Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Sämundzie Granlien! Wspomnij o żonie i reszcie twoich dzieci, czy ojciec ich ma zostać mordercą?

Wówczas, powiadają, Sämund puścił Knuta i za chwilę gdzieś zniknął, a Knut tak się zawstydził, że umknął chyłkiem z wesela i nie pokazał się na nim do końca.

Ledwo Ingrid skończyła opowiadać, ktoś uchylił drzwi. Był to ojciec. Wyszła niezwłocznie, ustępując mu miejsca. O czym rozmawiał z synem, tego nikt się nigdy nie dowiedział. Matka stała pod drzwiami i wpadło jej do ucha, że rozprawiano o tym, czy i jak dalece odzyska Torbjörn dawne siły i zdrowie. Ale nie była pewna, a wchodzić nie śmiała, póki mąż był u syna. Gdy Sämund wyszedł, zauważono, że oczy jego były zaczerwienione, a stary był w nastroju niezwykle łagodnym.

– Nie umrze! – powiedział do żony mimochodem. – Ale Bóg jeden tylko wie, czy odzyska siły…

Ingeborga rozpłakała się i wyszła za mężem na podwórze. Tam siedli na schodach lamusa i rozmawiali długo o różnych sprawach.

Gdy Ingrid wsunęła się cicho do stancji brata, Torbjörn trzymał w ręku małą kartkę papieru i powiedział powoli i spokojnie:

– Tę kartkę musisz dać Synnöwe, gdy się tylko z nią spotkasz.

Ingrid przeczytała kartkę i rozpłakała się rzewnie, gdyż było tam napisane:

Do

Szanownej Panny Synnöwe,

córki Guttorma w Solbakken

Gdy przeczytasz tę kartkę, wiedz, że między nami wszystko skończone. Nie jestem tym człowiekiem, którego chcesz. Niech Bóg mnie i Ciebie ma w swojej opiece.

Torbjörn, syn Sämunda z Granlien.

VI

Synnöwe dowiedziała się zaraz nazajutrz po wypadku, że Torbjörn był na weselu w Nordhaug. Młodszy jego brat przybył z wieścią na hale, ale Ingrid nauczyła go przed wyjściem z domu, co ma powiedzieć. Synnöwe dowiedziała się więc tylko, że koń się spłoszył i Torbjörn udał się do Nordhaugów po pomoc, następnie, że doszło do sprzeczki i bójki z Knutem, który lekko ranił go nożem, ale nie ma niebezpieczeństwa, mimo iż musi leżeć w łóżku.

Tak podana wiadomość zasmuciła ją raczej niż przeraziła i smutek jej wzrastał, w miarę jak nad tym myślała. Więc znowu rozwiały się owe piękne obietnice, nie zmienił się ani na włos, a rodzice znów mu będą mieli coś do zarzucenia. Tak rozmyślała Synnöwe. Nie dopuszczała jednak myśli, by to ich mogło rozłączyć.

Wieści nierychło przedostawały się na hale, więc dopiero po kilku dniach otrzymała świeże wiadomości. Ciążyła jej bardzo niepewność, a ponieważ Ingrid nie wracała, zaczęła odczuwać obawę i domyślać się, że jest dużo gorzej niż jej mówiono. Zaprzestała śpiewania wieczorami, gdy bydło wracało do zagrody, a w nocy nie mogła sypiać, bo brakło jej towarzystwa przyjaciółki. Pewnego dnia czuła się bardzo przygnębiona, chcąc się tedy rozerwać pracą, zaczęła szorować kadzie na mleko i skopki, a na odmianę robiła serki i masło.

Ale praca jej nie szła, robiła wszystko z widocznym przymusem, tak że młodszy brat Torbjörna i drugi chłopiec przyjęty do pomocy byli pewni, że między nią a Torbjörnem musiało coś zajść, i zaczęli snuć na ten temat różne domysły.

W tydzień po odejściu Ingrid Synnöwe była jeszcze smutniejsza i bardziej przygnębiona niż zazwyczaj. Przez tak długi czas nie miała żadnej wieści. Porzuciła robotę i siadła na wzgórku, skąd roztaczał się widok na całą okolicę. Zdawało się jej, że ten widok zastąpi w pewnej mierze towarzystwo, a nie chciała pozostawać sama. Siedziała długo, na koniec ogarnęło ją znużenie, położyła się we wrzosach i zasnęła. Ale słońce dogrzewało, przeto jej sen nie był spokojny. Śniło jej się, że jest u siebie w Solbakken, w sypialni, której okno wychodzi na ogród. Kwiaty ślą upojny zapach, ale zapach to jakiś inny, nie ten, do którego nawykła. Wyjrzała przeto oknem i spostrzegła Torbjörna sadzącego na grządce wrzosy.

