365 dni

Tekst
Z serii: 365 dni #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
365 dni
365 dni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,80  54,24 
365 dni
Audio
365 dni
Audiobook
Czyta Ewa Abart
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2

Kiedy otworzyłam oczy, była noc. Spojrzałam na pokój i zorientowałam się, że nie mam pojęcia, gdzie jestem. Leżałam w ogromnym łóżku, oświetlanym jedynie światłem latarni. Bolała mnie głowa i chciało mi się wymiotować. Co, do cholery, się stało, gdzie ja jestem? Próbowałam wstać, ale byłam zupełnie bez sił, jakbym ważyła tonę, nawet moja głowa nie chciała się podnieść z poduszki. Zamknęłam oczy i ponownie zasnęłam.

Kiedy znowu się obudziłam, wciąż było ciemno. Nie wiem, ile spałam, może to była kolejna noc? Nigdzie nie było zegara, nie miałam torebki ani telefonu. Tym razem udało mi się podnieść z łóżka i usiąść na brzegu. Przez chwilę czekałam, aż przestanie kręcić mi się w głowie. Zauważyłam lampkę nocną przy łóżku. Kiedy jej światło zalało pokój, zorientowałam się, że miejsce, w którym się znajduję, prawdopodobnie jest dość stare i zupełnie mi nieznane.

Ramy okien były ogromne i bogato zdobione, naprzeciwko ciężkiego, drewnianego łóżka stał gigantyczny, kamienny kominek – podobne widywałam jedynie na filmach. Na suficie były stare belki, które idealnie komponowały się kolorem z ramami okiennymi. Pokój był ciepły, elegancki i bardzo włoski. Ruszyłam w stronę okna i po chwili wyszłam na balkon, z którego rozpościerał się widok na ogród zapierający dech w piersiach.

– Świetnie, że już pani nie śpi.

Na te słowa zamarłam, a serce podeszło mi do gardła. Odwróciłam się i zobaczyłam młodego Włocha. O tym, że nim był, niepodważalnie świadczył jego akcent, kiedy mówił po angielsku. Także jego wygląd zdecydowanie utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Nie był bardzo wysoki – jak siedemdziesiąt procent Włochów, których widziałam. Miał długie, ciemne włosy spadające mu na ramiona, delikatne rysy twarzy i gigantyczne usta. Można powiedzieć, że był ślicznym chłopcem. Doskonale i nienagannie ubrany w elegancki garnitur wciąż wyglądał jak nastolatek. Choć ewidentnie ćwiczył, i to niemało, bo barki nieproporcjonalnie rozpierały jego sylwetkę.

– Gdzie i dlaczego tu jestem?! – rzuciłam z wściekłością, idąc w stronę mężczyzny.

– Proszę się odświeżyć. Wrócę po panią niebawem, wtedy wszystkiego się pani dowie – powiedział i zniknął, zamykając za sobą drzwi. Wyglądało to tak, jakby uciekł przede mną, podczas gdy to ja byłam przerażona sytuacją.

Próbowałam otworzyć drzwi, ale albo były zatrzaskowe, albo facet miał klucz i go użył. Zaklęłam pod nosem. Czułam się bezradna.

Obok kominka znajdowały się kolejne drzwi. Zapaliłam światło i moim oczom ukazała się zjawiskowa łazienka. Pośrodku stała ogromna wanna, w jednym rogu ustawiona była toaletka, obok niej wielka umywalka z lustrem, w drugim końcu zobaczyłam prysznic, pod którym z powodzeniem zmieściłaby się drużyna piłkarska. Nie miał brodzika ani ścian, jedynie szybę i podłogę z drobnej mozaiki. Łazienka była wielkości całego mieszkania Martina, w którym razem mieszkaliśmy. Martin… pewnie się martwi. A może nie, może cieszy się, że wreszcie nikt nie zawraca mu głowy swoją obecnością. Znowu ogarnęła mnie złość, tym razem połączona ze strachem wywołanym sytuacją, w której się znalazłam.

