Motyw ukrytyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W okresie tuż przed śmiercią jej tryb życia nie uległ zmianie. Szykowała się do wyjazdu na wczasy nad morze z Danutą Panufnik, którą poznała w klubie seniora. Wpłaciła na tę wycieczkę dwieście złotych zaliczki. Jesienią planowała wyjechać do ciepłych krajów z inną znajomą. Tymczasem zamierzała położyć terakotę przed schodami i wyremontować dach. Rozpoczęła wstępne rozmowy z fachowcami, ale zawiesiła je ze względu na pilniejszy – jej zdaniem – plan zakupu fotela masującego za ponad cztery tysiące złotych. Poza zadawnionymi konfliktami z księdzem, adoratorem i sąsiadami nie miała z nikim zatargów. Mimo jej bezkompromisowości lubiano ją za energię, charyzmę i radość życia. Przez postronnych była postrzegana jako osoba sprytna, lecz godna zaufania.

Sprawca dostał się do mieszkania przez otwarte drzwi. Zamek nie był uszkodzony. Nie było też śladów włamania w furtce tylnego wyjścia. Ciało Liliany znaleziono dopiero dwa dni po zabójstwie. Leżała w pokoju telewizyjnym z twarzą skierowaną do podłogi. Ślady krwi zabezpieczono na ławie, w okolicy zwłok, na kryształowym wazonie i taborecie z miękkim obiciem. W ręku kobieta trzymała zaciśniętą smycz z logotypem jednego z banków, na której zawsze nosiła klucz do auta i z którym to atrybutem nie rozstawała się nawet w czasie snu. Samochód stał na podjeździe, ale kluczyk do niego zniknął.

Kobieta miała podniesioną do góry bluzkę, jakby próbowano ją nieudolnie zdjąć w trakcie szarpaniny, zwiniętą w taki sposób, że odsłaniała plecy. Nie miała na sobie biustonosza. Na lewej ręce, w okolicy przedramienia, zawiązano jej rzemień, który przechodził na szyję i został na niej zadzierzgnięty oraz związany z tyłu węzłem żeglarskim prostym. Drugi taki sam rzemień zabezpieczono w garażu. Parcianym pasem skrępowano kobiecie nogi. Stopy były zabrudzone, co mogło wskazywać, że tuż przed zdarzeniem Liliana podlewała kwiaty w ogrodzie. W momencie śmierci kobieta miała na sobie czarno-białą spódnicę oraz czarne majtki, które zostały rozdarte z jednego boku. Wstępne oględziny zwłok wskazywały na: sześć ran tłuczonych głowy, otarcia naskórka w części nosowej, obrażenia części żuchwowej, otarcia na łokciu, prawym przedramieniu i na części pleców. Za bezpośrednią przyczynę śmierci uznano uduszenie. Została zgwałcona.

Na szklanym stoliku technicy zabezpieczyli ślad brunatnej substancji. Zakrzepła krew i ten sam ślad znajdowały się na dokumentach rozsypanych na podłodze oraz programie telewizyjnym rozłożonym na blacie. Gazeta otwarta była na dacie 13 sierpnia 2013 roku. Podkreślono w niej tytuł filmu Ostatni z rodu VolRochy – seans rozpoczynał się o 22.15. Liliana miała zwyczaj zakreślania programów, które planowała obejrzeć. Często też wycinała z prasy interesujące ją artykuły.

Sto metrów od domu zamordowanej znaleziono pomarańczową torbę na zakupy, w której znajdowała się para mokrych rękawiczek typu „wampirki”, a także jedna dodatkowa sucha, nieużywana, oraz ręcznik kąpielowy we wzory, o wymiarach 130 × 50 centymetrów, który rodzina rozpoznała jako własność wdowy. Zabezpieczone przedmioty przekazano do badań laboratoryjnych.

Nie ustalono, jaką kwotę zabrał z domu Liliany sprawca. Nic również nie było wiadomo o saszetce z biżuterią, którą kobieta nosiła zawsze ze sobą. Nie udało się też oszacować, ile precjoza były warte.

