ZwabionaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Cóż, cieszę się, że udało ci się tutaj przemówić – powiedziała.

– Nie powinnaś być zaskoczona – odrzekł Jake. – Jestem co najmniej tak wygadany jak ten drań Mullins.

– Twoje oświadczenie naprawdę pomogło – dodała Riley.

Jake wzruszył ramionami.

– Cóż, szkoda, że nie udało mi się go sprowokować. Chciałbym widzieć, jak traci nad sobą kontrolę na oczach komisji. Ale jest bardziej opanowany i bystrzejszy niż go zapamiętałem. Może więzienie go tego nauczyło. W każdym razie uzyskaliśmy dobrą decyzję, nawet nie doprowadzając go do szału. Może na dobre pozostanie za kratkami.

Riley przez chwilę nic nie mówiła. Jake rzucił jej zaciekawione spojrzenie.

– Czy jest coś, o czym nie chcesz mi powiedzieć? – spytał.

– Obawiam się, że to nie takie proste – odrzekła Riley. – Jeśli Mullins wciąż zbiera punkty za dobre zachowanie, jego wcześniejsze zwolnienie prawdopodobnie będzie wiążące za rok. I ani ja, ani ty, ani nikt inny nic nie może na to poradzić.

– Jezu – powiedział Jake, wyglądając na tak zgorzkniałego i wściekłego, jak przez wszystkie te lata.

Riley wiedziała, jak się czuje. Wyobrażanie sobie, jak Mullins wychodzi na wolność było bolesne. Dzisiejsze małe zwycięstwo wydawało się teraz znacznie bardziej gorzkie niż słodkie.

– Cóż, muszę już iść – oznajmił Jake. – Wspaniale było cię zobaczyć.

Riley ze smutkiem patrzyła, jak jej stary partner odchodzi. Zrozumiała, dlaczego nie zamierzał zostać, aby pogrążyć się w negatywnych emocjach. To nie był jego sposób bycia. Zanotowała w pamięci, żeby wkrótce się z nim skontaktować.

Próbowała także znaleźć jasną stronę tego, co się właśnie wydarzyło. Po piętnastu długich latach Bettsowie i Harterowie wreszcie jej wybaczyli. Chociaż Riley nie czuła się tak, jakby zasługiwała na wybaczenie bardziej niż Larry Mullins.

Właśnie wtedy Larry Mullins został wyprowadzony w kajdankach.

Odwrócił się, by na nią spojrzeć i uśmiechnął się szeroko, cicho wypowiadając swoje złowrogie słowa:

– Do zobaczenia za rok.

Rozdział 8

Riley przyglądała się uważnie mężczyźnie, który krzyczał. Widziała, jak kilka osób wokół niego kiwało głowami i zgodnie coś szeptało.

– Wiem, kto to zrobił! Wszyscy wiemy, kto to zrobił!

– Josh ma rację – stwierdziła kobieta stojąca obok niego. – To musi być Dennis.

– On jest dziwakiem – dodał inny mężczyzna. – Ten facet zawsze był tykającą bombą.

Bill i Lucy pospieszyli na skraj placu, na którym krzyczał mężczyzna, ale Riley została tam, gdzie stała. Zawołała jednego z gliniarzy stojących za taśmą.

– Przyprowadź go tutaj – powiedziała, wskazując na mężczyznę, który krzyczał.

Wiedziała, że ważne było oddzielenie go od grupy. Jeżeli wszyscy zaczną opowiadać historie, prawdy nie da się ustalić. O ile była jakaś prawda w tym, o czym wszyscy krzyczeli.

Poza tym reporterzy już zaczęli gromadzić się wokół niego. Riley nie przesłuchałaby faceta tuż pod ich nosem.

Policjant podniósł taśmę i przyprowadził mężczyznę.

Nadal wykrzykiwał:

– Wszyscy wiemy, kto to zrobił! Wszyscy wiemy, kto to zrobił!

– Niech się pan uspokoi – powiedziała Riley, biorąc go pod ramię i odprowadzając na tyle daleko od gapiów, aby mogła z porozmawiać z zachowaniem dyskrecji.

– Niech pani zapyta kogokolwiek o Dennisa – powiedział wzburzony mężczyzna. – On jest samotnikiem. Dziwakiem. Straszy dziewczyny. Drażni kobiety.