– Cóż to robisz, kochany Torbjörnie? – spytała.

– Kwiaty nie darzą się tutaj! – odparł i wziął się na nowo do roboty.

Żal się jej zrobiło kwiatów i poprosiła, by je przyniósł do pokoju.

– Uczynię to chętnie! – odparł, pozbierał wyjęte z ziemi kwiaty i przyniósł jej.

W tej chwili weszła matka i krzyknęła:

– Cóż to? Wpuszczasz do siebie tego nicponia?

Skoczyła i stanęła między Synnöwe i Torbjörnem. Ale on chciał się do niej zbliżyć i zaczął bić się z matką.

– Mamo… mamo! – krzyknęła z płaczem. – On mi chce tylko przynieść moje kwiatki!

– Wszystko mi jedno! Niech się stąd wynosi – odparła matka i rzuciła się na Torbjörna.

Synnöwe była przerażona, nie wiedziała, komu ma życzyć zwycięstwa. Pragnęła tylko, by żadne z nich nie zostało pokonane.

– Uważaj na kwiatki! – zawołała. Ale oni nie zważali na nic, bili się i kwiatki rozsypały się po całym pokoju. Deptali po nich oboje: i matka, i Torbjörn. Synnöwe zaczęła płakać. Torbjörn w chwili, kiedy rozsypał kwiaty, stał się nagle brzydki, straszliwie brzydki i odrażający. Włosy miał długie i zmierzwione, twarz ogromną i wykrzywioną, oczy zaczęły miotać błyski, u palców wyrosły mu długie pazury i szponami tymi pochwycił matkę.

– Mamo… mamo… strzeż się… czy nie widzisz, że się zmienił!

Krzyczała i chciała spieszyć na pomoc matce, ale nie mogła się ruszyć z miejsca.

Nagle ktoś na nią zawołał, raz i drugi raz… Torbjörn wybiegł na pole, a matka pospieszyła za nim. Znowu posłyszała wołanie:

– Jestem… Idę! – odkrzyknęła Synnöwe i zbudziła się.

– Synnöwe! – wołał ktoś.

– Idę… idę! – powtórzyła.

– Gdzie jesteś?

„To matka woła!” – pomyślała i poszła ku hali, gdzie stała matka ze sporym koszykiem w ręku.

– Czemuż się kładziesz i śpisz na gołej ziemi? – spytała matka.

– Byłam tak znużona, że się położyłam na chwilę i zasnęłam! – odparła Synnöwe.

– Nie rób tego na drugi raz – ostrzegała matka. – W koszyku jest coś dla ciebie – dodała. – Upiekłam placek, bo ojciec wybiera się do miasta.

Ale Synnöwe czuła dobrze, że matka nie z tego powodu przyszła i że nie darmo o niej śniła.

Podziękowała za to, co jej przyniosła i odkryła koszyk, by zbadać jego zawartość.

– Zobaczysz potem – powiedziała matka – teraz słuchaj! Zauważyłam, że kadzie i skopki dawno nie były szorowane. Musisz to zrobić, drogie dziecko, przed spaniem.

– Dzisiaj tak jakoś zasłabłam…

– Chodź, pomogę ci trochę, skorom tu już przyszła! – oświadczyła matka, zakasując spódnicę. – Musisz się przyzwyczaić do porządku, czy na ciebie patrzę, czy nie!

Poszła do mleczarni przodem, a Synnöwe udała się za nią powoli. Zdjęły z półek naczynia i zaczęły je szorować. Matka zbadała całe urządzenie mleczarni i wyraziła swe zadowolenie, udzielała córce ciągle rad, pouczała, jak się do czego brać, pomagała jej szorować, zamiatać i tak mijały godziny. Podczas roboty matka opowiadała szeroko i długo o przygotowaniach, by ojca wyprawić w drogę, a potem spytała, czy Synnöwe czytuje codziennie Biblię przed udaniem się na spoczynek.

– Inaczej nie będzie ci się darzyć praca przez cały dzień! – zapewniała córkę.