Pies służbowy poprowadził detektywów na tył posesji, do wyjścia z ogrodu. Tą drogą musiał więc sprawca ujść z miejsca zdarzenia. Śledczy zabezpieczyli jego DNA z mokrych rękawiczek znalezionych przez profilera, który zasugerował przeprowadzenie reoględzin dróg dojścia i odejścia sprawcy. Ponieważ zabójca próbował obmyć się w łazience z krwi, psycholog wywnioskował, że nie wiedział o tym, że syfon do umywalki nie jest podłączony, gdyż prace nie zostały dokończone. Usiłował użyć dozownika na mydło, ale pompka nie zadziałała. Odkręcił korek, a po użyciu wrzucił obie części dozownika do zlewu. Zatyczka od umywalki była uszkodzona, więc woda nie spłynęła. Po rozpytaniu sąsiadów udało się uzyskać informację, że kilka dni przed zdarzeniem przed posesją pani Pawlik stał oparty o bramę rower w kolorze czerwonym.

ROZDZIAŁ 2
ZAGINIĘCIA


Nie ma komu zapalić świeczki

GŁĘBOKA STUDZIENKA

2015

Zed ma dziś bekę ze wszystkiego. Dzień jest słoneczny, ksiądz dopiero poszedł. Msza była klawa. Zed nie wierzy w nic poza keszem, ale lubi czytać fragmenty Biblii. Czuje się przy mównicy na swoim miejscu. Słuchają go. On rządzi. Czasami, kiedy czyta te krwawe kawałki ze Starego Testamentu, doznaje uniesienia. Czuje je fizycznie. To lepsze niż wytłuszczone zdjęcia gołych świń, które trzyma pod pryczą. Drapie się teraz po białej łepetynie. Może i jest przedwcześnie siwy, ale przynajmniej nie łysy jak Cherlak. To nie stres. Genetyka. Szybki rzut oka na młodego, którego im dokooptowali na jesień ubiegłego roku. W sam raz na Gwiazdkę. Młody od razu wyczuł pismo nosem i ochoczo nadstawił Zedowi tyłek w łaźni. Nawet nie trzeba go było przymuszać, więc satysfakcji nul. Skoro tak się przedstawia sprawa, po wszystkim Zed i tak mu dojebał. Cherlak nie doniesie. Taki głupi nie jest. A może on to lubi?

Przez zasiatkowane i zakratowane okna wpada sporo słońca. Zed staje przy okienku i spluwa na odległość. Gołąb podrywa się, ucieka. Spierdalaj, ptaszyno. Zed dobrze wie, że zasłania teraz całe światło w celi. Ale ma to gdzieś. Bo tak jak kiedyś, na wolności, tak samo i tutaj nikt mu nie podskoczy. Zimuje już siódmy rok. Prawomocnie. Cherlak jeszcze się boi. Jeszcze się nie przyzwyczaił. Skazali go ledwie cztery miesiące temu. Pisze wciąż pisma, wydzwania do rodziny, trzęsie się przed wizytą papugi. Zgadza się na wszystko, byle tylko wyjść. Jeszcze ma nadzieję. Zed w sumie mu tego zazdrości. Że Cherlak ma odwagę się łudzić. Bo Zed już się pogodził, ma luza. Teraz jego dom jest tutaj i to się nie zmieni. Nie po skazaniu za dwie głowy i kilka rozbojów. Dostał ćwiartkę. A mogła być czapa, nie? Tyle samo co Cherlak za to swoje „hakerowanie”. Zed nie umiałby nawet włączyć komputera. Nie bardzo wie, co to internet. Cherlak mu wszystko robi, kiedy idą do biblioteki. Zed w życiu nie czytał żadnej książki. Ale pożyczać, pożycza. To rejestruje się przecież. Punkty zbierać trzeba. Nigdy nie wiadomo, kiedy zezwolą na wypis, przepustkę. Ale to Cherlak mu wszystkiego szuka, pomaga, usługuje. A i wychowawca zadowolony. Czasem z takiej knigi uda się zrobić skręta. W przyrodzie nic nie ginie. Cherlak przypomina mu syna. Tyle że jest mądrzejszy. A z czasem się nauczy. Stwardnieje. Ale jeszcze nie teraz. Za rok albo dwa. Szkoda, żeby go przenieśli. Dlatego Zed rozpostarł nad nim parasol ochronny i tylko czasem sam jeden używa. Przynajmniej mniejsze ryzyko, że złapie się jakiegoś syfa.