Riley wyjęła notatnik, podobnie jak Bill. Zobaczyła intensywne zainteresowanie w oczach Billa. Ale wiedziała, że lepiej będzie postępować powoli. Jeszcze prawie nic nie wiedzieli. Poza tym ten człowiek był tak poruszony, że Riley nie miała zaufania do jego osądu. Musiałaby usłyszeć to samo od kogoś bardziej neutralnego.

– Jak on ma na imię? – spytała Riley.

– Dennis Vaughn – odpowiedział mężczyzna.

– Porozmawiaj z nim – Riley poprosiła Billa.

Bill pokiwał głową i notował dalej. Riley wrócił do altany, gdzie obok ciała wciąż stał komendant policji Aaron Pomeroy.

Komisarzu Pomeroy, co może mi pan powiedzieć o Dennisie Vaughnie?

Po wyrazie twarzy Riley wiedział, że nazwisko to było zbyt znajome.

– Co chce pani o nim wiedzieć? – spytał.

– Myśli pan, że może być prawdziwym podejrzanym?

Pomeroy podrapał się po głowie.

– Teraz, kiedy o tym pani wspominała, myślę, że to możliwe. Chyba warto przynajmniej z nim porozmawiać.

– A dlaczego?

– Cóż, mieliśmy z nim wiele problemów od lat. Publiczne obnażanie się, sprośne zachowanie, tego typu rzeczy. Kilka lat temu z powodu podglądactwa spędził trochę czasu w Centrum Psychiatrycznym w Delaware. W zeszłym roku miał obsesję na punkcie cheerleaderki ze szkoły średniej, pisał do niej listy i prześladował ją. Rodzina dziewczyny uzyskała sądowy zakaz dla niego zbliżania się do ich córki, ale i tak go zignorował. Dlatego spędził sześć miesięcy w więzieniu.

– Kiedy został zwolniony? – spytała.

– W lutym.

Riley była coraz bardziej zainteresowana. Dennis Vaughn opuścił więzienie na krótko przed rozpoczęciem serii zabójstw. Czy był to jedynie zbieg okoliczności?

Lokalne dziewczęta i kobiety znów zaczynają się na niego skarżyć – kontynuował Pomeroy. – Plotka głosi, że robił im zdjęcia. Nie możemy go aresztować, a przynajmniej jeszcze nie teraz.

– Co jeszcze może mi pan o nim opowiedzieć? – spytała Riley.

Pomeroy wzruszył ramionami.

– Cóż, jest trochę dupkiem. Ma jakieś trzydzieści lat i nikt nie pamięta, żeby kiedykolwiek miał jakąś pracę. Pasożytuje na rodzinie, którą tu ma w mieście – na ciotkach, wujkach, dziadkach. Słyszałem, że ostatnio sprawiał wrażenie naprawdę ponurego. Ma za złe całemu miastu, że siedział w więzieniu. Ciągle mówi ludziom: “Pewnego dnia”.

– Co “pewnego dnia”? – spytała Riley.

– Tego nie wie nikt. Ludzie zaczęli nazywać go tykającą bombą. Nie wiadomo, co mógłby zrobić. Ale tak naprawdę, właściwie nigdy nie używał przemocy, z tego, co wiadomo.

Umysł Riley pracował na najwyższych obrotach, próbując zrozumieć sens tego potencjalnego nowego tropu.

Tymczasem Bill i Lucy skończyli rozmawiać z mężczyzną i szli teraz w kierunku Riley i Pomeroya.

Twarz Billa miała teraz bardziej znajomy wyraz i zdradzała pewność siebie, co stanowiło nagłą zmianę, biorąc pod uwagę jego niedawną posępność.

– Dennis Vaughn jest naszym zabójcą, to jasne – poinformował Riley. – Wszystko, co powiedział nam ten facet idealnie pasuje do profilu.

Riley nie odpowiedziała. Zaczynało się to wydawać prawdopodobne, ale wiedziała, że nie należy wyciągać wniosków zbyt szybko.

