Marsz weselny

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Usiadła na łóżku. Cóż on sobie o niej pomyśli? Czyż nie co innego, jak to, że jest bezwolnym stworzeniem? Czyż przywiązanie jego może wobec tego długo potrwać?

Myśl ta nie pozwalała jej zasnąć. I znowu jak wczoraj usiadła przed domem.

Była przyzwyczajona zważać pilnie na swe postępowanie, a w tym, co uczyniła dziś i wczoraj, nie było za grosz zastanowienia, nawet przystojności! Wszakże należy trzymać swe uczucia w karbach. A cóż ona uczyniła? Oto oddała się bez gestu oporu człowiekowi, którego ujrzała wczoraj po raz pierwszy! On sam musi nią lada chwila pogardzić… Dlatego nie śmiała powiedzieć ni słowa nawet przyjaciółce takiej jak Inga!

Beret wróciła z pierwszym dźwiękiem dzwonków idącej z pastwiska trzody. Zastała siostrę leżącą na ziemi. Kiedy po dobrej chwili Mildrid podniosła głowę, miała oczy zapłakane i wyraz cierpienia na twarzy. Natomiast Beret była czerwona, spocona i drżała od wzburzenia.

– Co ci jest? – zawołała Mildrid.

– Nic! – odparła Beret i patrzyła tak uporczywie w oczy siostry, że Mildrid musiała spuścić wzrok. Wstała i zabrała się do roboty.

Wieczorem znalazły się razem przy stole. Mildrid przełknęła zaledwie parę łyżek, natomiast Beret jadła z wilczym apetytem. Połykała wszystko, jakby cały dzień nic nie jadła.

– Czyś dzisiaj nie jadła? – spytała Mildrid.

– Nie! – odparła Beret i jadła dalej.

– Czyś była z pastuchami? – spytała po chwili Mildrid.

– Nie! – odparła Beret.

– Nie! – odrzekli parobcy.

Po kolacji Mildrid położyła się. Czuła jednak, że nie zaśnie i tej nocy. Biedna dziewczyna nigdy nie przeżywała nic podobnego. Modliła się tego wieczora gorąco. Przerywała pacierz i zaczynała go od nowa. Odmawiała dawne modlitwy dziecięce, to znów modliła się swoimi słowami, a ustawicznie powracało na jej usta:

– Dopomóż mi, Boże miłosierny! Dopomóż mi!

Nagle Beret zerwała się na kolana i pochylając się nad siostrą, szepnęła:

– Powiedz, jak on się nazywa?

Była podniecona, a z oczu jej sypały się iskry.

Mildrid, znużona, nie była zdolna dać odpowiedzi.

– Jak się nazywa? – powtarzała Beret. – Nie zapieraj się! Nic z tego! Śledziłam was dzisiaj przez cały czas.

Mildrid zasłoniła się rękami, ale Beret pochwyciła jej ręce i pochylając się niżej, pytała:

– Mów! Kto on?

– Beret! Beret! – prosiła Mildrid. – Daj pokój! Wszak byłam zawsze dobra dla ciebie! Czemuż mnie dręczysz!

Beret puściła ją, ale nie mogła się uspokoić.

– Czy to Jan Haugen? – wyszeptała.

– Tak… – odparła po chwili Mildrid i zaczęła płakać.

– Czemu mi nic nie powiedziałaś? – spytała znowu porywczo Beret.

– Sama nie wiedziałam, moja Beret. Nie widziałam go nigdy aż do wczoraj! A gdym go tylko ujrzała, wziął mnie jak swoją bez oporu… to mnie właśnie gnębi tak, że chyba umrę!

– Nie widziałaś go nigdy przedtem? – zawołała Beret niezmiernie zdziwiona, a w głosie jej brzmiało niedowierzanie.

– Nigdy w życiu! Przysięgam ci!

Nagle objęła ją Beret za szyję i zawołała radośnie:

– O Mildrid… droga Mildrid… jakież to cudowne! Będę milczała jak grób!

Przytuliła się do niej, ale zerwała się naraz i powiedziała z wahaniem:

– Czy sądzisz, że nie potrafię milczeć, gdy o ciebie idzie, droga Mildrid?

Mildrid przytuliła ją do siebie. W tej chwili stała jej się znowu bliska jak niegdyś.

– Mildrid! On jest prześliczny! – zawołała Beret. – Proszę cię, zaklinam, opowiedz dokładnie wszystko, jak to się stało!

Przed kilku godzinami Mildrid za żadne skarby świata nie otwarłaby ust, by wyrzec jedno słowo. Teraz opowiedziała wszystko siostrze. Co chwila Beret słuchająca z zapartym tchem rzucała jej się na szyję, a Mildrid nabierała coraz to większej ochoty do opowiadania.