Odwraca się teraz, odsuwa od okna. Rzuca na pryczę. Podkłada ręce pod głowę. Światło zalewa cuchnącą celę. Zed przymyka oczy. Mruczy pod nosem piosenkę, którą słyszał w radiu. Nagle słyszy, że Cherlak płacze. Podnosi się na łokciu i przygląda młodemu. Jest naprawdę ładny. I silny. Chociaż nie zdaje sobie z tego sprawy. Gdyby nie Zed, nie miałby połamanego nosa, ale i fujarę by mu ucięli. Zed zrywa się. Uderza młodego z całej siły w brzuch. Cherlak kuli się, przestaje łkać. Zed się śmieje.

– Przyzwyczaisz się – rzuca. – Każdy się przyzwyczaja.

Odpowiada mu cisza. Cherlak skulony, wciąż w tej samej pozycji. Nie podnosi głowy.

– Siedzisz ze mną. Nie wkurwiaj, to dożyjesz wyjścia. Nie to co ja.

Cherlak wciąż milczy. Zed odpala szluga, wskazuje na szklankę. Cherlak podnosi się i karnie rusza po wodę, zaparza czaj. Idzie po pomarańczę ze wstrzykniętą amfetaminą, Zed trzyma ją na metalowej ramie, w której stoi miska zastępująca umywalkę. Narkotyki ma prawie całkiem na legalu. Może nie w takich ilościach, w jakich by chciał mieć, ale są. Układ z oddziałowym. Ten gad załatwi wszystko. Byle tylko szeleszczących zwitków nie brakowało. A jeśli chodzi o Zeda, to nie zabraknie. Ma swoich tam za bramą. Wciąż jeszcze wiszą mu mnóstwo przysług.

– Robisz na mokro tyle razy i nigdy nie wiesz, która głowa wypłynie – zaczyna znów swoje Zed. Od jakiegoś czasu lubi sobie z Cherlakiem pogadać. – Posadzili mnie za duperelę, a nie wykryli tej, za którą byłem pewien, że beknę.

Zawija rękaw. Napina biceps. Skóra na przedramieniu marszczy się, widać ślady po igłach. Dawno temu zabliźnione.

– Co to za numer? – szepcze Cherlak i ostrożnie stawia przed Zedem herbatę. Nie odważa się spojrzeć recydywiście w twarz. Rzuca tylko jedno spojrzenie z ukosa.

Zed odczytuje:

– Dwa zero zero jeden. Co to może być?

– Data? – zgaduje Cherlak. Siada, prostuje się. Patrzy na paczkę z papierosami.

Zed kiwa głową. Zapalają obaj. Zed chowa tatuaż pod rękawem bluzy. Patrzy na okno, wydycha dym.

– Dwoje ludzi. Prowadziło bar. Mieszkali w domu. Ładnym. Mieli psa. I pecha. Bo pożyczyli za dużo i nie od tych, co trzeba.

Podnosi rękę na wysokość jabłka Adama. Grdyka wędruje: góra – dół. Zed zaciska usta, strzyka śliną. Pokazuje gest podcinania gardła.

– Głęboka studzienka, cztery osiem ha i trzymetrowy dół. Mieli pecha – powtarza. – Chyba faktycznie nie mieli tej kasy. Nie wiem, bo ja tylko miałem wziąć ich z domu. Resztę zrobił Vladimiras i jego przydupasy. Ćpali razem z nimi, żeby nie wrzeszczeli, jak im rwał paznokcie.

– Ile byli winni? – pyta niby od niechcenia Cherlak.

– Bańka, może dwie. Dla nas miała być połowa. A siedzę tylko ja. Za coś zupełnie innego. Przypadek?

 

2001

To nie była nawet restauracja. Żadnych obrusów, kelnerów, kas fiskalnych. Ot, barek przy stadionie, który nie miał nazwy. Fasolka po bretońsku, bigos, kawa, herbata, piwo, wódka. Klientela różnista. Głównie górnicy i kibole przychodzili na wódkę.

Ewa Janik była zawsze uśmiechnięta i miała świetne nogi. Mała róża na kostce w kolorze czarnym. Włosy postawione na sztorc. Równa babka.

Bartek Janik był od niej młodszy o trzy lata. Nosił wąsy i fryzurę starego metalowca, którym nigdy nie był. Z powodu tuszy wyglądał jak jej ojciec. Potrafił zjeść dziesięć parówek w dwóch kęsach. Zawsze na czarno.

