The Kissing BoothTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nagle moje stopy oderwały się od materiału, a świat zawirował mi przed oczami. Nogi miałam w powietrzu, a moja głowa zwisała w dół, tak że patrzyłam na czyjeś plecy.

– Hej! – wrzasnęłam. – Puszczaj! Puszczaj!

Ale porywacz nie posłuchał, tylko ruszył na piętro. Patrzyłam na rozciągające się przede mną schody i czułam, jak pocą mi się dłonie. To nie mógł być Lee. On nie miał na sobie zielonej koszulki – chociaż właściwie… może miał?

Nie, byłam pewna, że nie miał. Włożył czerwony T-shirt. Nie pamiętałam nikogo w zielonym.

Ktokolwiek to był, miał dużo siły, biorąc pod uwagę, że przez cały czas wiłam się jak opętana.

W końcu opadłam na coś miękkiego. Materac! Byłam na materacu.

Usiadłam wyprostowana, usiłując podwinąć pod siebie nogi.

– Noah Flynn! – krzyknęłam, kiedy zobaczyłam przed sobą brata Lee, który mierzył mnie karcącym spojrzeniem. – Zepsułeś mi zabawę! A było tak fajnie!

– Miałaś zamiar się rozebrać – wyjaśnił. – Odpocznij tu dwadzieścia minut.

– Nie! – zaprotestowałam, wydymając wargi. – Przestań się tak wymądrzać. Chciałam kąpać się nago w basenie!

Pokręcił głową z lekkim uśmieszkiem.

– Brzmi kusząco, ale chyba lepiej będzie, jak tu chwilę zostaniesz: może trochę wytrzeźwiejesz.

Westchnęłam i opadłam z powrotem na poduszki. A potem znów usiadłam.

– Zostawisz mnie tu zupełnie samą?

– Nie. Nie ufam ci. Zaraz wymknęłabyś się na dół.

– Nie ufasz mi? Dlaczego? Przecież znasz mnie od zawsze. Powinieneś mi bardziej ufać.

Noah podszedł do drzwi, zamknął je i przekręcił klucz w zamku, nie przestając kręcić głową.

Uniosłam brew, patrząc, jak wraca i siada okrakiem na krześle naprzeciwko mnie.

Nawet w tym stanie umysłu wiedziałam, że to idiotyczny zarzut.

– Nie jesteś pijany? – zapytałam go.

– Raczej nie.

– Bu, dlaczego? To twoja impreza. Wyluzuj się!

– Myślę, że ty wyluzowałaś się za nas oboje.

– Przepraszam – rzuciłam, wydymając lekko wargi. – Nie chciałam zepsuć ci zabawy.

Noah tylko się zaśmiał.

Przetoczyłam się na skraj łóżka, usiadłam na dłoniach i zaczęłam machać nogami.

– Noah…

– Tak.

– Pomożesz nam w budce z całusami?

– Nie.

– Proszę cię – błagałam, podskakując na materacu. Wow. Czułam się jak na trampolinie! Tak samo jak na łóżku Lee. – Proszę, proszę, proooooooszę najpiękniej jak potrafię!

– Nie.

– Czemu nie? – jęknęłam. – Jesteś okropny!

– Nie chcę pracować w budce z całusami, to wszystko.

– Ale dlaczego?

– Bo nie.

– Proszę cię! To zbiórka… chyba na walkę z rakiem. A może dla delfinów? Śmieszne słowo, co? Delfiny. Del…finy…

– Nie będę pracował w budce z całusami i nie ma znaczenia, na kogo albo na co zbieracie pieniądze.

Wstałam i ukucnęłam tuż przed nim, tak że nasze nosy prawie się stykały.

– Nawet dla mnie?

Pokręcił głową, a potem stwierdził:

– Rany, ale ci śmierdzi z ust. Elle, ile wypiłaś wódki?

– Nie wiem. Dixon polewał.

Noah westchnął.

– Co za głupki… Ja się z nimi policzę…

– Jak to?

– Nieważne.

– Dobra, nie mów.

Wyprostowałam się raptownie, a pokój zakołysał się, poszarzał i rozmył mi się przed oczami.

– Niedobrze mi.

Noah już wpychał mnie do łazienki. Ustawił mi głowę nad sedesem w tej samej chwili, gdy zaczęłam wymiotować.

Kiedy skończyłam i przeszły mi mdłości, osunęłam się na zimne kafelki, opierając głowę o krawędź wanny. Poczułam na wargach brzeg szklanki. Noah podał mi wodę i zmusił mnie, żebym ją wypiła.