Stanęłam przed lustrem. Wyglądałam wyjątkowo dobrze, byłam opalona i chyba bardzo wyspana, bo sińce, które miałam ostatnio pod oczami, zniknęły. Nadal byłam ubrana w czarną tunikę i kostium kąpielowy, który miałam na sobie w swoje urodziny, gdy wybiegłam z hotelu. Jak mam niby się ogarnąć bez swoich rzeczy? Rozebrałam się i wzięłam prysznic, zgarnęłam z wieszaka gruby biały szlafrok i uznałam, że jestem odświeżona.

Kiedy zwiedzałam pokój, w którym się obudziłam, szukając wskazówki, gdzie mogę się znajdować, drzwi sypialni otworzyły się. Kolejny raz stanął w nich młody Włoch, który zamaszystym gestem wskazał mi drogę. Poszliśmy wzdłuż długiego korytarza udekorowanego wazonami z kwiatami. Dom pogrążony był w półmroku, oświetlały go jedynie latarnie, których światło wpadało przez liczne okna. Kluczyliśmy labiryntem korytarzy, aż mężczyzna podszedł do jednych drzwi i otworzył je. Kiedy przekroczyłam próg, zamknął mnie w środku, nie wchodząc ze mną. Pomieszczenie było chyba biblioteką, ściany pokrywały półki z książkami i obrazy w ciężkich drewnianych ramach. W centralnym miejscu palił się kolejny zachwycający kominek, dookoła którego ustawiono ciemnozielone miękkie kanapy z wieloma poduszkami w odcieniach złota. Przy jednym z foteli był stolik, na którym dostrzegłam cooler z szampanem. Wzdrygnęłam się na jego widok; po moich ostatnich szaleństwach alkohol nie był tym, czego potrzebowałam.

– Usiądź, proszę. Źle zareagowałaś na środek usypiający, nie wiedziałem, że masz kłopoty z sercem – usłyszałam męski głos i zobaczyłam postać stojącą na balkonie tyłem do mnie.

Nawet nie drgnęłam.

– Lauro, usiądź na fotelu. Kolejny raz nie poproszę, tylko posadzę cię siłą.

W głowie szumiała mi krew, słyszałam bicie swojego serca i wydawało mi się, że zaraz zemdleję. Przed oczami zaczęło mi się robić ciemno.

– Do cholery, czemu mnie nie słuchasz?

Postać z balkonu ruszyła w moim kierunku i zanim osunęłam się na podłogę, chwyciła mnie za ramiona. Mrugałam oczami, chcąc złapać ostrość. Poczułam, jak sadza mnie w fotelu i wkłada do ust kostkę lodu.

– Possij. Spałaś prawie dwa dni, lekarz podał ci kroplówki, żebyś się nie odwodniła, ale może chcieć ci się pić i masz prawo nie czuć się najlepiej.

Znałam ten głos i przede wszystkim ten charakterystyczny akcent.

Otworzyłam oczy i wtedy napotkałam to zimne, zwierzęce spojrzenie. Klęczał przede mną mężczyzna, którego widziałam w restauracji, w hotelu i... o Boże, na lotnisku. Ubrany był tak samo jak tego dnia, kiedy wylądowałam na Sycylii i wpadłam na plecy wielkiego ochroniarza. Miał na sobie czarny garnitur i czarną koszulę rozpiętą pod szyją. Był elegancki i bardzo wyniosły. Ze wściekłością wyplułam kostkę lodu prosto w jego twarz.

– Co ja tu, do cholery, robię? Kim ty jesteś i jakim prawem mnie tu więzisz?

Wytarł z twarzy resztki wody pozostawionej przez lód, podniósł z grubego dywanu zimną przezroczystą kostkę i cisnął nią w płonący kominek.

– Odpowiedz mi, kurwa! – wrzeszczałam wściekła do granic, zapominając, jak fatalnie się czułam jeszcze przed chwilą. Kiedy próbowałam wstać z fotela, złapał mnie mocno za barki i cisnął na miejsce.

– Powiedziałem, byś siedziała, nie uznaję nieposłuszeństwa i nie zamierzam go tolerować – warknął, wisząc nade mną wsparty o podłokietniki.

