365 dni

Tekst
Z serii: 365 dni #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
365 dni
365 dni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,80  54,24 
365 dni
Audio
365 dni
Audiobook
Czyta Ewa Abart
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karolina i Michał ze zdziwieniem popatrzyli na mnie na korytarzu. Byli dokładnie w tych samych strojach, w których podróżowali.

– Laura, powiedz, jak to możliwe, że ty zdążyłaś się przebrać, pomalować i wyglądasz, jakbyś cały dzień szykowała się do tego wyjścia? – wymamrotała Karolina w drodze do windy.

– Cóż... – Wzruszyłam ramionami. – Wy macie talent to picia wódki, a ja potrafię szykować się w myślach cały dzień, by w realne piętnaście minut być gotowa.

– Dobra, skończcie pieprzyć i chodźmy się napić – zagrzmiał stanowczym tonem Martin.

Całą czwórką ruszyliśmy przez lobby hotelowe do wyjścia.

Giardini Naxos nocą było piękne i malownicze. Wąskie uliczki tętniły życiem i muzyką, byli i młodzi ludzie, i matki z dziećmi. Sycylia dopiero nocą zaczynała żyć, ponieważ w ciągu dnia upał był nie do wytrzymania. Dotarliśmy do portowej i najbardziej zaludnionej o tej porze części miasta. Wzdłuż promenady ciągnęły się dziesiątki restauracji, barów i kafejek.

– Zaraz umrę z głodu, przewrócę się tu i już nie wstanę – powiedziała Karolina.

– A mnie zabije brak alkoholu we krwi. Popatrzcie na to miejsce, będzie dla nas idealne. – Michał wskazał palcem restaurację na plaży.

Tortuga była elegancką restauracją z białymi fotelami, sofami w tym samym kolorze i szklanymi stołami. Wszędzie paliły się świece, a dachem były ogromne, jasne płachty żeglarskiego płótna, które falując na wietrze, sprawiały wrażenie, jakby cała knajpka unosiła się w powietrzu. Boksy, w których ustawiono stoliki, oddzielały od siebie grube drewniane bele, do których przymocowana była konstrukcja prowizorycznego, płóciennego dachu. Miejsce lekkie, świeże i magiczne. Mimo dość wysokich cen tętniące życiem. Martin skinął ręką na kelnera i już po chwili dzięki kilku euro siedzieliśmy wygodnie na sofach, wertując menu. Ja i moja sukienka nie wtopiłyśmy się w otoczenie. Odnosiłam wrażenie, że wszyscy patrzą wyłącznie na mnie, bo pośród całej tej bieli świeciłam jak czarna żarówka.

– Czuję się obserwowana, ale kto mógł wiedzieć, że będziemy jedli w dzbanku mleka – wyszeptałam do Martina z głupim, przepraszającym uśmiechem.

Rozejrzał się badawczo dokoła, pochylił się do mnie i wyszeptał:

– Masz manię prześladowczą, dziecinko, poza tym wyglądasz zachwycająco, więc niech się gapią.

Popatrzyłam raz jeszcze, niby nikt nie zwracał na mnie uwagi, ale czułam się, jakby ciągle ktoś mnie obserwował. Odepchnęłam od siebie kolejną chorobę psychiczną odziedziczoną po mamie, odnalazłam w karcie swoją ulubioną ośmiornicę z grilla, dodałam do tego różowe prosecco i już byłam gotowa do zamawiania. Kelner, mimo że był Sycylijczykiem, był także Włochem, co oznaczało, że nie możemy się spodziewać demona prędkości i chwilę tu poczekamy, zanim zdecyduje się do nas podejść, aby zebrać zamówienie.

– Muszę do toalety – poinformowałam, rozglądając się na boki.

W rogu obok pięknego, drewnianego baru znajdowały się małe drzwi, więc udałam się w ich kierunku. Przeszłam przez nie, ale niestety za nimi był jedynie zmywak. Odwróciłam się, by zawrócić, i wtedy z impetem uderzyłam o stojącą przede mną postać. Jęknęłam, kiedy moja głowa zderzyła się z twardym męskim torsem. Skrzywiona, masując czoło, podniosłam wzrok. Przede mną stał wysoki, przystojny Włoch. Czy ja go już gdzieś nie widziałam? Jego lodowate spojrzenie przeszywało mnie na wylot. Nie byłam w stanie się ruszyć, kiedy tak patrzył na mnie prawie zupełnie czarnymi oczami. Było w nim coś, co przerażało mnie tak, że w sekundę wrosłam w ziemię.

