Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IX

Guttorm i Karen Solbakken skończyli właśnie jeść, gdy Synnöwe wpadła do pokoju zdyszana i zarumieniona.

– Gdzieś to była, drogie dziecko? – zawołała Karen.

– Rozmawiałam z Ingrid! – odrzekła Synnöwe, zdejmując z głowy chustkę.

Ojciec tymczasem szukał w szafie jakiejś książki.

– O czym też mogłyście rozmawiać, że trwało to tyle czasu?

– O… niczym ważnym.

– Lepiej było trzymać się nas! – mówiła matka, przynosząc jej jedzenie.

Synnöwe siadła przy stole, a matka naprzeciw niej i ciągnęła dalej:

– Czy był kto jeszcze przy tej rozmowie?

– Owszem – przyznała Synnöwe.

– Nie zabraniajże jej rozmowy z ludźmi! – ozwał się w tej chwili ojciec.

– Bynajmniej jej tego nie zabraniam! – odrzekła matka nieco łagodniej. – Ale przecież powinna była towarzyszyć rodzicom.

Na to nikt się nie odezwał.

– Ślicznie dziś było w kościele! – zaczęła znowu Karen. – Widok młodzieży na kościelnej uroczystości sprawia człowiekowi radość!

– Tak! – przyświadczył Guttorm. – Przypomina się uroczysty dzień konfirmacji własnych dzieci!

– Słusznie mówisz! – westchnęła Karen. – Nie wiadomo, jaki los je czeka.

Nastało długie milczenie.

– Powinniśmy dziękować Bogu – zauważył wreszcie Guttorm – pozostawił nam jedno dziecko!

Matka spuściła głowę, gładząc płytę stołu.

– To nasza cała pociecha! – szepnęła. – Dobra i poczciwa – dodała jeszcze ciszej.

Zamilkli znowu.

– Doznaliśmy z jej strony dużo radości! – ozwał się Guttorm. – Niech jej Bóg da szczęście! – dodał po chwili ze wzruszeniem.

Łzy ukazały się w oczach matki. Jedna spadła na stół, a ona starła ją szybko swym palcem.

– Czemu nie jesz? – spytała po chwili, spojrzawszy na córkę.

– Dziękuję! Nie głodnam! – odrzekła Synnöwe.

– Nic prawie nie jadłaś! A przecież odbyłaś taki kawał drogi.

– Nie mogę jeść! – powiedziała dziewczyna, skubiąc koniec chustki.

– Jedz… jedz… drogie dziecko! – zachęcał ojciec.

– Nie mogę! – powtórzyła i zaczęła płakać.

– Ależ, kochanie, czemu płaczesz?

– Nie wiem… – zaszlochała.

– O byle co zaraz płacze! – rzekła matka.

Ojciec wstał i podszedł do okna.

– Idzie w naszą stronę dwóch mężczyzn – powiedział.

– Doprawdy? Do nas? – spytała matka i zbliżyła się także.

Patrzyli przez chwilę w milczeniu.

– Któż to być może? – powiedziała Karen, ale w głosie jej nie brzmiało pytanie.

– Nie wiem! – odparł Guttorm, przyglądając się zbliżającym.

– Nie mogę pogodzić jednego z drugim! – ozwała się Karen. – Nie rozumiem…

– I ja nie!

Przybysze zbliżyli się.

– Tak, to pewnie oni! – powiedziała na koniec Karen.

– I ja tak myślę – przyświadczył mąż.

Mężczyźni zbliżali się coraz bardziej. Starszy przystanął i rozglądał się wokoło, młodszy uczynił to samo, potem ruszyli dalej.

– Czy masz wyobrażenie, czego mogą chcieć? – zapytała Karen znowu tym samym tonem, co poprzednio.

– Nie… pojęcia nie mam! – odparł Guttorm.

Karen podeszła do stołu, zebrała talerze i szybko doprowadziła w pokoju wszystko do porządku.

– Włóż chusteczkę na głowę, Synnöwe! – powiedziała. – Przecież nadchodzą goście!

Ledwo wymówiła te słowa, drzwi otwarty się i Sämund wraz z Torbjörnem weszli do izby.

– Błogosławieństwo temu domowi! – rzekł Sämund głośno, stając przy drzwiach, potem zbliżył się i pozdrowił obecnych. To samo uczynił Torbjörn.

Na samym końcu zbliżyli się do Synnöwe stojącej w kącie z chustką w ręku. Nie wiedziała, czy ma ją zarzucić na głowę, czy nie, nie wiedziała może nawet, że trzyma ją w ręku.

– Prosimy… siadajcież! – powiedziała matka do przybyłych.

– Dziękujemy! – odparł Sämund. – Wprawdzie niedaleką mieliśmy drogę… – nie dokończywszy zajął miejsce, a obok niego usiadł Torbjörn.