Przegadały całą noc, wstały, ubrały się i wzięły się do zwykłej pracy. Potem przekąsiły coś niecoś i ubrały się, gdyż dzisiaj miały razem oczekiwać Jana. Siadły przed chatą, a przedtem Beret pokazała siostrze, gdzie się wczoraj ukryła. Pies składał jej kilka razy wizytę i wracał na swoje miejsce. Mówiły na przemian i zagadały się tak, że dawno minęła godzina spotkania, zanim się spostrzegły.

Dopiero gdy było już późno, Beret wdrapała się na najwyższą skałę i popatrzyła wokoło. Ale nie było go nigdzie. Mildrid wpadła w taki rozstrój nerwowy, że Beret przeraziła się po prostu. Zaczęła ją uspokajać tłumacząc, że przecież Jan ma turystów w domu i musi się nimi zajmować. Już przez dwa dni zaniedbał swego Niemca, więc dzisiaj musi to naprawić. Nie może go przecież zmuszać, by sobie sam gotował, sam chodził po górach i kark gdzieś skręcił. To nieco uspokoiło Mildrid.

– Jak myślisz – spytała nagle Beret – co na to powiedzą rodzice?

Zaledwie wymówiła te słowa, już ich pożałowała.

Mildrid zbladła jak ściana, a Beret patrzyła na nią przerażona, nie wiedząc, co począć. Czyż Mildrid nie pomyślała o tym dotąd? Tak. Ale jak o czymś dalekim, na co jest mnóstwo czasu. Chodziło jej głównie o to, co o niej myśli Jan. Naiwne kontrolowanie siebie samej usunęło na dalszy plan wszystko inne. Teraz wszystko się zmieniło! Rodzice zajęli pierwsze miejsce w jej myślach. To była kwestia najważniejsza.

Beret próbowała ją pocieszać. Gdy go tylko zobaczą, zgodzą się niezawodnie! Jakże by mogli czynić ją nieszczęśliwą? Wszakże była dotąd ich pociechą… W każdym razie babka stanie niewątpliwie po jej stronie. Nikt na świecie nie może źle się wyrazić o Janie Haugenie, on sam zaś jest mężny i odstraszyć się nie da.

Mildrid słyszała piąte przez dziesiąte i chcąc zostać sama, wysłała Beret, aby gotowała obiad. Teraz stanęło przed nią pytanie:

– Czy mam zaraz powiedzieć rodzicom?

Nie powinna była bez wiedzy rodziców dopuszczać do tego co się stało! Ale czyż mogła to uczynić? Ponieważ się jednak stało – trzeba to koniecznie wyznać i to natychmiast!

Wstała. Wiedziała teraz jasno, co ma czynić. Zanim zobaczy Jana, musi mieć zezwolenie rodziców.

Zerwała się, aby iść powiedzieć siostrze o tym postanowieniu i zlecić jej pieczę nad bydłem. Pobiegła. Ale Beret nie było w kuchni, nie było w całym domu, nie było nawet na hali.

– Beret! Beret! – wołała.

Ale daremnie. Echo jej tylko odpowiadało. Nagle przyszło jej do głowy, że może Beret, chcąc ją wyręczyć, udała się do rodziców? Tak, to leży w jej porywczej naturze! Ale właśnie dlatego niewątpliwie przedstawi całą sprawę fałszywie! Tak, pewnie chciała uspokoić co najrychlej siostrę i poszła do domu.

Niewiele myśląc Mildrid porwała chustkę, zarzuciła ją na głowę i pobiegła najbliższą drogą ku dolinie. Znalazłszy się na ścieżce, zapomniała o wszystkim i mając tylko jeden cel przed sobą, szła coraz to prędzej. Serce jej ściskało się na myśl, że przyjdzie za późno. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że bezsenność i łzy wyczerpały jej siły. Zaczęło jej się robić słabo, uczuła zawrót głowy.

„Spocznę!” – pomyślała.

Usiadła na trawie, ale jej to nie sprawiło ulgi. Musiała się położyć. Położyła się przeto, podsunęła ramię pod głowę i… natychmiast zasnęła.

Beret nie poszła do rodziców, ale do Jana Haugena. Droga była daleka, a wielkiej jej części nie znała wcale. Musiała iść skrajem lasów, potem piąć się w górę po stromych skałach, gdzie było niezbyt bezpiecznie z powodu dzikich zwierząt. Ale szła śmiało. Jan musiał przyjść, inaczej źle będzie z Mildrid. To był powód, który ją skłonił do podjęcia tego niemałego trudu.