Gdy wszystko było gotowe, wyszły obie przed kolibę i siadły w trawie, oczekując powrotu bydła. Po chwili spytała matka, czy Ingrid wnet wróci na hale. Ale Synnöwe nie wiedziała więcej od niej samej.

– Tak teraz postępują ludzie! – westchnęła matka.

Synnöwe wiedziała, że nie ma na myśli Ingrid, ale kogoś innego. Nie śmiała jednak skierować rozmowy na upragniony temat.

– Kto nie ma Boga w sercu, tego dotyka jego palec, i to w chwili, gdy się tego najmniej spodziewa! – powiedziała matka.

Synnöwe milczała.

– Zawsze to mówiłam! Z tego chłopaka nic nie będzie! Któż widział tak postępować… pfe!

Patrzyły obie w dolinę, nie chcąc spojrzeć sobie wzajem w oczy.

– Czy wiesz, co z nim słychać? – spytała nagle matka, rzucając przelotne spojrzenie na córkę.

– Nie wiem… – odparła Synnöwe.

– Bardzo z nim źle!

Synnöwe uczuła, że jej serce bić przestało.

– Czy mu co grozi? – szepnęła.

– No… tak! Dostał pchnięcie nożem w bok i cały prócz tego pokaleczony…

Krew uderzyła dziewczynie do twarzy. Odwróciła głowę, by matka tego nie zauważyła.

– Ale może przetrzyma? – spytała głosem możliwie spokojnym. Matka spostrzegła, że pierś jej faluje gwałtownie, więc odparła:

– Pewnie się wyliże. Jest mocny!

Synnöwe wiedziała teraz, że stało się coś strasznego.

– Czy leży w łóżku? – spytała.

– No, naturalnie. To bardzo smutna sprawa dla rodziców… Tacy zacni ludzie… I wychowali dobrze syna… Przynajmniej nie ponoszą winy w oczach Boga!

Synnöwe drżała na całym ciele, a matka mówiła dalej:

– Jak to dobrze, że żadna dziewczyna nie związała się z nim. Bóg wszystkim kieruje najlepiej…

Synnöwe uczuła taki zawrót głowy, że omal nie spadła ze wzgórza.

– Zawsze mówiłam ojcu: „Niech nas Bóg strzeże… mamy jedną tylko córkę, dlatego musimy dawać pilne baczenie…”, tak zawsze mówiłam. Ojciec ma miękkie serce mimo swej dzielności, więc dobrze, że szuka rady tam, gdzie zawsze znaleźć ją można, to jest w słowie bożym…

Synnöwe wspomniała, jak dobry był zawsze dla niej ojciec, i łzy napłynęły jej do oczu. Nie mogła ich powstrzymać. Załkała głośno.

– Czemu płaczesz? – spytała matka, starając się spojrzeć w jej pochyloną nisko twarz.

– Myślę o ojcu… – jąkała i… znowu łkanie wstrząsnęło jej piersią.

– Co to?… Co ci jest, dziecko? – pytała matka.

– Sama nie wiem… coś mi się tak… gdyby mu się w drodze coś przytrafiło…

– Cóż to za gadanie? Cóż mu się stać może? Do miasta wiedzie prosty i równy gościniec!

– Tak… ale pomyśl, mamo, co… się… się stało z… tamtym!

– Z tamtym?… No… ojciec dzięki Bogu nie jedzie jak wariat. Wróci wesoły i zdrowy, jeśli Bóg nie wypuści go ze swej świętej opieki.

Nieustające łzy Synnöwe dały matce wiele do myślenia. Powiedziała nagle:

– Są na świecie różne zmartwienia, nieraz nawet bardzo ciężkie. Musimy się tym pocieszać, że mogłoby być jeszcze dużo gorzej.

 

– Ach, to smutna pociecha! – powiedziała Synnöwe i płakała dalej.

Matka nie miała odwagi wypowiedzieć tego wszystkiego, co jej leżało na sercu, rzekła tedy tylko:

– Pan Bóg kieruje często sprawami ludzkimi w sposób widzialny. I tutaj zachodzi ten przypadek.

Wstała, bo usłyszała porykiwanie zbliżającego się stada. Dzwonki tętniły, rozbrzmiewały drewniane trąby pasterzy, a krowy zstępowały z wolna na niżej położoną halę. Były najedzone, a przeto pokojowo i wesoło usposobione. Matka wezwała Synnöwe, by z nią poszła naprzeciwko stada. Uczyniła to z ociąganiem i stąpała powoli, ze spuszczoną głową.