Poza tym pewność w głosie Billa denerwowała ją. Odkąd przybyła tu dziś rano, miała wrażenie, że Bill balansuje na krawędzi naprawdę nieobliczalnego zachowania. Było to zrozumiałe, biorąc pod uwagę jego osobiste odczucia związane ze sprawą, a zwłaszcza poczucie winy z powodu nierozwiązania jej wcześniej. Ale mogło to również stanowić poważny problem. Potrzebowała, żeby był taki jak zwykle – twardy jak skała.

Odwróciła się do Pomeroya.

– Czy może nam pan powiedzieć, gdzie go znaleźć?

– Jasne – odrzekł Pomeroy, wskazując palcem. – Idźcie prosto główną ulicą, aż dojdziecie do Brattleboro. Następnie skręćcie w lewo, jego dom będzie trzeci po prawej stronie.

Riley powiedziała do Lucy:

– Zostań i zaczekaj na zespół patologów. Mogą od razu zabrać ciało. Mamy wiele zdjęć.

Lucy pokiwała głową.

Bill i Riley zbliżyli się do taśmy policyjnej, gdzie reporterzy podeszli do nich z kamerami i mikrofonami.

– Czy FBI wyda oświadczenie? – zapytał jeden z nich.

– Jeszcze nie – odrzekła Riley.

Ona i Bill przeszli pod taśmą i przepchnęli się między reporterami i gapiami.

Inny reporter krzyknął:

– Czy te śmierci mają coś wspólnego z morderstwami Metty Lunoe i Valerie Bruner?

– Albo ze zniknięciem Meary Keagan? – dociekał inny.

Riley najeżyła się. Nie minie wiele czasu, zanim wiadomość, że w Delaware grasował seryjny zabójca, rozejdzie się po okolicy.

– Bez komentarza – rzuciła dziennikarzom. Potem dodała: – Jeśli będzie nas pan śledzić, aresztuję pana za przeszkadzanie nam w pracy. To się nazywa utrudnianie śledztwa.

Reporterzy wycofali się. Riley i Bill wyplątali się z tłumu i szli dalej. Riley wiedziała, że nie będą mieli dużo czasu na tę sprawę, zanim pojawią się inni, bardziej agresywni reporterzy. Prawdopodobnie będą mieli do czynienia z dużym zainteresowaniem mediów.

Dom Dennisa Vaughna był oddalony o zaledwie kilka minut spacerem. Minąwszy zaledwie trzy przecznice, dotarli do Brattleboro i skręcili w lewo.

Dom Vaughna był zrujnowanym małym domkiem z mocno wgniecionym blaszanym dachem, łuszczącą się białą farbą i uginającą się werandą. Trawa i chwasty sięgały kolan, a na podjeździe stał stary, rozpadający się samochód Plymouth Valiant. Pojazd był z pewnością wystarczająco duży, by przewozić wychudzone zwłoki.

Bill i Riley weszli na ganek i zapukali do drzwi z moskitierą.

– Czego? – zawołał głos z wnętrza.

– Czy rozmawiamy z Dennisem Vaughnem? – zapytał Bill.

– Tak, może. O co chodzi?

Riley powiedziała:

– Jesteśmy z FBI. Chcemy z panem porozmawiać.

Drzwi frontowe otworzyły się. Dennis Vaughn stał za moskitierą, która nadal była zamknięta. Był podejrzanie wyglądającym młodym mężczyzną z nadwagą i kudłatą brodą. Zza rozdartego, poplamionego podkoszulka wyzierało jego nadmierne owłosienie.

– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytał Vaughn drażliwym, drżącym głosem. – Jesteście tu, żeby mnie aresztować czy co?

– Mamy tylko kilka pytań – odrzekła Riley, pokazując swoją odznakę. – Czy możemy wejść do środka?

– Dlaczego miałbym was wpuścić? – zapytał Vaughn.

– Dlaczego nie miałby nas pan wpuścić? – odbiła piłeczkę Riley. – Nie ma pan nic do ukrycia, prawda?

 

– Moglibyśmy wrócić z nakazem – dodał Bill.

Vaughn potrząsnął głową i warknął. Otworzył drzwi z moskitierą, a następnie wpuścił Billa i Riley do środka.