– Strasznie cię przepraszam, Noah – wymamrotałam. Czułam się obrzydliwie po wymiotowaniu. – Naprawdę mi przykro. Nie chciałam zepsuć ci imprezy.

– Elle, nie zepsułaś mi imprezy – zapewnił mnie.

Skinęłam gwałtownie głową, ale znów zrobiło mi się niedobrze.

– Właśnie że zepsułam. Przepraszam!

– Nic się nie stało – zaśmiał się. – Spokojnie.

Zmarszczyłam brwi, położyłam mu dłonie na klatce piersiowej i odepchnęłam go. Wow. Ale twarda klata. Na brzuchu na pewno ma sześciopak. A znając Noah, to nawet ośmiopak. Albo dziesięciopak! Czy coś takiego w ogóle istnieje? Możliwe… Jeśli tak, to on na pewno go ma.

– Nie śmiej się ze mnie! – krzyknęłam, przerywając swój wewnętrzny bełkot.

Parsknął jeszcze głośniejszym śmiechem i podciągnął mnie na nogi. Zachwiałam się, więc objął mnie w talii, żebym nie upadła, pomógł mi doczłapać się do łóżka i pozwolił opaść na pościel.

– Wrócę za dziesięć minut, żeby sprawdzić jak…

Ale ja już spałam.

Rozdział 3

Słońce usiłowało przebić się przez zasłony, ale słabe poranne promienie zdołały tylko nadać sypialni granatową poświatę. Zamknęłam znów oczy, próbując zatopić głowę w aksamitnie miękką poduszkę. Zwinęłam się ciaśniej w kłębek pod grubą kołdrą.

Było mi tak ciepło i wygodnie. A wszystko pachniało… czymś cytrusowo-leśnym. Nie wiedziałam, co to za zapach, ale bardzo mi się podobał. I byłam pewna, że już go na kimś czułam…

Poderwałam się gwałtownie i usiadłam wyprostowana, wydając z siebie cichy okrzyk.

Moja sypialnia tak nie pachniała. Moje łóżko nie było takie wygodne. A w moich oknach nie wisiały niebieskie zasłony.

Więc… gdzie ja właściwie byłam?

Rozejrzałam się. Wszystko wyglądało trochę znajomo… Ale na pewno tu wcześniej nie byłam. Odrzuciłam kołdrę i odkryłam, że spałam w szarym męskim T-shircie. Był na mnie za duży i pachniał tak samo jak poduszki.

Na szczęście pod spodem miałam bieliznę – to dobry znak.

Ostrożnie wstałam z łóżka. Rany, co się właściwie wydarzyło wczoraj wieczorem? Próbowałam sobie przypomnieć, ale bez skutku. Pamiętałam jak przez mgłę, że tańczyłam na stole bilardowym. Nie mogłam uwierzyć, że aż tak się upiłam.

W ustach miałam paskudny posmak i potwornie bolała mnie głowa.

Najwyraźniej wymiotowałam. Pamiętałam, że ktoś odgarnął mi włosy z twarzy. Pewnie Lee, on by się mną zaopiekował.

Tylko co to za miejsce?

Podeszłam na palcach do drzwi sypialni, wysunęłam głowę na korytarz i… prawie krzyknęłam z ulgi. Byłam w domu Lee i Noah. Najwyraźniej zasnęłam w pokoju starszego z braci – przez te wszystkie lata nigdy się tu nie zapuściłam.

Ale… dlaczego wylądowałam w jego sypialni, a nie w jednym z pokoi gościnnych? Albo u Lee? Wróciłam do łóżka, bo tak pękała mi głowa, że nie utrzymałabym się dłużej na nogach. Zerknęłam na budzik. Było dopiero wpół do dziewiątej. Wślizgnęłam się z powrotem pod kołdrę w nadziei, że odeśpię kaca, i odetchnęłam zapachem Noah.

Już miałam zapaść w sen, gdy drzwi otworzyły się powoli, skrzypiąc na zawiasach.

Natychmiast otworzyłam oczy. To był Noah. Nasze spojrzenia się spotkały. Stał w progu owinięty w pasie ręcznikiem, który zwisał mu nisko na biodrach. Na jego klatce piersiowej i brzuchu skrzyły się jeszcze krople wody, czarne włosy też miał mokre.

Brwi podjechały mi do góry. Sześciopak. Kto by pomyślał?

Mimowolnie się zarumieniłam, bo od samego jego spojrzenia serce zaczęło mi walić jak młotem.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Nie chciałem ci przeszkadzać.

– Nic się nie stało – rzuciłam lekko ochrypłym głosem. Odchrząknęłam, ale nawet od tego odgłosu zabolała mnie głowa. – Przed chwilą sama się obudziłam.