Karen Solbakken zajęła się witaniem krów. Każda z nich poznawała ją po kolei, zbliżała się i ryczała z zadowolenia. Gładziła je, klepała po karkach i była uszczęśliwiona, widząc, jak są dobrze odżywione.

– O tak… – powiedziała – Bóg nie opuszcza tego, kto w nim złożył swą ufność!

Pomagała Synnöwe zapędzić bydło, bo córka była dziś do niczego. Potem pomogła jej w dojeniu, mimo że ją to zatrzymało dłużej niż postanowiła. Gdy mleko było już przecedzone, a matka zabierała się do powrotu, Synnöwe chciała ją kawałek odprowadzić.

– Nie… nie! – powiedziała. – Jesteś znużona, połóż się spać!

Podała jej rękę, wzięła pusty koszyk i powiedziała na pożegnanie:

– Przyjdę niedługo zobaczyć, co słychać z tobą. Trzymaj się, dziecko, myśl o nas, rodzicach swych, a nie troszcz się o resztę!

Ledwie matka odeszła, zaczęła Synnöwe dumać, w jaki sposób mogłaby najszybciej otrzymać wieści z Granlien. Przywołała brata Torbjörna, ale gdy się zjawił, nie miała odwagi zwierzyć mu się i odesłała go z powrotem. Postanowiła iść sama. Ingrid nie dawała znaku życia. Noc była jasna i pogodna, a osiedle nie było tak odległe, by to miało stanowić przeszkodę w tak ważnej dla niej sprawie. Chwilę jeszcze podumała nad słowami matki, popłakała trochę, a potem zarzuciła chustkę i poszła boczną ścieżką, aby nie zwracać uwagi chłopców.

Im dłużej szła, tym bardziej jej było spieszno, tak że w końcu biegła drożyną leśną, a małe kamyczki oderwane od skał biegły za nią i przed nią i przerażały ją hałasem. Wiedziała, że to tylko kamienie, a jednak zdawało jej się, że ktoś kroczy za nią. Przystawała tedy nasłuchując. Nie… nie było nikogo. I znów biegła jeszcze szybciej. Nagle skoczyła na głaz utkwiony jednym końcem w ziemi. Pod wstrząśnięciem oderwał się od reszty i ledwo zdążyła uskoczyć. Głaz stoczył się w dół, czyniąc okrutny łomot, obijając się po krzakach i drzewach. Synnöwe drżała ze strachu, a przeraziła się jeszcze bardziej, spostrzegłszy na dole na drodze jakąś postać. Zrazu myślała, że to dziki zwierz. Stanęła, wstrzymując oddech. Stwora owa przystanęła również.

– Oj! – krzyknął ktoś na widok pędzącego głazu.

Poznała matkę.

Uskoczyła w bok i skryła się za grubą sosnę, czekała tam przez dobrą chwilę, by matka tymczasem mogła się oddalić. Potem szła powoli i niebawem znalazła się niedaleko zabudowań w Granlien.

Na ich widok doznała uczucia pewnej trwogi, wzrastającej w miarę zbliżania. Panowała cisza. Kilka narzędzi gospodarczych stało opartych o ścianę, obok leżał stos zrąbanego drzewa opałowego, a siekiera tkwiła w klocu. Przeszła mimo niego ku drzwiom. Zatrzymała się, słuchając. Cicho było wszędzie. Stała, namyślając się, czy ma iść na górę do sypialni Ingrid, gdy nagle wspomniała, iż taka sama musiała być owa noc, kiedy Torbjörn przyszedł do jej ogrodu sadzić kwiatki. Szybko tedy zzuła trzewiki i wśliznęła się schodami na pięterko.

Ingrid przeraziła się na dobre, gdy ją Synnöwe zbudziła.

– Co z nim słychać? – spytała Synnöwe.

Dopiero teraz przyszła Ingrid do przytomności i chcąc zwlec z odpowiedzią, sięgnęła po ubranie. Ale Synnöwe usiadła na łóżku, poprosiła, by leżała, i powtórzyła pytanie.

– Już mu teraz lepiej. Droga Synnöwe – mówiła Ingrid – niedługo przyjdę do ciebie na hale.