Wnętrze domu było jeszcze bardziej zrujnowane. Tapeta łuszczyła się, a deski podłogowe były popękane. Nie było prawie żadnych mebli – tylko kilka poobijanych krzeseł z prostym oparciem i kanapa ze zwisającym wypełnieniem. Talerze i miski były wszędzie rozrzucone, niektóre z nich zawierały spleśniałe jedzenie. W powietrzu unosiły się nieprzyjemne zapachy.

Tym, co przykuło uwagę Riley, były dziesiątki fotografii przypadkowo przyklejonych do ścian. Wszystkie przedstawiały niczego niepodejrzewające kobiety i dziewczęta w swobodnych pozach.

Vaughn zauważył zainteresowanie Riley zdjęciami.

– To moje hobby – wyjaśnił. – Czy to jakiś problem?

Riley nie odpowiedziała, Bill także nic nie powiedział. Riley wątpiła, by w samych zdjęciach było coś nielegalnego. Wyglądało na to, że wszystkie zostały zrobione na zewnątrz w miejscach publicznych w biały dzień i żadne z nich nie było faktycznie nieprzyzwoite. Mimo to samo robienie zdjęć dziewczętom i kobietom bez ich wiedzy czy zgody wydało się Riley dziwaczne oraz niepokojące.

Vaughn usiadł na drewnianym krześle, które zaskrzypiało pod jego ciężarem.

– Jesteście tu, żeby mnie o coś oskarżyć – powiedział. – Może zaczniecie?

Riley usiadła na innym rozklekotanym krześle naprzeciwko niego. Bill stał obok niej.

– Jak pan myśli, o co przyszliśmy pana oskarżyć? – spytała.

To była technika przesłuchania, która w przeszłości się sprawdziła. Czasami najlepiej nie zaczynać od bezpośrednich pytań na temat sprawy. Czasami lepiej było rozmawiać z potencjalnym podejrzanym, dopóki nie potknie się o własne słowa.

Vaughn wzruszył ramionami.

– Mogą być różne powody – powiedział. – Zawsze coś się znajdzie. Zawsze ktoś coś źle zrozumie.

– Co źle zrozumie? – zapytała Riley, wciąż próbując go podpuścić.

– To, że lubię dziewczyny, okej? – zawołał. – A jaki facet w moim wieku nie lubi? Dlaczego ludzie uważają, że wszystko, co robię, jest złe tylko dlatego, że ja to robię?

Rozejrzał się po zdjęciach, jakby miał nadzieję, że powiedzą coś, by go bronić. Riley tylko czekała, aż będzie mówił dalej. Miała nadzieję, że Bill zrobi to samo, ale niecierpliwość partnera była wyczuwalna.

– Staram się być przyjazny w stosunku do dziewczyn – oznajmił. – Co mogę zrobić, jeśli nie rozumieją?

Jego mowa była powolna, nawet nieco ospała. Riley była całkiem pewna, że nie był pijany ani odurzony. Być może był trochę opóźniony umysłowo lub miał jakiś problem neurologiczny.

– Jak myślisz, dlaczego ludzie traktują cię inaczej? – zapytała Riley, próbując brzmieć niemal współczująco.

– A skąd mogę to wiedzieć? – odrzekł Vaughn, ponownie wzruszając ramionami.

Potem niemal niesłyszalnym, ponurym głosem dodał:

– Pewnego dnia.

– Co “pewnego dnia”? – spytała Riley.

Vaughn ponownie wzruszył ramionami.

– Nic. Nic nie mam na myśli. Ale pewnego dnia. To wszystko, co powiedziałem.

Riley poczuła się zachęcona tym, że jego gadka stała się bezsensowna. Często się to zdarzało, zanim podejrzany sam się zdradził.

Jednak zanim Vaughn zdążył cokolwiek powiedzieć, Bill podszedł do niego groźnie.

– Co wiesz o morderstwach Metty Lunoe i Valerie Bruner?

– Nigdy o nich nie słyszałem – powiedział Vaughn.

Bill nachylił się niewygodnie blisko niego i spojrzał mu w oczy. Teraz Riley się zmartwiła. Chciała powiedzieć Billowi, żeby dał spokój, ale wtrącenie się mogło pogorszyć sytuację.

– A co z Mearą Keagan? – zapytał Bill.

– Nigdy o niej nie słyszałem.

Bill mówił teraz głośniej.