– Chyba się zgubiłaś – powiedział piękną, płynną angielszczyzną z brytyjskim akcentem. – Jeśli powiesz mi, czego szukasz, pomogę ci.

Uśmiechnął się do mnie białymi równymi zębami, położył mi rękę między łopatkami, dotykając mojej nagiej skóry, i odprowadził mnie do drzwi, przez które tu trafiłam. Kiedy poczułam jego dotyk, przez moje ciało przeszedł dreszcz, co nie ułatwiało mi chodzenia. Byłam tak oszołomiona, że mimo usilnych starań nie potrafiłam wykrztusić z siebie ani słowa po angielsku. Uśmiechnęłam się jedynie, a raczej skrzywiłam się, i ruszyłam w stronę Martina, ponieważ z tych emocji już całkowicie zapomniałam, po co wstałam z sofy. Kiedy dotarłam do stolika, towarzystwo w najlepsze wlewało w siebie alkohol – pierwszą kolejkę wypili i już zamawiali kolejną. Opadłam na sofę, chwyciłam do ręki kieliszek prosecco i opróżniłam go jednym łykiem. W międzyczasie, nie odrywając go od ust, dałam kelnerowi wyraźny znak, że potrzebuję dolewki.

Martin popatrzył na mnie z rozbawieniem.

– Menel! A podobno to ja mam kłopot z alkoholem.

– Jakoś wyjątkowo zachciało mi się pić – odpowiedziałam lekko zamroczona zbyt szybko wypitym trunkiem.

– W toalecie chyba się dzieją jakieś czary, skoro wizyta tam tak na ciebie zadziałała, mój patolu.

Na te słowa rozejrzałam się nerwowo w poszukiwaniu Włocha, który sprawił, że moje kolana trzęsły się jak wtedy, kiedy pierwszy raz prowadziłam motocykl po odebraniu prawa jazdy kategorii A. Łatwo byłoby odszukać go pośród bieli, gdyż był ubrany jak ja, zupełnie nie pasując do otoczenia. Czarne, luźne płócienne spodnie, czarna koszula, spod której wystawał drewniany różaniec, i mokasyny bez sznurowadeł w tym samym kolorze. Mimo że widziałam go tylko przez chwilę, dokładnie zapamiętałam ten widok.

– Laura! – Z poszukiwań wyrwał mnie głos Michała. – Nie taksuj tych wszystkich ludzi wzrokiem, tylko pij.

Nawet nie zauważyłam, że na stole pojawił się kolejny kieliszek musującego trunku. Postanowiłam powoli sączyć różowy płyn, mimo że miałam ochotę wlać go w siebie tak jak poprzedni kieliszek, gdyż drżenie nóg nadal nie ustawało. Podano nam jedzenie, na które łakomie się rzuciliśmy. Ośmiornica była idealna; dodatek stanowiły jedynie słodkie pomidory. Martin zajadał się gigantycznym kalmarem, wprawnie pociętym i rozrzuconym po talerzu w towarzystwie czosnku i kolendry.

– Cholera jasna! – wrzasnął Martin, zrywając się z białej kanapy. – Wiecie, która jest godzina? Już po dwunastej, a zatem, Lauro! „Sto lat, sto lat...”. – Pozostała dwójka też poderwała się z miejsc i zaczęli wesoło, głośno i bardzo w polskim stylu wyśpiewywać mi urodzinową pieśń. Goście restauracji patrzyli na nich z zaciekawieniem, po czym dołączyli do chóru, śpiewając po włosku. W restauracji rozległy się gromkie brawa, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Była to jedna z najbardziej znienawidzonych przeze mnie piosenek. Nie ma chyba nikogo, kto by ją lubił, prawdopodobnie dlatego, że nikt nie wie, co robić, kiedy trwa – śpiewać, klaskać, uśmiechać się do wszystkich? Każde rozwiązanie jest złe i za każdym razem człowiek wygląda jak kompletny idiota. Ze sztucznym alkoholowym uśmiechem podniosłam się z kanapy i pomachałam do wszystkich, zginając się wpół i dziękując za życzenia.

– Musiałeś mi to zrobić, co? – warknęłam z uśmiechem do Martina. – Przypominanie mi, że jestem stara, to nic miłego. Poza tym czy musieli brać w tym udział ci wszyscy ludzie?

