Zabić PattonaTekst

Z serii: Historia
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



© Bet­t­man / Cor­bis

Mojemu ojcu Wil­lia­mowi O’Reilly’emu, który słu­żył swo­jemu kra­jowi jako ofi­cer mary­narki pod­czas II wojny świa­to­wej, oraz mojemu dziad­kowi Joh­nowi O’Reilly’emu, uczest­ni­kowi I wojny świa­to­wej

Wygramy tę wojnę, ale tylko wal­cząc i poka­zu­jąc Niem­com, że mamy wię­cej odwagi, niż mają – lub kie­dy­kol­wiek będą mieli – oni sami. Nie tylko wystrze­lamy tych sukin­sy­nów co do jed­nego, lecz także wypru­jemy z nich flaki, któ­rych uży­jemy do sma­ro­wa­nia gąsie­nic naszych czoł­gów.

GEN. GEO­RGE S. PAT­TON

5 CZERWCA 1944


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pro­log

POKÓJ 110

130. SZPI­TAL POLOWY ARMII USA

HEIDEL­BERG, NIEMCY

21 GRUD­NIA 1945

17.00

Czło­wiek, któ­remu pozo­stało czter­dzie­ści pięć minut życia, nie jest w sta­nie się bro­nić.

Gene­rał Geo­rge S. Pat­ton jr nie lęka się nikogo. Teraz jed­nak śpi, leżąc na wznak na szpi­tal­nym łóżku. Górna połowa jego ciała tkwi w gip­so­wym pan­ce­rzu wsku­tek wypadku samo­cho­do­wego sprzed dwu­na­stu dni. Pokój 110 był nie­gdyś schow­kiem na szczotki i ma nieco ponad dwa­dzie­ścia metrów kwa­dra­to­wych powierzchni. Nie ma w nim ozdób, obra­zów ani ele­ganc­kich mebli – wyłącz­nie wąskie łóżko, białe ściany i poje­dyn­cze okno wysoko pod sufi­tem. Dla żony Pat­tona, Beatrice, która do bólu zaci­ska­jąc dło­nie, odbyła długi lot z ich domu w Bosto­nie, by zna­leźć się przy łóżku męża, przy­nie­siono krze­sło. Sie­dzi na nim teraz, w cał­ko­wi­tej ciszy robiąc szy­deł­kiem i od czasu do czasu na chwilę uno­sząc oczy, by spraw­dzić, czy mąż się obu­dził.

Pat­ton sły­nie z zami­ło­wa­nia do wygód. W cza­sie II wojny świa­to­wej zakła­dał swoje sta­no­wi­ska dowo­dze­nia w dwo­rach, pała­cach, zam­kach i pię­cio­gwiazd­ko­wych hote­lach. Tym­cza­sem teraz jedy­nym luk­su­sem jest to, że jako czte­ro­gwiazd­kowy gene­rał nie musi dzie­lić pokoju z innym pacjen­tem.

„Old Blood and Guts”1, jak żoł­nie­rze nazy­wali swo­jego sześć­dzie­się­cio­let­niego legen­dar­nego dowódcę, jest czło­wie­kiem zara­zem sza­no­wa­nym i budzą­cym lęk. Ma wielu wro­gów. Dla­tego pod drzwiami jego pokoju, na końcu dłu­giego kory­ta­rza pro­wa­dzą­cego do szpi­tal­nego lobby oraz przy każ­dym wej­ściu do budynku peł­nią straż uzbro­jeni funk­cjo­na­riu­sze Mili­tary Police Corps. „Snow­drops” (prze­bi­śniegi), nazy­wani tak z powodu swo­ich bia­łych heł­mów, chro­nią gene­rała przed ame­ry­kań­skimi dzien­ni­ka­rzami, któ­rzy stad­nie poja­wili się w spo­koj­nych dotąd kosza­rach, igno­ru­jąc trwa­jące w Norym­ber­dze pro­cesy zbrod­nia­rzy wojen­nych, aby napi­sać o wypadku oraz rekon­wa­le­scen­cji Pat­tona. Gene­rał Pat­ton „wraca do zdro­wia z szyb­ko­ścią pożaru ogar­nia­ją­cego dom”, ogło­siła przed czte­rema dniami agen­cja Asso­cia­ted Press, opie­ra­jąc się na infor­ma­cjach otrzy­ma­nych pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej doty­czą­cej jego stanu, którą jak co dzień, zwo­łano o szó­stej po połu­dniu. W arty­kule napi­sano rów­nież, że Pat­ton sie­dział na łóżku, otrzą­sa­jąc się z obra­żeń „w tem­pie przy­po­mi­na­ją­cym jego wojenne ofen­sywy”.

Prawda wygląda jed­nak zgoła ina­czej. Gene­rał Geo­rge S. Pat­ton jr jest spa­ra­li­żo­wany od szyi w dół. Frag­menty krę­go­słupa ule­gły prze­miesz­cze­niu, gdy jego samo­chód zde­rzył się z woj­skową cię­ża­rówką pełną pija­nych żoł­nie­rzy. Strza­skany trzeci krąg szyjny poważ­nie uszko­dził rdzeń krę­gowy. Dobre wie­ści są takie, że gene­rał odzy­skał odro­binę czu­cia w koń­czy­nach. Nie­stety, zda­niem leka­rzy praw­do­po­dob­nie ni­gdy już nie sta­nie na nogi.