– Jasne. Jak tam, kac na maksa?

Skrzywiłam się w odpowiedzi, a Noah zachichotał.

– Totalny. Nie wiedziałam, że tyle wypiłam.

– Wlałaś w siebie mnóstwo wódki, tyle wiem – stwierdził, siadając na skraju łóżka.

Serce prawie wyskoczyło mi z piersi.

Nie mógł wciągnąć jakiejś koszulki albo dżinsów, zanim przyszedł ze mną pogadać?

– Jak to? Skąd wiesz? Kiedy mnie widziałeś?

– Kiedy miałaś zamiar rozebrać się na stole bilardowym przed grupką chłopaków, a potem wykąpać na golasa w basenie – oznajmił beztrosko, zerkając na mnie z ukosa tymi swoimi intensywnie błękitnymi oczami.

Zastanawiałam się, czy słyszy szaleńcze bicie mojego serca. Pewnie tak. Miałam nadzieję, że przynajmniej nie zarumieniłam się jeszcze mocniej. Tylko tego jeszcze brakowało.

Gdy dotarł do mnie sens jego słów, opadła mi szczęka.

– O Boże. Powiedz, że tego nie zrobiłam.

– Nie zrobiłaś, ale musiałem cię stamtąd wynieść.

Rozdziawiłam usta. Zrobiłam się czerwona jak burak, więc zasłoniłam twarz dłońmi i popatrzyłam na niego przez palce.

– Nie mogę w to uwierzyć.

– No wiesz…

– Ale dzięki. Że mnie powstrzymałeś. Najadłabym się dziś wstydu.

– No raczej – skwitował sarkastycznie, ale z uśmiechem. – I wymiotowałaś. Tak tylko informuję.

– Jak to, przed wszystkimi?

Boże, coraz gorzej! – pomyślałam zażenowana.

– Nie – pokręcił głową, spryskując mnie kropelkami wody. – W mojej łazience. Pilnowałem, żebyś nie wyszła na idiotkę i nie zrobiła sobie krzywdy.

Z ust wyrwał mi się jęk upokorzenia.

– Przepraszam. Naprawdę strasznie mi przykro. Nie chciałam, żebyś przeze mnie przegapił własną imprezę.

Wzruszył ramionami.

– W porządku. Nie przeszkadzało mi to.

– Jasne! – prychnęłam. – Spoko. Chyba oboje wiemy, że nie marzyłeś o tym, żeby się mną opiekować cały wieczór.

– Nie było tak źle – powiedział po chwili i znów się uśmiechnął. Ale tym razem nie był to złośliwy grymas, tylko prawdziwy, szczery uśmiech, od którego w lewym policzku zrobił mu się dołeczek, a kąciki oczu zmarszczyły się lekko. Nie mogłam nie odpowiedzieć tym samym.

 

– Okej, w każdym razie dzięki, Noah. – Jak zwykle położyłam nacisk na jego imię, żeby go zdenerwować.

– Do usług, Shelly.

Wyciągnął rękę, żeby zmierzwić mi włosy, a kiedy spróbowałam ją odepchnąć, jakimś sposobem spadłam z łóżka, ciągnąc go za sobą.

Noah okazał się bardzo ciężki. Nie miał ani grama zbędnego tłuszczu, za to składał się z mnóstwa mięśni. A teraz na mnie leżał.

Ale ja zapatrzyłam się w jego rozświetlone oczy. On też nawet nie drgnął, nie spuszczając ze mnie wzroku.

W końcu odzyskałam głos i przerwałam ten pojedynek na spojrzenia.

– Noah… – wyszeptałam.

– Tak? – odpowiedział równie cicho.

– Zgniatasz mnie.

Zamrugał kilka razy, jakby wracał do rzeczywistości. A później powiedział:

– No tak. Cholera. Przepraszam.

Poderwał się na nogi, przytrzymując ręcznik. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby mu spadł.

Przestań, Elle! Nawet się nad tym nie zastanawiaj! Uspokój się! Wyrzuć te myśli z głowy!

Podał mi rękę i ja też podniosłam się z podłogi. Bardzo się speszyłam, bo koszulka, którą miałam na sobie, ledwo zasłaniała mi pupę.

– Yy, kiedy się w to przebrałam? – zapytałam, obciągając ją i rozglądając się po pokoju. Zauważyłam moją sukienkę przewieszoną przez oparcie krzesła.

– A, wróciłem sprawdzić, jak się czujesz, a ty się obudziłaś i zaczęłaś zdejmować sukienkę, bo stwierdziłaś, że nie chcesz jej pognieść, więc znalazłem dla ciebie T-shirt. – Wzruszył ramionami i podrapał się szybko po karku.

