5/25Tekst

Z serii: Linie Frontu
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Seria LINIE FRONTU

Grzegorz Kaliciak Karbala. Raport z obrony City Hall

Michael Golembesky, John R. Bruning Marines. Bohaterowie operacji specjalnych

Grzegorz Kaliciak Afganistan. Odpowiedzieć ogniem

Dan Raviv, Yossi Melman Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela (wyd. 2)

Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski Cel za horyzontem. Opowieść snajpera GROM-u (wyd. 2)

Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski Krew snajperów. Opowieść żołnierza GROM-u

Andrzej Brzeziecki Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera

Witold Repetowicz Allah Akbar. Wojna i pokój w Iraku

Grzegorz Kaliciak Bałkany. Raport z polskich misji

Paweł Pieniążek Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii

Clinton Romesha Czerwony Pluton. 12 godzin w afgańskim piekle

Paweł Semmler Rosja we krwi. Terroryzm dwóch dekad

Grzegorz Kaliciak Bez taryfy ulgowej. Kobiety w wojsku

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Piotr Bukowski

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Bogusław Politowski, 2021

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Wojciech Adamski

Korekta Katarzyna Juszyńska i Sandra Trela

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-184-9

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Wołowiec 2021

Wydanie I

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Od autora

Część pierwsza Wojna

Strefa śmierci

Morderczy Afganistan

Gazownia

Metody walki

Szymon

Michał

Leszek

Część druga Zanim wyruszą na wojnę

Saperem trzeba się urodzić

Szkoła saperów

Talibowie we Wrocławiu

Saperska elita

Psy wojny

Poligonowa edukacja saperów

Niekończąca się linia frontu

Inteligentne pola minowe

Saperzy szukają skarbów

Saperzy na tropie zbrodni

W inżynieryjnej rodzinie

Podziękowania

Czołgiście, porucznikowi Marianowi Augustynowi Politowskiemu – mojemu ojcu poświęcam

Nieporównywalnie mniej ludzi umarło ze strachu niż z odwagi.

Andrzej Niewinny Dobrowolski

Od autora

Już ponad trzydzieści lat jestem dziennikarzem wojskowym. Wśród żołnierzy – w koszarach, na poligonach i na misjach wojennych – spędziłem tysiące godzin. Obserwowałem ich w trakcie codziennych szkoleń i ćwiczeń. Odwiedzałem podczas trudnych i niebezpiecznych misji zagranicznych w strefach konfliktów zbrojnych na Bałkanach, w Libanie i w Mali. Dłużej obcowałem z nimi podczas dwukrotnego pobytu w Afganistanie. Niektórych spośród nich przyszło mi odprowadzić na wieczną wartę.

Przygotowując materiały prasowe, przeprowadziłem z żołnierzami tysiące rozmów i setki wywiadów. Podczas poligonowych i misyjnych wypraw opisywałem działania czołgistów, logistyków, łącznościowców, żołnierzy jednostek specjalnych, inżynieryjnych, zmechanizowanych i wszystkich innych rodzajów wojsk. Po raz pierwszy jednak zdecydowałem się opisać w tak obszernej publikacji przedstawicieli jednej tylko z dziesiątek wojskowych specjalności – saperów.

Moja książka poświęcona jest ludziom, którzy nie tylko na misjach wojennych, lecz także w kraju, w warunkach pokoju, każdego dnia narażają się na wielkie niebezpieczeństwo. Mówi się o nich, że mylą się tylko raz. W tym starym wojskowym powiedzeniu jest sporo prawdy. Jednak na kolejnych stronach opiszę też sytuacje, gdy saper się nie pomylił, a mimo to zginął.

Chcę pokazać saperów bez gloryfikacji. Oni sami nie uważają się zresztą za bohaterów. Przybliżę żołnierzy tej specjalności takich, jakich oglądałem setki razy podczas pracy dziennikarza wojskowego. Opowiem, jak się szkolą, jakim sprzętem dysponują, jak wykonują swoją niebezpieczną pracę.

Książka ta mówi o ludziach, którzy ryzyko mają wkalkulowane w służbę. Żołnierzach odważnych, posiadających rodziny, różne zamiłowania, ale i słabości. Opowiem, co czują, dotykając min pułapek, które w ułamku sekundy mogą rozerwać ich na strzępy. Opowiem, o czym myślą, wyciągając z ziemi, nie tylko podczas misji wojennych, lecz także w Warszawie, we Wrocławiu czy w Szczecinie, półtonowe zardzewiałe bomby lotnicze, pozostałości po II wojnie światowej, które są w stanie zmieść z powierzchni ziemi kilka pobliskich kamienic.