Repor­te­rzy nie mają o tym poję­cia, dwoją się więc i troją, aby naru­szyć pry­wat­ność Pat­tona i na wła­sne oczy prze­ko­nać się o jego zdu­mie­wa­ją­cych postę­pach. Nie­któ­rzy pró­bo­wali prze­mknąć się do pokoju 110 w prze­bra­niu pie­lę­gnia­rek lub sani­ta­riu­szek. Inni prze­ku­py­wali per­so­nel szpi­tala cze­ko­ladą i nylo­no­wymi raj­sto­pami. War­tow­nicy uda­rem­nili jed­nak wszel­kie ich wysiłki. Naj­bliż­szy suk­cesu był Richard H. O’Regan, dzien­ni­karz Asso­cia­ted Press, ten sam, który wcze­śniej pisał o zachwy­ca­ją­cym ozdro­wie­niu Pat­tona. Uda­jąc pacjenta, prze­py­ty­wał pie­lę­gniarkę gene­rała. W nagrodę za swój trud mógł ujaw­nić światu, że leka­rze pozwa­lają Pat­to­nowi na odro­binę whi­sky do kola­cji.

Dzien­ni­ka­rze są jed­nak naj­mniej­szym ze zmar­twień Pat­tona. Pod­czas II wojny świa­to­wej przy­spo­rzył on sobie wielu wysoko posta­wio­nych wro­gów w Moskwie, Ber­li­nie, Lon­dy­nie, a nawet Waszyng­to­nie. Jego obse­syjne przy­wią­za­nie do mówie­nia prawdy było nie­wy­godne dla wielu ludzi wła­dzy, rów­nież po woj­nie. Nie tak dawno choćby zasły­nął pochwałą nie­miec­kiej sztuki wojen­nej, jed­no­cze­śnie twier­dząc, że Zwią­zek Radziecki jest raczej wro­giem niż sojusz­ni­kiem Ame­ryki. Nie­któ­rzy zaczęli postrze­gać Pat­tona jako prze­szkodę na dro­dze do świa­to­wego pokoju. A teraz gene­rał stał się łatwym celem dla swo­ich nie­przy­ja­ciół.

Rok wcze­śniej Pat­ton toczył naj­waż­niej­szą bitwę w swo­jej karie­rze, gna­jąc przez Fran­cję na czele uko­cha­nej 3. Armii, by ura­to­wać siły ame­ry­kań­skie osa­czone w waloń­skim Basto­gne. W armii nie­miec­kiej od dawna uwa­żano Pat­tona za naj­wy­bit­niej­szego alianc­kiego gene­rała, ale bitwa o wybrzu­sze­nie2, jak ją póź­niej nazwano, zapew­niła mu sławę na całym świe­cie.

Teraz jed­nak dumny i nie­ustra­szony wete­ran, który daw­niej gra­so­wał na linii frontu w spe­cjal­nie zmo­dy­fi­ko­wa­nym samo­cho­dzie dowo­dze­nia typu Dodge WC57 wypo­sa­żo­nym w wiel­ko­ka­li­browy kara­bin maszy­nowy Brow­ning M2 12,7 mm, syrenę i dwa rogi mgłowe ogła­sza­jące jego przy­by­cie, został ukryty przed świa­tem. Wielki Geo­rge S. Pat­ton, śpiący nie­spo­koj­nie w piąt­kowy wie­czór, pod­czas gdy zmierzch zapada nad Heidel­ber­giem, ma niskie tętno i wysoką gorączkę. Na obiad wypił ajer­ko­niak i przez jakiś czas dopi­sy­wał mu humor, lecz ener­gia uszła z niego, nim wresz­cie zapadł w sen. Dzień wcze­śniej jego twarz cał­ko­wi­cie zsi­niała z powodu zakrzepu w płu­cach i leka­rze oba­wiają się, że kolejny zator mógłby utrud­nić mu oddy­cha­nie.

Wypa­dek był kosz­marny. Głowę Pat­tona, od nosa po szczyt czaszki, pokry­wają siniaki i szwy, zna­cząc miej­sce, w któ­rym leka­rze przy­szyli ode­rwany płat skóry. Twarz wychu­dła mu z powodu utraty wagi, w kościach policz­ko­wych zieją dziury wywier­cone przez leka­rzy do umo­co­wa­nia sta­lo­wych haków unie­ru­cha­mia­ją­cych głowę na czas trans­portu. Gene­rał wyka­zał się jed­nak wysoką odpor­no­ścią na ból, zno­sząc cier­pie­nie z uśmie­chem i cha­rak­te­ry­stycz­nym wisiel­czym humo­rem. Prze­ko­ma­rza się z pie­lę­gniar­kami, które uwa­żają, że jest „uro­czy”. Pomimo nie­spo­dzie­wa­nego pogor­sze­nia swo­jego stanu w ostat­nich dniach wciąż ma nadzieję, że na czas dal­szej rekon­wa­le­scen­cji zosta­nie prze­trans­por­to­wany do bostoń­skiego Beverly Gene­ral Hospi­tal.

Beatrice jest przy nim cały czas, czy­ta­jąc mu i wzy­wa­jąc leka­rzy, gdy bra­kuje mu tchu. Przy­dzie­lono jej pokoik na końcu kory­ta­rza, rzadko jed­nak tam bywa. Była dzie­dziczka rodzin­nej for­tuny jest pro­stą kobietą o cha­ry­zma­tycz­nej oso­bo­wo­ści. Wyszła za Pat­tona rok po ukoń­cze­niu przez niego West Point. W trak­cie trzy­dzie­stu lat mał­żeń­stwa zno­siła wiele nie­do­god­no­ści zwią­za­nych z żoł­nier­skim życiem jej uko­cha­nego Geo­r­giego, ni­gdy nie szczę­dząc mu miło­ści ani wspar­cia.