– No cóż, kochanie, prawda w oczy kole. W ramach zadośćuczynienia i rozpoczęcia naszej dzisiejszej fety zamówiłem twój ulubiony trunek. – Kiedy skończył mówić, pojawił się kelner, trzymając kubełek z szampanem Moët & Chandon Rosé i cztery kieliszki.

– Uwielbiam! – krzyknęłam, podskakując na kanapie i klaszcząc rękami jak mała dziewczynka.

Moja radość nie umknęła uwadze kelnera, który uśmiechnął się do mnie, pozostawiając na stole cooler z na wpół rozlaną już butelką.

– A zatem na zdrowie! – powiedziała Karolina, unosząc swój kieliszek. – Za ciebie, żebyś znalazła to, czego szukasz, miała to, czego chcesz, i była tam, gdzie sobie zamarzysz. Sto lat!

Stuknęliśmy się kieliszkami i wychyliliśmy je do dna. Po skończeniu butelki już naprawdę musiałam iść do toalety – tym razem postanowiłam odszukać ją z pomocą obsługi. Kelner wskazał mi kierunek, w którym miałam podążać. Po godzinie dwunastej restauracja zamieniała się w nocny klub, kolorowe oświetlenie zupełnie zmieniło charakter tego miejsca. Białe, eleganckie i niemal sterylne wcześniej wnętrze eksplodowało barwami. Nagle biel nabrała zupełnie innego sensu, brak koloru powodował, że światło mogło nadać salom każdą barwę. Przedzierałam się przez tłum w stronę toalety, kiedy kolejny raz ogarnęło mnie to dziwne uczucie, że jestem obserwowana. Stanęłam i badawczo przyjrzałam się otoczeniu. Na podwyższeniu, oparty o belkę jednego z boksów, stał ubrany na czarno mężczyzna i kolejny raz mroził mnie spojrzeniem. Spokojnie i bez emocji taksował mnie wzrokiem od kostek aż po czubek głowy. Wyglądał jak typowy Włoch, choć był najmniej typowym mężczyzną, jakiego w życiu widziałam. Czarne włosy opadały mu niesfornie na czoło, twarz zdobił kilkudniowy, wypielęgnowany zarost, jego usta były pełne i wyraźnie zarysowane – jakby stworzone do tego, by dawać nimi rozkosz kobiecie. Wzrok miał zimny i przenikliwy, jak u dzikiego zwierzęcia, które szykuje się do ataku. Dopiero widząc go z oddali, uzmysłowiłam sobie, że był dość wysoki. Zdecydowanie przewyższał kobiety, które stały nieopodal, więc musiał mieć około stu dziewięćdziesięciu centymetrów. Nie wiem, jak długo patrzyliśmy na siebie; miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. Z osłupienia wyrwał mnie mężczyzna, który szturchnął mój bark, przechodząc obok. Ponieważ od tego wpatrywania się zesztywniałam jak deska, zakręciłam się tylko na jednej nodze i padłam na ziemię.

– Nic ci nie jest? – zapytał Czarny, który wyrósł koło mnie jak duch. – Gdyby nie to, iż widziałem, że tym razem to nie ty go potrąciłaś, sądziłbym, że wpadanie na obcych mężczyzn to twój sposób na zwrócenie na siebie uwagi.

Złapał mnie mocno za łokieć i podniósł do góry. Był zaskakująco silny, zrobił to z taką łatwością, jakbym nic nie ważyła. Tym razem zebrałam się w sobie, a buzujący we krwi alkohol dodał mi odwagi.

 

– A ty zawsze robisz za ścianę lub dźwig? – odburknęłam, starając się posłać mu najbardziej lodowate spojrzenie, jakie udało mi się przygotować.

Odsunął się ode mnie i nadal nie spuszczając ze mnie wzroku, oglądał mnie całą, jakby nie mógł uwierzyć, że jestem prawdziwa.

– Patrzysz na mnie cały wieczór, prawda? – zapytałam poirytowana. Miewam manie prześladowcze, ale przeczucie nigdy mnie nie zawodzi.

Mężczyzna uśmiechnął się, jakbym sobie z niego kpiła.

– Patrzę na klub – odparł. – Kontroluję obsługę, sprawdzam zadowolenie gości, szukam kobiet, które potrzebują ściany albo dźwigu.

Jego odpowiedź rozbawiła mnie i zmieszała zarazem.