Ukażę również nieznaną saperską robotę. Mało kto na przykład wie, że w latach osiemdziesiątych na Dolnym Śląsku saperzy brali udział w poszukiwaniach skarbów oraz dóbr kultury ukrytych przez hitlerowców. Od kilku lat żołnierze tej specjalności współpracują też z Instytutem Pamięci Narodowej. Razem z archeologami szukają zbiorowych mogił żołnierzy wyklętych zgładzonych po zakończeniu II wojny światowej przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa. To całkiem świeża i mało znana karta ich służby. Co ważne, ich żmudna praca przynosi rezultaty.

Opisując udział saperów w wojskowych misjach zagranicznych, skupię się na Afganistanie. Misja w tym kraju oznaczała bowiem wielki przełom w szkoleniu i metodach działań polskich saperów oraz w ich wyposażeniu. Konflikt w Afganistanie, określany często jako wojna nieregularna, pozbawiony jest typowej linii frontu. Saperzy działali więc bojowo w różnych miejscach. Nie ograniczali się do odnajdywania min pułapek zagrażających żołnierzom koalicji. Rozminowywali teren, aby miejscowa ludność mogła budować nowe domy czy drogi i aby nikt nie ginął przy zetknięciu z pozostałościami dawnych wojen. Wykryli i zlikwidowali wiele skrytek, w których rebelianci ukrywali broń i materiały wybuchowe. Sprawdzali i rozminowywali trasy dojazdowe, aby pododdziały zmotoryzowane mogły bezpiecznie dotrzeć w miejsca wykonywania zadań. Dzięki swojej odwadze i poświęceniu zyskali wielki szacunek żołnierzy wszystkich armii oraz ich dowódców.

Rozczaruję być może tych, którzy spodziewają się znaleźć tutaj jakieś wrażliwe informacje ocierające się o tajemnicę wojskową. Zabraknie też dokładnych danych taktyczno-technicznych saperskiego sprzętu, opisów i schematów budowy min czy granatów oraz parametrów saperskich urządzeń. Podczas dziennikarskich pobytów na wojnach interesowała mnie bowiem motywacja tych ludzi do działania. Pytałem wielu z nich, co sprawia, że podjęli się tak bardzo niebezpiecznego zajęcia? Czym się kierowali, wyjeżdżając na wojenne misje? Nigdy nie miałem wątpliwości co do tego, że trudna służba naszych żołnierzy gdzieś w świecie sprawia, iż dzięki temu u siebie w kraju możemy czuć się bezpieczniej. Książka ta jest dziennikarską relacją o misji bardzo odważnych ludzi.

 

Podczas spotkań z czytelnikami, zwłaszcza ze studentami dziennikarstwa, zadawano mi często pytanie, po co nasi żołnierze wyjeżdżają na misje? Po co ryzykują? Przypominałem wówczas, że Afganistan był miejscem, gdzie terrorystyczna organizacja Al-Kaida zlokalizowała swoje największe i najważniejsze obozy szkoleniowe. Z tego kraju wyruszali w świat fanatycy religijni, którzy na terenie Stanów Zjednoczonych i w wielu innych miejscach globu przeprowadzili największe zamachy terrorystyczne w dziejach ludzkości, w tym najbardziej krwawy – na dwie wieże World Trade Center w Nowym Jorku, a także innych miejscach, nie tylko w USA. Na pograniczu afgańsko-pakistańskim ukrywał się przywódca tej organizacji Osama bin Laden. Było więc dosyć powodów, aby wojska koalicji zaczęły operację militarną w tym rejonie. Warto przypomnieć, że doszło do niej za przyzwoleniem rządu afgańskiego.

Jeżeli współuczestniczymy w operacji mającej na celu likwidację licznych obozów organizacji terrorystycznych i pomagamy w doprowadzeniu do sytuacji, że nowe szkoły terroryzmu nigdy tam nie powstaną, to co w tym złego? Jestem jak najbardziej za tym i popieram udział naszych żołnierzy w takich przedsięwzięciach.