Nagle Pat­ton się budzi. Jego ciem­no­nie­bie­skie oczy szu­kają Beatrice.

Jest.

– Wszystko w porządku, Geo­r­gie? – pyta Beatrice. Dorów­nuje mężowi odwagą, jest nie­ustra­szo­nym jeźdź­cem i świetną żeglarką.

Pat­ton wpa­truje się w żonę, jedyną kobietę, którą kie­dy­kol­wiek kochał, i matkę trojga ich dzieci. Beatrice pochyla się, aby pogła­skać dłoń męża.

– Jest tak ciemno – mówi Pat­ton. – Tak późno. – Zamyka oczy i ponow­nie zapada w sen.

Wkrótce Beatrice wycho­dzi do szpi­tal­nej sto­łówki, aby zjeść szybki obiad, zanim powróci czu­wać przy łóżku męża. Nie wie, że wła­śnie usły­szała jego ostat­nie słowa.

O godzi­nie 18.00 Beatrice otrzy­muje pilną wia­do­mość; natych­miast wraca do pokoju 110.

Ale jest już za późno.

Gene­rał, który wzbu­dzał w Niem­cach więk­sze prze­ra­że­nie niż jaki­kol­wiek inny ofi­cer, były pię­cio­bo­ista z igrzysk w Sztok­hol­mie, ofi­cer kawa­le­rii ści­ga­jący ongiś nie­sław­nego Pan­cho Villę po mek­sy­kań­skich pust­ko­wiach, wresz­cie wojow­nik publicz­nie oznaj­mia­jący, że pra­gnie pew­nego dnia zgi­nąć „od ostat­niej kuli wystrze­lo­nej w ostat­niej bitwie ostat­niej wojny”, nie żyje.

 

* * *

Ofi­cjalny komu­ni­kat ame­ry­kań­skiej armii stwier­dza, że gene­rał Geo­rge S. Pat­ton jr „zmarł o 17.45 21 grud­nia 1945 roku”. Zator płucny spo­wo­do­wany dwu­na­sto­dnio­wym bez­ru­chem osła­bił jego serce. Zgod­nie z rapor­tem adiu­tanta sztabu gene­ral­nego przy­czyny zgonu to „poura­zowe zapa­le­nie rdze­nia krę­go­wego, prze­miesz­cze­nie czwar­tego seg­mentu odcinka szyj­nego, zator płucny i ostra nie­wy­dol­ność mię­śnia ser­co­wego”.

Nie prze­pro­wa­dzono sek­cji zwłok. Ciało nie­zwłocz­nie prze­nie­siono do szpi­tal­nej piw­nicy, umiesz­czono w miej­scu daw­nego boksu dla konia i przy­kryto oso­bi­stą czte­ro­gwiazd­kową flagą gene­rała. Na prośbę żony Pat­ton został pocho­wany na cmen­ta­rzu ame­ry­kań­skim w Hamm w Luk­sem­burgu, nie­opo­dal areny swego naj­więk­szego try­umfu. Kilka lat póź­niej, gdy Beatrice spad­nie z konia i umrze, nie będzie mogła spo­cząć obok męża. Dzieci pota­jem­nie prze­mycą jej pro­chy do Europy i roz­sy­pią je na gro­bie ojca.

Gro­bie, który być może kryje głę­boką tajem­nicę.

* * *

Nie wszy­scy wie­rzą w to, że śmierć Pat­tona była przy­pad­kowa. Prze­żył już kilka „wypad­ków”, raz nawet, w kwiet­niu 1945 roku, jego oso­bi­sty samo­lot nie­omal został zestrze­lony przez bry­tyj­ski myśli­wiec Super­ma­rine Spit­fire, a Pat­ton pra­wie cudem unik­nął obra­żeń.

Zde­rze­nie z 9 grud­nia 1945 roku, któ­rego skut­kiem był para­liż Pat­tona, to jed­nak zupeł­nie inna histo­ria. Cię­ża­rówka woj­skowa GMC CCKW o ładow­no­ści dwóch i pół tony, która ude­rzyła w samo­chód gene­rała, nagle i w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach skrę­ciła z prze­ciw­nego pasa, zupeł­nie jakby kie­rowca celowo sta­rał się go zra­nić. Zarówno szo­fer, jak i dwaj jej pasa­że­ro­wie po kata­stro­fie roz­pły­nęli się w powie­trzu. Nikomu nie posta­wiono zarzu­tów. Nikogo nie pocią­gnięto do odpo­wie­dzial­no­ści.

Co wię­cej, wkrótce zagi­nęły rów­nież ofi­cjalny raport na temat wypadku i zezna­nia kilku cen­nych świad­ków. Naj­bar­dziej zło­wiesz­cze było jed­nak wyzna­nie byłego agenta ame­ry­kań­skiego wywiadu, który w paź­dzier­niku 1979 roku przy­znał się do uczest­nic­twa w pla­no­wa­niu i reali­za­cji zama­chu na gene­rała Geo­rge’a S. Pat­tona jr.

Te wstrzą­sa­jące słowa prze­szły nie­mal bez echa.

Tak oto męż­czy­zna, który na wła­sne oczy widział wszech­obecną śmierć na polach bitew Europy i Afryki, ofi­cjal­nie zgi­nął jak zwy­kły prze­cho­dzień.

Ofi­cjal­nie.