– A więc dziękuję za bycie dźwigiem i życzę udanego wieczoru. – Rzuciłam mu prowokujące spojrzenie i ruszyłam w stronę toalety. Kiedy został z tyłu, odetchnęłam z ulgą. Przynajmniej tym razem nie wyszłam na kompletną kretynkę i byłam w stanie się odezwać.

– Do zobaczenia, Lauro – usłyszałam za plecami.

Kiedy się odwróciłam, był za mną już tylko rozbawiony tłum, Czarny zniknął.

Skąd znał moje imię? Czy słyszał nasze rozmowy? Nie mógł być aż tak blisko, zobaczyłabym go, wyczułabym. Karolina chwyciła mnie za rękę.

– Chodź, bo w życiu nie dotrzesz do tej toalety, a my utkniemy tu na zawsze.

Kiedy wróciłyśmy do stolika, na szklanym blacie stała kolejna butelka moëta.

– No proszę, kochanie, widzę, że dziś mamy urodziny na bogato – rzuciłam ze śmiechem.

– Myślałem, że ty to zamówiłaś – powiedział zdziwiony Martin. – Ja już zapłaciłem i chcieliśmy iść dalej.

Rozejrzałam się po klubie. Wiedziałam, że butelka nie jest tu przypadkiem, a on wciąż patrzy.

– To prawdopodobnie prezent od restauracji. Po takim chóralnym Sto lat pewnie nie mogli postąpić inaczej – zaśmiała się Karolina. – Skoro już tu jest, napijmy się.

Do końca butelki niespokojnie wierciłam się na kanapie, zastanawiając się, kim był mężczyzna ubrany na czarno, dlaczego tak na mnie patrzył i jakim cudem znał moje imię.

Resztę wieczoru spędziliśmy na pielgrzymce od klubu do klubu. Do hotelu wróciliśmy, kiedy już świtało.

Obudził mnie potworny ból głowy. No tak... Moët. Uwielbiam szampana, ale kac po nim dosłownie rozsadza czaszkę. Kto normalny się nim upija? Resztką sił zwlekłam się z łóżka i dotarłam do łazienki. W kosmetyczce odszukałam tabletki przeciwbólowe, połknęłam trzy i wróciłam pod kołdrę. Kiedy ocknęłam się po paru godzinach, Martina nie było obok, ból głowy minął, a zza otwartego okna dobiegały dźwięki zabawy na basenie. Mam wakacje, więc muszę wstać i się opalić. Zmobilizowana tą myślą wzięłam szybki prysznic, wskoczyłam w kostium i już po półgodzinie byłam gotowa na plażowanie.

Michał i Karolina sączyli butelkę zimnego wina, wylegując się nad basenem.

– Lekarstwo – powiedział Michał, podając mi plastikowy kieliszek. – Sorry, że z plastiku, ale sama wiesz, regulamin.

Wino było pyszne, zimne i mokre, więc duszkiem opróżniłam kieliszek.

– Widzieliście Martina? Obudziłam się, a jego nie było.

– Pracuje w hotelowym lobby, w pokoju internet był zbyt słaby – wyjaśniła Karolina.

No tak – komputer najlepszy przyjaciel, praca – ulubiona kochanka, pomyślałam, kładąc się na leżaku. Resztę dnia spędziłam sama w towarzystwie obściskujących się narzeczonych. Co jakiś czas Michał przerywał to miłosne preludium stwierdzeniem: „Ale cycki!”.

– Może zjemy lunch? – zapytał. – Pójdę po Martina, co to za wakacje, kiedy on ciągle siedzi i gapi się w monitor.

Wstał z leżaka, wrzucił na siebie koszulkę i ruszył w stronę wejścia do hotelu.

– Czasem mam go dość. – Odwróciłam się do Karoliny, a ona popatrzyła na mnie wielkimi oczami. – Nigdy nie będę najważniejsza. Ważniejsza niż praca, niż koledzy, niż przyjemności. Miewam wrażenie, że jest ze mną, bo nie ma nic lepszego do roboty i tak mu wygodnie. To trochę jak posiadanie psa – kiedy chcesz, głaszczesz go, kiedy masz ochotę, bawisz się z nim, ale kiedy nie masz chęci na jego towarzystwo, po prostu odganiasz go, bo przecież on jest dla ciebie, a nie ty dla niego. Martin częściej rozmawia z kolegami na Facebooku niż ze mną w domu, nie mówiąc już o łóżku.