Zamrugałam, usiłując nadążyć za tokiem jego słów.

– Czyli… widziałeś mnie… w bieliźnie…

Powiedz, że nie, powiedz, że nie, powiedz…

Wargi zadrżały mu od wstrzymywanego uśmiechu.

– Yy…

– O Boże. – Znów ukryłam twarz w dłoniach.

– Odwróciłem wzrok, przysięgam.

Pokryłam zakłopotanie śmiechem.

– Nie ma sprawy! – rzuciłam, chociaż krew huczała mi w uszach. Wielki Podrywacz odwrócił wzrok? Akurat.

– Lee robi na dole śniadanie, jeśli masz ochotę – rzucił Noah, jakby chciał zmienić temat.

W odpowiedzi zaburczało mi w brzuchu i oboje parsknęliśmy śmiechem.

– Super.

Wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi, a na zewnątrz oparłam się o nie i wypuściłam powietrze z płuc. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymuję oddech.

– O Boże – wyszeptałam. Myślałam, że już wyleczyłam się z Noah. Ale po tych pięciu minutach, kiedy on był w samym ręczniku, a ja w jego koszulce… i kiedy na mnie leżał… moje serce nie chciało się uspokoić!

To było idiotyczne. Wiedziałam, że Noah widzi we mnie tylko irytującą najlepszą przyjaciółkę swojego młodszego brata. Nie miałam wątpliwości, że tylko tym dla niego jestem.

A jednak…

Nagle straciłam oparcie i poleciałam w tył.

Leżąc na plecach, zobaczyłam nad sobą Noah, tym razem w bokserkach i… zaczęłam zwijać się ze śmiechu.

– Masz bokserki z Supermanem!

Spojrzał w dół, jakby musiał zweryfikować tę informację, a później na moich oczach różowy rumieniec zaczął zalewać mu policzki. W głowie miałam już tylko jedną myśl: Noah Flynn się przeze mnie zaczerwienił!

Uśmiechnął się lekko, jakby się tym nie przejmował, a potem mrugnął do mnie i rzucił:

– Shelly, przecież wiesz, że nie możesz mi się w nich oprzeć.

Czy to takie oczywiste?

– No jasne – prychnęłam. – Nie mogę.

Podniosłam się i obciągnęłam koszulkę najniżej, jak się dało, a potem zeszłam do kuchni, nadal uśmiechając się szeroko na myśl o jego rumieńcu.

– Rochelle, Rochelle, Rochelle – westchnął Lee, kiedy opadłam na stołek barowy przy wyspie kuchennej. – I co ja mam z tobą zrobić? Na chwilę spuszczam cię z oka, a ty chcesz się rozbierać i kąpać na golasa!

– Jeśli masz coś robić, to zrób mi śniadanie – poprosiłam z nadzieją.

Lee parsknął śmiechem, odwrócił się z powrotem do kuchenki i dorzucił bekonu na patelnię.

– Co ja z tobą mam…

Rozdział 4

Większość dnia spędziłam, grając z Lee w Mario Kart.

– Właściwie jestem trochę zaskoczona, że Noah się mną zajął – przyznałam mu.

Lee skwitował to śmiechem.

– Nie ty jedna. Sam bym to zrobił, gdybym tam był. Ale coś mnie zatrzymało…

– Tak, mówiłeś mi już o Veronice. Całowałeś się z kimś jeszcze czy tylko z nią? Lepiej uważaj, bo zamienisz się w swojego brata.

Lee przewrócił oczami.

– Odezwała się striptizerka. Dobrana z nas para.

– Byłam pijana.

– Ja też, tak trochę.

– Noah najwyraźniej nie.

– Wydaje mi się, że musiał coś wypić, skoro się tobą zaopiekował. Zwykle nie jest taki… taki miły.

– Mówiąc oględnie – zaśmiałam się.

– No właśnie. Hej, może on też się w tobie kocha.

Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie.

– Nie wygłupiaj się. A ja już od dawna się w nim nie kocham, przecież wiesz.

Lee zmarszczył nos.

– Inaczej byłoby trochę dziwnie.

– Nieważne. – Szturchnęłam go, a jego gokart wypadł z toru i Yoshi przeleciał nad wodospadem, a ja wysunęłam się na prowadzenie Luigim.

Wróciłam do domu koło piątej, żeby dokończyć pracę domową. Kazałam Lee mnie odwieźć, bo pożyczyłam od niego dżinsy i nie chciałam się w nich pokazywać publicznie. Po wyjściu z samochodu puściłam się pędem do drzwi, słysząc za sobą śmiech mojego najlepszego kumpla.