1 W wol­nym prze­kła­dzie „chłop z jajami” – przyp. red. [wróć]

2 Ter­min powszechny w histo­rio­gra­fii anglo­sa­skiej; inne okre­śle­nia to bitwa o Ardeny lub ofen­sywa w Arde­nach – przyp. red. [wróć]

3. Armia Sta­nów Zjed­no­czo­nych
(paź­dzier­nik 1944)

Gen. por. Geo­rge S. Pat­ton jr

XII Kor­pus

GEN. MJR MAN­TON EDDY

26. Dywi­zja Pie­choty „Yan­kee Divi­sion”

gen. mjr Wil­lard S. Paul

101. pułk pie­choty

104. pp

328. pp

101. bata­lion (dywi­zjon) arty­le­rii

102. ba

263. ba

180. ba

35. Dywi­zja Pie­choty „Santa Fe Divi­sion”

GEN. MJR PAUL W. BAADE

134. pp

137. pp

320. pp

161. ba

216. ba

219. ba

127. ba

80. Dywi­zja Pie­choty „Blue Ridge Divi­sion”

GEN. MJR HORACE L. MCBRIDE

317. pp

318. pp

319. pp

313. ba

314. ba

905. ba

315. ba

4. Dywi­zja Pan­cerna

GEN. MJR JOHN S. WOOD

8. bata­lion pan­cerny (czoł­gów)

35. bpanc (bcz)

37. bpanc (bcz)

10. bata­lion pie­choty zmo­to­ry­zo­wa­nej

51. bpzmot

53. bpzmot

22. bata­lion (dywi­zjon) arty­le­rii pan­cer­nej (samo­bież­nej)

66. bapanc

94. bapanc

6. Dywi­zja Pan­cerna „Super Sixth”

GEN. MJR ROBERT W. GROW

15. bpanc (bcz)

68. bpanc (bcz)

69. bpanc (bcz)

9. bpzmot

44. bpzmot

50. bpzmot

128. bapanc

212. bapanc

XX Kor­pus

GEN. MJR WAL­TON WAL­KER

5. Dywi­zja Pie­choty

GEN. MJR LEROY IRVIN

2. pułk pie­choty

10. pp

11. pp

19. bata­lion (dywi­zjon) arty­le­rii

46. ba

50. ba

21. ba

90. Dywi­zja Pie­choty „Alamo Divi­sion” – „Tough Ombres”

GEN. POR. RAY­MOND MCLAIN

357. pp

358. pp

359. pp

343. bata­lion (dywi­zjon) arty­le­rii

344. ba

915. ba

345. ba

95. Dywi­zja Pie­choty „Vic­tory Divi­sion”

GEN. MJR HARRY L. TWAD­DLE

377. pp

378. pp

379. pp

358. ba

359. ba

920. ba

360. ba

10. Dywi­zja Pan­cerna „Tiger”

GEN. MJR WIL­LIAM H.H. MOR­RIS

3. bata­lion pan­cerny (czoł­gów)

11. bpanc (bcz)

21. bpanc (bcz)

21. bata­lion pie­choty zmo­to­ry­zo­wa­nej

54. bpzmot

61. bpzmot

419. bata­lion (dywi­zjon) arty­le­rii pan­cer­nej (samo­bież­nej)

420. bapanc

423. bapanc

1

WZGÓ­RZA WOKÓŁ METZU, FRAN­CJA

3 PAŹ­DZIER­NIKA 1944

12.02

Kapral Robert W. Holm­lund się boi. Jest prze­ko­nany, że jego życie dobiega końca, choć ma trzy­dzie­ści dwa lata. Ame­ry­kań­ska nawała trwa dopiero od dwóch minut… a wydaje się, jakby minęło ich dwa­dzie­ścia. Kapral to spe­cja­li­sta od mate­ria­łów wybu­cho­wych kom­pa­nii B 11. pułku pie­choty wcho­dzą­cego w skład 5. Dywi­zji Pie­choty 3. Armii. Jest stu­den­tem, pocho­dzi z samego serca Ame­ryki i porzu­cił szkołę han­dlową, by wziąć udział w woj­nie. Jego naj­wyż­szym dowódcą jest naj­bar­dziej prze­ra­ża­jący spo­śród alianc­kich gene­ra­łów – Geo­rge S. Pat­ton jr. Holm­lund i jego ludzie z kom­pa­nii Baker, bie­gnący wła­śnie w kie­runku sil­nie bro­nio­nego przez Niem­ców fortu Driant (Feste Kron­prinz, grupa ufor­ty­fi­ko­wana Driant), zaglą­dają jed­nak w oczy śmierci, pod­czas gdy Pat­ton kie­ruje swą olbrzy­mią armią z zaci­sza sztabu ulo­ko­wa­nego czter­dzie­ści kilo­me­trów za linią frontu.