Rozjuszona podniosłam dłoń i wymierzyłam mężczyźnie siarczysty policzek. Jego oczy zapłonęły dziką furią, a ja ze strachu aż zapadłam się w siedzisko. Powoli podniósł się, wyprostował i głośno wciągnął powietrze. Tak bardzo przestraszyłam się tego, co zrobiłam, że postanowiłam nie sprawdzać, gdzie leżą granice jego wytrzymałości. Ruszył w stronę kominka, stanął przodem do niego i oparł się obiema rękami o ścianę nad paleniskiem. Mijały kolejne sekundy, a on milczał. Gdyby nie fakt, że czułam się przez niego więziona, pewnie miałabym teraz wyrzuty sumienia, a moim przeprosinom nie byłoby końca, ale w obecnej sytuacji trudno było mi odczuwać coś innego niż złość.

– Lauro, jesteś taka nieposłuszna, aż dziwne, że nie jesteś Włoszką.

Odwrócił się, a jego oczy nadal płonęły. Postanowiłam nie odzywać się, w nadziei że dowiem się, co tu robię i jak długo jeszcze to potrwa.

Nagle drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł ten sam młody Włoch, który mnie przyprowadził.

– Don Massimo... – powiedział.

Czarny rzucił w jego stronę ostrzegawcze spojrzenie, a mężczyzna nagle jakby zastygł. Podszedł do niego i stanął tak, że niemal stykali się policzkami. Zdecydowanie musiał się schylić, gdyż między nim a młodym Włochem było kilkanaście, a może kilkadziesiąt centymetrów różnicy.

Rozmowa odbywała się po włosku, była spokojna, a człowiek, który mnie tu uwięził, stał i słuchał. Odpowiedział jednym zdaniem i młody Włoch zniknął, zamykając za sobą drzwi. Czarny chodził po pokoju, a potem wyszedł na balkon. Oparł się obiema rękami o balustradę i powtarzał coś szeptem.

Don... Pomyślałam, że tak w Ojcu Chrzestnym zwracali się do Marlona Brando, grającego głowę rodziny mafijnej. Nagle wszystko zaczęło się składać w całość: ochrona, samochody z czarnymi szybami, ten dom, nieznoszenie sprzeciwu. Wydawało mi się, że cosa nostra to wymysł Francisa Forda Coppoli, a tymczasem znalazłam się w środku bardzo sycylijskiej historii.

– Massimo...? – powiedziałam cicho. – Czy tak mam się do ciebie zwracać, czy mam mówić don?

Mężczyzna odwrócił się i ruszył pewnym krokiem w moją stronę. Natłok myśli w mojej głowie powodował, że brakowało mi tchu. Strach zalewał moje ciało.

– Myślisz, że teraz wszystko rozumiesz? – zapytał, siadając na kanapie.

– Myślę, że teraz wiem, jak masz na imię.

Uśmiechnął się lekko i jakby się rozluźnił.

– Zdaję sobie sprawę, że oczekujesz wyjaśnień. Ale nie wiem, jak zareagujesz na to, co chcę ci powiedzieć, więc lepiej się napij.

Wstał i nalał dwa kieliszki szampana. Wziął jeden, podał mi, a z drugiego upił łyk i z powrotem usiadł na kanapie.

– Parę lat temu miałem, nazwijmy to, wypadek, postrzelono mnie kilka razy. To część ryzyka wynikająca z przynależności do rodziny, w której przyszedłem na świat. Kiedy leżałem, umierając, zobaczyłem... – Tu urwał i wstał z miejsca. Podszedł do kominka, postawił kieliszek i głośno westchnął. – To, co ci powiem, będzie tak niesamowite, że do dnia, kiedy zobaczyłem cię na lotnisku, nie sądziłem, że to prawda. Popatrz w górę na obraz, który wisi nad kominkiem.

Mój wzrok powędrował w miejsce, które wskazał. Zamarłam. Portret przedstawiał kobietę, a dokładnie moją twarz. Złapałam kieliszek i wychyliłam go do dna. Wzdrygnęłam się na smak alkoholu, ale zadziałał łagodząco, więc sięgnęłam po butelkę, żeby sobie dolać. Massimo kontynuował.

 

– Kiedy moje serce zatrzymało się, zobaczyłem... ciebie. Po wielu tygodniach w szpitalu odzyskałem przytomność, a później pełną sprawność. Kiedy tylko byłem w stanie przekazać obraz, który cały czas miałem przed oczami, wezwałem artystę, by namalował kobietę, którą wtedy zobaczyłem. Namalował ciebie.