– Hej!

– Co? – krzyknęłam, odwracając się do niego.

Rzucił we mnie moją sukienką, którą zdążyłam złapać w ostatniej chwili.

– Do zobaczenia jutro!

– Pa, Lee!

Gdy zamknęłam drzwi do domu, usłyszałam:

– To ty, Rochelle?

– Tak! Cześć, tato!

– Przyjdź na chwilę do kuchni.

Westchnęłam, zastanawiając się, czy czeka mnie wykład. Bałam się zdenerwować tatę.

Pracował na swoim laptopie przy stole kuchennym. Słyszałam, że Brad gra na Wii w salonie.

– Hej – rzuciłam, włączając ekspres do kawy.

– Zaparz też dla mnie, skoro tam jesteś – poprosił tata.

– Dobrze.

– Udana impreza?

– Tak, było super – skinęłam głową.

– Nie upiłaś się za bardzo? Nie zrobiłaś nic głupiego? – Zerknął na mnie groźnie znad oprawek okularów: chodziło mu o chłopaków.

Nie rozumiałam, czemu to robi. W końcu nie było tajemnicą, że jeszcze nigdy nie miałam chłopaka ani się nie całowałam.

– No, yy… nie było tak źle… Troszkę się wstawiłam.

Tata westchnął, zdjął okulary i potarł się po policzku.

– Rochelle… wiesz, co ci mówiłem o alkoholu.

– Nic się nie stało, naprawdę. Poza tym Lee i Noah się mną zaopiekowali.

– Noah?

Nawet tata był tak zaskoczony tą informacją, że na chwilę zapomniał o moim piciu.

– Tak. Mnie też to zdziwiło.

– Mhm… Tak czy inaczej, nie zmieniaj tematu, młoda damo. Wiesz, co mówiłem o alkoholu.

– Wiem. Przepraszam.

– Mhm. Następnym razem dostaniesz szlaban na miesiąc, słyszysz? I nie myśl, że się nie dowiem.

– Okej, zrozumiałam.

Nie wyglądał na całkiem przekonanego, ale nie drążył tematu. W końcu nie chodziłam się upić co drugi wieczór, zdarzało mi się to raz na jakiś czas.

– Udało się wam wymyślić jakiś pomysł na stoisko? Festyn jest już za dwa tygodnie.

– Tak. Organizujemy budkę z całusami.

– To… oryginalna koncepcja – zaśmiał się tata. – Jesteście pewni, że szkoła się zgodzi?

Wzruszyłam ramionami, nalewając dwa kubki kawy.

– Nie wiem, czemu miałaby się nie zgodzić.

– No cóż, to chyba lepsze niż rzucanie piłkami w kokosy – stwierdził tata. – W każdym razie, słuchaj, potrzebuję, żebyś jutro popilnowała Brada, dobrze? Będę pracował do późna.

– Jasne. – Dolałam jakiś hektolitr mleka do swojej kawy, a potem wypiłam ją duszkiem.

– Idę pod prysznic i odrabiać lekcje.

– Okej. Kolacja o siódmej. Dziś klopsy.

– Fajnie.

Nienawidziłam poniedziałków. Nie miały żadnego sensu. W poniedziałkowych porankach nie było nic dobrego. Potrzebowałam tyle czasu, żeby zwlec się z łóżka po weekendzie, że zawsze nastawiałam budzik dwadzieścia minut wcześniej, niż miałam wstać.

Kiedy nareszcie opuściłam łóżko, wyciągnęłam z szafy czarne spodnie. Nasza szkoła powstała na początku dwudziestego wieku czy coś w tym rodzaju i z jakiegoś głupiego powodu wciąż kultywowała tradycję mundurków. Nie były to najbrzydsze mundurki świata, ale jak dla mnie byłoby lepiej, gdyby nie obowiązywały.

A teraz mój poniedziałkowy poranek stał się przez nie jeszcze gorszy, bo nagle rozległ się złowieszczy dźwięk.

Dźwięk rozdzieranego materiału.

Zamarłam z jedną nogą do połowy w nogawce, a potem szybko ściągnęłam spodnie, żeby sprawdzić skalę zniszczeń. W zeszłym tygodniu na wewnętrznym szwie prawej nogawki zauważyłam maleńką dziurkę. Teraz zamieniła się w gigantyczne rozdarcie.

– Cholera – wymamrotałam, ciskając spodnie na ziemię. Nawet w sprzyjających okolicznościach nie byłam dobrą krawcową, a tata na pewno nie umiał ich zszyć. Musiałam zamówić nowe przez internet. Obliczyłam, że powinny dotrzeć do mnie w czwartek. Ale to znaczyło, że do tej pory będę skazana na swoją starą spódnicę.