Poci­ski nie­miec­kich kaemów ze świ­stem prze­la­tują tuż obok hełmu Holm­lunda, roz­trza­sku­jąc głowy i piersi jego towa­rzy­szy. Za nimi w oddali dudni ame­ry­kań­ska arty­le­ria kła­dąca ogień zapo­rowy. W leśnym powie­trzu czuć proch, deszcz i ostrą woń kor­dytu. Twardą zie­mię zastą­piło błocko pokryte gru­bym kobier­cem liści. Wokół wycią­gają się kol­cza­ste łodygi jeżyn, cze­pia­jąc się mun­duru, plą­cząc pomię­dzy nogami. Na sze­ro­kich bar­kach Holm­lund dźwiga blok tro­tylu, tak zwany ładu­nek chle­ba­kowy. Gra­naty dyn­dają mu u pasa jak doj­rzałe kiście wino­gron. W ramio­nach trzyma bli­sko dzie­wię­cio­ki­lo­gra­mowy, ponadme­tro­wej dłu­go­ści ręczny kara­bin maszy­nowy M1918A2, tak zwany BAR (Brow­ning Auto­ma­tic Rifle). Pia­stuje go jak dziecko, igno­ru­jąc drew­niany uchwyt nad lufą. Tyle że to nie dziecko, lecz maszyna do zabi­ja­nia, zdolna wypluć sześć­set pięć­dzie­siąt poci­sków kali­bru 7,62 mm na minutę.

Pomimo tej siły ognia Robert W. Holm­lund jest prze­ra­żony, tak jak każdy męż­czy­zna w tym śmier­cio­no­śnym lesie, choć nie daje tego po sobie poznać.

Nie ma czasu na strach, tęsk­notę za domem czy wąt­pli­wo­ści. Fort Driant maja­czy w odle­gło­ści czte­ry­stu metrów. Wszystko, co go doty­czy, pozo­staje zagadką, od loka­li­za­cji potęż­nych 150 mm cięż­kich hau­bic polo­wych, po labi­rynt tuneli, w któ­rych jego nie­miecka załoga je, śpi, modli się, czy­ści broń, pla­nuje walkę, a od czasu do czasu nie­spo­dzie­wa­nie zabija, wychy­nąw­szy z ukry­tych przejść.

Z roz­kazu Pat­tona kom­pa­nia Baker ma zająć Driant. Naj­le­piej wspiąć się na dach scho­wany pod grubą war­stwą ziemi. Tam pozo­staje już tylko odna­leźć wej­ście lub inny ukryty otwór, któ­rym będzie można prze­nik­nąć do środka, by sto­czyć bitwę.

Atak, w któ­rym uczest­ni­czy kom­pa­nia Baker, ma na celu wzię­cie prze­ciw­nika w dwa ognie. Po prze­ciw­nej stro­nie fortu nacie­rają żoł­nie­rze kom­pa­nii Easy. Ocią­gają się jed­nak, ponie­waż Driant już raz uto­czył im krwi.

Stało się to przed sze­ścioma dniami. Niebo było bez­chmurne. Ran­kiem samo­loty myśliw­sko-bom­bowe Repu­blic P-47 Thun­der­bolt z XIX Tac­ti­cal Air Com­mand prze­le­ciały nisko z wyciem sil­ni­ków, zrzu­ca­jąc bomby zapa­la­jące z napal­mem i burzące bomby o masie 454 kilo­gra­mów. Następ­nie Driant zmięk­czyła ame­ry­kań­ska arty­le­ria, z pie­kielną cel­no­ścią ostrze­li­wu­jąc Niem­ców.

O godzi­nie 14.15 kom­pa­nia Easy ruszyła do ataku ramię w ramię z żoł­nie­rzami kom­pa­nii Geo­rge, ukryta za grubą zasłoną dymną. Nie zda­wano sobie sprawy, że bom­bar­do­wa­nie z ziemi i z powie­trza nie wyrzą­dziło żad­nej szkody nie­miec­kim obroń­com, bez­piecz­nym za czte­ro­ipół­me­tro­wymi ścia­nami fortu oraz w zama­sko­wa­nych bun­krach w lesie.

Krok po kroku nie­wi­doczni, zda­wa­łoby się, ame­ry­kań­scy żoł­nie­rze postę­po­wali naprzód. Trzy­ma­jąc palce na języ­kach spu­sto­wych, wpa­try­wali się w las i ocze­ki­wali bły­sków wystrza­łów, które zdra­dzi­łyby pozy­cje nie­przy­ja­ciela. Ale Niemcy nie strze­lali. Jesz­cze nie. Żoł­nie­rze kom­pa­nii E i G pod­kra­dali się coraz bli­żej. Każda mija­jąca chwila utwier­dzała ich w prze­ko­na­niu, że są nie­wi­doczni za zasłoną dymną. Wciąż masze­ro­wali, a tym­cza­sem ze strony Niem­ców nie padł ani jeden strzał. Wkrótce przed Ame­ry­ka­nami zama­ja­czyły grube zwoje drutu kol­cza­stego zna­czące naj­da­lej wysu­niętą linię obrony fortu. Nie spo­sób było prze­do­stać się przez ich ostre jak brzy­twa sploty. Atak się zatrzy­mał.

Niemcy otwo­rzyli ogień.

Jesien­nym popo­łu­dniem zawład­nął prze­ra­ża­jący, aż nazbyt dobrze znany Ame­ry­ka­nom odgłos. W swoim żar­go­nie wyplu­wa­jące 1200 poci­sków na minutę nie­miec­kie kara­biny maszy­nowe MG-42 ochrzcili mia­nem „Hitler’s Zip­per” – „zamka bły­ska­wicz­nego Hitlera”. W Wehr­mach­cie ich zabój­czy dźwięk nazwano po pro­stu „piłą do kości”. MG-42 otwo­rzyły ogień ze wszyst­kich stron. Poci­ski runęły w las, zdolne zabić czło­wieka z odle­gło­ści bli­sko dwóch kilo­me­trów.