Odpowiadając na pytania, dodawałem, że dzięki działaniom wojsk koalicji w Afganistanie jestem spokojniejszy o swoje córki, które chodzą po ulicach Warszawy czy Wrocławia. Wskutek wysiłku między innymi polskich żołnierzy oraz funkcjonariuszy różnych służb mam większą pewność, że w naszym kraju nie dojdzie do takich ataków terrorystycznych jak w innych miejscach świata. Bez oczyszczenia Afganistanu podobne zamachy wcześniej czy później zdarzyłyby się i u nas.

W takich dyskusjach często potępiałem i potępiam falę hejtu, jaka wylewała się na naszych żołnierzy. Na internetowych forach przed laty często można było przeczytać, że nasi wojskowi to okupanci, najemnicy, że na misje wyjeżdżają tylko dla pieniędzy. Takie rzeczy wypisywali ludzie, którzy czuli się bezkarni, gdy zasiadali do swoich komputerów w bezpiecznych mieszkaniach przy bezpiecznych ulicach spokojnych miast. Co oni mogą wiedzieć o misjach, obowiązku, odwadze, poświęceniu czy prawdziwym koleżeństwie? Co mogą wiedzieć o przyjaźni, gdy jeden członek zespołu jest w stanie narażać życie, aby ratować drugiego? – pytałem młodych uczestników spotkań.

Często próbowałem dociec, dlaczego w Polsce tak mało poważa się ludzi, którzy ryzykując życie, walczą o słuszną sprawę poza krajem. Dlaczego zamiast słów podziękowania na ich głowy sypią się obelgi i kalumnie. Takiemu podejściu współobywateli do swoich żołnierzy dziwią się nasi sojusznicy, w tym ci zza oceanu. W USA, najbogatszym, najdumniejszym i najsilniejszym kraju świata, żołnierze, szczególnie ci, którzy wracają do domu po misjach zagranicznych, cieszą się niebywałym uznaniem i bezwzględnym szacunkiem.

W afgańskim Ghazni, największej polskiej bazie misyjnej, znajomy oficer opowiedział mi kiedyś o zdarzeniu, którego stał się świadkiem.

– Przebywając na szkoleniu w Stanach Zjednoczonych, pewnego dnia podróżowałem z jednej bazy wojskowej do innej. Znudzony siedziałem właśnie w hali lotniska w niezbyt dużej miejscowości. W pewnym momencie zaobserwowałem jakiś ruch. Podróżni nagle zerwali się z miejsc, zaczęli klaskać i wiwatować. Nie wiedziałem, co się stało. Gdy sam wstałem, sprawa się wyjaśniła. Z sali przylotów do głównej hali dworca lotniczego weszła grupa wojskowych. Żołnierze wracali właśnie z jakieś misji. Nie miałem nawet pojęcia, z jakiej, bo stacjonują przecież w bazach na całym świecie. W każdym razie miałem żywy przykład szacunku, uznania i patriotyzmu. To była demonstracja dumy narodowej. U nas na lotnisku taka grupa żołnierzy zostałaby niedostrzeżona lub co gorsza wygwizdana. Gdzie jest nasza duma narodowa? – zakończył opowieść wyraźnie zniesmaczony.

Gdy podczas spotkań ze studentami opowiadam tę historię, najczęściej wywołuje ona konsternację czy zażenowanie, po czym następuje zazwyczaj… zmiana tematu. Zaczynają padać zdawkowe pytania typu: Jak to jest na tej wojnie? Czy rzeczywiście jest aż tak strasznie?

Kończąc wstęp, muszę wyjaśnić, kim są saperzy, ponieważ bardzo często saperami mylnie nazywani są wszyscy żołnierze wojsk inżynieryjnych. Bywa, że w informacjach prasowych czytamy, iż po przejściu fali powodziowej do jakieś miejscowości przyjechali saperzy i zbudowali most. Inne teksty opisują, że pomagając społeczeństwu, saperzy wyremontowali lokalną drogę lub dostarczyli mieszkańcom wodę zdatną do picia. Są to błędne informacje. Tego typu prace wykonali bowiem żołnierze wojsk inżynieryjnych, najczęściej z pododdziałów drogowo-mostowych czy uzdatniania wody, ale nie saperzy.

Spośród ponad trzydziestu specjalności istniejących w wojskach inżynieryjnych tylko kilka jest stricte saperskich. Saperzy zajmują się wyłącznie materiałami wybuchowymi. Ich podstawowym zadaniem jest rozminowywanie terenów i obiektów, oczyszczanie ich ze wspomnianych materiałów wybuchowych, a następnie neutralizowanie niebezpiecznych znalezisk, najczęściej poprzez wysadzenie, aby przestały zagrażać zarówno wojskowym, jak i cywilom.