– Gdzie byłeś w zeszły czwartek w nocy?

– Nie wiem.

– Chcesz powiedzieć, że nie było cię w domu?

Vaughn pocił się nerwowo. Jego oczy były szeroko otwarte z niepokoju.

– Może nie byłem. Nie zapisuję tego. Czasami wychodzę.

– Dokąd wychodzisz?

– Jeżdżę po okolicy. Lubię wyjeżdżać z miasta. Nienawidzę tego miasta. Chciałbym móc mieszkać gdzieś indziej.

Bill wypluł następne pytanie w twarz Vaughna.

– A gdzie jeździłeś w zeszły czwartek?

– Nie wiem. Nie wiem nawet, czy jeździłem tamtej nocy.

– Kłamiesz – krzyknął Bill. – Jeździłeś po Westree, prawda? Znalazłeś tam miłą kobietę, prawda?

Riley poderwała się z miejsca. Bill był teraz wyraźnie poza kontrolą. Musiała go zatrzymać.

– Bill – powiedziała cicho, chwytając go za ramię.

Bill odepchnął jej rękę. Popchnął Vaughna na krześle. Krzesło, które i tak było już na skraju rozpadu, rozleciało się na kawałki. Przez chwilę Vaughn leżał na podłodze. Potem Bill złapał go za podkoszulek i pociągnął przez pokój, a następnie przycisnął go do ściany.

– Bill, przestań – krzyknęła Riley.

Bill docisnął Vaughna do ściany jeszcze mocniej. Riley bała się, że w każdej chwili może wyciągnąć broń.

– Udowodnij to! – warknął Bill.

Riley udało się dostać między Billem a Vaughna. Mocno odepchnęła Billa.

– Dość już tego! – huknęła na niego Riley. – Idziemy stąd!

Bill gapił się na nią, a w jego spojrzeniu malowała się dzika wściekłość.

Riley zwróciła się do Vaughna i oznajmiła:

– Przepraszam. Mój partner też przeprasza. Teraz już sobie pójdziemy.

Nie czekając, aż Vaughn powie cokolwiek, Riley popchnęła Billa w stronę frontowych drzwi, a potem na ganek.

– Co się z tobą dzieje, do cholery? – syknęła na niego.

– Co się z tobą dzieje? Wpuść mnie tam. Mamy go. Wiem, że go mamy. Sprawimy, że pokaże nam swoje prawo jazdy, dowiemy się, jakie jest jego drugie imię.

– Nie – odparła Riley. – Nie zmusimy go do niczego. Jezu, Bill, możesz stracić swoją odznakę za takie zachowanie. Przecież wiesz.

Bill wyglądał, jakby nie mógł uwierzyć własnym uszom.

– Dlaczego? – domagał się odpowiedzi. – Mamy go. Możemy uzyskać przyznanie się do winy.

Riley miała ochotę nim potrząsnąć.

– Tego nie wiemy. Może jest naszym mordercą, ale nie sądzę.

– A czemu nie, do cholery?

– Po pierwsze, jego samochód jest zbyt charakterystyczny.

Zastanowiła się przez chwilę.

– No to pewnie użył innego samochodu.

– Może, ale nie sądzę, że jest wystarczająco zorganizowany, aby przeprowadzić tak wiele morderstw i nie zostać przyłapanym.

– Może tylko udawać.

Riley niecierpliwiła się z powodu oporu Billa.

– Bill, pomyśl o tym, jak starannie wszystkie te ciała zostały ułożone. Tak schludnie zostały upozowane. Ramiona precyzyjnie ustawione w określonych pozycjach.

– On mógł to zrobić.

Riley jęknęła głośno. Bill był naprawdę uparty.

– Nie sądzę – stwierdziła Riley. – Pomyśl o jego domu. Nic nie jest starannie ułożone, nawet fotografie. Nic nie wygląda na zamierzone. Zupełnie nic.

– Może z wyjątkiem zabójstw – odparł Bill. Nadal był zły, ale Riley widziała, że już się uspokajał.

– Bill, jest jakiś cel napędzający tego zabójcę, jakieś uzasadnienie tego, co robi. – powiedziała. – Jak dotąd nie możemy odgadnąć jego motywów, ale właśnie tego zamierzam się dowiedzieć.