Oboje nosili skórzane kurtki, mocno wytarte. Za dochód z tego baru zaczęli stawiać dom. Utarg mieli największy, kiedy trwały rozgrywki piłkarskie, czyli wrzesień, październik. Ale speluna była otwarta cały rok.

Wszystko się posypało, kiedy zaczęło się zamykanie kopalń. Bezrobotni górnicy wciąż przychodzili na mecze, ale w barze przesiadywali mniej. Woleli pić po domach. Taniej. Właściciele obniżyli ceny do granic opłacalności. Niemal całkowicie zrezygnowali z marży. Niewiele to dało. Poza rozgrywkami bywały dni, kiedy knajpa świeciła pustkami. Przed przeobrażeniami dochód był kosmiczny, dziś ledwie wiązali koniec z końcem. Ewa i Bartek kochali jednak swój klub. Nie chcieli oddać dzierżawy, walczyli o niego z całych sił. Najpierw pożyczali od znajomych i rodziny, by zrobić remont, przyciągnąć zamożniejszego klienta. Budowa domu zawisła na włosku. Potem, jak to przy remoncie, pieniędzy potrzeba było coraz więcej. Bar wciąż miał stałych bywalców. Brali na zeszyt, nie oddawali miesiącami. Niektórymi Bartek potrząsnął, to otrzymali zwrot gotówki. Reszta po prostu przestała się pojawiać. W tym gronie był przywódca grupy pseudokibiców. Od miesięcy obserwował nierówną walkę restauratorów, aż któregoś dnia zagaił, czy mógłby pomóc.

– Masz wolne pół bańki? – Bartek machnął ręką i wlał do gardła pół kufla piwa.

– Ja nie – padło w odpowiedzi. – Ale znam kogoś, kto ma, i jutro mógłbym być z walizką papieru.

Całą noc o tym dyskutowali. Bartek palił się, by skorzystać z okazji, Ewa była sceptyczna, ale innych propozycji nie mieli. Jeden telefon wystarczył. Już w południe dostali pieniądze. Wierzyciela nie musieli oglądać. Walizkę przyniósł posłaniec. Janikowie sądzili, że to najpiękniejszy dzień w ich życiu. Urządzili przyjęcie, na które przybyło chyba pół regionu, bo drinki były darmowe. Skończyli remont. Nazwali klub „Kielnią”. Afisz miał przyciągnąć motocyklistów, sportowców i kobiety. Ale sytuacja gospodarcza w kraju była coraz gorsza. Bar nadal świecił pustkami, kasa również. Tymczasem termin oddania długu zbliżał się nieubłaganie. By oddać te pół miliona, pożyczyli stówę u innych „życzliwych”, potem jeszcze dwie. Liczyli, że z czasem wszystko się unormuje.

Nikt nie wiedział, że Ewa z Bartkiem zadłużają się u bandytów. Być może oni sami tego nie wiedzieli. Znajomy kiboli, który przyniósł walizkę, miał na sobie marynarkę i wyprasowaną koszulę. Kolejni posłańcy przybywali już w dresach, ale przecież nie można ludzi oceniać po opakowaniu.

Tymczasem policja w całym kraju miała pełne ręce roboty. Każdego dnia ginęli biznesmeni. Porwania dla okupu były normą. Po uwolnieniu gospodarczym zaczęły prężnie działać zorganizowane grupy przestępcze. Bandyci mieli ogromne środki, które chcieli gdzieś przeprać. Pożyczki takie jak wsparcie Kielni były najlepszym sposobem, a przy okazji na tej lichwie dało się dobrze zarobić. Odsetki były srogie. Ci, którzy pożyczali i nie oddawali, znikali bez śladu. Ciemna liczba zabójstw stawała się zatrważająca. Do tego dochodziły kwestie weryfikacji policjantów. Zwalniano tych, którzy zasłużyli się w starym systemie. Choć mieli doświadczenie śledcze i kontakty, byli w nowych strukturach persona non grata. Na ich miejsce masowo przyjmowano młodych, niedoświadczonych, co wpływało na poziom pracy i obniżało wykrywalność. W roku, kiedy dzieje się ta historia, w całym kraju zanotowano ponad tysiąc zabójstw, a jedna trzecia tych tragedii rozgrywała się na Śląsku. Niemal codziennie ktoś ginął: od noża, kuli czy ładunku wybuchowego. Bywały oczywiście okresy, kiedy w mieście panowała cisza, jednak takie, w których notowano pięć zabójstw tego samego dnia, uznawano za normę. Kiedy do Kielni zaczęli przychodzić smutni panowie z glockami za paskiem, Ewa i Bartek zrozumieli, w co się wpakowali.