W przypadku konfliktu zbrojnego w celu obrony kraju saperzy wykonują z kolei wiele prac destrukcyjnych mających na celu zatrzymanie lub opóźnienie działań potencjalnego agresora. Przygotowani są do minowania terenu i ważnych obiektów, w tym infrastruktury drogowej, do wysadzania mostów i budynków.

Mówiąc krótko, wszędzie tam, gdzie wojsko ma do czynienia z materiałami wybuchowymi, główną rolę odgrywają saperzy.

Pracę saperów uznaje się powszechnie za bardzo niebezpieczną i myślę, że czytelnicy zdają sobie z tego sprawę. Wymaga dużej wiedzy oraz wielkiej odwagi; ponadto jak chyba w żadnym innym żołnierskim fachu liczy się tu doświadczenie. Żołnierze tej specjalności szczególnym męstwem wykazali się w Afganistanie, zyskując olbrzymi szacunek kolegów z innych rodzajów wojsk. Wśród czterdziestu trzech Polaków, którzy polegli podczas tej misji, dziesięciu było saperami.

W Wojsku Polskim 16 kwietnia obchodzony jest jako Dzień Sapera. Święto ustanowione zostało w rocznicę forsowania linii Odry i Nysy Łużyckiej podczas II wojny światowej, w czym saperzy odegrali bardzo ważną rolę. Saperów upamiętnia także monumentalny pomnik Chwała Saperom odsłonięty w maju 1975 roku przy Wisłostradzie w Warszawie.

O należnej saperom chwale i ich trudnej codziennej służbie traktować będzie więc ta książka.

Część pierwsza Wojna

Strefa śmierci

Jeżeli patrząc na okładkę, wiesz, co oznaczają cyfry 5/25, jesteś żołnierzem lub nim byłeś. Brałeś udział w misji wojennej lub w przygotowaniach do wyjazdu na nią ze swoim plutonem, drużyną, sekcją czy grupą. Procedurę 5/25, która po jakimś czasie została zmieniona na 5/20, mogłeś trenować także podczas ćwiczeń wojskowych na poligonie bez celów misyjnych. Jest ona bowiem powszechnie obowiązującym elementem taktyki i zachowania na polu walki wszystkich pododdziałów wojskowych przemieszczających się pojazdami. Tym, którzy się na sprawach wojska nie znają, winien jestem wyjaśnienie, co owo tajemnicze 5/25 oznacza.

Wyobraźmy sobie Afganistan. Pełną dziur szutrową drogą jadą cztery opancerzone transportery – wojskowy konwój lub patrol. Jest upał. Kurzy się niemiłosiernie. Kierowca włączył właśnie kolegom siedzącym na desancie znaną piosenkę disco polo Żono moja zespołu Masters. Utwór ten włączany był najczęściej, gdy wyjeżdżałem poza bazę z żołnierzami X zmiany ISAF. Z głośników płyną słowa przeboju: „Żono moja, serce moje. Nie ma takich jak my dwoje. Bo ja kocham oczy twoje. Do szaleństwa, do wieczora…”. Tekst utworu pozwala chłopakom z bojówki (bojowego pododdziału zmotoryzowanego ze składu batalionowej grupy bojowej) zapomnieć na chwilę, że opuścili bazę. Pod przymkniętymi powiekami widzą teraz zapewne twarze swoich żon i dzieci lub dziewczyn i narzeczonych. Oderwani na moment od wojennej rzeczywistości wspominają. Myślą o tym, co dzieje się teraz w ich rodzinnych domach.

Wszyscy włącznie z siedzącym w wieżyczce ganerem (żołnierzem obsługującym karabin maszynowy) są ciasno przypięci pasami do swoich miejsc, aby w razie eksplozji pod pojazdem miny pułapki nie uderzyli zbyt mocno w pancerny sufit. Na głowach mają co prawda hełmy, ale zbyt silne uderzenie głową, nawet chronioną hełmem, w stalową blachę może spowodować zmiażdżenie kręgów szyjnych. Przed wyruszeniem w drogę zadbali zapewne, aby wszystkie znajdujące się w wozie ciężkie przedmioty były mocno przytwierdzone do pancerza. Po wybuchu dużego ładunku, gdy wóz wzbija się w powietrze, przewraca na bok lub koziołkuje, takie przedmioty mogą poważnie, a nawet śmiertelnie ranić siedzących wewnątrz. Niestety, nie zawsze i nie wszystko można przymocować.