Nienawidziłam regulaminowej spódnicy szkolnej. Po pierwsze była plisowana i uszyta z materiału w niebiesko-czarną kratę. A po drugie obowiązkowo nosiło się do niej podkolanówki. Nogi nie mogły być gołe. Ani w rajstopach. Jedyną opcją były podkolanówki. Niektóre dziewczyny wyglądały ładnie w takim zestawie, więc w zeszłym roku poddałam się i nosiłam go przez jakiś czas, jednak ostatecznie postanowiłam, że nigdy więcej.

Ale nie miałam wyboru.

A co gorsza, spódnica była teraz na mnie trochę za krótka.

Westchnęłam ciężko. Będę musiała jakoś w niej wytrzymać. W końcu nie pozostało mi nic innego. Przetrząsałam szufladę, dopóki nie znalazłam podkolanówek, które kupiłam do niej przed rokiem. Skrzywiłam się do odbicia w lustrze, a potem zeszłam na śniadanie.

Na mój widok Brad zakrztusił się swoimi płatkami. Tak się śmiał, że cheeriosy poleciały na wszystkie strony.

– Cholera, Elle, co to ma być?

– Brad, nie wyrażaj się – upomniał go tata, a potem spojrzał na mnie i uniósł brwi. – Elle, czy to na pewno… odpowiedni strój do szkoły?

– Spodnie mi się podarły – prychnęłam z grymasem niezadowolenia.

– Jak to się stało?

– Zapomniałam zaszyć w nich dziurę i… sama nie wiem, po prostu się podarły.

Tata westchnął.

– Będziesz musiała zamówić nowe, nie mam czasu jechać po nie do centrum handlowego.

– Wiem.

Ledwo skończyłam jeść płatki, gdy rozległ się klakson zniecierpliwionego Lee. Wstawiłam miskę do zlewu, pożegnałam się z tatą i Bradem, a potem pobiegłam do samochodu i wskoczyłam do środka, żeby nikt nie zobaczył mnie w moim stroju.

– Jesteś w spódnicy – skomentował Lee.

– Co ty nie powiesz, Sherlocku – wymamrotałam. – Jedźmy już.

– Czemu jesteś taka wkurzona? – droczył się ze mną.

– Podarłam spodnie.

– Myślałem, że miałaś je zszyć?

– Zapomniałam.

– Nie martw się, Shelly, ładnie wyglądasz. Naprawdę powinnaś częściej chodzić w spódnicach.

Trzepnęłam go, a on uśmiechnął się i podkręcił głośniej radio. Gdy dojechaliśmy do szkoły, kazałam sobie opanować się, wzięłam głęboki oddech i wysiadłam z samochodu. Przyjechaliśmy trochę później niż zwykle, więc większość ludzi była już na parkingu.

Zatrzasnęłam za sobą drzwi i obeszłam samochód, żeby usiąść na masce z Lee. Kilku chłopaków podeszło się z nami przywitać.

– Cześć, niezły strój – rzucił Dixon, kiwając do mnie głową z mrugnięciem.

Skrzywiłam się, krzyżując ramiona na piersiach.

– Zamknij się.

– No co? – zaprotestował niewinnym głosem.

Wiedziałam, że tylko żartuje, ale nie byłam w nastroju na takie zaczepki.

Postanowiłam pogadać z dziewczynami – kilka samochodów dalej zauważyłam Lisę i May, z którymi chodziłam na chemię. W drodze do nich poczułam, że ktoś klepie mnie w pupę, więc odwróciłam się z wściekłością.

To był Thomas z drużyny piłkarskiej. Spojrzał na mnie ze złośliwym uśmieszkiem.

– Czy ty właśnie klepnąłeś mnie w tyłek? – zapytałam przez zaciśnięte zęby.

– Może.

– Hej, przegapiłem sobotnią imprezę – odezwał się jego przyjaciel Adam. Nie znałam go zbyt dobrze, ale z tego, co widziałam, był aroganckim dupkiem. Jego następne słowa tylko potwierdziły moją opinię. – Czy mogę liczyć na powtórkę występu?

 

Zachęcony śmiechem i wiwatami kolegów, Adam zaczął kołysać biodrami jak dziewczyna i wyciągać koszulę ze spodni, jakby chciał zrobić striptiz. Byłoby to całkiem zabawne, gdyby nie wkurzała mnie jego zuchwała mina.

Zgrzytnęłam zębami.

– Dorośnij. Ale z ciebie dzieciak.