– Ach Ingrid! – prosiła Synnöwe. – Nie taj przede mną niczego. Przypuszczam wszystko najgorsze, przeto się nie przerażę.

Ingrid jeszcze chciała się wykręcać, ale strach Synnöwe był tak wielki, że nie mogła się oprzeć. Szeptem padały pytania i szeptem odpowiedzi. Wokół panowała uroczysta cisza, a powaga chwili pozwalała najsroższej prawdzie spojrzeć w oczy.

Doszły obie do przekonania, że wina Torbjörna była bardzo mała i że nic nie przeszkadza Synnöwe współczuć jego nieszczęściu. Obie płakały rzewnie po cichu. Synnöwe rozpływała się po prostu we łzach.

Ingrid chciała ją rozweselić wspomnieniami szczęśliwych chwil przeżytych razem, ale jak to często bywa, szczegóły te pogarszały jeno jej ból.

– Czy nie pytał o mnie? – szepnęła Synnöwe.

– Prawie nic nie mówi!

Ingrid przypomniała sobie o kartce i ciężko jej się zrobiło na sercu.

– Czy nie może mówić? – pytała Synnöwe.

– Nie wiem… doprawdy nie wiem tego… – zaręczała Ingrid i dodała:

– Ale pewnie tym więcej za to myśli.

– Czy czytuje?

– Matka czytuje mu czasem i to go cieszy.

– Cóż powiada?

– Widzisz… on prawie wcale nie mówi! Leży tylko na wznak i patrzy prosto przed siebie. Nic więcej.

– Czy leży w świetlicy?

– Tak.

– Twarzą zwróconą ku oknu?

– Tak.

Zamilkły na chwilę. Potem rzekła Ingrid:

– Ten wiatraczek świętojański, który mu kiedyś dałaś, wisi dotąd u okna i kręci się na wietrze.

– Tak… tak… teraz mi już wszystko jedno! – powiedziała Synnöwe z naciskiem. – Nikt na świecie nie zdoła mnie z nim rozłączyć! Niech się dzieje, co chce!

Ingrid stropiła się.

– Doktor nie jest pewny, czy wróci do dawnych sił i zdrowia! – zauważyła.

Synnöwe stłumiła płacz, podniosła głowę i spojrzała w milczeniu na Ingrid. Potem znowu skuliła się i łzy popłynęły po jej policzkach. Złożyła ręce, uspokoiła się, siedziała chwilę bez ruchu. Nagle zdawało się, że powzięła postanowienie. Wstała, uśmiechnęła się, pochyliła się nad Ingrid i ucałowała ją serdecznie.

– Jeśli zostanie kaleką, będę go pielęgnowała. Zaraz to powiem rodzicom.

Ingrid była tym wzruszona do głębi. Ale zanim zdołała odpowiedzieć, Synnöwe uścisnęła jej rękę.

– Żegnam cię Ingrid! – powiedziała. – Wracam na hale!

Obróciła się raźno, by odejść.

– Kartka dla ciebie! – szepnęła Ingrid.

– Kartka? – zdziwiła się Synnöwe.

Ingrid wstała i przyniosła kartkę. Lewą ręką wsunęła ją za gors Synnöwe, a prawą objęła ją za szyję i serdecznie ucałowała, a Synnöwe uczuła na twarzy łzy przyjaciółki. Potem Ingrid pchnęła ją delikatnie ku drzwiom i zamknęła je zaraz, bo nie miała odwagi patrzeć na to, co nastąpi.

Synnöwe po cichu w pończochach zeszła po schodach, ale dużo myśli wirowało jej w głowie, przeto potrąciła jakiś przedmiot. Przeraziła się, skoczyła prędko na próg, przebiegła z trzewikami w rękach koło zabudowań, dopadła bramy, tam stanęła, wdziała obuwie i szybkim krokiem pospieszyła ku górom. Krew tętniła jej w skroniach. Szła szybko, nucąc swoim zwyczajem jakąś piosenkę z cicha, w takt kroków. Kroczyła coraz to prędzej, aż wreszcie zmęczenie zmusiło ją do odpoczynku.

Wtedy przypomniała sobie o kartce.

O świcie pies zaczął szczekać, chłopcy pobudzili się, dojono krowy i wyganiano je na paszę, a Synnöwe dotąd nie było.