Zma­so­wany ostrzał z broni maszy­no­wej sta­no­wił jed­nak zale­d­wie pre­lu­dium. Wkrótce Ame­ry­ka­nie zna­leźli się pod ogniem moź­dzie­rzy, kara­bi­nów, a nawet cięż­kich hau­bic. Ich natar­cie się zała­mało. Żoł­nie­rze przy­lgnęli do ziemi na dłu­gie godziny, a nie­mieccy strzelcy wyłu­ski­wali ich jed­nego po dru­gim z powolną, nie­ubła­ganą pre­cy­zją. Dopiero po zapad­nię­ciu ciem­no­ści żoł­nie­rzom kom­pa­nii E i G udało się doczoł­gać do bez­piecz­nych ame­ry­kań­skich linii.

Dwu­dzie­sty siódmy wrze­śnia był tra­gicz­nym dniem dla kom­pa­nii Easy. Bitwa pochło­nęła osiem­na­stu zabi­tych lub ran­nych.

Tego dnia miało być jesz­cze gorzej.

* * *


Kapral Holm­lund musi się zatrzy­mać, podob­nie jak reszta kom­pa­nii Baker. Drogę blo­kuje im wał skłę­bio­nego drutu kol­cza­stego ota­cza­jący fort Driant. Wysoka na dzie­więć metrów i rów­nie gruba plą­ta­nina gotowa jest uwię­zić każ­dego nie­szczę­śnika, który zawa­dzi mun­du­rem lub cia­łem o jej sploty. Wycię­cie w niej drogi za pomocą ręcz­nych szczy­piec zaję­łoby wiele dni – dla­tego dowódca kom­pa­nii Holm­lunda, kapi­tan Harry Ander­son, wydaje roz­kaz: wysa­dzić ten drut w cho­lerę.

Za swo­imi ple­cami Holm­lund sły­szy basowe dud­nie­nie chło­dzo­nego powie­trzem ben­zy­no­wego sil­nika gwiaz­do­wego Wri­ght (Con­ti­nen­tal Motors) R-975 C1 Whirl­wind o mocy 400 KM. Wkrótce dołą­cza do niego cha­rak­te­ry­styczny chrzęst sta­lo­wych gąsie­nic ogła­sza­jący przy­by­cie czołgu M4 Gene­ral Sher­man. Nic sobie nie robiąc z nie­usta­ją­cego ognia maszy­no­wego, któ­rym Niemcy chłosz­czą kom­pa­nię Baker, M4 Sher­man lawi­ruje pomię­dzy drze­wami i sta­ran­nie wybiera cel. Czoł­gowa armata M3 L/40 kali­bru 75 mm pluje dymem, wystrze­li­wu­jąc pocisk odłam­kowo-burzący M-48 High Explo­sive wprost w zasieki. Za pierw­szym wkrótce podąża kolejny i jesz­cze jeden. W mgnie­niu oka kłęby drutu roz­stę­pują się na tyle, by kom­pa­nia Baker mogła prze­mknąć mię­dzy nimi.

 

Kapi­tan Ander­son dzieli żoł­nie­rzy na trzy grupy. Dru­żyna Holm­lunda kon­ty­nu­uje czo­łowy atak w kie­runku fortu Driant, pozo­stałe dwie ude­rzają na sła­biej bro­nio­nym pra­wym skrzy­dle. Teren zna­czą leje po poci­skach, przez co przy­po­mina makietę powierzchni Księ­życa. Poje­dyn­cze drzewa i krzewy zapew­niają mini­malne schro­nie­nie przed nie­miec­kimi obroń­cami.

Kapral znaj­duje się w pierw­szej fali ata­ku­ją­cych. Nur­kuje do leja i przy­wiera do jego kra­wę­dzi, a następ­nie wysta­wia głowę i strzela ze swo­jego BAR do wroga. Potem pusz­cza się sprin­tem w kie­runku szpa­leru nie­du­żych wią­zów, gdzie znów kryje się, poszu­ku­jąc celu. Zie­mia jest zimna i roz­mię­kła, jego mun­dur nasiąka wil­go­cią. Strzela i pędzi naprzód, wciąż naprzód, nie spusz­czając wzroku z pła­skiego dachu fortu Driant. Choć paź­dzier­nik jest chłodny, Holm­lund pływa we wła­snym pocie. Twarz i dło­nie uma­zane ma bło­tem. Rzuca się do kolej­nego leja i roz­płasz­cza na ziemi. Przy­wiera do niej tak mocno, że widzi trzonki grzy­bów i jasno­zie­loną pleśń prze­bi­ja­jącą się przez opa­dłe liście. Kule świsz­czą tuż nad jego głową. Prze­ła­do­wuje broń i nasłu­chuje, wycze­ku­jąc oka­zji do strzału.

Z pola bitwy dobie­gają zna­jome odgłosy: szcze­ka­nie kara­bi­nów maszy­no­wych, wrza­ski umie­ra­ją­cych, ogłu­sza­jący huk gra­na­tów ręcz­nych, krót­kie, dosadne roz­kazy. Powie­trze wypeł­nia się okrzy­kami „Sani­ta­riusz!”.

Holm­lund wypusz­cza serię i rusza naprzód. Prze­biega obok ciał pole­głych towa­rzy­szy. Zna ich wszyst­kich. Razem robili pompki w cza­sie pod­sta­wo­wego szko­le­nia w Ala­ba­mie. Razem pły­nęli do Europy w ładowni statku trans­por­to­wego. Kilka godzin przed D-Day sie­dzieli razem na angiel­skiej łące, pod­czas gdy gene­rał Pat­ton wygła­szał naj­wspa­nial­szą mowę, jaką kie­dy­kol­wiek sły­szeli. A póź­niej, już po D-Day, Holm­lund wraz z kom­pa­nią Baker wal­czył we Fran­cji i świę­to­wał wyzwo­le­nie kolej­nych wio­sek, postę­pu­jąc zgod­nie z roz­ka­zem Pat­tona, by bez­li­to­śnie mor­do­wać Niem­ców – aby samemu unik­nąć śmierci.