2015

Cherlak miał tylko jedną szansę, by wyjść. Kasacja. Zadzwonił do swojego adwokata, a mecenas po rozmowie z nim przysłał rzutkiego prokuratora. Warunki były proste: nadzwyczajne złagodzenie kary i samodzielna cela w zamian za sprzedanie rewelacji Zeda. Cherlak poszedł na ten układ. Kilka dni później do więzienia we Wronkach przyjechał facet w czarnym golfie i kraciastej marynarce. Przedstawił się jako psycholog śledczy i chciał rozmawiać z Zedem o przeszłości. O dziwo, Zed się zgodził. Uśmiał się, że Cherlak go przechytrzył, ale to był gorzki rechot. Potem zapytał, co on sam będzie z tego miał. Nigdy nie przyznał się, że brał udział w zabójstwie.

– Moim zadaniem było przygotować porwanie ludków. Wybrać dobry moment, zabrać w odpowiednie miejsce, uwięzić. Robiliśmy tego typu zlecenia masowo. Takie były czasy – zeznawał. I dodał: – To nie ja zabiłem psa. Lubię zwierzęta.

2001

Siedemnasty dzień września był upalny. Kobiety pod supermarketem wciąż paradowały w letnich sukienkach, mężczyźni mieli zapocone pachy T-shirtów. Skwar dawał się we znaki wszystkim. Nie czuć było jeszcze jesieni. Przed wejściem do sklepu ktoś ustawił miskę z wodą. Zaparkowane przy stojaku na rowery psy piły ją łapczywie. Nie wiadomo, kto pierwszy zauważył tego opla z wybitą szybą. Zajmował dwa miejsca parkingowe. Może zwrócono nań uwagę tak szybko, bo po rozpoczęciu roku szkolnego wszyscy rzucili się do sklepu i ktoś był wściekły, że nie ma gdzie stanąć. Policjanci przyjechali dopiero po trzech godzinach od zgłoszenia. Zdarzeń na mieście nie brakowało, za to ludzi do pracy – i owszem. Kiedy rozpoczęto oględziny, okazało się, że wybita szyba to jedynie początek. W bagażniku były trzy kominiarki, łopaty i połamane nogi od taboretu. Auto zarejestrowano na Bartka Janika, właściciela baru przy stadionie piłkarskim, nazwanego niedawno „Kielnią”. Ale wtedy mężczyzna nie był jeszcze poszukiwany. Wysłano mu tylko wezwanie. Sprawa trafiła na biurko jakiegoś funkcjonariusza. Była któraś z kolei na kupce „później”. Technicy wykonali swoją robotę rzetelnie. Czekano na wyniki badań. Dopiero kiedy trzy tygodnie później rodzina zgłosi zaginięcie Bartka i Ewy, detektywi połączą to z odnalezieniem opla.

Tymczasem trzy dni wcześniej, 14 września, do okna domu Janików zagląda Anna, szwagierka, która jest przejazdem w Gliwicach. Nie zastała Ewy i Bartka w klubie, który był otwarty niemal zawsze. Dzień jest pochmurny, parny. Żadne z nich nie odbierało telefonu, więc zdecydowała się przyjechać i sprawdzić osobiście, co się dzieje. Może i ma poczucie winy, bo Janikowie chcieli znów pożyczyć pieniądze, ale mąż Anny nie wyraził zgody.

– Poprzednich pożyczek nie oddali. Są niewypłacalni – rzekł.

Ewa wyznała wtedy szwagierce, że chyba będą musieli sprzedać dom i wyjechać za granicę. Pilnie.

– Wszystko w porządku? – spytała zaniepokojona Anna.

Ewa odpowiedziała po długim namyśle:

– Poradzimy sobie.

Odłożyła słuchawkę. Od tamtej pory kobiety nie rozmawiały.