Chłopcy wstali właśnie i dziwowali się, gdzie mogła zniknąć, bo spostrzegli, że łóżko jej było nietknięte, gdy zjawiła się niespodziewanie. Była blada i nie mówiła nic. Bez słowa przygotowała dla pasterzy śniadanie, włożyła do puszek zapas pożywienia dla każdego, potem pomagała w doju.

Ciężka mgła leżała jeszcze na niższych grzbietach gór, cała brązowozielona.

Hala lśniła od kropel rosy. Było zimno, a poszczekiwanie psa rozbrzmiewało echem po skalistych turniach.

Wypuszczano krowy po jednej. Poczuwszy rzeźwy powiew ranka ryczały i spieszyły ku wyjściu, ale tam siedział już pies i zatrzymywał każdą z osobna, dopóki wszystkie nie znalazły się w gromadzie. Potem całemu stadu pozwolił wyjść swobodnie.

Rozdzwoniły się dzwonki zawieszone u szyi zwierząt, poszczekiwanie psa niosło się daleko, chłopcy dęli w długie trąby drewniane, zagłuszając się wzajemnie.

Synnöwe odwróciła się od tego obrazu pełnego życia i wesela i udała się na miejsce, gdzie zwykle przesiadywały obie z Ingrid. Nie płakała. Siedziała zamyślona, patrząc w dal i łowiąc uchem różne odgłosy, które w miarę oddalania stawały się coraz bardziej harmonijne.

VII

W jakiś czas po tych wszystkich zajściach siedzieli Guttorm i Karen w świetlicy w Solbakken i czytali sobie wzajem ustępy z nowych książek przywiezionych z miasta. Byli rano w kościele, gdyż była to niedziela. Potem zrobili mały spacer po polach, by zobaczyć, jak wyglądają zasiewy i rozważyć, które kawałki roli mają na rok przyszły ugorować, a które trzeba będzie zasiać. Szli od jednej działki do drugiej i stwierdzali z zadowoleniem, że posiadłość poprawiła się w ich rękach w stosunku do tego, co objęli po ojcach.

– Bóg jeden wie, co się z tym stanie, gdy nas zabraknie – rzekła Karen.

Wówczas zaproponował jej Guttorm, by wrócili do domu i poczytali trochę, gdyż czytanie to najlepsza rzecz na odpędzenie złych myśli.

Gdy jednak przejrzeli nowe książki, Karen zauważyła, że stare są lepsze.

– Ludzie odpisują ciągle wszystko ze starych książek i to coraz gorzej! – powiedziała.

– Jest w tym trochę prawdy! – odparł Guttorm – Sämund powiedział mi dziś w kościele, że w dzieciach odnaleźć można z łatwością rodziców.

– Tak, widziałam! – powiedziała Karen. – Dużo mówiłeś dzisiaj z Sämundem.

– Sämund to człowiek rozsądny!

– Tylko za mało, zdaje mi się, dba o Pana Boga!

Guttorm nic na to nie odrzekł.

– Gdzie się podziała Synnöwe? – spytała żona.

– Jest w swojej izdebce.

– Byłeś przed chwilą u niej… cóż z nią słychać?

– Hm… tak sobie…

– Czemuś ją zostawił samą?

– Ktoś do niej przyszedł…

– Któż taki?

– Ingrid Granlien.

– Myślałam, że jest jeszcze na hali!

– Dzisiaj właśnie wróciła do domu, by matka mogła iść do kościoła.

– Tak… nareszcie się pokazała…

– Ma bardzo dużo zajęcia…

– Innym też roboty nie brak, a znajdują czas, by iść tam, dokąd należy!

Guttorm znowu nic na to nie odrzekł. Po chwili ozwała się Karen:

– Wszyscy z Granlien byli dziś w kościele z wyjątkiem Ingrid.

– Towarzyszyli Torbjörnowi, bo po raz pierwszy od czasu wyzdrowienia był w kościele.

– Nieszczególnie wygląda!

– Lepiej, niż się wszyscy spodziewali. Ja sam się dziwię, że z tego wyszedł cało.

– Drogo opłacił swój wybryk!

Guttorm patrzył przez chwilę przed siebie.

– Jest jeszcze taki młody… – zauważył.

– Więc to ma być wytłumaczeniem? – zawołała. – Nie, on nie ma charakteru! Nie można mu zaufać!

Guttorm oparł łokcie o stół, wziął do ręki książkę i zaczął czytać. Ale udawał tylko, bo po chwili odezwał się.