Ruszyłam dalej, ale Adam złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął z powrotem. Pewnie myślał, że to tylko żarty, ale ja tak tego nie odbierałam. Wyrwałam mu się i wbiłam w niego gniewne spojrzenie.

– Ej, daj jej spokój – warknął Lee, podchodząc bliżej.

– Spróbuj mnie zmusić – odparował Adam, wyciągając ręce do walki.

Więc mu przywaliłam.

To znaczy, spróbowałam mu przywalić – ktoś złapał moją pięść, zanim zderzyła się z jego szczęką.

Gdy usiłowałam uwolnić dłoń, inna pięść walnęła Adama w twarz. Później napastnik popchnął go na stary samochód obok nas i wreszcie puścił moją rękę. Odwróciłam się. Oczywiście Noah musiał się wtrącić.

– Biją się! Biją się!

Nagle na środku parkingu zebrał się tłum uczniów. Wokół rozlegały się okrzyki zagrzewające chłopaków do walki albo jęki „Uuu” i wyrazy współczucia: „Ała, to musiało boleć!” w odpowiednich momentach. A ja tkwiłam w oku tego cyklonu jak sparaliżowana. Nie mogłam się ruszyć.

Musiało upłynąć kilka sekund, zanim się ocknęłam i wróciłam do rzeczywistości. Podbiegłam do Noah, usiłując odciągnąć go od Adama, któremu leciała krew z rozciętej wargi. Flynn wyglądał, jakby wpadł w furię.

– Noah! – wołałam ciągle, ale on nie słuchał.

Chłopcy krzyczeli i kłócili się, a jakiś nauczyciel starał się opanować sytuację, ale mój mózg tego nie rejestrował.

– Lee! – jęknęłam bezradnie, szarpiąc go za ramię. – Zrób coś!

– Przecież robię! – odparował ostro. – Nikomu nie wolno traktować tak mojej najlepszej przyjaciółki.

– Lee… – westchnęłam pokonana, a on wrócił do pyskówki i przepychanki z kolegami Adama.

– Stary, jeśli ona ci się podoba, to luz – prychnął Thomas do Noah. – Ale lasek wystarczy dla każdego. – Zwinnie uchylił się przed kolejnym ciosem i patrzył na Noah wyzywająco, jakby chciał go sprowokować.

Wbiłam w niego wściekłe spojrzenie.

– Coś ty powiedział?

– Przecież słyszałaś – odparował i mrugnął do mnie.

Skrzywiłam się.

– Dość tego! – ryknął Noah.

– Flynn! – wrzasnął ktoś, przebijając się przez rzedniejący szybko tłum. Rozpoznałam głos wicedyrektora Pritchetta.

Pozostałe bójki ustały, a Noah uspokoił się tylko dlatego, że stanęłam tuż przed nim, odpychając go od przeciwnika.

– Co tu się dzieje? – zapytał wicedyrektor.

– To zwykłe nieporozumienie – zapewniłam go. – Naprawdę.

– Wszyscy przez tydzień zostajecie po lekcjach. Noah Flynn, Rogers, do mojego gabinetu. Natychmiast. Ty też, Rochelle.

Rozdziawiłam usta.

– Co ja takiego zrobiłam?! – zawołałam.

– Nic, ale chciałbym zamienić z tobą kilka słów.

Westchnęłam ponuro. Nagle ktoś mnie objął. Lee.

– Dzięki – wymamrotałam. – Ale niepotrzebnie się mieszałeś.

– No raczej, że potrzebnie. Nie wolno cię tak traktować, Shelly.

– Ty mnie tak traktujesz bez przerwy.

– Ale mnie wolno. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. A ci debile… nie pozwolę, żeby takie zachowanie uszło im na sucho.

– No dobra, dzięki – powiedziałam, przytulając go niezdarnie.

Odwzajemnił mój uścisk.

– Wiesz co – mruknął mi do ucha – zaczynam myśleć, że mój starszy brat się w tobie buja, Shelly.

Prychnęłam.

– Albo miał ochotę na bójkę.

– Fakt, to pewnie ta druga opcja.

– Na sto procent – poprawiłam go, a on się roześmiał.

Kiedy doszliśmy do gabinetu wicedyrektora, na korytarzu rozległ się dzwonek.

– Muszę iść na apel – jęknął Lee.

– No tak. Okej, to zobaczymy się później.

– Tak. Powodzenia – rzucił z poważną miną.

Parsknęłam śmiechem, machając mu na pożegnanie, a potem opadłam ciężko na krzesło. Po chwili ktoś zajął miejsce obok mnie. Noah. Wicedyrektor z Thomasem weszli prosto do gabinetu, a drzwi zamknęły się za nimi ze złowieszczym trzaśnięciem.