Beret była silna i zdrowa. To, co się przydarzyło siostrze, roznamiętniło ją samą. Jan był w jej oczach najpiękniejszym mężczyzną świata i Mildrid musi go dostać! Nie było to dla niej dziwne, że Mildrid oddała mu swe serce natychmiast i że on zbliżył się do niej bez namysłu. Jeśli rodzice tego nie zrozumieją, to zakochani będą zmuszeni swą wolę przeprowadzić w dobry czy zły sposób, podobnie jak to uczynili pradziadek i dziadek. Myśląc o tym, zanuciła rodzinny marsz weselny.

Przybywszy na szczyt gór, krzyknęła z zachwytu. Miała przed sobą wspaniały widok. Dolina słała się w dali, a osiedla zmieniały się w maleńkie, ledwo dostrzegalne punkciki, daleko w dole leżały hale, a tu, gdzie stała, piętrzył się skalisty grunt ostrymi liniami.

Wiedziała, że iść ma wprost na śnieżny szczyt wysokiej góry, która wznosiła się ponad inne na horyzoncie, gdyż na linii w odległości kilku stajań leży Janowe osiedle. I rzeczywiście po chwili spostrzegła, że to już niedaleko.

Ale widok osiedla znowu znikł jej sprzed oczu. Aby się upewnić co do kierunku drogi, wspięła się na stromą skałę w pobliżu i ujrzała tuż przed sobą spore jezioro. Nad jeziorem stało coś, co mogło być skałą, a mogło być i domem. Wiedziała, że osiedle Janowe leży nad jeziorem i pewna była, że nad tym właśnie. Nagle spostrzegła łódź, a w niej dwoje ludzi. To musiał być Jan ze swoim Niemcem.

Pośpieszyła w kierunku jeziora. Ale to, co jej się wydawało bliskie, było jeszcze daleko, biegła tedy i biegła, a sił jej dodawała chęć zobaczenia Jana Haugena.

Jan tymczasem siedział sobie najspokojniej z Niemcem w łodzi, nie domyślając się nawet, jakich powikłań stał się przyczyną. Dotąd nie znał co miłość i dopóki sprawa nie została załatwiona, trapił go niepokój. Teraz, kiedy wszystko zostało wyjaśnione, był spokojny, wesoły i układał nową pieśń weselną.

Stworzył właśnie coś wcale ładnego i użył dla zamknięcia każdej zwrotki motywu spotkania w lesie. Nucił tedy wesoło, był szczęśliwy i łowił ryby, a Niemiec czynił to samo i nie przeszkadzał mu w śpiewaniu.

Nagle usłyszeli obaj wołanie znad brzegu. Spojrzeli i zobaczyli dziewczynę dającą znaki. Pogadali ze sobą i skierowali łódź do lądu. Jan wysiadł, przywiązał łódź do pala, po czym obaj zabrali strzelby, ubranie, ryby i wędki. Niemiec udał się wprost do chaty, a Jan z całym tym ładunkiem skierował się tam, gdzie stała Beret.

– Ktoś ty? – spytał.

– Beret, siostra Mildrid!

On się zarumienił, a ona także. Ale zaraz pobladł i spytał porywczo:

 

– Czy się coś stało?

– Nic się nie stało, ale musisz zaraz przyjść! Ona nie może teraz w żaden sposób pozostawać sama!

Stał chwilę i patrzył na nią. Potem skinął głową i poszedł ku chacie. Niemiec zatrzymał się pod domem i rozwieszał na ścianie przybory rybackie. Jan uczynił teraz to samo, rozmawiając ze swoim gościem. Gdy wchodzili, z domu wypadły szczekając dwa psy, jeden Jana, drugi Niemca, ale zawołano je zaraz i musiały się uspokoić.

Trwało dosyć długo, zanim się Jan ukazał z powrotem. Przebrał się w inne ubranie, miał na ramieniu strzelbę i psa przy boku. Niemiec wyszedł także. Podali sobie ręce, jakby się rozstawali na czas dłuższy, po czym Jan zbliżył się do Beret.

– Czy umiesz prędko chodzić? – spytał.

– Umiem… naturalnie! – zawołała.

Zaczął iść, ona biegła obok niego, a pies ich wyprzedzał.

Dotąd był pewny, że Mildrid jest równie spokojna jak on. Teraz zaczął się domyślać, że jest inaczej. Naturalnie trapi się myślą, co powiedzą rodzice! A także przeraził ją ten pośpiech, z jakim wszystko się stało. Teraz wszystko rozumiał dobrze i dziwił się, że mu to przedtem nie wpadło do głowy. Wszakże jemu samemu to, co się stało z Mildrid, wydało się po prostu jakby napaścią. Tym więcej musiała to odczuć młoda, wrażliwa dziewczyna, która dotąd żyła w zaciszu domowym przy rodzicach.