Anna stoi teraz na schodach. Naciska dzwonek, puka, wreszcie chwyta za klamkę. Zamknięte. Wilczur Perełka, praktycznie dziecko Janików, bo tak go traktują i kochają, nie szczeka. Głucho. Pochyla się i za szybą, od środka, widzi włożoną kartkę: „Wyjechałam do Gorzanowa. Ewa”. Anna rozpoznaje charakter pisma szwagierki. Oddycha z ulgą. Odchodzi.

Anna pamięta o Ewie i Bartku. Ma ich gdzieś z tyłu głowy, choć nie wydzwania, nie chce się narzucać. Skoro pojechali na wieś, do dziadków, są bezpieczni. Może musieli się zaszyć przed wierzycielami? Kto ich tam wie. Ale mijają już dwa tygodnie. Na obiad przybywa do niej reszta rodziny. Rozmowa schodzi na Janików. Ktoś spontanicznie dzwoni do Gorzanowa. Dowiadują się, że Ewa i Bartek nigdy do dziadków nie dotarli. Mało tego, nie zadzwonili. Nie mieli planów, by ich odwiedzać.

– Przecież trwa sezon – oburza się dziadek Janik. – Zaczynają się rozgrywki. Bartek nigdy nie pozwoliłby Ewie na wakacje. Trzeba zarabiać. Czasy nie są łatwe.

Anna patrzy na męża. Ten bez słowa bierze kluczyki do auta. Jadą do Janików. Anna ma déjà vu. Głucho, ciemno. Dom zamknięty na cztery spusty. Ta cisza zaczyna ją przerażać. Złe myśli roją się w głowie. Anna z mężem obchodzą posesję dookoła. Jadą jeszcze raz do baru. Wszystko jak wymarłe. Pozamykane na klucz, opustoszałe. Gdzie jest pies? Czy wyjechali z wilczurem? Przecież on spędził tutaj całe życie. Nie ma nawet kagańca. Któryś wuj podpowiada, by poszukać klucza w rynnie. Bartek czasami go tam zostawiał. Bingo. Wchodzą.

Wita ich smród i bałagan. Perła leży w łazience z rozharatanym gardłem. Podłoga zasłana dokumentami. Szuflady wybebeszone. Klamka od wewnętrznej strony drzwi jest uszkodzona. Obok leży kartka z żądaniem zwrotu długów. Półka na telewizor pusta. Zostały tylko kable.

– Nie wygląda to dobrze – mruczy mąż Anny i wzywa policję.

W październiku małżeństwo Janików uznaje się za zaginionych. Rok później sprawa zostaje przekazana do innej jednostki – wydziału kryminalnego w Katowicach. Początkowo śledztwo kręci się wokół pseudokibiców. Śledczy wchodzą jednak głębiej w życie tej pary i okazuje się, że Janikowie byli zadłużeni wszędzie: w urzędach, u prywatnych osób, dostawców, nie płacili za prąd, czynsz i tak dalej. Nie było szansy, by udało się im to wszystko spłacić. To dlatego zbierali ostatnie pieniądze po rodzinie, oferując pod zastaw ziemię. Wygląda na to, że planowali uciec z kraju. Czy zdążyli?

Profiler analizuje list i ślady behawioralne na miejscu zdarzenia. Zabicie psa i bałagan ewidentnie świadczący o splądrowaniu lokalu nie korelują z listem kobiety. Ale biegły z dziedziny badania pisma potwierdza, że napisała go Ewa. Psycholog śledczy jest zdania, że kobieta została do tego zmuszona. Sprawa długu wydaje się oczywista. Motyw sprawców: finansowy. Bo było ich kilku – stoi w profilu. Wychodzi na to, że Janikowie pożyczyli pieniądze od przestępców. Rodzina łudzi się, że przyjdzie informacja o żądaniu okupu. Czas biegnie, a nic się nie zmienia. Teraz już policja szuka ciał. Są pewni, że Janikowie zostali zamordowani. Tak mija czternaście lat.

2015

Po latach, po raz drugi, do sprawy powraca w swoim Magazynie 997 Michał Fajbusiewicz. Jego programy są popularne wśród więźniów, a ich emisja nieraz przynosiła „wieści” o niewykrytych zbrodniach. Niestety, najczęściej były to fałszywe tropy. Jednak w tym przypadku informacja o zamordowaniu właścicieli baru na Śląsku wydawała się wiarygodna. A informacje, które wyciekły z więzienia, szczególnie okoliczności zbrodni, mógł znać tylko jeden ze sprawców.