– Mówią, że całkiem przyjdzie do zdrowia!

Teraz Karen wzięła również książkę.

– To bardzo dobrze! – odrzekła. – Chłopak śliczny, to prawda. Niechże mu Bóg da opamiętanie!

Czytali przez czas jakiś, na koniec Guttorm obrócił kartkę i powiedział:

– Widziałaś, że ani razu na nią nie spojrzał?

– Zauważyłam to. Siedział jak trusia, póki nie wyszła.

Kilka minut trwało milczenie, potem ozwał się Guttorm:

– Myślisz, że o niej zapomni?

– Byłoby to najlepsze!

Guttorm czytał dalej, żona także, obracając kartkę po kartce.

– Nie podoba mi się, że Ingrid tak długo u niej wysiaduje! – ozwała się Karen.

– Synnöwe nie ma prócz niej innego towarzystwa!

– Ma nas!

Guttorm spojrzał na żonę.

– Nie trzeba być dla niej tak surowym!

Żona milczała chwilę, potem rzekła:

– Nie zabraniam jej wcale przychodzić!

Guttorm zamknął książkę, wstał i wyjrzał oknem.

– O… Ingrid odchodzi właśnie.

Karen ledwo to posłyszała, wyszła szybko ze stancji. Guttorm stał długo w oknie, potem obrócił się i zaczął chodzić po izbie. Gdy żona wróciła, zatrzymał się.

– Tak jest, jak myślałam! – powiedziała. – Synnöwe siedziała i płakała. Gdy weszłam, udała, że szuka czegoś w szufladzie. Nie chciała, by ktoś widział jej łzy!

Potem dodała, potrząsając głową:

– Do niczego ta cała przyjaźń z Ingrid.

Zaczęła przyrządzać wieczerzę, ustawicznie wchodząc i wychodząc. Właśnie gdy jej nie było, weszła Synnöwe. Oczy miała czerwone od płaczu. Przeszła tuż obok ojca i spojrzała mu w oczy. Potem siadła przy stole i wzięła do rąk książkę. Po chwili położyła ją i spytała wchodzącą matkę, czy może jej pomóc.

– I owszem! – odrzekła Karen. – Praca jest najlepsza na wszystko.

 

Synnöwe nakryła stół stojący blisko okna. Ojciec chodzący dotąd po izbie przystąpił tam właśnie i wyjrzał:

– Owies położony od deszczu podniósł się, jak widzę!

Synnöwe stanęła obok niego i popatrzyła także. Zwrócił się ku niej, ale w tej chwili matka była obecna, przeto pogładził ją tylko z lekka po włosach i znów rozpoczął przerwaną wędrówkę.

Jedli w milczeniu.

Modlitwę przed i po posiłku odmawiała zawsze matka. Gdy skończyli, zaproponowała, by czytali i śpiewali hymny – i uczynili tak.

– Słowo boże to wielkie błogosławieństwo! – powiedziała Karen do córki, patrząc na nią, aż Synnöwe spuściła oczy ku ziemi.

– Teraz opowiem wam historyjkę! – oświadczyła matka. – Każde słowo jest w niej prawdą i może przysporzyć korzyści tym, którzy się zastanowią nad jej treścią.

Odchrząknęła i zaczęła:

– Za moich młodych lat żyła w Haug dziewczyna, wnuczka pewnego uczonego, starego człowieka. Wziął ją do siebie, gdy była mała, by mu była osłodą i pociechą starości, i oczywiście nauczył ją słowa bożego i wpoił dobre obyczaje. Pojmowała wszystko łatwo i uczyła się pilnie, tak że niebawem wyprzedziła wszystkie inne dzieci. W piętnastym roku życia umiała czytać, pisać i rachować, umiała też na pamięć wszystkie swoje szkolne książki i dwadzieścia pięć rozdziałów Pisma Świętego. Pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. Wolała siedzieć nad książką niż tańczyć, przeto bardzo rzadko widziano ją w miejscach rozrywek, a najczęściej przebywała w pokoju dziadka zastawionym od powały mądrymi książkami. Zazwyczaj, gdy ją kto zagadnął znienacka, nie wiedziała, o co idzie, bo myślami była daleko. Wszyscy mówiliśmy sobie: „O, gdyby to można posiadać choć połowę tego rozumu, co Karen Haugen!”.