Przyśpieszył kroku. Beret biegła jak mogła, patrząc bez przerwy w jego oblicze. Z początku widział te oczy wpatrzone w siebie i zarumienione policzki, potem zatonął w myślach i nie zwracał na to uwagi.

Nagle spojrzał poza siebie i zobaczył, że Beret została w tyle, ale śpieszy jak może, by go doścignąć. Stanął i czekał, aż nadeszła, nie mogąc tchu złapać, a w oczach jej były łzy.

– O, widzę, że idę za szybko! – powiedział.

Podał jej rękę. Ale była tak zadyszana, że nie mogła odpowiedzieć.

– Spocznijmy trochę! – powiedział i posadził ją koło siebie.

Na jej twarzy wystąpiły jeszcze silniejsze rumieńce, nie śmiała nań patrzeć, a pierś jej falowała szybkim oddechem.

– Tak mi się chce pić! – wyrzekła na koniec z trudem.

Wstali, Jan rozejrzał się wokoło, ale nigdzie nie było wody.

– Tam niedaleko płynie strumyk! – powiedział. – Spocznij! I tak nie mogłabyś teraz pić wody, gdyż zaszkodziłoby ci to na pewno.

Siadł znowu, a ona przykucnęła przed nim na kamieniu.

– Całą drogę biegłam! – powiedziała, by się usprawiedliwić. – Zresztą nie jadłam obiadu! – dodała po chwili. – I w nocy nie spałam – uzupełniła.

Zamiast wyrazić jej współczucie, powodowany egoizmem zakochanych spytał porywczo:

– To pewnie i Mildrid nie jadła obiadu i nie spała w nocy!

– Mildrid już od dwóch dni wcale nie sypia i nie jada! Sama widziałam! – Pomyślała chwilę. – Jeszcze nigdy nie trafiło jej się nic podobnego – dodała z tragicznym wyrazem.

Wstał niezwłocznie.

– Czy możesz już iść? – spytał.

– Spróbuję… – powiedziała niepewnie.

Wziął ją za rękę i szalony marsz rozpoczął się na nowo. Ale zaraz spostrzegł, że w ten sposób rzecz się nie powiedzie, zdjął tedy kaftan, dał jej do trzymania, przerzucił strzelbę przez piersi i wziął ją na ręce. Nie chciała przystać na to, ale nie było innej rady, przeto zgodziła się. Niósł ją lekko i bez wysiłku, jak piórko, a ona trzymała się jego kołnierza, gdyż za nic na świecie nie zgodziłaby się objąć go za szyję.

Po pewnym czasie powiedziała, że już odpoczęła i może iść sama. Postawił ją przeto na ziemi, wziął z jej rąk kaftan i zarzucił go na lufę strzelby.

Ruszyli dalej. Przy strumieniu zatrzymali się i wypoczęli jako tako, zanim jej pozwolił ugasić pragnienie. Gdy wstała, by iść dalej, uśmiechnął się do niej i powiedział.

– Śliczna dziewczynka z ciebie!

Zaczynało zmierzchać, gdy znaleźli się na hali. Daremnie jednak szukali Mildrid na pastwisku, w szałasie i pod skałą. Na wołanie nikt nie odpowiadał i oboje zaczęli się bać o nią.

Nagle Jan spostrzegł, że pies coś obwąchuje. Pobiegli i zobaczyli, że była to chusteczka Mildrid. Jan kazał zaraz psu szukać śladu, a poczciwy i mądry Kwas rzucił się prosto drogą ku dolinie.

Pospieszyli za nim i spostrzegli, że pędzi w kierunku Tingvoldu. Czyż więc Mildrid udała się do domu? Beret zwierzyła się Janowi z nieoględnego pytania, jakie zadała siostrze, i zaczęła płakać.

– Czy iść jej śladem? – spytał.

– Tak… tak, ona była niezmiernie wzburzona! Nie wiedziała po prostu, co się z nią dzieje!

Przede wszystkim musieli udać się na halę sąsiednią i prosić o pomoc w pilnowaniu bydła. Szli potem śladem psa i naradzali się, jak tego dokonać, gdy spostrzegli, że Kwas stanął, ogląda się i macha ogonem. Pobiegli i ujrzeli Mildrid leżącą na ziemi.

Zbliżyli się ostrożnie, pies polizał ją po twarzy i rękach, ale się nie zbudziła. Zmieniła tylko pozycję, otarła twarz wierzchem dłoni i spała dalej.