Nie dało się ukryć, że na obrazie byłam ja. Ale jak to możliwe?

– Szukałem cię na całym świecie, choć szukanie to chyba zbyt wielkie słowo. Gdzieś we mnie była pewność, że któregoś dnia staniesz przede mną. I tak też się stało. Zobaczyłem cię na lotnisku, wychodzącą z terminalu. Byłem gotów złapać cię i już nigdy nie puścić, ale to by było zbyt ryzykowne. Od tego momentu moi ludzie mieli już na ciebie oko. Tortuga, restauracja, do której trafiłaś, należy do mnie, ale to nie ja, lecz los sprawił, że się tam znalazłaś. Kiedy już byłaś w środku, nie mogłem się oprzeć możliwości rozmowy z tobą, a potem kolejny raz zrządzenie losu sprawiło, że zjawiłaś się za drzwiami, za którymi nie powinnaś była być. Nie mogę powiedzieć, że opatrzność mi nie sprzyjała. Hotel, w którym mieszkałaś, też częściowo należy do mnie...

W tym momencie zrozumiałam, skąd szampan na naszym stoliku, skąd ciągłe poczucie bycia obserwowaną. Chciałam mu przerwać i zarzucić go milionem pytań, ale postanowiłam zaczekać, co będzie dalej.

– Ty także musisz do mnie należeć, Lauro.

Nie wytrzymałam.

– Ja nie należę do nikogo, nie jestem przedmiotem. Nie możesz tak po prostu mnie mieć. Porwać i liczyć na to, że już jestem twoja – warknęłam przez zęby.

– Wiem, dlatego dam ci szansę, byś mnie pokochała i została ze mną nie z przymusu, a dlatego, że zechcesz.

Parsknęłam histerycznym śmiechem. Uniosłam się spokojnie i powoli z fotela. Massimo nie oponował, gdy podeszłam do kominka, obracając w palcach kieliszek szampana. Przechyliłam go, wypiłam do końca i zwróciłam się w stronę mojego porywacza.

– Ty sobie ze mnie jaja robisz. – Zmrużyłam oczy, piorunując go nienawistnym spojrzeniem. – Mam faceta, który będzie mnie szukał, mam rodzinę, przyjaciół, mam swoje życie. I nie potrzebuję od ciebie szansy na miłość! – Ton mojego głosu był zdecydowanie podniesiony. – Więc uprzejmie cię proszę, wypuść mnie i pozwól mi wrócić do domu.

Massimo wstał i przeszedł w drugi koniec pokoju. Otworzył szafkę i wyjął z niej dwie duże koperty. Wrócił i stanął obok. Podszedł do mnie na tyle blisko, że czułam jego zapach, obezwładniające połączenie władzy, pieniędzy i wody toaletowej z bardzo ciężką korzenną nutą. Od tej mieszanki aż zakręciło mi się w głowie. Podał mi pierwszą kopertę i powiedział:

– Nim otworzysz, wyjaśnię ci, co jest w środku...

Nie czekałam, aż zacznie, odwróciłam się od niego i jednym ruchem oderwałam wierzch koperty, a na ziemię posypały się zdjęcia.

– O Boże.... – załkałam cicho i opadłam na podłogę, chowając twarz w dłoniach.

Serce mi się zacisnęło, a po policzkach zaczęły płynąć łzy. Na zdjęciach był Martin posuwający jakąś kobietę. Fotografie ewidentnie były robione z ukrycia i niestety bezsprzecznie przedstawiały mojego faceta.

– Lauro... – Massimo ukląkł obok mnie. – Za chwilę wyjaśnię ci, co widzisz, więc mnie posłuchaj. Kiedy powiem, byś coś zrobiła, a ty postąpisz inaczej, zawsze skończy się to dla ciebie gorzej, niż powinno. Zrozum to i przestań ze mną walczyć, bo w obecnej sytuacji jesteś na przegranej pozycji.

Podniosłam zamglone od płaczu oczy i spojrzałam na niego z taką nienawiścią, że aż odsunął się ode mnie. Byłam wściekła, zrozpaczona, rozerwana na strzępy i było mi wszystko jedno.

– Wiesz co? Odpierdol się! – Cisnęłam w niego kopertą i rzuciłam się do drzwi.