W pewnym momencie dowódca pierwszego wozu, saper, zauważa na drodze przed sobą pakunek, ślady świeżo rozkopanej ziemi na poboczu i kilka innych rzeczy, które wzbudzają jego podejrzenia. Częsty symptom, że coś jest nie tak, gdy kolumna przejeżdża akurat przez obszar zabudowany, to brak przy drodze bawiących się dzieci i przechodzących dorosłych. Dowódca wyczulony na wszystkie anomalie natychmiast wysyła przez radio sygnał i zatrzymuje kolumnę. Piosenka nagle się urywa. Żołnierze w mgnieniu oka wracają do wojennej rzeczywistości. Odruchowo poprawiają broń, sprawdzają mocowanie magazynków z amunicją w specjalnych kieszeniach kamizelek kuloodpornych. Stają się czujni i gotowi na wszystko.

W naszym kraju widok bezpańskiej paczki czy kartonu leżących przy drodze, nawet gdy jest przysypana piaskiem czy grudami ziemi, nikogo nie dziwi. Gdyby było inaczej, jesienią podczas wykopków ziemniaków czy buraków połowę polskich dróg trzeba byłoby uznać za nieprzejezdną. W cieniu Hindukuszu takie zwyczajne na pozór rzeczy jadących w patrolu żołnierzy przyprawiają jednak o szybsze bicie serca i nagły skok adrenaliny, nakazują wytężoną czujność. Najdrobniejsze nawet ślady mogą bowiem oznaczać śmiertelne niebezpieczeństwo. Mogą być wskazówką, że pod drogą ktoś wykopał niedawno dziurę i umieścił w niej minę pułapkę, a śpiesząc się, niedokładnie wszystko zamaskował. W przypadkowym kartonie na poboczu drogi może znajdować się na przykład czekający na odpalenie ajdik, czyli improwizowane urządzenie wybuchowe, nazywane w języku angielskim Improvised Explosive Device (IED).

W Afganistanie na płaskim terenie nawet leżący na poboczu kamień niepasujący do otoczenia bywa oznaką zagrożenia. Może bowiem służyć za tak zwany marker, celownik czekającemu w oddali terroryście. Zamachowiec, który podkłada ładunek wybuchowy, w odpowiednim miejscu na poboczu umieszcza kamień lub dwa, jeden na drugim, wbija w ziemię jakiś niepozorny kij lub zawiesza na krzaku kawałek materiału. Patrząc z daleka, wie, że gdy transporter zrówna się z jego markerem lub jest tuż przed nim, należy odpalić ładunek. W prymitywny sposób obliczył, że dokonanie detonacji w takim momencie wyrządzi najwięcej szkód. Terrorystom zawsze chodzi o to, aby zniszczyć pojazd i zabić wszystkich jadących w nim żołnierzy.

Wróćmy na drogę do zatrzymującego się w podejrzanym miejscu patrolu i do procedury 5/25. Wozy stanęły. Ganerzy w wieżyczkach transporterów mocniej ściskają kolby karabinów maszynowych i lufami omiatają uzgodnione przed wyjazdem sektory ewentualnego ostrzału. Diuki (elektroniczne urządzenia zagłuszające) włączone jeszcze w bazie skutecznie zakłócają fale radiowe, uniemożliwiając zdetonowanie ewentualnych ajdików drogą radiową, najczęściej za pomocą telefonu komórkowego. Żołnierze siedzący w pojazdach penetrują także obszar wokół patrolu przy użyciu celowników termowizyjnych. Te nowoczesne urządzenia pozwalają w dzień i w nocy wykryć czających się w pobliżu potencjalnych przeciwników.

 

Żołnierze pierwszego, a w szczególnych wypadkach także pozostałych wozów muszą sprawdzić teren. Sprawa niby prosta, ale gdy ma się świadomość, że za pobliskimi zabudowaniami, pagórkami czy gdzieś w rowach mogą się skrywać terroryści gotowi w każdej chwili otworzyć ogień, sytuacja przestaje być zwyczajna. Robi się gorąco, bo w miejscu przymusowego postoju także mogły zostać podłożone ajdiki z prymitywnym zapalnikiem, na przykład w postaci mechanizmu naciskowego, przygotowane, by zabić każdego, kto postawi nogę w określonym punkcie. Miny pułapki to jednak nie wszystkie zagrożenia, które mogą czekać przy tej drodze. Nie jest bowiem wykluczone, że pięćset–osiemset metrów dalej czai się wrogi snajper. Uradowany, że oto nagle na drodze pojawiły się żywe cele, zacznie niechybnie strzelać do tych, którzy wysiedli, jak myśliwy do bezbronnych kaczek.