– Niech sobie śpi! – szepnął Jan. – Wracaj i zajmij się bydłem! Słyszę dzwonki!

Beret zabierała się od odwrotu.

– Przynieś za powrotem coś do jedzenia! – dodał Jan.

Usiadł w pewnej odległości, przywołał do siebie psa i ścisnął mu nos, aby nie węszył zwierzyny i nie szczekał, gdyby się coś zjawiło w pobliżu.

Cisza panowała wokół. Wieczór był chmurny, posępny, nawet ptaki nie świergotały na drzewach. Jan siedział lub kładł się, nie puszczając psa. Rozmyślając nad tym co robić, gdy Mildrid się zbudzi, powziął postanowienie i jasno zdał sobie z wszystkiego sprawę. Przyszłość była jasna. Owo spotkanie było niewątpliwie zrządzeniem Opatrzności. Sam Bóg postanowił, że mają razem iść drogą życia.

Snuł dalej wątek swej pieśni weselnej, był spokojny i szczęśliwy.

Około ósmej wróciła Beret i przyniosła jedzenie. Mildrid spała jeszcze. Beret postawiła naczynie i usiadła w pewnym oddaleniu od nich. Czekali blisko godzinę, Beret wstawała raz po raz, aby jej sen nie zmorzył.

Około dziewiątej Mildrid zbudziła się. Otworzyła oczy, zorientowała się, gdzie jest i spojrzała na nich. Nie rozumiała, co się stało, gdy jednak Jan podszedł ku niej, wyciągnęła doń obie ręce.

– Wyspałaś się, Mildrid? – spytał.

– Trochę… – odparła.

– Pewnieś głodna?

– O tak! Teraz jestem głodna!

Beret podała jej jedzenie.

Popatrzyła na nią, potem na Jana i spytała:

– Czy długo spałam?

– Dość! Już jest dziewiąta!

Dopiero teraz przypomniała sobie wszystko.

– Długo tu siedzicie?

– Dość! Ale teraz jedz! – zalecił jej.

Zabrała się do jedzenia.

– Pewnie chciałaś iść do domu? – spytał.

Zarumieniła się.

– Tak! – powiedziała z cicha.

– Jutro, kiedy się porządnie wyśpisz, pójdziemy oboje do twoich rodziców!

Spojrzała nań od razu zdziwiona, potem z wielką wdzięcznością, ale nic nie odrzekła.

Zapytała Beret, gdzie była, a potem słuchała opowiadania siostry jak znalazła i przyprowadziła Jana. Dużą przyjemność sprawiła jej wiadomość, że pies ją znalazł i polizał po twarzy i rękach. Poczciwy Kwas siedział właśnie przed nią i chciwym wzrokiem śledził każdy kęs, jaki brała w usta. Pogłaskała go i od tej chwili po przyjacielsku dzieliła się z nim posiłkiem.

Gdy skończyła, wrócili powoli do koliby6, a Beret zaraz położyła się spać. Oni siedli przed domem. Zaczął mżyć drobny deszczyk, ale dach wystawał daleko poza ściany, przeto nie odczuwali tego wcale. Mgła oblegała chatę, a oni siedzieli jakby w zaczarowanym kole. Wieczór był raczej mroczny, a nie jasny.

Mówili przyciszonym głosem, poufnie, spokojnie, a każde słowo zbliżało ich do siebie. Była to właściwie ich pierwsza rozmowa. On prosił o przebaczenie za to, że zapomniał, iż jej położenie było inne niż jego, że przede wszystkim powinna się była porozumieć z rodzicami.

Przyznała, że obawiała się tego. Lecz od chwili spotkania się z nim była jakby w obłędzie i zapomniała nawet o rodzicach.

Miała mu zapewne znacznie więcej do powiedzenia, ale coś ją jeszcze od tego wstrzymywało. Za to niezmierne szczęście przemawiało z całej jej istoty, z każdego najcichszego tchnienia. Był to początek pełnego jednoczenia się ich serc. U innych przychodzi to często przed chwilą decydującą, przejawiającą się we wzajemnym uścisku. U nich było odwrotnie.

W półmroku odważyła się na pierwsze istotne pytania. Otrzymała też pierwsze ścisłe odpowiedzi. Słówka jak gdyby uskrzydlone, zwiewne jak puch, biegły z jednej i drugiej strony. Wreszcie Mildrid cicho i z wahaniem odważyła się postawić pytanie, czy zachowanie jej nie wydało mu się dziwne.

6koliba – szałas, schronienie w górach. [przypis edytorski]