Massimo wciąż klęcząc, złapał mnie za nogę i pociągnął w swoją stronę. Przewróciłam się i uderzyłam plecami o ziemię. Czarny nic sobie z tego nie robił, przeciągnął mnie po dywanie, aż znalazłam się pod nim. Błyskawicznie puścił kostkę mojej prawej nogi, za którą ciągnął, i złapał moje ręce w nadgarstkach. Rzucałam się na wszystkie strony, usiłując się oswobodzić.

– Puść mnie, kurwa! – wrzeszczałam, szamocząc się.

W pewnym momencie, kiedy mnie szarpnął, przywołując do porządku, zza jego paska wypadła broń i uderzyła o podłogę. Na ten widok zamarłam, ale Massimo zdawał się zupełnie nie zwracać na to uwagi, nie odrywając ode mnie wzroku. Coraz mocniej zaciskał dłonie na moich nadgarstkach. W końcu przestałam z nim walczyć, leżałam bezbronna i zapłakana, a on przenikał mnie swoim zimnym wzrokiem. Spojrzał w dół na moje wpół nagie ciało; szlafrok, który je okrywał, podciągnął się dość wysoko do góry. Na ten widok zasyczał i przygryzł dolną wargę. Zbliżył usta do moich, aż przestałam oddychać – zdawało mi się, że chłonie mój zapach, a za chwilę przekona się, jak smakuję. Przeciągnął wargami po moim policzku i wyszeptał:

– Nic nie zrobię bez twojej zgody i chęci. Nawet jeśli będzie mi się wydawało, że ją mam, poczekam, aż mnie zechcesz, zapragniesz i sama do mnie przyjdziesz. Co nie znaczy, że nie mam ochoty wejść w ciebie bardzo głęboko i językiem zatamować twój krzyk.

Na te słowa, wypowiedziane tak cicho i spokojnie, zrobiło mi się gorąco.

– Nie wierć się i posłuchaj przez chwilę, czeka mnie dziś ciężka noc, ostatnie dni też nie były lekkie, a ty nie ułatwiasz mi zadania. Nie przywykłem do tego, że muszę tolerować nieposłuszeństwo, nie umiem być delikatny, ale nie chcę zrobić ci krzywdy. Więc albo za chwilę przywiążę cię do krzesła i zaknebluję ci usta, albo puszczę cię, a ty grzecznie wykonasz moje polecenia.

Jego ciało przywierało do mojego, czułam każdy mięsień tego niezwykle harmonijnie zbudowanego mężczyzny. Lewe kolano, które trzymał pomiędzy moimi nogami, podsunął w górę, gdy nie zareagowałam na jego słowa. Cicho jęknęłam, tłumiąc krzyk, kiedy wbiło się między moje uda, drażniąc wrażliwe miejsce, a plecy mimowolnie wygięłam w łuk, odwracając od niego głowę. Moje ciało zachowywało się tak jedynie w sytuacjach podniecenia, a ta mimo namacalnej agresji zdecydowanie taka była.

– Nie prowokuj mnie, Lauro – wysyczał przez zęby.

– Dobrze, będę spokojna, a teraz wstań ze mnie.

Massimo z gracją podniósł się z dywanu i odłożył broń na stół. Wziął mnie na ręce i posadził na fotelu.

– Tak zdecydowanie będzie nam łatwiej. A więc jeśli chodzi o zdjęcia... – rozpoczął. – W twoje urodziny byłem świadkiem sytuacji na basenie między tobą a twoim facetem. Kiedy wybiegłaś, wiedziałem, że to jest dzień, w którym sprowadzę cię do mojego życia. Po tym, jak twój mężczyzna nawet nie drgnął, kiedy wyszłaś z hotelu, wiedziałem, że nie jest ciebie wart i długo po tobie rozpaczać nie będzie. Kiedy zniknęłaś, twoi przyjaciele poszli zjeść, jak gdyby nigdy nic. Wtedy moi ludzie zabrali twoje rzeczy z pokoju i zostawili list, w którym pisałaś do Martina, że odchodzisz od niego, wracasz do Polski, wyprowadzasz się i znikasz z jego życia. Nie ma możliwości, by tego nie przeczytał, gdy wrócił do waszego apartamentu po posiłku. Wieczorem, gdy przechodzili obok recepcji wystrojeni i w szampańskich nastrojach, zagadnął ich człowiek z obsługi, polecając odwiedzić jeden z lepszych klubów na wyspie. Toro także należy do mnie i dzięki temu mogłem kontrolować sytuację. Gdy przejrzysz zdjęcia, zobaczysz na nich całą historię, którą właśnie usłyszałaś. To, co działo się w klubie... no cóż, pili, bawili się, aż Martin zainteresował się jedną z tancerek – resztę już widziałaś. Zdjęcia chyba mówią same za siebie.