Ani Riley, ani Bill nie odezwali się słowem podczas krótkiego spaceru. Gdy dotarli na rynek, Riley zobaczyła, że przyjechał już pojazd zespołu patologów i właśnie zabierano ciało.

Riley poczuła się bardzo wstrząśnięta. Przesłuchanie było katastrofą i nie miała pojęcia, czy Dennis Vaughn był w końcu ich podejrzanym, czy nie.

Zmartwienie Riley graniczyło teraz z paniką.

Jeśli nie mogę liczyć na Billa, to na kogo mogę liczyć?

Rozdział 7

Riley była w samochodzie i wracała do domu, kiedy zadzwonił do niej Bill. Włączyła go na głośnik.

– Co się dzieje? – spytała.

– Znaleźliśmy kolejne ciało – poinformował. – W Delaware.

– Czy to Meara Keagan? – spytała Riley.

– Nie. Jeszcze nie zidentyfikowaliśmy ofiary. To ciało wygląda tak jak pozostałe dwa, tylko jeszcze gorzej.

Riley pozwoliła, żeby fakty do niej dotarły. Meara Keagan wciąż była przetrzymywana w niewoli. Zabójca mógł również więzić inne kobiety. Było niemal pewne, że będzie więcej zabójstw. Można było tylko zgadywać ile.

Głos Billa był wzburzony.

– Riley, tracę tutaj zmysły – powiedział. – Wiem, że nie myślę trzeźwo. Lucy jest świetną pomocą, ale nadal jest okropnie zielona.

Riley doskonale rozumiała, jak się czuł. Ironia wydawała się namacalna. Ona tutaj samobiczowała się z powodu sprawy Larry’ego Mullinsa. Tymczasem w Delaware Bill czuł się tak, jakby jego ostatnie niepowodzenia kosztowały życie trzeciej kobiety.

Riley pomyślała o tym, żeby podjechać do miejsca, gdzie był Bill. Dotarcie tam zajęłoby prawdopodobnie prawie trzy godziny.

– Już tam skończyłaś? – zapytał Bill.

Riley poinformowała zarówno Billa, jak i Brenta Mereditha, że będzie dziś w Maryland na przesłuchaniu warunkowym.

– No – rzekła.

– To dobrze – oznajmił Bill. – Wysłałem helikopter, żeby cię odebrać.

– Co zrobiłeś? – zdziwiła się Riley, z trudem łapiąc powietrze.

– W pobliżu znajduje się prywatne lotnisko. Napiszę ci lokalizację. Helikopter prawdopodobnie już tam jest. Na pokładzie jest kadet, który odprowadzi twój samochód.

Bez słowa Bill zakończył rozmowę.

Riley jechała przez chwilę w milczeniu. Ulżyło jej, gdy poranne przesłuchanie się zakończyło. Chciała być w domu, kiedy jej córka wyjdzie ze szkoły. Wczoraj nie było już żadnych więcej kłótni, ale April niewiele jej powiedziała. Dziś rano Riley wyjechała, zanim April się obudziła.

Ale najwyraźniej decyzja została podjęta za nią. Gotowa czy nie, została zaangażowana w nową sprawę. Będzie musiała porozmawiać z April później.

Nie musiała jednak długo nad tym myśleć, bo wydawało się to całkowicie właściwe. Zawróciła samochód i postąpiła zgodnie ze wskazówkami, które przysłał jej Bill. Najpewniejszym lekarstwem na jej poczucie porażki byłoby doprowadzenie kolejnego zabójcy przed oblicze prawdziwej sprawiedliwości.

Czas najwyższy.

* * *

Riley wpatrywała się w martwą dziewczynę leżącą na drewnianej podłodze sceny. To był jasny, chłodny poranek. Scena znajdowała się w altanie pośrodku rynku w otoczeniu ładnie utrzymanego trawnika i drzew.

Ofiara prezentowała się równie szokująco, co dwie inne ofiary na zdjęciach z poprzednich miesięcy, które Riley już widziała. Leżała twarzą do góry i była tak wychudzona, że wyglądała na praktycznie zmumifikowaną. Jej brudne, podarte ubrania mogły kiedyś na nią pasować, ale teraz wyglądały na groteskowo obwisłe. Nosiła stare blizny i nowsze rany po czymś, co wyglądało jak uderzenia bata.

