s = q1 ∨ q2 ∨ q3. Składowa q1 jest dla motywacji nieistotna. Stanowi jedynie wskaźnik czasu, kiedy zdarzyło się q2: okoliczność towarzyszącą, która równie dobrze mogła być inna, np. „idąc na spacer”. Co więcej, samo q2 nie byłoby jeszcze powodem zdenerwowania, gdyby nie q3: że był to pies sąsiada (którego może już nieraz prosiłem, by go poskromił). Motywem dla emocji ei jest więc splot sytuacji si = q2 ∨ q3. I mamy: q2, q3 < si < s.

Można teraz usunąć z definicji (1) metaforę „tła”. Powiemy mianowicie: to, że „sytuacja s pada na tło dyspozycji d” znaczy, że ma za składową pewną sytuację si, która występuje w jednej z par „sytuacja/emocja” tworzących ową dyspozycję. Czyli znaczy, że ∃si,ei si ≤ s oraz (si, ei) ∈ d.

Dyspozycja emocjonalna wyodrębnia z padającej na jej tło percepcji to minimum, które jest właściwym motywem emocji, a więc dalej także motywem dążenia. Można rzec, że minimum tym jest sytuacja dla danej dyspozycji specyficzna – podobnie jak według prawa J. Müllera właściwa podnieta jest specyficzna dla narządu zmysłowego, który jest na nią czuły68. Reszta percepcji jest motywacyjnie neutralna, na rozważaną emocję wpływu nie ma. Graficznie można wyobrazić te związki jako rzut z płaszczyzny, w której leżą sytuacje, na tę, w której leżą dyspozycje – jak na wykresie. Tylko ta część doznawanej sytuacji (koła ŝ) jest dla danej dyspozycji (prostokąta d) specyficzna, której rzut si pada w wykresie na ten prostokąt.


To, że sytuacja doznawana ŝ może różnić się od sytuacji specyficznej si, wprowadza do schematu motywacji pewną komplikację. Jednakże dla ustalenia, jaką rolę pełni w tym schemacie hedonika, komplikacja ta nie ma większego znaczenia. Dalej będziemy ją zatem pomijali, przyjmując po prostu, że sytuacja specyficzna pokrywa się z doznawaną; czyli że z dwu przypadków: si < s lub si = s, zachodzi właśnie ten drugi. Tak więc przyjmujemy:

(*) Jeżeli sytuacja doznawana ŝ aktywizuje dyspozycję d, to s = si, przy czym si jest pewną sytuacją dla tej dyspozycji specyficzną.

Podkreślamy: implikacja (*) nie jest tezą. Stanowi jedynie dodatkowe założenie, które ma uprościć wywód. Jest ono dopuszczalne, gdyż na wnioski, do których zmierzamy, nie będzie mieć wpływu. Można by dojść do nich i bez niego, ale przez wywód bardziej zawikłany.

4. Gradienty hedoniczne. Trzecim ogniwem w schemacie motywacji są emocje. Gdy percepcja (= doznawana sytuacja) pada na tło dyspozycji emocjonalnej dla niej specyficznej, zabarwia się hedonicznie i przeistacza w emocję. Metafora „zabarwienia” znaczy przy tym jedynie, że percepcja staje się wtedy przyjemna lub przykra. Metaforę tę łatwo więc wyeliminować.

Zabarwienie hedoniczne nie jest cechą samej sytuacji, lecz pary (d, ŝ): sytuacji na tle dyspozycji; albo patrząc od drugiej strony: dyspozycji aktywowanej specyficzną dla niej sytuacją. Nie ma sytuacji – ani percepcji – przyjemnych lub przykrych per se, chyba że zabarwienie hedoniczne włoży się już w sam ich opis (np. „stan błogości”).