Siedziałam i patrzyłam na niego z niedowierzaniem. W ciągu kilku godzin całe moje życie wywróciło się do góry nogami.

– Chcę wrócić do Polski, proszę pozwól mi znów być w domu.

Massimo wstał z kanapy i stanął przodem do tlącego się ognia, który już lekko przygasł, tworząc w pokoju ciepły półmrok. Oparł się jedną ręką o mur i powiedział coś po włosku. Złapał głęboki oddech, odwrócił się w moją stronę i odparł:

– Niestety, przez najbliższe trzysta sześćdziesiąt pięć dni nie będzie to możliwe. Chcę, żebyś mi poświęciła najbliższy rok. Postaram się zrobić wszystko, byś mnie pokochała, a jeśli za rok w twoje urodziny nic się nie zmieni, wypuszczę cię. To nie jest propozycja, tylko informacja, ja nie daję ci wyboru, tylko mówię, jak będzie. Nie dotknę cię, nie zrobię niczego, czego nie będziesz chciała, nie zmuszę cię do niczego, nie zgwałcę cię, jeśli się tego boisz... Bo jeżeli faktycznie jesteś dla mnie aniołem, chcę okazać ci tyle szacunku, ile warte jest dla mnie własne życie. Wszystko w rezydencji będzie do twojej dyspozycji, dostaniesz ochronę, ale nie dla kontroli, lecz wyłącznie dla twojego bezpieczeństwa. Sama wybierzesz sobie ludzi, którzy będą cię chronić pod moją nieobecność. Będziesz miała dostęp do wszystkich posiadłości, nie zamierzam cię więzić, dlatego jeśli tylko będziesz chciała bawić się w klubach czy wychodzić, nie widzę problemu...

Przerwałam mu.

– Ty chyba teraz nie mówisz poważnie, co? Jak ja mam sobie tu spokojnie siedzieć? Co pomyślą moi rodzice? Nie znasz mojej matki, ona się zapłacze, kiedy jej oznajmią, że mnie porwano, poświęci resztę życia, by mnie znaleźć. Czy ty wiesz, co chcesz jej zrobić? Wolę, żebyś mnie zastrzelił teraz, niżbym miała się winić, jeśli coś jej się stanie przeze mnie. Jeśli tylko mnie wypuścisz z tego pokoju, ucieknę i już nigdy mnie nie zobaczysz. Nie mam zamiaru być własnością – twoją ani kogokolwiek innego.

Massimo zbliżył się do mnie, jakby wiedział, że zaraz kolejny raz stanie się coś niezbyt miłego. Wyciągnął rękę i podał mi drugą kopertę.

Trzymając ją w dłoniach, zastanawiałam się, czy mam otworzyć, czy będzie tak samo jak jeszcze chwilę temu. Badawczo obserwowałam twarz Czarnego. Patrzył na ogień, jakby czekał na moją reakcję na to, co kryło się w środku.

Rozerwałam kopertę i drżącymi rękami wyciągnęłam kolejne zdjęcia. Co, do cholery?, pomyślałam. Fotografie przedstawiały moją rodzinę: mamę z tatą i brata. W zwykłych sytuacjach, zrobione obok domu, na lunchu z przyjaciółmi, przez okno w sypialni, kiedy spali.

– Co to ma być?! – zapytałam zdezorientowana i wkurwiona do granic.

– To moja polisa gwarantująca mi, że nie uciekniesz. Nie zaryzykujesz bezpieczeństwa i życia swojej rodziny. Wiem, gdzie mieszkają, jak żyją i gdzie pracują, o której chodzą spać i co jadają na śniadanie. Nie zamierzam cię pilnować, bo wiem, że nie jestem w stanie robić tego, gdy mnie nie ma, nie będę cię więzić, wiązać ani zamykać. Jedyne, co mogę zrobić, to dać ci ultimatum: ty mi dasz rok – a twoja rodzina będzie bezpieczna i chroniona.