Karolina przekręciła się na bok i wsparła się na łokciu.

– Wiesz, Laura, to już tak jest w związkach, że z czasem pożądanie zanika.

– Ale nie po półtora roku... ba, żeby po półtora. Czy ja jestem garbata? Czy ze mną jest coś nie tak? Czy to źle, że zwyczajnie chce mi się pieprzyć?

Karolina zerwała się ze śmiechem z leżaka i pociągnęła mnie za rękę.

– Chyba musimy się napić, bo nic nie zmienisz tym, że się zamartwiasz. Popatrz, gdzie jesteśmy! Jest bosko, a ty jesteś chuda i śliczna. Pamiętaj – jak nie ten, to inny. Chodź.

Zarzuciłam na siebie lekką kwiecistą tunikę, z chusty zamotałam turban, zakryłam oczy uwodzicielskimi okularami Ralpha Laurena i ruszyłam za Karoliną do baru w lobby. Moja towarzyszka poszła do pokoju zostawić torbę i zorientować się, jak sytuacja z lunchem, gdyż w lobby nie odnalazłyśmy naszych partnerów. Podeszłam do baru i skinęłam ręką na barmana. Poprosiłam o podanie dwóch kieliszków zimnego prosecco. O tak, zdecydowanie właśnie tego potrzebowałam.

– Tylko tyle? – usłyszałam męski głos za plecami. – Myślałem, że twoje podniebienie należy do moëta?

Odwróciłam się i zastygłam bez ruchu. Znowu stał przede mną. Dziś nie mogłam powiedzieć o nim, że był czarny. Miał na sobie lniane płócienne spodnie w kolorze złamanej bieli i jasną rozpiętą koszulę, która idealnie pasowała do jego opalonej skóry. Zsunął okulary z nosa i kolejny raz przeszył mnie lodowatym wzrokiem. Zwrócił się do barmana po włosku, który od momentu jego pojawienia się przy barze zupełnie mnie ignorował, stojąc na baczność i oczekując na zamówienie mojego prześladowcy. Schowana za ciemnymi okularami byłam tego dnia wyjątkowo odważna, wyjątkowo wściekła i wyjątkowo skacowana.

– Czemu odnoszę nieodparte wrażenie, że mnie śledzisz? – zapytałam, splatając ręce na piersiach. Podniósł prawą dłoń i powoli zsunął mi okulary, tak aby zobaczyć moje oczy. Poczułam, jakby ktoś zabrał mi tarczę, która była moją ochroną.

– To nie jest wrażenie – powiedział, patrząc mi głęboko w oczy. – Nie jest to także przypadek. Wszystkiego najlepszego z okazji dwudziestych dziewiątych urodzin, Lauro. Oby nadchodzący rok był najlepszym w twoim życiu – wyszeptał i delikatnie pocałował mnie w policzek.

Byłam tak skonfundowana, że nie mogłam wydobyć z gardła żadnych słów. Skąd wiedział, ile mam lat? I jak, do cholery, znalazł mnie na drugim końcu miasta? Z natłoku myśli wyrwał mnie głos barmana; odwróciłam się w jego stronę. Stawiał przede mną butelkę różowego moëta i małą kolorową babeczkę, na której szczycie zatknięta była zapalona świeczka.

– Jasna cholera! – Odwróciłam się do Czarnego, który dosłownie rozpłynął się w powietrzu.

– No ładnie – powiedziała Karolina, podchodząc do baru. – Miał być kieliszek prosecco, a skończyło się na butelce szampana.

Wzruszyłam ramionami i nerwowo przebiegłam wzrokiem hol w poszukiwaniu Czarnego, ale zapadł się pod ziemię. Wyjęłam z portfela kartę kredytową i podałam barmanowi. Łamaną angielszczyzną odmówił przyjęcia zapłaty, twierdząc, że rachunek już jest uregulowany. Karolina obdarzyła go promiennym uśmiechem, chwyciła cooler z butelką i ruszyła w stronę basenu. Zdmuchnęłam świeczkę, która wciąż paliła się na ciastku, i poszłam za nią. Byłam wkurzona, zdezorientowana i zaintrygowana. W mojej głowie kłębiły się różne scenariusze opisujące, kim był tajemniczy mężczyzna. Pierwszą rzeczą, jaką podpowiadał mi mózg, była teoria, że to zboczeniec-prześladowca. Nie do końca jednak zgadzała się z obrazkiem zachwycającego Włocha, który raczej ucieka od fanek, a nie je śledzi. Sadząc po butach i markowych ciuchach, które za każdym razem miał na sobie, nie był biedny. I wspominał coś o sprawdzaniu zadowolenia gości w restauracji. Więc kolejną naturalną teorią było, że jest menedżerem w lokalu, w którym byliśmy. Ale co robił w hotelu? Pokręciłam głową, jakbym chciała strzepnąć z niej nadmiar myśli, i sięgnęłam po kieliszek. Co mnie to w ogóle obchodzi?, pomyślałam, popijając łyk. To pewnie był absolutny przypadek, a ja ubzdurałam sobie coś.