Riley domyśliła się, że miała około siedemnastu lat, czyli była w wieku dwóch pozostałych ofiar morderstwa.

A może nie, pomyślała.

W końcu Meara Keagan miała dwadzieścia cztery lata. Zabójca może zmieniać swój modus operandi. Ta dziewczyna była zbyt zmarnowana, by Riley mogła określić jej wiek.

Riley stała między Billem a Lucy.

– Wygląda, jakby ją głodzono bardziej niż pozostałe dwie – zauważył Bill. – Musiał ją trzymać znacznie dłużej.

Riley usłyszała wyrzuty sumienia w słowach Billa. Spojrzała na swojego partnera. Gorycz ujawniła się także na jego twarzy. Riley wiedziała, co myślał Bill. Ta dziewczyna z pewnością żyła i była w niewoli, kiedy badał tę sprawę i nic nie zdołał wymyśleć. Obwiniał się o jej śmierć.

Riley wiedziała, że nie powinien się winić, jednak nie miała pomysłu, co powiedzieć, żeby poczuł się lepiej. Jej własny żal z powodu sprawy Larry’ego Mullinsa pozostawiły jej niesmak.

Riley odwróciła się, by spojrzeć na otoczenie. Stąd jedyną całkowicie widoczną budowlą był budynek sądu po drugiej stronie ulicy – duży ceglany gmach z wieżą zegarową. Redditch było uroczym kolonialnym miasteczkiem. Riley nie zdziwiło szczególnie to, że ciało mogło zostać tu przywiezione w środku nocy bez zwrócenia niczyjej uwagi. Całe miasto pewnie spało w tym czasie. Plac był wyłożony brukiem, więc zabójca nie zostawił śladów stóp.

Lokalna policja odgrodziła taśmą plac i nie wpuszczała obserwujących, ale Riley widziała, że jacyś dziennikarze zgromadzili się za taśmami.

Była zmartwiona. Jak dotąd prasa nie zauważyła, że dwa poprzednie morderstwa i zniknięcie Meary Keagan były powiązane. Tylko że z tym nowym morderstwem ktoś mógł połączyć kropki. Opinia publiczna dowie się o wszystkim wcześniej czy później, a wtedy dochodzenie stanie się znacznie trudniejsze.

W pobliżu stał szef policji Redditch, Aaron Pomeroy.

– Jak i kiedy znaleziono ciało? – spytała Riley.

 

– Mamy sprzątacza ulicznego, który wychodzi do pracy przed świtem. To on ją znalazł.

Pomeroy wyglądał na mocno wstrząśniętego. Był starzejącym się mężczyzną z nadwagą. Riley doszła do wniosku, że nawet w małym miasteczku, takim jak ten, gliniarz w jego wieku musiał natknąć się na jedno czy dwa morderstwa w swojej karierze. Tylko że, prawdopodobnie, nigdy nie miał do czynienia z czymś tak szokującym.

Agentka Lucy Vargas przykucnęła obok zwłok i przyjrzała się im uważnie.

– Nasz zabójca jest strasznie pewny siebie – skwitowała Lucy.

– Dlaczego tak sądzisz? – spytała Riley.

– Cóż, wystawia ciała na widok publiczny – odrzekła. – Metta Lunoe została znaleziona na otwartym polu, Valerie Bruner przy drodze. Tylko jakaś połowa wszystkich seryjnych zabójców przewozi swoje ofiary z dala od miejsca morderstwa. Z tych, którzy to robią, mniej więcej połowa je ukrywa. I większość ciał znajdowanych na widoku jest po prostu porzucana. Ten rodzaj ekspozycji sugeruje, że morderca jest dość zarozumiały.

Riley była zadowolona, że Lucy uważała na zajęciach, ale sama jakoś nie sądziła, aby to właśnie zarozumiałość motywowała tego zabójcę. On nie próbował się przechwalać, ani wyśmiewać władz. Próbował zrobić coś innego. Riley jeszcze nie wiedziała, o co mu chodziło.