Siedziałam naprzeciwko niego i myślałam o tym, czy jestem w stanie go zabić. Na stoliku między nami leżał pistolet, a ja chciałam zrobić wszystko, by chronić swoją rodzinę. Złapałam broń i wycelowałam w Czarnego. Wciąż siedział bardzo spokojnie, ale jego czy płonęły gniewem.

– Lauro, doprowadzasz mnie do szaleństwa i do szału jednocześnie. Odłóż broń, bo za chwilę sytuacja przestanie być zabawna i będę musiał zrobić ci krzywdę.

Kiedy skończył mówić, zamknęłam oczy i pociągnęłam za spust. Nic się nie stało. Massimo rzucił się na mnie, zabrał mi broń i szarpiąc za ramię, ściągnął mnie z fotela, ciskając na kanapę, z której się poderwał. Przekręcił mnie na brzuch i sznurem od jednej z poduszek obwiązał mi ręce. Kiedy skończył, posadził mnie, a raczej rzucił na miękkie siedzisko.

– Trzeba go najpierw odbezpieczyć!!! Wolisz tak rozmawiać? Wygodnie ci? Chcesz mnie zabić, myśląc, że to takie proste? Wydaje ci się, że nikt wcześniej tego nie próbował?

Kiedy skończył krzyczeć, przeciągnął rękami po włosach, westchnął i spojrzał na mnie wściekłym i zimnym wzrokiem.

– Domenico! – wrzasnął.

W drzwiach pojawił się młody Włoch, jakby cały czas był za ścianą, czekając na wezwanie.

– Zaprowadź Laurę do jej pokoju i nie zamykaj drzwi na klucz – powiedział po angielsku z tym swoim brytyjskim akcentem, tak abym zrozumiała. Po czym zwrócił się do mnie:

– Nie będę cię więził, ale czy zaryzykujesz ucieczkę?

Podniósł mnie za sznur, który Domenico przejął od niego, zupełnie nieporuszony całą sytuacją. Czarny wsadził pistolet za pasek w spodniach i opuścił pokój, rzucając mi w progu ostrzegawcze spojrzenie.

Młody Włoch szerokim gestem wskazał mi drogę i ruszył korytarzem, prowadząc mnie za „smycz”, jaką przyszykował mi Massimo. Po przejściu plątaniny korytarzy dotarliśmy do pokoju, w którym obudziłam się parę godzin temu. Domenico rozwiązał mi ręce, skinął głową i zamknął drzwi, wychodząc. Zaczekałam kilka sekund i złapałam za klamkę – drzwi nie były zamknięte na klucz. Nie byłam do końca pewna, czy chcę przekroczyć próg. Usiadłam na łóżku, a przez moją głowę pędził potok myśli. Czy on mówił poważnie? Cały rok bez rodziny, przyjaciół, bez Warszawy? Na myśl o tym zalałam się łzami. Czy byłby w stanie zrobić coś tak okrutnego moim bliskim? Nie byłam pewna jego słów, a jednocześnie nie chciałam sprawdzać, czy blefował. Fala płaczu, która zalała moje oczy, była jak katharsis. Nie wiem, ile płakałam, ale w końcu ze zmęczenia zasnęłam.

 

Obudziłam się zwinięta w kłębek, nadal ubrana w biały puchowy szlafrok. Na dworze wciąż było ciemno, znowu nie wiedziałam, czy trwa ta okropna noc, czy to już może kolejna.