Kiedy opróżniłyśmy butelkę, zjawili się nasi panowie. Byli w szampańskich humorach.

– To co, lunch? – zapytał z zadowoleniem Martin.

W głowie buzował mi wypity szampan, ten z dziś i ten z wczoraj. Wściekłam się z powodu jego beztroski i wypaliłam:

– Martin, kurwa! Są moje urodziny, a ty znikasz na cały dzień, nie obchodzi cię, co robię ani jak się czuję, a teraz zjawiasz się i jak gdyby nigdy nic pytasz o lunch? Mam dość! Dość tego, że zawsze jest tak, jak ty chcesz, że zawsze to ty mówisz, jak ma być, i że nigdy nie jestem najważniejsza, w żadnej sytuacji. A lunch to był parę godzin temu, teraz to już raczej czas na kolację!

Złapałam tunikę, torbę i niemalże biegiem rzuciłam się do drzwi hotelowego lobby. Przebiegłam przez hol i znalazłam się na ulicy. Czułam, jak w oczach wzbiera mi potok łez, który zaraz wypłynie. Włożyłam okulary i ruszyłam przed siebie.

Uliczki Giardini wyglądały malowniczo. Wzdłuż chodnika rosły drzewa obsypane kwiatami, budynki były piękne i zadbane. Niestety, w tym stanie ducha nie umiałam się cieszyć pięknem miejsca, w którym się znalazłam. Czułam się sama. W pewnym momencie zorientowałam się, że po moich policzkach płyną łzy, a ja prawie biegnę, szlochając – jakbym chciała przed czymś uciec.

Słońce robiło się już pomarańczowe, a ja wciąż szłam. Kiedy minęła mi pierwsza złość, poczułam, jak bardzo bolą mnie nogi. Moje klapki na koturnach, mimo że były piękne, nie nadawały się na maraton. W uliczce zobaczyłam małą, typową włoską kafejkę, która okazała się idealnym miejscem na odpoczynek, gdyż jedną z pozycji w menu było musujące wino. Usiadłam na dworze, patrząc na spokojną taflę morza. Starsza pani przyniosła mi kieliszek zamówionego trunku i powiedziała do mnie coś po włosku, gładząc moją dłoń. Boże, nawet nie rozumiejąc ani słowa, wiedziałam, że mówi o tym, jak beznadziejni potrafią być faceci i jak niewarci są naszych łez. Siedziałam tam i gapiłam się na morze, aż zrobiło się ciemno. Nie dałabym rady wstać z krzesła po takiej ilości wypitego alkoholu, ale w międzyczasie zjadłam doskonałą pizzę z czterema serami, która okazała się lepszą receptą na smutki niż musujące wino, a tiramisu w wykonaniu starszej pani było lepsze niż najlepszy szampan.

Poczułam się gotowa, by wrócić i stawić czoło temu, co zostawiłam za sobą, uciekając. Ruszyłam spokojnie w stronę hotelu. Uliczki, którymi szłam, były prawie bezludne, ponieważ znajdowały się w oddaleniu od głównego deptaku biegnącego wzdłuż morza. W pewnej chwili minęły mnie dwa SUV-y. Skojarzyłam, że już wcześniej, kiedy czekałam przed wypożyczalnią na lotnisku, widziałam podobne samochody.

Noc był upalna, ja pijana, moje urodziny się kończyły i generalnie wszystko było nie tak, jak powinno. Skręciłam, kiedy chodnik się skończył, i zorientowałam się, że nie wiem, gdzie jestem. Cholera, ja i moja orientacja. Rozejrzałam się i jedyne, co zobaczyłam, to oślepiające światła nadjeżdżających aut.

Inne książki tego autora