Wówczas zaczyna obowiązywać procedura 5/25. Na rozkaz dowódcy z wozu wysiada jeden lub dwóch wyznaczonych żołnierzy. Gdy na pokładzie transportera opancerzonego Rosomak czy amerykańskiego wozu o wzmocnionej odporności na wybuchy min typu MRAP są saperzy, z góry wiadomo, że oni pierwsi postawią stopy na drodze, najpierw w tak zwanej strefie zero. Gdy opuszczą wnętrze, natychmiast zatrzasną za sobą tylny, pancerny właz, aby ewentualna eksplozja nie raziła odłamkami kolegów siedzących wewnątrz. Poza tym w razie, gdyby doszło nagle do kontaktu ogniowego, wóz musi mieć możliwość swobodnego manewrowania, ustawienia się w taki sposób, aby był jak najmniej narażony na ostrzał, szczególnie z bardzo groźnych ręcznych granatników przeciwpancernych RPG. Musi stanąć przodem, a nie bokiem, do miejsca, skąd padają strzały. Także po to, aby z wozu można było prowadzić jak najskuteczniejszy ogień z broni pokładowej.


Pluton bojówki podczas rutynowego patrolu na owianej złą sławą drodze Highway 1 w Afganistanie

Fot. Bogusław Politowski

W tym przypadku na drodze i wokół niej panuje jednak cisza. Saperzy wysiedli i nic się nie dzieje. Sprawdzanie terenu zaczynają od dokładnej lustracji nawierzchni pod transporterem. Sprawdzają, czy nie ma pod nim czegoś, co może się okazać niebezpieczne. Maksymalnie skupieni, zwracają uwagę na każde miejsce, każdą grudkę ziemi czy większy kamyk na drodze. Mają świadomość, że są bardzo widoczni i stanowią doskonały cel dla rebeliantów oraz ich strzelca wyborowego. Po sprawdzeniu miejsca pod pojazdem wahadłowo zaczynają badać najbliższe otoczenie w promieniu około pięciu metrów od transportera. Pojawiła się cyfra – 5. Oznacza pierwszą strefę sprawdzania. Obszar bardzo niebezpieczny. Pierwszą strefę śmierci.

Jeżeli na tym terenie saperzy nie znajdą niczego niebezpiecznego, dają sygnał i z transportera wychodzą kolejni żołnierze. Nie oznacza to, że kontrolowanie się zakończyło. Dwaj pierwsi, wspomagani czasami przez następnych wysiadających w liczbie ustalonej przez dowódcę, kontynuują sprawdzanie większego obszaru. Tym razem przeszukanie obejmuje promień do dwudziestu pięciu metrów od pojazdu. Mamy więc kolejną tytułową cyfrę – 25. Drugą strefę śmierci.

Strefa śmierci – w tym określeniu nie ma odrobiny przesady; jej penetracja jest po prostu wyjątkowo niebezpieczna. Podczas wykonywania procedury 5/25 często dochodziło do ostrzałów naszych żołnierzy. Znajdowano wiele min pułapek. Niektóre z nich rebeliantom udawało się zdetonować. Byli ranni i zabici.

Jednak sprawdzenie dwóch stref to dopiero początek. Uczestnicy patrolu mają co prawda trochę zbadanego terenu, mogą na nim zająć stanowiska ogniowe, w przypadku ostrzału dadzą radę bezpiecznie manewrować transporterami, zawrócić lub ustawić je tak, aby efektywnie prowadzić ogień. Pamiętajmy jednak, że miejsce, które wzbudziło podejrzenia dowódcy i które może się okazać bardzo niebezpieczne, znajduje się dalej niż dwadzieścia pięć metrów od pierwszego wozu. Trzeba do niego dotrzeć i sprawdzić je, zanim ruszy się w drogę.

O tym, co może się zdarzyć później, dalej niż dwadzieścia pięć metrów od pojazdu, i jakie działania na taką ewentualność przewidują procedury pola walki, przeczytacie na kolejnych stronach książki.

Nie będą to wyimaginowane sytuacje.