Z ogrodu dobiegały przyciszone męskie głosy – wyszłam na balkon, ale nikogo nie zobaczyłam. Dźwięki były zbyt ciche, aby rozmawiający mogli się znajdować blisko. Pomyślałam, że coś się dzieje po drugiej stronie posiadłości. Niepewnie złapałam za klamkę, drzwi nadal nie były zamknięte. Wyszłam za próg pokoju i przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, czy mam zrobić krok do przodu, czy może jednak cofnąć się. Wygrała ciekawość i ruszyłam przez ciemny korytarz w stronę dobiegających mnie głosów. Była upalna, sierpniowa noc, lekkie zasłony w oknach powiewały na pachnącym morzem wietrze. Dom pogrążony w mroku był spokojny. Ciekawe, jak wyglądał za dnia. Bez Domenica zgubienie się w plątaninie korytarzy i drzwi było raczej oczywiste, już po krótkiej chwili nie miałam pojęcia, gdzie się znajduję. Jedyne, czym się sugerowałam, podążając przed siebie, były dobiegające coraz wyraźniej dźwięki męskich rozmów. Przechodząc przez lekko uchylone drzwi, dotarłam do ogromnego holu z gigantycznymi oknami, które wychodziły na podjazd. Podeszłam do tafli szkła i oparłam się rękami o ogromną framugę, częściowo się za nią chowając.

W mroku dostrzegłam Massima i kilku ludzi stojących obok. Przed nimi klęczał człowiek, który wykrzykiwał coś po włosku. Jego twarz zdradzała przerażenie i panikę, kiedy patrzył na Czarnego. Massimo stał spokojnie z rękami w kieszeniach luźnych ciemnych spodni. Przeszywał mężczyznę lodowatym spojrzeniem i czekał na koniec wywodu łkającego człowieka. Kiedy ten umilkł, Czarny powiedział spokojnym głosem do niego jedno, może dwa zdania, po czym wyciągnął zza paska pistolet i strzelił mu w głowę. Ciało mężczyzny przewróciło się na kamienny podjazd.

Na ten widok z mojej piersi wyrwał się jęk, który stłumiłam dłońmi, przytykając je do ust. Był on jednak na tyle głośny, że Czarny odwrócił wzrok od leżącego przed nim człowieka i popatrzył na mnie. Jego spojrzenie było zimne i beznamiętne, jakby zupełnie nie zrobiła na nim wrażenia czynność, której właśnie dokonał. Złapał za tłumik i podał broń mężczyźnie stojącemu obok niego; wtedy osunęłam się na podłogę.

Rozpaczliwie próbowałam złapać powietrze, ale niestety bez skutku. Słyszałam tylko coraz wolniejsze bicie swojego serca i pulsującą w głowie krew, przed oczami zaczęło mi się robić ciemno, a żołądek wyraźnie sygnalizował, że za chwilę na dywanie znajdzie się wypity wcześniej szampan. Trzęsącymi się rękami nerwowo próbowałam rozwiązać pasek szlafroka, który zdawał się coraz mocniej zaciskać, blokując mi możliwość wzięcia wdechu. Widziałam śmierć człowieka, w mojej głowie jak zacięty film przewijał się obraz padającego strzału. Powtarzająca się scena spowodowała, że tlen już całkowicie odpłynął z mojego ciała. Poddałam się temu i przestałam walczyć. Resztką świadomości zarejestrowałam, jak pasek mojego szlafroka poluźnia się, dwa palce na mojej szyi próbują wyczuć słaby puls. Jedna dłoń wsunęła się przez plecy i szyję, aż złapała mnie za głowę, druga zaś pod moje na wpół zgięte nogi. Poczułam, że się przemieszczam – chciałam otworzyć oczy, jednak nie byłam w stanie unieść powiek. Wokół słychać było jakieś dźwięki, do mnie wyraźnie dotarł tylko jeden:

– Lauro, oddychaj.

Ten akcent, pomyślałam. Wiedziałam, że obejmują mnie ramiona Massima, ramiona człowieka, który chwilę temu odebrał komuś życie. Czarny wszedł do pokoju i kopnął drzwi, zamykając je. Kiedy poczułam, jak kładzie mnie na łóżku, nadal walczyłam z oddechem, który mimo że stawał się coraz bardziej miarowy, wciąż nie był wystarczająco głęboki, by dostarczyć mi tyle tlenu, ile potrzebowałam.

Massimo otworzył mi jedną dłonią usta, drugą zaś wsunął pod język tabletkę.

– Spokojnie, mała, to lekarstwo na serce. Lekarz, który się tobą opiekuje, zostawił je na wypadek takiej sytuacji.

Po chwili mój oddech stał się bardziej miarowy, do organizmu docierało więcej tlenu, a serce z szaleńczego galopu zwolniło do spokojnego stępa. Zapadłam się w pościeli i zasnęłam.

Inne książki tego autora