Po kilku sekundach ciszy powiedziałam cicho:

– Dziękuję.

Kątem oka zauważyłam, że Noah wyprostował się na swoim krześle.

– Nikomu nie pozwolę traktować tak żadnej dziewczyny. A zwłaszcza ciebie.

Zerknęłam na niego z ukosa, nie odwracając głowy.

– Dziękuję. Ale nie musiałeś brać spraw w swoje ręce. To znaczy, mogłeś mi pozwolić walnąć go chociaż raz.

– Przyznaję, to byłby dobry cios.

– Dlaczego mnie powstrzymałeś? – Musiałam zapytać, bo zżerała mnie ciekawość.

Wzruszył ramionami.

– Szczerze mówiąc… nie jestem pewny.

– A skoro już o tym mowa, to czemu się w ogóle w to mieszałeś? Lee, Dixon i Cam by sobie poradzili.

– Możliwe – przyznał.

– Nie odpowiadasz na moje pytanie.

Noah uśmiechnął się.

– Wiem. Chyba… nie chciałem, żebyś wdała się w bójkę, a nie podobało mi się, że tak się do ciebie odzywają… – Urwał i przeczesał dłonią włosy.

Moje serce biło coraz szybciej.

A potem powiedział coś, co zgasiło iskierkę nadziei, która zaczęła się we mnie tlić.

– Chyba traktuję cię jak młodszą siostrę czy coś w tym stylu – wyrzucił z siebie pośpiesznie.

– No jasne – przytaknęłam. – Rozumiem.

On też kiwnął głową, a potem pokręcił nią, jakby chciał wyrzucić coś z myśli.

Usiłowałam zachować neutralny wyraz twarzy.

– Myślisz, że będziesz miał duże kłopoty? – zapytałam mimochodem, udając, że oglądam sobie paznokcie.

– Nie, nigdy się mnie nie czepiają – stwierdził. – Nic mi nie zrobią, zwłaszcza kiedy się dowiedzą, że broniłem twojego honoru… – dodał ze złośliwym uśmieszkiem.

– Ha, ha. – Przewróciłam oczami. – Mówię poważnie.

Noah pokręcił głową.

– Nigdy nie zaczynam bójek, tylko je kończę. No wiesz. W samoobronie.

– Nie rozumiem tylko, co ja tu robię.

– Och, po prostu potrzebują świadka, który potwierdzi, co się stało i tak dalej. Zwykle tak robią.

Parsknęłam śmiechem i spojrzałam na Noah, kręcąc głową.

Przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu, ale czułam się swobodnie, co mnie zaskoczyło. Uświadomiłam sobie, że przynajmniej od roku nie spędziłam tyle czasu sam na sam z Noah – nie licząc końcówki imprezy, której nie pamiętałam, bo byłam pijana.

Kiedy Thomas wyszedł z gabinetu, a wicedyrektor wezwał do środka Noah, powiedziałam bezgłośnie:

– Powodzenia.

Noah uśmiechnął się lekko i zasalutował, a potem zamknął za sobą drzwi. Nie miałam nic do roboty, więc spróbowałam znaleźć zasięg wi-fi w komórce, co nie było łatwe w naszej szkole.

Po wyjściu Noah posłał mi uśmiech, żeby pokazać, że wszystko jest w porządku.

Wicedyrektor Pritchett zawołał:

– Rochelle? – i przywołał mnie gestem.

Wstałam i z ociąganiem weszłam do gabinetu. Jeszcze nigdy w nim nie byłam. Nie robił zbyt przyjemnego wrażenia. W powietrzu wyczuwalna była atmosfera surowych zasad i kar.

Wicedyrektor zapytał, o co poszło chłopakom. Powiedziałam mu prawdę: kilku idiotów wyśmiewało się ze mnie, bo w sobotę na imprezie zrobiłam coś głupiego, było mi bardzo przykro, a chłopcy stanęli w mojej obronie – i skończyło się bójką.

– Rozumiem… No dobrze, dziękuję, Rochelle.

– Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał przeze mnie kłopotów? Przecież właściwie nikomu nic się nie stało… – powiedziałam nieśmiało, wstając i zarzucając torbę na ramię.

Wicedyrektor wręczył mi usprawiedliwienie spóźnienia.

– Nie, tylko potwierdziłaś ich wersję wydarzeń, to wszystko. Nie przejmuj się, dobrze? I uważaj na siebie.

– Dobrze – skinęłam głową z zażenowaniem.

– A teraz idź już na lekcję.

Wyszłam bez szemrania.

Inne książki tego autora