Jednak była prawie pewna, że miało to coś wspólnego ze sposobem ułożenia ciała. Było to jednocześnie nieporadne, jak i przemyślane. Lewe ramię dziewczyny było wyciągnięte prosto nad jej głową. Jej prawa ręka była również wyprostowana, ale ustawiona po jednej stronie ciała. Nawet głowa ze skręconym karkiem została wyprostowana tak, aby leżała możliwie jak najbardziej w linii reszty ciała.

Riley wróciła myślami do zdjęć innych ofiar. Zauważyła, że Lucy miała przy sobie tablet.

Riley zapytała ją:

– Lucy, czy mogłabyś pokazać zdjęcia pozostałych dwóch ciał?

Lucy zajęło tylko kilka sekund. Riley i Bill stłoczyli się obok Lucy, żeby spojrzeć na dwa obrazy.

Bill wskazał i powiedział:

– Zwłoki Metty Lunoe były jego lustrzanym odbiciem – prawe ramię podniesione, lewe ramię z boku ciała. Prawa ręka Valerie Bruner była uniesiona, ale jej lewa ręka była umieszczona na ciele, skierowana w dół.

Riley pochyliła się, złapała nadgarstek trupa i próbowała nim poruszyć. Całe ramię było sztywne. Nastąpiło już stężenie pośmiertne. Ustalenie dokładnej godziny śmierci należało do patologa, ale Riley była całkiem przekonana, że dziewczyna nie żyła już od co najmniej dziewięciu godzin. I podobnie jak inne dziewczyny, została przeniesiona do tego miejsca wkrótce po tym, jak została zabita.

Im dłużej patrzyła, tym bardziej coś nie dawało Riley spokoju. Zabójca zadał sobie tyle trudu, by ułożyć zwłoki. Przeniósł ciało przez plac, wtaszczył po sześciu schodach i skrupulatnie je upozował. Mimo to jego ogólna pozycja nie miała sensu.

Ciało nie było ustawione wzdłuż żadnej ze ścian altanki. Nie miało to związku z wejściem do altany, gmachem sądu, ani niczym innym w zasięgu wzroku Riley. Wydawało się, że zostało ustawione pod przypadkowym kątem.

Ale ten facet nie robi nic przypadkowego, pomyślała.

Riley wyczuła, że zabójca próbuje coś przekazać. Nie miała pojęcia, co to mogło być.

– Co sądzisz o tych pozach? – spytała Riley.

– Nie wiem – przyznała Lucy. – Niewielu zabójców faktycznie pozuje swoje ciała. To dziwne.

Nadal jest naprawdę nowa w tej pracy, przypomniała sobie Riley.

Lucy nie zauważyła, że te dziwne przypadki były dokładnie tymi, do których byli rutynowo wzywani. Dla tak doświadczonych agentów jak Riley i Bill, dziwactwo już dawno stało się otępiająco normalne.

Riley powiedziała:

– Lucy, spójrzmy teraz na mapę.

Lucy przywołała mapę pokazującą, gdzie znaleziono pozostałe dwa ciała.

– Ciała zostały umieszczone w dość bliskich odległościach od siebie – zauważyła Lucy, wskazując ponownie. – Valerie Bruner została znaleziona mniej niż dziesięć mil od miejsca, w którym znaleziono Mettę Lunoe. A to leży mniej niż dziesięć mil od miejsca, w którym znaleziono Valerie Bruner.

Riley widziała, że ma rację. Jednak Meara Keagan zniknęła kilka mil na północ, w Westree.

– Czy ktoś widzi jakieś powiązania między tymi lokalizacjami? – zapytała Riley Billa i Lucy.

– Nie za bardzo – powiedziała Lucy. – Ciało Metty Lunoe leżało na polu obok Mowbray. Valerie Bruner była tuż przy krawędzi autostrady. A teraz to w samym środku małego miasteczka. To prawie tak, jakby zabójca szukał miejsc, które nie mają ze sobą nic wspólnego.

W tym momencie Riley usłyszała krzyki wśród gapiów.

– Wiem, kto to zrobił! Wiem, kto to zrobił!

Riley, Bill i Lucy odwrócili się, by spojrzeć na grupę gapiów. Młody mężczyzna za taśmą krzyczał i wymachiwał rękami.

– Wiem, kto to zrobił! – zawołał ponownie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?