Zeznanie Zeda jest punktem zwrotnym. Śledztwo w sprawie zabójstwa Janików zostaje wznowione. Trzeba jednak ustalić stopień wiarygodności zeznań więźnia. W opowieściach przestępców jest zawsze mnóstwo dezinformacji. Może być też tak, że znudzony gangster chce dokopać kolegom i pomawia ich o coś, czego nie zrobili. Do sprawy znów jest wezwany profiler. Bogdan Lach przygotowuje dwa tysiące pytań. Mawia, że jeśli nie masz tysiąca, nie siadaj do przesłuchania. Psycholog i więzień spotykają się wiele razy. Zed mówi o pięciu osobach.

– To nie był żaden gang – zapewnia. – Raczej paczka znajomych. Każdy specjalizował się w czymś innym.

On i Jawor obserwowali Janików i czekali na właściwy moment, by wciągnąć ich do samochodu. Zed upiera się, że nie brał udziału w zbrodni, ale wie, jak przebiegała. Podział ról w grupie był jasny. Mokrą robotą w gangu zajmowali się Szczypawa i Kędzior. Mózgiem był Łotysz Vladimiras. Tak się składa, że siedzi do innej sprawy. Bardzo podobnej w przebiegu: małżeństwo biznesmenów zakopane żywcem pod Ostrołęką. Nie mieli z czego oddać długu. Sprawa Janików rusza na nowo. Ambicją śledczych jest odnalezienie ich grobu.

W sukurs działaniom operacyjnym idzie technika. Przez wszystkie te lata bardzo poszła do przodu ta dziedzina badań biologicznych, która pozwala na identyfikowanie ludzi na podstawie kodu DNA. W czasie, kiedy zginęli Janikowie, oznaczano jedynie ślad grupowy. Dziś możliwe jest ustalenie całego łańcucha DNA, oznaczenie czternastu par kodów, tj. pełnego haplotypu człowieka, więc można bezsprzecznie stwierdzić, czy dany ślad biologiczny należy do konkretnej osoby. Za ten progres w badaniach biologicznych naukowcy otrzymali Nobla. Okazuje się więc, że ślady zabezpieczone na łopatach, kominiarkach i nodze od taboretu, znalezionych w porzuconym oplu Janika, mogą mieć ogromne znaczenie procesowe. Zostały prawidłowo zabezpieczone i były przetrzymywane we właściwych warunkach. Jeśli uda się wyłuskać z opowieści Zeda personalia kompanów, nie będzie konieczne ich przyznanie się do winy. Wystarczy pobrać próbki porównawcze. Śledczy zaczynają działać.

 

Vladimiras świadczył usługi odzyskiwania długów. Miał swoich żołnierzy, którzy specjalizowali się w biciu, zastraszaniu, uprowadzeniach i kaźni. Porywając Janików, liczył, że odzyska połowę tego, co byli winni większym przestępcom. Robota warta była milion złotych. Jak na tamte czasy suma astronomiczna. Od początku bandyci brali pod uwagę zabójstwo. Wrzucili właścicieli baru do studzienki kanalizacyjnej. Przetrzymywali ich tam cały dzień i noc. Faszerowali narkotykami, torturowali. Ewa z Bartkiem nie potrafili podać miejsca, gdzie znajdują się pieniądze. Niewykluczone też, że je odzyskano, a Janików i tak zabito. Dziś nikt już tego nie rozwikła.

Zostali znalezieni pięćset metrów od wspomnianej studzienki. Kości mieli pogruchotane. Byli bici i maltretowani. Kobiecie usta zaklejono taśmą. Biegły postawił hipotezę, że żyli jeszcze, kiedy przysypano ich ziemią oraz przyłożono betonowymi płytami. Stan rozkładu ciał nie pozwolił na stwierdzenie mechanizmu ich śmierci.

Vladimiras, Zed i Szczypawa mają już na koncie wyroki dożywocia w innych sprawach. Jawora, który podobno wspólnie z Zedem dokonał porwania, nie znaleziono. Kędzior został zatrzymany poza granicami kraju. Kiedy pobierano od niego odciski palców, policjantka zauważyła tatuaż na dłoni. Na każdym palcu miał wydzierganą cyfrę. Były to kolejno: 2001. Mężczyzna zeznał, że w ten sposób chciał upamiętnić swój „pierwszy raz”.