Ponieważ miała odziedziczyć majątek dziadka, przeto zgłaszał się niejeden konkurent do jej ręki. Ale nie chciała żadnego. Właśnie w tym czasie przybył do Haug z uniwersytetu syn miejscowego pastora. Nie bardzo mu się wiodło z egzaminami, gdyż lubował się raczej w wesołym życiu studenckim niż w nauce, a w czasie ostatnim zaczął nawet pić.

– Miej się przed nim na baczności! – powiedział jej dziadek. – Długo przestawałem z ludźmi inteligentnymi i zauważyłem, że mniej zasługują na zaufanie od naszych chłopców.

Karen powodowała się zawsze radami dziadka i gdy tylko spotkała syna pastora, schodziła mu zawsze z oczu. Ale on nie dawał jej spokoju, tak że niebawem spotykała go na każdym kroku.

– Czego chcesz! – powiedziała mu raz. – Nic ci z tego nie przyjdzie!

Ale on nie dawał za wygraną, tak że na koniec musiała wysłuchać jego oświadczyn. Był to rzeczywiście przystojny chłopak. Ale kiedy jej powiedział, że żyć bez niej nie może i w łeb sobie strzeli, uciekła przerażona. Chodził koło domu, gdzie mieszkała, stał nocami pod jej oknem, ale ona nie chciała mu się nawet pokazać. Powtarzał ciągle, że się zabije, ale Karen przekonała się, że to czyste gadanie. Na koniec popadł w straszne pijaństwo.

– Wystrzegaj się, dziewczyno! – powtarzał dziadek. – Wszystko to są sztuczki diabelskie!

Pewnego dnia znalazł się w jej pokoju, a nikt nie wiedział, jak to się stać mogło.

– Przychodzę zabić cię! – powiedział.

– Dobrze! Uczyń to, jeśli ci nie brak odwagi! – powiedziała.

On zaczął płakać i rzekł, że w jej mocy jest uczynić zeń porządnego człowieka.

– Czy porzucisz trunek na pół roku? – spytała.

I przez sześć miesięcy nie tknął wódki.

– Czy wierzysz mi teraz? – spytał.

– Uwierzę ci, jeśli na pół roku wyrzekniesz się wszystkich rozrywek towarzyskich i gier.

Tak uczynił.

– Czy wierzysz mi teraz? – spytał znowu.

– Uwierzę ci, gdy wrócisz na uniwersytet i dokończysz swych nauk teologicznych!

Uczynił to i po roku wrócił jako wyświęcony kapłan.

– Czy uwierzysz mi teraz? – ponowił pytanie.

– Muszę usłyszeć przedtem kilka twoich kazań.

Uczynił, jak chciała. Wygłosił wspaniałe kazanie, mówił o własnych występkach, wykazywał, jak łatwo poprawić się każdemu, byle tylko chciał zrobić początek i dowodził, jak ogromną potęgą jest słowo boże.

Potem stanął znowu przed Karen.

– Teraz wierzę – powiedziała mu – że będziesz żył wedle swoich słów. A ze swej strony zawiadamiam cię, że jestem zaręczona z moim kuzynem Andrzejem Haugenem i następnej niedzieli ogłosisz sam nasze zapowiedzi.

Na tym skończyła matka. Synnöwe z początku nie bardzo słuchała opowiadania, ale potem chwytała z ciekawością każde słowo.

– I na tym koniec? – spytała żywo.

– Koniec! – powiedziała matka.

Guttorm patrzył na żonę, ale ona unikała jego spojrzenia. Po chwili, wodząc palcem po stole, dodała z wahaniem:

– Może i nie koniec, zresztą… ale to już do rzeczy nie należy.

– Cóż jeszcze? – spytała Synnöwe ojca, któremu ta historia wydawała się znana.

– Jeszcze coś… ale matka powiada, że to do rzeczy nie należy.

– Cóż się z nim stało? – spytała Synnöwe.

– Hm… to właśnie… w tym sęk… – powiedział ojciec i spojrzał na matkę. Siedziała oparta o poręcz krzesła i patrzyła zadumana na oboje.

– Czy był bardzo nieszczęśliwy? – szepnęła Synnöwe cichutko.

– Trzeba tam kończyć, gdzie powinien być koniec! – zawyrokowała matka i wstała od stołu. Ojciec i Synnöwe poszli za jej przykładem.