– Straciliśmy was dzisiaj całkiem z oczu, wracając z kościoła! – powiedziała Karen.

– Tak! I ja oglądałem się za wami! – odrzekł Sämund.

– Tyle dziś było ludzi! – dodał Guttorm.

– Mnóstwo! – przytakiwał Sämund. – Śliczna to była uroczystość!

– Właśnie dopiero co mówiliśmy o tym – odparła dobrotliwie Karen.

– Dziwnie się robi człowiekowi, gdy patrzy na te dzieci w kościele… – dodał Guttorm.

Karen usiadła na ławie.

– To prawda! – potwierdził Sämund. – Człowiek zaczyna się wówczas zastanawiać poważnie nad własnymi dziećmi. I właśnie z tego powodu przybyłem tutaj pod wieczór – dorzucił.

Spojrzał uroczyście wokoło, wyjął z ust prymkę tytoniu, włożył ją starannie do puszki i wziął nową.

Guttorm, Karen i Torbjörn oglądali się za czymś, na czym by spoczął ich wzrok.

– Uważałem – ciągnął dalej Sämund – że najlepiej będzie, gdy ja przyjdę tutaj z Torbjörnem, bo długo by pewnie trwało, nimby się sam odważył. Zresztą nie jestem zupełnie pewien, czy sam by potrafił rzecz wytłumaczyć.

Spojrzał ukradkiem na Synnöwe, która odczuła to spojrzenie.

– Sprawa się ma tak, że od chwili, kiedy młodemu takie rzeczy przychodzą do głowy, Torbjörn skierował swą uwagę na Synnöwe. Nie ulega też wątpliwości, że i dla niej nie był on obojętny. Przeto, jak sądzę, najlepiej będzie, jeśli się pobiorą… Nie byłem ja za tym w czasie, kiedy widziałem, iż sam nad sobą panować nie umie, więc jakże by zdołał panować nad innymi. Ale teraz, zdaje mi się, mogę za niego ręczyć, a jeśli nie mogę ja… to na pewno może to zrobić ona sama. Bo teraz ma nad nim największą władzę… Cóż myślicie, drodzy sąsiedzi, o tej sprawie? Czy mamy ich połączyć? Co prawda, nic nie nagli, ale jak sądzę, zwłóczyć także nie ma co. Ty, Guttormie, jesteś człek dostatni, ja, co prawda, nie tak dobrze się mam, ile że muszę dzielić to, co posiadam, ale zdaje mi się, że i tak da się to zrobić. Raczcież powiedzieć, co o tym myślicie… Ją spytam na samym końcu, bo jeśli mi się zdaje, wiem, czego ona pragnie.

Tak mówił Sämund. Guttorm siedział pochylony naprzód i przekładał jedną rękę na drugą. Raz po raz czynił wysiłki, by wstać z ławy i za każdym razem oddychał głęboko. Ale dopiero za piątym razem udało mu się wyprostować grzbiet. Wstał i gładził się po nogach, spoglądając to na żonę, to na córkę.

Karen nie ruszyła się z miejsca. Z wyrazu jej twarzy niczego nie było można wyczytać. Siedziała przy stole i wodziła po nim palcem, rysując rozmaite figury.

– Tak… zaprawdę… jest to piękny projekt… nie można powiedzieć… – zaczęła.

– I powinniśmy, moim zdaniem, podziękować i przystać! – oświadczył Guttorm głośno i wyraźnie, po czym odetchnął, jakby mu kamień spadł z serca. Spoglądał teraz raz po raz na żonę i Synnöwe, która skrzyżowała ręce na piersiach i oparła się o ścianę.

– Mamy tylko tę jedną córkę! – powiedziała Karen. – Musimy przeto mieć czas do namysłu.

– Jest na to rada! – rzekł Sämund. – Tylko nie wiem, co stoi na przeszkodzie odpowiedzi… rzekł niedźwiedź do chłopa, pytając, czy chce mu podarować jałówkę.

– Zdaje mi się – odezwał się Guttorm – że odpowiedź możemy dać zaraz!

Spojrzał na żonę.

– Jedną mam tylko wątpliwość – ozwała się, nie patrząc na męża – Torbjörn jest trochę awanturnikiem!

– Co do tego – stanął w jego obronie Guttorm – to zmienił się bardzo! Sama dziś mówiłaś…

– Gdyby mu można zaufać… – ozwała się wreszcie Karen.

– Tak! – zabrał głos Sämund. – Co się tego punktu tyczy, to muszę powtórzyć, co już mówiłem. Jazda będzie dobra, jeśli ona będzie miała cugle w ręku. Posiada ona nad nim niepojętą władzę. Zauważyłem to, kiedy leżał chory i nie wiadomo było, jak się skończy cała sprawa, czy wyjdzie, czy zemrze.