Mówiąc, że dana sytuacja jest przyjemna lub przykra „w ogóle”, nie tylko „dla mnie”, zaliczam ją do pewnej kategorii: takiej, że każdemu osobnikowi z danej grupy – np. naszego gatunku biologicznego – wszystkie one tak właśnie się zabarwiają. Każdy osobnik z grupy G jest czuły na sytuacje z kategorii K; i wszystkim zabarwiają się podobnie. (Np. każdemu przykro, gdy go kopią.) Kategoria K ma tu być opisywalna bez odwoływania się do emocji, jakie z nią się wiążą. (Tak jest z kopaniem: kopać można i piłkę, i człowieka, i psa, a także drzwi. Da się przy tym objaśnić, czym jest to „kopanie”, bez odsyłania do emocji. Można je nawet łatwo zademonstrować ad oculos.) Jeżeli grupa G stanowi gatunek biologiczny, to wrażliwość na sytuacje ze sprzężonej z nią kategorii K jest dla jej osobników cechą gatunkową, albo przynajmniej gatunkową normą. (To, że nie lubimy być kopani, jest nam tak samo właściwe jak to, że nie trawimy celulozy. Takie mamy gatunkowo usposobienie.)

Zabarwienie hedoniczne bywa różnej intensywności. Przyjmijmy z Ehrenfelsem, że dla danego podmiotu każde dwie sytuacje są pod tym względem porównywalne: bądź obie są mu jednakowo przyjemne/przykre, bądź jedna jest przyjemniejsza/przykrzejsza od drugiej69. Wyrażenie hx(s) ma wtedy oznaczać intensywność zabarwienia hedonicznego sytuacji s dla podmiotu x. (Brak tego indeksu będzie znaczył, że podmiot jest ustalony.)

W sytuacji dwudzielnie rozstajnej ŝ = (s, p, p') sytuacja s jest wyjściową, a sytuacje p, p' są dwiema opcjami, jakie się w tamtej otwierają podmiotowi70. Emocja e związana z apercepcją sytuacji ŝ jest wtedy wyznaczona przez układ trzech wartości hedonicznych:

e = d(ŝ)

= d(s, p, p')

= (h(s), h(p), h(p')),

w szczególności przez ich różnice:

∆1h = h(p) − h(p')

∆2h = max(h(p), h(p')) − h(s).

Nazwijmy te różnice odpowiednio „gradientem hedonicznym woli” (danego podmiotu) i „gradientem hedonicznym położenia” (w jakim ów podmiot właśnie się znajduje).

Gradient położenia określa zmianę, jakiej ulega nastrój podmiotu przy przejściu od sytuacji wyjściowej do opcji w niej optymalnej. Jeżeli max(h(p), h(p')) = h(s), to ∆2h = 0, czyli nastrój się nie zmienia; jeżeli ∆2h > 0, to idzie ku lepszemu i nastrój się poprawia; a jeżeli ∆2h < 0, to odwrotnie. Sens tego gradientu jest prosty.

Inaczej jest z gradientem woli. Gradient położenia występuje zarówno w sytuacji rozstajnej, więc o grafie


jak i w przechodniej, o grafie


(Tę drugą można sobie wyobrazić jako „sklapnięcie” pierwszej założeniem, że p = p'.)

Natomiast gradient woli pojawia się tylko w sytuacji rozstajnej, czyli takiej, co stwarza podmiotowi jednocześnie możliwość i konieczność pewnego wyboru. Gradient woli wyraża dążenie podmiotu: kierunek tego dążenia – do p, gdy ∆1 > 0; albo do p', gdy ∆1 < 0 – oraz jego siłę. Podaliśmy wyżej pewien wzór na gradient woli ∆1h. Wzór ten zawiera jednak znowu duże uproszczenie. (Wciąż właściwie coraz bardziej upraszczamy przedmiot naszego opisu, bo inaczej nie potrafilibyśmy w ogóle ruszyć z miejsca.) Gdy podmiot x dąży w sytuacji rozstajnej s do opcji p – co piszemy krótko Ds(x : p) – to nie jedna tylko przewaga hedoniczna sytuacji p nad jej alternatywą p' stanowi o kierunku jego dążenia. Na kierunek ten wpływa również różnica między wielkością wysiłku, jakiego potrzeba przy przejściu od s do p, a wysiłku przy alternatywie. Oznaczmy te dwie wielkości odpowiednio przez w oraz w'. Wysiłek też ma swą wartość hedoniczną – h(w) oraz h(w') – i to dla podmiotu zawsze ujemną. Tak więc najprostszy wzór na gradient woli winien mieć postać następującą:

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?