Teraz kole­dzy Holm­lunda leżą mar­twi lub umie­ra­jący. Wraz z nimi odcho­dzą ich śmiech, gniew, prze­chwałki, opo­wie­ści o wyjąt­ko­wych dziew­czy­nach, które zosta­wili w domach, i wszyst­kie marze­nia o tym, co będą robić, gdy skoń­czy się wojna.

Kapral nawet na nich nie patrzy.

Nie zatrzy­muje się też. Sta­nąć to wysta­wić się na strzał. Dru­żyna Holm­lunda kur­czy się z dwu­na­stu do sze­ściu ludzi. Gdy dowódcę dosięga kula, kapral bez namy­słu przej­muje komendę. Powoli, mie­rząc postępy raczej w cen­ty­me­trach niż w metrach, kom­pa­nia B zbliża się do umoc­nień bro­nio­nego przez Niem­ców fortu.

Po dwóch godzi­nach od roz­po­czę­cia bitwy kapral Robert W. Holm­lund z Dela­van City w Wiscon­sin staje na dachu fortu Driant.

* * *

– Praw­dziwy boha­ter – usły­szał Holm­lund zale­d­wie cztery mie­siące wcze­śniej, pod­czas prze­mó­wie­nia Geo­rge’a S. Pat­tona – to ten, który wal­czy nawet wtedy, gdy czuje strach. Nie­któ­rzy poko­nują go już w pierw­szej minu­cie walki. Jed­nym potrzeba godziny. Dru­gim – całych dni. Ale praw­dziwy męż­czy­zna ni­gdy nie pozwoli na to, by strach wziął górę nad jego poczu­ciem honoru, obo­wiązku wobec kraju i wewnętrz­nej, męskiej siły1.

Holm­lund obser­wo­wał gene­rała, który wypro­sto­wany demon­stro­wał swoje sto osiem­dzie­siąt osiem cen­ty­me­trów wzro­stu. Pat­ton miał sze­ro­kie ramiona i rumianą twarz o mocno zary­so­wa­nej bro­dzie i orlim nosie. Ubrany był w nie­ska­zi­telny mun­dur, na któ­rego blu­zie lśniły cztery rzędy bare­tek oraz cztery wypo­le­ro­wane mosiężne guziki, błysz­czący hełm z trzema gene­ral­skimi gwiazd­kami, jasno­brą­zowe spodnie do jazdy kon­nej i kawa­le­ryj­skie buty do kolan. Uwagę zwra­cał rewol­wer Colt Sin­gle Action Army kali­bru 11,43 mm z ręko­je­ścią wykła­daną masą per­łową tkwiący w kabu­rze na bio­drze. Sta­no­wił jasny sygnał, że Pat­ton nie jest biu­ro­kratą. Jest wojow­ni­kiem i lepiej, by wszy­scy o tym wie­dzieli.

– Walka to naj­wspa­nial­szy rodzaj rywa­li­za­cji, w jakiej może wziąć udział czło­wiek – kon­ty­nu­ował gene­rał. – Wydo­bywa z nas to, co naj­lep­sze, a uwal­nia od tego, co niskie i nik­czemne. Ame­ry­ka­nie czują dumę z tego, że są męscy. I mówię wam – są naprawdę. Pamię­taj­cie, że wróg czuje strach tak samo jak wy, a być może bar­dziej. To nie są nad­lu­dzie.

Geo­rge Pat­ton wygło­sił tę mowę na bry­tyj­skiej łące wobec żoł­nie­rzy swo­jej 3. Armii 5 czerwca 1944 roku. Nie­liczni ze słu­cha­czy byli wete­ra­nami. Dla więk­szo­ści, w tym Holm­lunda, wojna była nowo­ścią. W sło­wach Pat­tona dostrze­gli nadzieję. Odna­leźli w nich wiarę we wła­sną odwagę. A przede wszyst­kim każdy z tych męż­czyzn sie­dzą­cych na pastwi­sku pod cudow­nie błę­kit­nym angiel­skim nie­bem czer­pał siłę ze świa­do­mo­ści, że dowo­dzi nim naj­bar­dziej zuchwały, szczery i bły­sko­tliwy spo­śród wszyst­kich gene­ra­łów po obu stro­nach frontu.

Aż do tego dnia Holm­lund nie miał oka­zji oso­bi­ście ujrzeć Pat­tona. Sły­szał jedy­nie histo­rie, jakie opo­wia­dano o legen­dar­nym gene­rale – czło­wieku, który ni­gdy nie prze­grał bitwy, boha­te­rze Afryki Pół­noc­nej i Sycy­lii, który jed­nak na pewien czas pozba­wiony został dowódz­twa za spo­licz­ko­wa­nie w szpi­talu polo­wym dwóch wra­ca­ją­cych do zdro­wia sze­re­gow­ców, któ­rych uznał za tchó­rzy.

Ani Holm­lund, ani tysiące innych żoł­nie­rzy, któ­rzy roz­sie­dli się na tra­wie, nie mieli poję­cia, że wkrótce będą darzyć gene­rała uczu­ciem waha­ją­cym się pomię­dzy miło­ścią a nie­na­wi­ścią. Odwaga Pat­tona, któ­remu nadano przy­do­mek „Old Blood and Guts”, oku­piona była bowiem krwią jego żoł­nie­rzy.