– Nie sprzeciwiaj się dłużej! – rzekł Guttorm do żony. – Wiesz sama, że ona tego chce, a my przecież żyjemy dla niej!

Synnöwe po raz pierwszy podniosła głowę i spojrzała na ojca z niewysłowioną wdzięcznością.

– No tak… – odparła Karen po krótkim milczeniu. Posunęła po stole palcem mocniej niż poprzednio. – No… tak… ja opierałam się tak długo tylko dla jej dobra… Nie jestem może tak surowa jak moje słowa!

Spojrzała na męża i uśmiechnęła się, ale w tej chwili oczy jej napełniły się łzami.

Guttorm rzekł:

– Tedy, dzięki Bogu, stało się to, czego od dawna najgoręcej pragnąłem na ziemi.

Podszedł do Synnöwe.

– Nigdy nie myślałem, by się to miało inaczej skończyć! – oświadczył Sämund, wstając z ławy. – Co ma być… być musi!

I również podszedł do Synnöwe.

– Cóż ty na to, drogie dziecko? – spytała matka, zbliżając się do niej także.

Synnöwe nie ruszyła się ze swego miejsca. Obstąpili ją wszyscy z wyjątkiem Torbjörna, który siedział ciągle tam, gdzie usiadł po przyjściu.

– Wstań, Synnöwe! – szepnęła jej Karen.

Wstała, uśmiechając się, a potem odwróciła się do ściany i zaczęła płakać.

– Niech cię Bóg ma w swej opiece, drogie dziecko, teraz i zawsze! – powiedziała Karen, objęła córkę i płakała razem z nią.

Mężczyźni oddalili się, każdy w inną stronę.

– Zbliż się do niego, Synnöwe! – powiedziała matka i popchnęła ją z lekka ku Torbjörnowi.

Synnöwe uczyniła jeden krok i stanęła. Nie była w stanie iść dalej. Wówczas Torbjörn zerwał się, przyskoczył i chwycił jej rękę, nie wiedział jednak, czy wypada mu czynić coś więcej i stał tak chwilę, aż cofnęła swoją dłoń.

Stali obok siebie, milcząc.

W tej chwili otwarły się cicho drzwi i ukazała się w nich czyjaś głowa.

– Jest tutaj Synnöwe? – spytał nieśmiały głos.

– Tak! Jest tutaj! Chodźże, Ingrid! – powiedział Guttorm.

Była to Ingrid Granlien. Ingrid wahała się.

– Chodź! Chodź! – zachęcał ją. – Już wszystko w porządku!

Wszyscy patrzyli na nią. Wydawała się ciągle zmieszana.

– Jest ktoś jeszcze w sieni! – powiedziała.

– Któż to? – spytał Guttorm.

– Mama! – odrzekła z cicha.

– Przyprowadźże ją! – krzyknęli wszyscy czworo, a Karen zbliżyła się do drzwi żwawo.

 

– Możesz, mamo, iść śmiało – powiedziała Ingrid. I zaraz weszła Ingeborga Granlien ubrana w biały świąteczny czepek.

– Domyślałam się – powiedziała – że na coś się zanosi, chociaż Sämund nic mi nie powiedział. I nie mogłyśmy obie z Ingrid wytrzymać, by nie przyjść tutaj.

– Właśnie dobrze się stało! – powiedział Sämund – bo sprawa poszła tak, jak sobie zawsze życzyłaś.

– Niech ci Bóg nagrodzi – zwróciła się Ingeborga do Synnöwe – żeś go podniosła do siebie!

Objęła ją ramieniem i gładziła po włosach.

– Przetrzymałaś wszystko, drogie dziecko, i wygrałaś.

Pieściła ją i gładziła jej policzki i włosy. Łzy płynęły jej po twarzy, ale nie zważając na to, obcierała łzy Synnöwe.

– Dobrego dostajesz chłopca, Synnöwe, a to co w nim jest złego, to sama naprawisz. Już się o niego nie boję!

Przytuliła ją raz jeszcze do serca.

Po chwili płacz i wzruszenie ukoiły się i gospodyni domu pomyślała o wieczornym posiłku. Poprosiła Ingrid, by jej była pomocą, bo Synnöwe, jak mówiła, dzisiaj zupełnie do niczego.

Za chwilę gotowały różne przysmaki, a mężczyźni rozpoczęli poważną rozmowę o zbiorach, cenach i sprawach publicznych.

Torbjörn usiadł z dala od wszystkich przy oknie. Synnöwe zbliżyła się doń i położyła mu rękę na ramieniu.

– Na coś się tak zapatrzył? – spytała szeptem.

Zwrócił na nią oczy, patrzył długo i serdecznie, a potem znowu spojrzał w okno i powiedział:

– Patrzę na Granlien. Jakże dziwnie wygląda, jak całkiem inaczej, gdy nań patrzeć z Solbakken…