– Nie wszy­scy zgi­nie­cie – zapew­nił Pat­ton męż­czyzn, któ­rych wkrótce miał powieść do walki. Jego wysoki głos pozba­wiony był szorst­kich tonów, co zasko­czyło Holm­lunda. – W dużej bitwie pole­gnie może tylko dwa pro­cent z dziś tu obec­nych. Nie bój­cie się śmierci. W swoim cza­sie przyj­dzie ona po każ­dego czło­wieka.

* * *

Osiem­set metrów na pół­noc od miej­sca, w któ­rym kapral Holm­lund i ludzie z kom­pa­nii B bro­nią się na szczy­cie fortu Driant, śmierć, zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami, upo­mina się o ich kole­gów z kom­pa­nii Easy. Nadzieja, którą wzbu­dziła mowa Pat­tona, dawno już została zapo­mniana.

Ina­czej niż pod­czas pierw­szego ataku na Driant przed sze­ścioma dniami, kom­pa­nii E udaje się prze­do­stać przez drut kol­cza­sty. Niemcy obra­cają jed­nak tę porażkę na swoją korzyść, przy­szpi­liw­szy Ame­ry­ka­nów cel­nym ogniem moź­dzie­rzy. Marsz naprzód staje się nie­moż­liwy. Co gor­sza, nie­przy­ja­ciel­skie poci­ski roz­ry­wają się rów­nież na tyłach, w związku z czym odwrót za zasieki także nie wcho­dzi w grę. Kom­pa­nia Easy stara się wydo­stać z tara­pa­tów, kie­ru­jąc wspar­cie arty­le­ryj­skie na wła­sne pozy­cje, jed­nak to nie powstrzy­muje nie­miec­kiej pie­choty. Prze­ciw­nie, ame­ry­kań­skie poci­ski zabi­jają w nie­zwy­kle maka­bryczny spo­sób jed­nego z żoł­nie­rzy: odła­mek odcina mu głowę.

Kom­pa­nia Easy oko­puje się. Nie ma innego wyj­ścia. W ruch idą skła­dane pół­me­trowe saperki, tym­cza­sem nie­miec­kie kara­biny maszy­nowe nie­prze­rwa­nie prze­cze­sują pozy­cje Ame­ry­ka­nów. Każdy może liczyć tylko na sie­bie.

Kosz­mar nie ustaje. Żoł­nie­rze Kamp­fgruppe Peter­sen wyłu­skują cele za pomocą 81 mm moź­dzie­rzy Gra­na­twer­fer 34 i 7,92 mm kara­bi­nów maszy­no­wych MG-42. Ame­ry­ka­nie są bez­bronni. Nie­trudno ich zabić – wystar­czy odna­leźć cel i cier­pli­wie naci­skać spust. Niem­com się nie spie­szy. Ame­ry­ka­nie ni­gdzie się nie wybie­rają. Chłopcy z kom­pa­nii E padają jeden po dru­gim ścięci u progu życia. Sani­ta­riu­sze uwi­jają się, bie­ga­jąc od okopu do okopu. Wkrótce jed­nak i oni zginą.

Mijają godziny. Zaczyna padać deszcz. Przy akom­pa­nia­men­cie prze­ra­ża­ją­cego szczęku kara­bi­nów maszy­no­wych kom­pa­nia E pogłę­bia swoje okopy. Wszy­scy kulą się, sta­ra­jąc się nie wysu­wać głowy nad zie­mię. Tylko samo­bójca by się na to powa­żył. Okopy prędko napeł­niają się wodą, bło­tem, krwią i ludz­kim bru­dem. Stopa oko­powa, cho­roba spo­wo­do­wana dłu­go­trwa­łym oddzia­ły­wa­niem zimna i wil­goci, wraz z nasta­niem jesien­nych desz­czy stała się tak dotkliwa, że każda kolejna chwila spę­dzona w kałuży jest katorgą. Ludzie nie zwa­żają jed­nak na smród i swe nędzne poło­że­nie.

Pra­gną jedy­nie utrzy­mać się przy życiu.

* * *

– Ame­ry­ka­nie gar­dzą tchó­rzami – mówił Pat­ton kilka mie­sięcy wcze­śniej, po swo­jemu inter­pre­tu­jąc ame­ry­kań­ską histo­rię. – Zawsze gramy o zwy­cię­stwo. Mam gdzieś los faceta, który prze­grał i jesz­cze się śmiał. Oto, dla­czego Ame­ry­ka­nie ni­gdy nie prze­grali i nie prze­grają wojny. Nie cier­pimy samej myśli o klę­sce. (…) Przez całą swoją służbę woj­skową psio­czy­cie na to, co nazy­wa­cie „upier­dli­wym dry­lem”. Jak wszystko inne w woj­sku ma on okre­ślony cel. Cho­dzi o czuj­ność. Każdy musi ją mieć w sobie. Gówno wart jest facet, który nie potrafi być stale czujny i uważny. Jeste­ście wete­ra­nami, ina­czej nie byli­by­ście tutaj. Jeste­ście gotowi na to, co nadej­dzie. Jeśli chce­cie prze­żyć, musi­cie cały czas zacho­wy­wać czuj­ność. Jeśli jej zabrak­nie, w końcu jakiś nie­miecki skur­wy­syn zaj­dzie was od tyłu i zabije byle czym!